Reklama

Zawód: dręczyciel

O złych sąsiadach każdy słyszał pewnie nieraz, jednak wydaje się, że nieprzyjemne sąsiedzkie sytuacje mają miejsce gdzieś poza nami. Często pisze się o nich, mówi, nagłaśnia w mediach, jednak okazuje się, że mogą przydarzyć się każdemu z nas, każdy też może przekonać się, co tak naprawdę znaczy powiedzenie „obyś miał niedobrego sąsiada”. Państwo Ania i Przemek Lewandowscy z Sosnowca od ponad 3 lat doświadczają sąsiedzkich batów, a swoją historią postanowili podzielić się z Czytelnikami „Niedzieli sosnowieckiej”.

Niedziela sosnowiecka 33/2004

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

„Dobrosąsiedzkie przysługi...”

Reklama

Do bloku mieszkalnego wprowadzili się w listopadzie 2000 r. Są ludźmi życzliwymi, otwartymi i kulturalnymi, oboje po studiach, wierzący i praktykujący, mają dwoje dzieci: 4-letnią Weronikę i 2-letniego Kacperka. Od samego początku pragnęli żyć w przyjaźni z mieszkańcami bloku. Jeszcze wówczas nieznajomym mówili „Dzień dobry”, a najbliższym sąsiadom z piętra przedstawili się jako nowi lokatorzy. Zauważyli, że ludzie wokół nich również są serdeczni, uśmiechem odpowiadają na uśmiech, miło i życzliwie odnoszą się także do ich pociech. „Tak w zasadzie jest do dzisiaj, za wyjątkiem sąsiadów mieszkających piętro niżej, którzy postanowili zatruć nam życie, dręczyć bez opamiętania, kalać nasze dobre imię, a nawet spowodować eksmisję z mieszkania. 36-letni Ryszard jest rencistą, mieszka wraz ze swoją matką - kobietą - delikatnie mówiąc - obcesową. Rządzi nimi nienawiść, głupota, złośliwość, zawiść i zazdrość, że komuś się w życiu powiodło, a może po prostu cierpią na brak zajęcia. Wygląda na to, że praca nad pisaniem skarg na prywatne osoby i instytucje oraz podsłuchiwanie sąsiadów w różnych sytuacjach życiowych wypełniają ich czas” - opowiada p. Ania.
„W maju 2001r. w naszym mieszkaniu doszło do awarii, od której jakby wszystko się zaczęło. Pękł wąż od pralki automatycznej. Woda przedostała się na niższe piętra, robiąc zacieki na ścianie łazienek wszystkich tych, którzy pod nami mieszkają. Na szczęście, mieszkanie było ubezpieczone i wyrządzone straty, które ponieśliśmy zarówno my, jak i nasi sąsiedzi pokryte zostały z tej puli. Bezpośrednio po wydarzeniu pukaliśmy do drzwi wszystkich sąsiadów, przepraszając za ten «wypadek», na który nie mieliśmy przecież żadnego wpływu. Sami ponieśliśmy największe straty, jednak trzeba się było z tym pogodzić. Pogodzili się wszyscy sąsiedzi oprócz p. Ryszarda, który żądał znacznie większej kwoty pieniężnej z funduszu ubezpieczeniowego niż ocenił rzeczoznawca. Najprawdopodobniej była to iskra zapalna, która spowodowała szereg nieustających ataków. Rozpoczęły się różnego rodzaju złośliwości z jego strony, zniesławiania naszego dobrego imienia, szykany i dręczenie” - zaznacza p. Przemysław. Już latem zostali obrzuceni obelgami za przelewanie się na balkon sąsiada wody podczas podlewania kwiatków.
Niecenzuralne słowa zostały wzmocnione złośliwymi czynami: p. Ryszard przychodził z garnkiem wody i wylewał ją na wycieraczkę p. Lewandowskich. Gdy dzieci grały w piłkę, „pomysłowy sąsiad” schodził do piwnicy, by poluzować bezpiecznik prądu. W mieszkaniu gasło światło, bo przeszkadzały bawiące się dzieci. To jednak tylko namiastka tego, co miało się wydarzyć później.

Życie pod kontrolą

Pan Ryszard zaczął coraz częściej nawiedzać komendę policji w Sosnowcu, składając odpowiednie notatki o rzekomym złym i uciążliwym zachowaniu jego sąsiadów. Skargi dotyczyły dosłownie wszystkiego. Oskarżał o chodzenie w obuwiu po mieszkaniu w ciągu dnia, o turlanie ciężkimi przedmiotami również podczas dnia, o włączanie się budzika, o włączony telewizor, o słuchanie radia, wreszcie o groźby. W jednym z pism użył stwierdzenia, iż „podsłuchiwał sąsiadów i usłyszał następujące słowa...”. „Wie o której wstajemy, o której się myjemy, kiedy wychodzimy do pracy i kiedy z niej wracamy, kto nas odwiedza i o czym rozmawiamy. Czasem przychodzi w środku nocy i wkłada zapałkę w dzwonek, abyśmy się obudzili. A gdy widzi nas wracających późnym wieczorem do domu, to za jakiś czas, kiedy zasypiamy, uderza jakimś narzędziem w sufit, budząc dzieci, które wystraszone długo nie mogą zasnąć. Około godz. 7.00 szykuje kolejną niespodziankę na pobudkę, na pełny regulator włącza muzykę” - wyliczają małżonkowie.
W ślad za tymi poczynaniami następowały nieustanne zawiadomienia policji, zazwyczaj bezzasadne o zakłócanie przez nas ciszy nocnej. Warto nadmienić, że dla p. Ryszarda włączony cicho telewizor po godz. 22.00 lub np. podczas choroby płaczące dziecko stanowią podstawę do zawiadomienia funkcjonariuszy policji o zakłócaniu ciszy nocnej.
Pamiętnego lata 2001r., kiedy zaczęły się niemiłe doświadczenia sąsiedzkie z ust sąsiadów p. Lewandowskich raz po raz słychać było obelgi i swego rodzaju zastraszanie typu „to świnie, my im jeszcze pokażemy, my ich jeszcze załatwimy”. Od tej pory rzeczywiście „pokazują” - dręczą, ciągają po komendach, sądach, a nawet wystosowują listy do spółdzielni mieszkaniowej z prośbą o eksmisję.
„Nie można w tym miejscu pominąć faktu, kiedy w czerwcu ub.r. przed godz. 22.00 wyszliśmy na balkon, a p. Ryszard wyrzucił w naszym kierunku nieznanego pochodzenia ładunek wybuchowy. Stojące dzieci zostały lekko poparzone. Sprawa trafiła na policję, jednak śledztwo zostało umorzone z powodu braku wystarczających dowodów. Jakby tego było mało nasz sąsiad «odgrzał temat» po roku czasu, oskarżając nas o składanie fałszywych zeznań w tej sprawie”.
Państwo Lewandowscy nie są jednak jedynymi osobami szykanowanymi przez sąsiada. Pan Ryszard wystosował też pismo do prokuratury, oskarżając interweniujących u nich w mieszkaniu policjantów o nieumiejętne przeprowadzenie interwencji, a także Sąd Rejonowy w Sosnowcu za odrzucenie jego odwołania. Oskarżył też gości p. Lewandowskich o naruszenie domowego porządku, podczas gdy chcieli oni jedynie zapytać, czy rzeczywiście jest głośno i dlaczego wzywa policję?

Środki ostrożności

Tymczasem w bloku mieszka blisko 100 osób. Najbliżsi sąsiedzi nigdy i nigdzie nie skarżyli się na uciążliwe zachowanie rodziny Lewandowskich. Kilkoro z nich było ich świadkami podczas rozprawy sądowej, na której zeznali, że nigdy nie słyszeli dobiegających z mieszkania p. Lewandowskich dźwięków, nie ma też mowy o zakłócaniu przez nich ciszy nocnej. Poza tym oskarżani mają małe dzieci, które potrzebują raczej spokoju i ciszy niż huków i decybeli...
Rodzina nie potrafi normalnie żyć, a w mieszkaniu, które wykupili na własność czują się nienaturalnie, wciąż podsłuchiwani, inwigilowani i zastraszani, obawiają się też o bezpieczeństwo swoich dzieci, bo nigdy nie wiadomo, do jakich czynów może posunąć się taka osoba. Stres związany z wszelkimi przejawami nękania nie jest wskazany ani dla dorosłych, ani tym bardziej dla dzieci.
A co na to policja, sądy, spółdzielnia? Wydają się być bezradni. Wychodzą z założenia, że lepiej nie ruszać takiego człowieka, bo można narobić sobie nieprzyjemności albo nawet stracić pracę.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

2004-12-31 00:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Jezus dotyka nas swoim Ciałem i Krwią, kiedy przychodzi do nas w Komunii

2026-04-09 14:47

[ TEMATY ]

rozważania

O. prof. Zdzisław Kijas

Karol Porwich/Niedziela

Jezus dotyka nas swoim Ciałem i Krwią, kiedy przychodzi do nas w Komunii. Dotyka nas w sakramencie pojednania czy sakramencie chorych. Dotyka nas w sakramencie bierzmowania i przekazuje nam Ducha Świętego.

1. Wieczorem w dniu zmartwychwstania. Wiemy, że w godzinie pojmania Jezusa w Getsemani wszyscy uczniowie uciekli w popłochu: obawiali się udziału w procesie, który miał doprowadzić Jezusa do potępienia i śmierci. Według czwartej Ewangelii tylko Piotr i inny uczeń próbowali zobaczyć, co się dzieje, idąc za Jezusem aż na dziedziniec domu arcykapłana (por. J 18, 15), ale potem Piotr, przestraszony rozpoznaniem go przez służącą, również odszedł (por. J 18, 16–18, 25–27). Tak więc ci, którzy zostawili wszystko, aby pójść za Jezusem (por. Mk 1, 18.20), oto porzucili Go i uciekli (por. Mk 14, 50). Dlaczego? Z powodu strachu! Strach jest wielką siłą: kiedy bierze człowieka w posiadanie, czy ni go tchórzem, ponieważ odbiera mu wszelką możliwość oporu, odbiera mu poczucie odpowiedzialności. Jest to brak odpowiedzialności za wiarę, za miłość, za nadzieję. Raptem wszystko to, co ważne, zdaje się okryte ciemnością nocy. Kto się lęka, nie widzi światła nadziei. Żyje w nocy. Dlatego Jezus Zmartwychwstały przychodzi „wieczorem”. Nie zwleka z przyjściem. Przychodzi do uczniów od razu, w tym samym dniu, w którym zmartwychwstał. Nie chce, aby Apostołowie trwali długo w ciemności lęku. Chce pokonać ich lęk przed życiem i przyszłością. Strach osłabił ich wiarę. Sprawił, że zapomnieli o prawdziwej miłości do Jezusa, zaciemnił ich nadzieję. Kiedy zabrakło Jezusa, zaczęli bać się świata, dlatego zamknęli się przed nim, przed światem, z obawy o to, co może ich spotkać. Drzwi były zamknięte z obawy. Sądzili, że wystarczy za mknąć drzwi i wszystko się odmieni. Uważali, że wystarczy zamknąć oczy, a świat stanie się inny, mniej brutalny. To czyste złudzenie. To, że coś ignoruję, że o czymś nie wiem, czegoś wiedzieć nie chcę, nie oznacza bynajmniej, że to coś nie istnieje. Nie można żyć „w zamknięciu” i sądzić, że wszystko będzie dobrze. Trzeba koniecznie podjąć odpowiednie działa nie, aby zwalczyć zło i promować dobro. To misja wierzące go. Apostołowie zamknęli się, bo chcieli przeczekać trudne chwile, aby bezpiecznie wrócić do Galilei, do swoich domów. Jest trzeci dzień po śmierci Jezusa i jest już prawie wieczór.
CZYTAJ DALEJ

Noworodek pozostawiony w oknie życia w Kartuzach

2026-04-11 12:12

[ TEMATY ]

Okno Życia

Karol Porwich

W nocy z piątku na sobotę w oknie życia w Kartuzach pozostawiono noworodka. Kilkudniowy chłopiec jest zdrowy, zgodnie ze standardowym postępowaniem trafił do szpitala na odział neonatologii.

- Przed godziną 1 nocy otrzymaliśmy sygnał, że siostry zakonne znalazły w oknie życia pozostawione dziecko - przekazała PAP w sobotę rzeczniczka kartuskiej policji st. sierż. Aldona Naczk.
CZYTAJ DALEJ

Nowy kapłan w archidiecezji wrocławskiej!

2026-04-11 20:26

Magdalena Lewandowska

Diakon Eryk Cichocki przyjął święcenia prezbiteratu z rąk bpa Jacka Kicińskiego.

Diakon Eryk Cichocki przyjął święcenia prezbiteratu z rąk bpa Jacka Kicińskiego.

– Jesteś posłany, by być znakiem miłującej obecności Boga – mówił podczas święceń prezbiteratu diakona Eryka Cichockiego bp Jacek Kiciński.

W przeddzień Niedzieli Miłosierdzia w Kościele Uniwersyteckim pw. Najświętszego Imienia Jezus we Wrocławiu diakon Eryk Cichocki przyjął święcenia prezbiteratu z rąk bpa Jacka Kicińkiego. Eucharystię koncelebrował także bp Maciej Małyga i kilkudziesięciu kapłanów z archidiecezji wrocławskiej i diecezji świdnickiej. Przybyły również delegacje różnych parafii, m.in. autokar z parafii św. Piotra i Pawła z Trzebnicy, gdzie nowy prezbiter będzie posługiwał.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję