Reklama

Polska

Zbigniew Nosowski: moja praca ma służyć człowiekowi

Odbiorcą dziennikarskich publikacji jest także człowiek głęboko zraniony. To nie on ma służyć mi w mojej pracy, lecz moja praca ma służyć jemu. Czyjaś krzywda to przede wszystkim nie materiał na świetny reportaż, ale krzywda drugiego człowieka. To, że jestem człowiekiem, jest ważniejsze od tego, że jestem dziennikarzem - mówił Zbigniew Nosowski po odebraniu doktoratu honoris causa Uniwersytetu Szczecińskiego. Publikujemy pełną treść wypowiedzi.

[ TEMATY ]

doktor honoris causa

Zbigniew Nosowski

wikipedia.org

Magnificencjo, dostojny Panie Rektorze! Wysoki Senacie! Szanowne Panie i Szanowni Panowie, uczestnicy tej uroczystości!

Jestem mocno onieśmielony całym dzisiejszym wydarzeniem, podniosłą atmosferą, recenzjami tak znakomitych akademików, jak profesorowie Małgorzata Książek-Czermińska, Jacek Petelenz-Łukasiewicz i Andrzej Draguła, oraz laudacją, którą wygłosił przed chwilą profesor Andrzej Skrendo.

Najchętniej bym już w tej sytuacji zamilkł. Ale nie da się zamilknąć. Doktorat honorowy zobowiązuje, by coś innym powiedzieć. I to coś ważnego.

Reklama

To święto „Więzi”

Wyjaśnię jeszcze tylko (tytułem przydługiego wstępu), że znam swoje miejsce w szeregu polskich redaktorów. Wiem doskonale, że do pięt nie dorastam gigantom takim jak przywoływani tu Jerzy Giedroyc (jedyny do tej pory redaktor na liście doktorów honoris causa Uniwersytetu Szczecińskiego) czy Jerzy Turowicz.

Po długim wahaniu postanowiłem jednak przyjąć to zupełnie nieoczekiwane wyróżnienie, gdyż rozumiem, że dotyczy ono nie tyle mojej osoby, ile środowiska, którego pracami (a precyzyjnie mówiąc, częścią prac) mam obecnie zaszczyt kierować. Realnym wyrazem takiego właśnie rozumienia tego zaszczytnego tytułu jest decyzja Uniwersytetu Szczecińskiego, żeby przyznaniu tego doktoratu honoris causa towarzyszyło dwudniowe święto „Więzi” w Szczecinie: kilka spotkań i dyskusji inspirowanych różnymi aspektami naszej działalności.

Reklama

Ale i tu znam swoje miejsce w szeregu. Bo przecież – przy wszystkich dzisiejszych kłopotach, od finansowych poczynając – kierowanie „Więzią” obecnie jest dużo łatwiejsze, niż było dla moich poprzedników w redakcyjnej sztafecie. Przede wszystkim nie tworzyłem czasopisma od podstaw, lecz zastałem „Więź” gotową. Gdy sam debiutowałem na łamach pisma, miało ono już za sobą prawie 30 lat historii i doświadczeń, było merytorycznie dobrze ustawione, uformowane i ukształtowane. A gdy zostawałem redaktorem naczelnym – było dobrze ukierunkowane na nowe czasy.

Hasłowo się wyrażając i dziękując tym samym poprzednim naczelnym redaktorom pisma, mogę powiedzieć, że „Więź” stworzył w 1958 r. i ukształtował Tadeusz Mazowiecki; Wojciech Wieczorek przeprowadził ją przez stan wojenny; Stefan Frankiewicz wprowadził w wolną Polskę; Cezary Gawryś – w wiek XXI. A dalej już samo poszło – rzecz jasna, z olbrzymim wsparciem wspaniałego zespołu redakcyjnego, wybitnych koleżanek i znakomitych kolegów, z których większość to pracujący społecznie wolontariusze.

Dla młodych pokoleń Polaków założyciel „Więzi” jest on przede wszystkim politykiem i pierwszym premierem III RP, ale dla mnie osobiście jest przede wszystkim mądrym, uważnie słuchającym człowiekiem, eseistą, wręcz myślicielem religijnym. Bo czyż można nie nazwać myślicielem religijnym człowieka, który potrafił napisać tak mądre duchowo słowa: „Pytania, na które nie ma odpowiedzi, rozwiązujemy nie przez wyjaśnienie ich, ale przez postawę wobec nich”?

Tę refleksję Tadeusz Mazowiecki wyraził w swoim znakomitym eseju „Powrót do najprostszych pytań”, zawierającym rozważania pisane po przedwczesnej śmierci jego żony Ewy (współcześnie uczyniliśmy z nich motto naszego serwisu internetowego Więź.pl, w którym przedstawiciele naszego środowiska na bieżąco komentują wydarzenia społeczne, polityczne, religijne i kulturalne).

Najtrudniejszą (za mojej pamięci) rolę jako redaktor naczelny naszego pisma miał Stefan Frankiewicz, który stery „Więzi” objął 30 lat temu, wiosną 1989 roku, tuż przed jakościową zmianą polskiej polityki: odzyskaniem przez Polaków możliwości suwerennego i demokratycznego stanowienia o losie własnego państwa. Frankiewicz musiał zdecydować, jak określić rolę „Więzi” jako intelektualnego pisma katolickiego, które w latach 70. jednoznacznie związało się z opozycją polityczną, a którego założyciel i niewątpliwy największy autorytet został nieoczekiwanie premierem polskiego suwerennego rządu. Trzeba było błyskawicznie zdecydować, jak zajmować się w tej sytuacji sprawami publicznymi, jak pisać o polityce, jak zachować samodzielność i niezależność, jak wyrażać ideowe sympatie i własne przekonania, żeby łączyć, a nie dzielić, żeby budować mosty, a nie mury – co jest przecież programem „Więzi” od samego początku istnienia.

Odpowiedzi, które wówczas sformułował Stefan Frankiewicz, nakreśliły drogę „Więzi” po roku 1989. Pismo nie stało się publicystyczną przybudówką do politycznych działań swego założyciela. Co ciekawe, działo się to z pełną świadomością i akceptacją Tadeusza Mazowieckiego, który rozumiał, że rola takiego środowiska jak nasze nie może polegać na wspieraniu jednego ugrupowania politycznego i że tożsamość „Więzi” kształtować się musi na poziomie dużo głębszym: po pierwsze, wiara; po drugie, kultura; po trzecie, polityka. Gdy Frankiewicz został ambasadorem RP przy Stolicy Apostolskiej, redakcją „Więzi” zaczął kierować – w tym samym kierunku – Cezary Gawryś. Mnie było już dużo łatwiej.

W tym samym duchu rozwijamy obecnie działalność Laboratorium „Więzi” jako chrześcijańskiego think tanku oraz serwisu internetowego Więź.pl jako katolickiego centrum opiniotwórczego. A wspomnieć jeszcze trzeba – last but not least – o Wydawnictwie „Więź”, które dziś też w Szczecinie prezentuje swoje publikacje. Pod znakomitym kierownictwem Pawła Kądzieli nasza mała oficyna wyspecjalizowała się w publikowaniu książek najwyższej jakości: tak pod względem treści, jak staranności edytorskiej i opracowania graficznego.

Za decyzję o docenieniu tego dorobku „Więzi” przez Uniwersytet Szczeciński dziękuję serdecznie trzem ciałom kolegialnym uczelni, które kolejno podejmowały swoje decyzje: Radzie Instytutu Polonistyki, Kulturoznawstwa i Dziennikarstwa, Radzie Wydziału Filologicznego i Senatowi Uniwersytetu. Dziękuję serdecznie inicjatorom tego procesu z Wydziału Filologicznego. A są nimi, przynajmniej o ile mi wiadomo, profesorowie Jerzy Madejski i Andrzej Skrendo oraz dziekan Wydziału prof. Adrianna Seniów.

Dziękuję profesorom tutejszego uniwersytetu, którzy wolontariacko są równocześnie organizatorami życia kulturalnego i intelektualnego Szczecina. Dziękuję zwłaszcza inicjatorom Dni Kultury Żydowskiej Adlojada za wierne od lat zapraszanie redaktorów „Więzi” do udziału w organizowanych przez siebie wydarzeniach i do dyskusji wokół naszych publikacji. To w dużej mierze tam nawiązywały się relacje, które trwają i które w tych dniach tak pięknie owocują.

Człowiek z wizytówki

Mówiłem już, że wypada mi powiedzieć Państwu coś ważnego. Powiem więc o człowieku. Nawet mówiąc o ludziach w liczbie mnogiej, będę chciał myśleć o osobach. Bo, jak wiadomo, łatwo kochać ludzkość, trudniej – konkretnych ludzi.

Pozwolę sobie też skorzystać z tego niezwykłego przywileju, że Senat Uniwersytetu Szczecińskiego przyznał ten laur akademicki za zupełnie przecież nieakademickie dokonania i mniej będę cytował dziś mądre książki (choć czasem je czytam). Bardziej skupię się na ludziach, na moich wybranych spotkaniach z konkretnymi osobami, z ich doświadczeniem życiowym i z ich myślą. Bo ludzie to przecież społeczność człowieków, z których każdej i każdemu jesteśmy coś winni, bo człowiek to brzmi…

No właśnie: jak brzmi człowiek? Najpierw powiem o człowieku z wizytówki. Otrzymałem kiedyś najdziwniejszą w moim życiu, a zarazem najwięcej dającą do myślenia i najsmutniejszą wizytówkę. Dawno temu przyszedł do redakcji „Więzi” pewien młody student, z propozycją artykułu do publikacji. Jego akcent wyraźnie wskazywał, że chłopak został wychowany na warszawskiej Pradze. Ale wyglądał inaczej niż chłopaki z Pragi. Był mulatem.

Na koniec interesującej rozmowy wręczył mi wizytówkę. Rzuciłem na nią okiem i zbaraniałem. Postanowiłem jednak błyskawicznie, że nie dam po sobie nic poznać. Na wizytówce wypisane były bowiem imię, nazwisko i numer telefonu mojego rozmówcy oraz dodatkowo jedno słowo: „Człowiek”.

Wyobrażają sobie Państwo taką sytuację, że ktoś z nas jest zmuszony do tego, by udowadniać własną godność ludzką, każąc wypisać sobie na wizytówce pod nazwiskiem informację: „Człowiek”? A on czuł, że musi w tak zaskakujący sposób przypominać innym, by widzieli w nim nie ciemny kolor jego skóry, lecz jego samego.

W swym ówczesnym błyskawicznym, może intuicyjnym, procesie myślowym uznałem, że skoro on tak bardzo potrzebuje podkreślać swój równy status z ludźmi, którzy różnią się od niego jedynie kolorem skóry, to i ja powinienem go właśnie tak traktować. Nie odnosiłem się więc do treści wizytówki. Zaczęliśmy normalną współpracę, która zresztą później się nie rozwinęła – już z powodów merytorycznych. Ale to pierwsze spotkanie pozostało mi w pamięci jako dramatyczne milczące wołanie człowieka o to, by go traktowano jako człowieka.

Człowiek po drugiej stronie słuchawki

W ostatnich miesiącach – od kiedy uruchomiliśmy telefon wsparcia „Zranieni w Kościele” – mam nowe doświadczenia, jak bardzo myślenie skoncentrowane na problemie może różnić się od myślenia skoncentrowanego na człowieku.

Jak Państwo wiedzą, „Zranieni w Kościele” to inicjatywa Klubu Inteligencji Katolickiej w Warszawie, Laboratorium „Więzi” i Fundacji Pomocy Psychologicznej Pracownia Dialogu skierowana do osób dotkniętych przemocą seksualną w Kościele. Dotkniętych w sensie szerokim – ale przede wszystkim do osób bezpośrednio skrzywdzonych. Będąc rzecznikiem prasowym tej inicjatywy, odbieram często telefony od dziennikarzy zainteresowanych tematem. Rozmowy są właściwie zawsze życzliwe i pełne troski. Pojawiają się jednak czasem nieuchronne różnice.

Pierwsze pole napięcia to „człowiek vs. statystyki”. Typowe pytanie dziennikarza brzmi: „Ile osób do Państwa zadzwoniło?”. Na co ja zawsze mówię, że chętnie odpowiem szczegółowo, tylko że prosimy przede wszystkim, aby informacja nie sprowadzała się do danych liczbowych, dla nas bowiem kluczową sprawą jest nie tyle liczba przypadków, ile konkretne osoby, które zostały skrzywdzone i proszą o wsparcie. Że nasza inicjatywa nastawiona jest na jakość, nie na ilość – a skoro jedna rozmowa potrafi trwać nawet godzinę, to statystyki mogą wyglądać pozornie blado. Ze zrozumieniem tego napięcia przez dziennikarzy zazwyczaj nie ma problemu, choć potem publikacja i tak zaczyna się raczej od informacji liczbowych (tego wyraźnie oczekują szefowie, niestety…).

Większy kłopot pojawia się w drugim polu napięcia: „promocja vs. dyskrecja”. Nasza inicjatywa przejęła od Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę koncepcję oparcia telefonu zaufania na zasadzie ABCD, czyli: Anonimowo / Bezpłatnie / Cierpliwie / Dyskretnie. A stacje telewizyjne mają swoje wymagania i chcąc nakręcić materiał o naszej inicjatywie, chciałyby też nakręcić zdjęcia, gdy ktoś od nas rozmawia przez telefon z ofiarą przemocy seksualnej. A my uznaliśmy, że na takie ujęcie nie możemy się zgodzić, żeby nie tworzyć oglądającym sugestii, że dopuszczamy kamerę do rejestrowania rozmowy przy telefonie wsparcia. Przecież taki materiał może oglądać osoba, która się waha, czy do nas zadzwonić, która dusi w sobie krzywdę sprzed wielu lat, pełna jest lęku, czy komuś wyjawić swoje doświadczenie, a bez opowiedzenia go nie rozpocznie wychodzenia z traumy – ale gdy zobaczy, że naszej psychoterapeutce przy telefonie towarzyszy kamera telewizyjna, to raczej się nie zdecyduje na kontakt z nami.

Dla mnie w tym zagadnieniu ujawnia się jak w soczewce problem kluczowy: jak widzieć i las, i drzewa – i to z akcentem na drzewa, bo bez drzew nie ma lasu? Jak mówić o problemie w skali globalnej, nie tracąc z oczu człowieka, zwłaszcza człowieka skrzywdzonego? Jak nie chować się za ofiarę, by – powołując się na nią – załatwiać swoje własne sprawy czy interesy (choćby ideowe)?

Mówię o tym, żebyśmy wszyscy jako dziennikarze pamiętali, iż odbiorcą naszych publikacji jest także człowiek głęboko zraniony i że to nie on ma służyć mi w mojej pracy, lecz moja praca ma służyć jemu. Czyjaś krzywda to przede wszystkim nie materiał na świetny reportaż, ale krzywda drugiego człowieka. Może warto, by w takich sytuacjach to, że jestem człowiekiem, było w nas ważniejsze od tego, że jestem dziennikarzem?

A zdarza się inaczej… „Więź” jest od wielu lat w kontakcie z kilkoma osobami wykorzystanymi seksualnie przez duchownych. Kilkoro z nich wyraziło ostatnio głębokie niezadowolenie z tonu, jakim się najczęściej mówi obecnie na ten temat. Jedna z kobiet – paradoksalnie: ta, która już dawno temu wielokrotnie występowała pod nazwiskiem w prasie, opowiadając o swoich traumatycznych doświadczeniach – stwierdziła niedawno, że odmawia obecnie wszelkich wypowiedzi w mediach. Uzasadnienie cytuję dosłownie: „Dziennikarze chcą nagłośnić sprawy. To fajne. Ale czy obchodzi ich, co czują ofiary?”.

Iloraz inteligencji i iloraz serca

Nie mogę nie powiedzieć tu o osobach z niepełnosprawnością intelektualną. Spotkanie i relacje z nimi to najważniejsze dla mnie życiowe doświadczenie po małżeństwie i ojcostwie. W moim życiu sprawdziło się stwierdzenie, że usłyszeć wołanie człowieka słabego o bliskość to rozpocząć życiową przygodę, na której odkrywa się własną słabość, ale też odnajduje szczęście. Trudne szczęście, czasami bardzo trudne, ale szczęście.

Dzisiaj po południu to szczęście będzie można zobaczyć na Uniwersytecie Szczecińskim. Wielką radością jest dla mnie fakt, że dzisiejsze uroczystości obejmą także występ Zespołu Piosenki Naiwnej – cudownej szczecińskiej kapeli, którą kieruje Arkadiusz Więcko, składającej się z niepełnosprawnych intelektualnie solistów oraz podążających za solistami muzyków-akompaniatorów. Wykonują oni własne utwory z gatunku piosenki poetyckiej w rytmach bossa novy i folk country. Korzenie Zespołu Piosenki Naiwnej tkwią w szczecińskiej wspólnocie międzynarodowego ruchu „Wiara i Światło”, założonego przez Jeana Vaniera, skupiającego osoby z niepełnosprawnością intelektualną, ich rodziny i przyjaciół.

Sam współtworzę ten ruch od wielu lat. Dlatego dla mnie osobiście fakt, że dziś o 16.00 Zespół Piosenki Naiwnej zaśpiewa na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Szczecińskiego przed dyskusją o epistolografii Polaków, jest źródłem największego szczęścia. Widzę w tym połączeniu symboliczny przykład wypełnienia scalającej misji uniwersytetu, o której trzeba dziś przypominać w coraz bardziej sfragmentaryzowanym świecie.

„Universitas” to przecież całość, ogół, pełnia. W Sali Senatu Uniwersytetu Szczecińskiego, gdzie jesteśmy, widnieje przypominająca o tym piękna sentencja, przypisywana Wergiliuszowi: E pluribus unum – „Z wielu jedno”. Jeśli przed dyskusją tych, co cechują się wyższym ilorazem inteligencji, mogą zaśpiewać ci, co mają często wyższy iloraz serca, to znaczy, ze uniwersytet łączy, że pełni swoją scalającą misję. Dziękuję władzom Wydziału Filologicznego, że takie wydarzenie jest dziś możliwe.

Myślę, że będzie to ważne również dlatego, że jeszcze nie tak dawno nawet w świecie akademickim w obiektywnym naukowym języku posługiwano się pojęciami „debil”, „imbecyl”, „idiota”, „kretyn” czy „mongoł” – a świadomość faktu, jak bardzo są one etykietyzujące, pojawiła się bardzo późno.

Ale dlaczego ma to dziwić, skoro niedawno nawet w Kościele, który tak chętnie opowiada, jak to w swoim sercu umieszcza ubogich, olbrzymim problemem była choćby Pierwsza Komunia dzieci z niepełnosprawnością intelektualną. Z chrztem się jakoś udawało, bo wtedy mniej widać niepełnosprawność…

Odkrywanie personalizmu

Dla twórców „Więzi” inspiratorem do myślenia o człowieku był francuski filozof Emmanuel Mounier. Jego personalizm został świadomie wybrany jako ideowy program naszego pisma. W odredakcyjnym tekście z pierwszego numeru „Więzi” wydanego w 1958 r. czytamy: „Jakim więc wartościom w życiu współczesnym chcemy służyć przede wszystkim? Odpowiadamy na to pytanie bez wahania: uważamy, że w porządku naturalnym nadrzędną wartością jest człowiek, osoba ludzka; chcemy służyć rozwojowi wartości osobowych w życiu współczesnym”.

Przyznam, że dla większości związanych z „Więzią” osób z mojego pokolenia personalizm stał się oczywistością – jak powietrze, którym oddychamy. Ale to oznaczało też, że nie czytaliśmy Mouniera. I oto obecnie sam na nowo odkrywam myślenie skoncentrowane na osobie.

W ramach prac Laboratorium „Więzi” powstała specjalna publikacja „Zarządzanie z ludzką twarzą. Personalizm jako narzędzie rozwoju firm, organizacji i instytucji publicznych”. Ludzie pracujący w biznesie, młodsi ode mnie o całe pokolenie, z pasją studiowali teksty Mouniera i ks. Józefa Tischnera, by odkryć w nich inspirację dla swojej aktywności zawodowej.

Dla mnie zaś niesamowitym doświadczeniem było dostrzeżenie, że myśl Mouniera może być tak inspirująca dla współczesnych młodych ludzi. W kulturze dominującego indywidualizmu odkrywali oni, że indywidualistyczne spełnienie to jeszcze nie rozwój osobowy. Bo – jak pisał Mounier – „rozwój osoby odbywa się jedynie poprzez stałe oczyszczanie się z tkwiącego w niej indywiduum. Rozwój nie następuje poprzez kierowanie uwagi na siebie, a przeciwnie – poprzez «czynienie się dyspozycyjnym» [...]. Pierwszą troską indywidualizmu jest ześrodkowanie jednostki na sobie samej; pierwszą troską personalizmu natomiast – dążenie do odwrócenia jej od siebie”.

Jest coś istotnego, co łączy Mouniera z poprzednim wątkiem moich rozważań. Otóż nie wszyscy wiedzą, że francuski filozof był ojcem głęboko chorej i niepełnosprawnej córki. Znawcy jego myśli spierają się, jak mocno to doświadczenie wpłynęło na ukształtowanie mounierowskiego personalizmu, ale niewątpliwie wpłynęło istotnie. Jest chyba coś takiego w doświadczeniu współbycia z cierpiącymi – nie współczucia, lecz właśnie współbycia – co ma moc kształtowania wrażliwości, dojrzałości i mądrości.

Współbycie zatem to klucz do międzyludzkich relacji. Drugi człowiek potrzebuje mnie, mojego czasu – o wiele bardziej niż mojej pomocy czy moich pieniędzy. Współbycie to także klucz do budowy społeczeństwa głęboko ludzkiego, które musi zakładać wzajemny szacunek i współistnienie ludzi różnych ras, narodów, wyznań, przekonań i orientacji – „zarówno wierzących w Boga będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i nie podzielających tej wiary”, że pozwolę sobie przytoczyć piękny fragment preambuły Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej (warto skądinąd, by dzieci uczyły się tej preambuły w szkołach na pamięć!).

Zaproszenie do współbycia

Zatem: jak brzmi człowiek? Człowiek to brzmi… Dumnie, rzecz jasna, ale nie o samą dumę mi tu chodzi przed wszystkim. Bo dobrze wiemy, że w imię własnej dumy można czasem krzywdzić innych. I nawet nie o uznanie godności ludzkiej drugiego mi tu przede wszystkim chodzi.

Chciałbym móc powiedzieć w tej szacownej Sali Senatu dostojnego Uniwersytetu Szczecińskiego, że człowiek to brzmi… jak zaproszenie. Że kluczową sprawą w życiu jest dostrzeżenie, iż człowiek to nie tylko „ja”, lecz także, a właściwie przede wszystkim „drugi”. Że drugi człowiek to zaproszenie do współbycia. Można to zaproszenie zignorować, można go nie dostrzec, można je odrzucić. Ale ono jest wystosowane przez sam fakt istnienia drugiej osoby. Człowiek brzmi zatem jak zaproszenie do relacji, zaproszenie do nawiązania więzi.

Wiem dobrze, jak często ja sam to zaproszenie odrzucam. Traktuję innych ludzi przedmiotowo i instrumentalnie. Omijam tych, którzy są mi niewygodni. Unikam tych, którzy mogą mi sprawić kłopot. Denerwuję się na tych, którzy nie spełniają moich oczekiwań. Złoszczę się, gdy inni zawodzą – zapominając, jak często ja sam zawodzę…

Mam więc świadomość, że zachowuję się teraz jak Tertulian, który wygłaszając traktat o pokorze, rozpoczął go ponoć słowami: „Opowiem wam o cnocie, której sam nie posiadam”. Ale mówię o tym, że człowiek brzmi jak zaproszenie, prosząc, by przypominali mi Państwo, gdy będzie trzeba, żebym uleczył najpierw samego siebie.

A na koniec najbardziej osobiste podziękowanie. Wśród wielu osób, które usiłowały mnie nauczyć myślenia o człowieku, najważniejsze chyba znaczenie ma moja żona.

Pamiętam takie wydarzenie. To było jeszcze w naszych czasach licealnych, ledwo się w sobie zakochaliśmy. Na pewnym spotkaniu każdy z jego uczestników miał coś o sobie powiedzieć, zwłaszcza co go interesuje. Sam mówiłem przed Kasią, więc coś musiałem na szybko wymyślać, jako że nie wiedziałem, co powiedzieć, mnie bowiem zawsze za dużo rzeczy interesuje. Natomiast moja przyszła żona (wówczas 18-letnia) zaimponowała mi, bo bez żadnego wahania odpowiedziała krótko: „Interesuje mnie człowiek”. Dziękuję Ci, Kasiu, z całego serca, że i mnie trochę człowiekiem zainteresowałaś!

Raz jeszcze dziękuję Uniwersytetowi Szczecińskiemu za to zaszczytne wyróżnienie. Dziękuję wszystkim osobom wymienionym z imienia i nazwiska i niewymienionym za trud organizacji święta „Więzi” w Szczecinie. Zapewniam, że na emeryturę się jeszcze nie wybieram i traktuję to wyróżnienie jako zobowiązanie do dalszej wytężonej pracy. Choć finansowe perspektywy naszej przyszłości nie są obecnie stabilne ani pewne, to jednak patrzę w przyszłość „Więzi” z dużą nadzieją. Przede wszystkim dlatego, że są w naszym środowisku wspaniali młodzi ludzie, czyli jest komu przejąć pałeczkę w „Więziowej” sztafecie.

2019-06-13 15:21

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Doktor honoris causa

Niedziela lubelska 5/2020, str. III

[ TEMATY ]

abp Stanisław Budzik

doktor honoris causa

Uniwersytet Przyrodniczy w Lublinie

Maciej Niedziółka/UP

Jestem zaszczycony przyznaniem mi doktoratu honoris causa – przyznał abp Stanisław Budzik

– Być chrześcijaninem to znaczy żyć Duchem Jezusa Chrystusa, Duchem miłości i prawdy – powiedział abp Stanisław Budzik w dniu przyznania mu tytułu doktora honoris causa Uniwersytetu Przyrodniczego.

Uroczystość w Lublinie stała się okazją do prezentacji dorobku laureata, jak i wygłoszenia przez niego wykładu pt. Rzeczy ukryte od założenia świata. Mechanizm kozła ofiarnego według René Girarda.

Uczony i pasterz

– Abp Stanisław Budzik to naukowiec ceniony w kraju i za granicą, świadomy społecznych zobowiązań nauki i obdarzony umiejętnością skutecznego zespalania działalności naukowej z posługą religijną. Znany jest z wytrwałej i konsekwentnej działalności pasterskiej i organizacyjnej, podejmowanej w duchu dialogu ekumenicznego oraz tworzenia klimatu zgodnej współpracy różnych wyznań chrześcijańskich. To człowiek dialogu i pojednania, oddany służbie Bogu i Kościołowi w Lublinie, w Polsce i na świecie, osoba godna głębokiego szacunku i poważania – mówił w laudacji prof. Zbigniew Grądzki. Prorektor Uniwersytetu Przyrodniczego zwrócił uwagę na silne więzy łączące działalność naukową laureata z aktywnością duszpasterską i organizacyjną, przekraczającą granice diecezji i ojczyzny. Odnosząc do niego przypowieść o talentach, podkreślał, że „Opatrzność mu ich nie szczędziła, a on pomnażał je ku wielkiemu pożytkowi”. – Arcybiskup Budzik jest uczonym wielkiego formatu, dźwigającym brzemię odpowiedzialności za Kościół, kapłanem otwartym dla wiernych, rozumiejącym ich potrzeby i zachęcającym do podejmowania wspólnej troski – mówił prof. Grądzki. – To wielka radość, że wybitny teolog, człowiek znany i rozpoznawany w świecie nauki i kultury, przyjmuje najwyższą godność akademicką naszej uczelni, wpisując się w poczet jej honorowych doktorów – zaznaczył.

Po promocji doktorskiej abp Stanisław Budzik podziękował za otrzymane wyróżnienie. – Czuję się zaszczycony przyznaniem mi doktoratu honoris causa UP. Zapoznając się z recenzjami, widzę, jak wiele mi brakuje do nakreślonego w nich ideału. Postawiliście wysoko poprzeczkę zadań, trudno będzie ją przeskoczyć – mówił.

Mechanizm kozła ofiarnego

Podczas uroczystości abp Budzik wygłosił wykład, w którym ukazał mechanizm „kozła ofiarnego”, który od początku towarzyszy dziejom naszej cywilizacji, a zakwestionowany został w tradycji judeochrześcijańskiej, szczególnie przez dobrowolną śmierć Jezusa. – Być chrześcijaninem to przełamywać krąg zła i nienawiści, nie szukać „kozła ofiarnego” i nie zrzucać winy na drugiego człowieka, lecz samemu się do niej przyznać – podkreślił.

Arcybiskup Budzik jest uczonym wielkiego formatu, dźwigającym brzemię odpowiedzialności za Kościół, kapłanem otwartym dla wiernych, rozumiejącym ich potrzeby i zachęcającym do podejmowania wspólnej troski.

Teorię „kozła ofiarnego” jako mitu założycielskiego cywilizacji opisał francuski antropolog René Girard. Dokonując analizy ludzkiej przemocy, zauważył on, że gdy wszyscy zwracają się przeciw wszystkim, ratunkiem staje się „mechanizm kozła ofiarnego”, w którym niewinną osobę obarcza się odpowiedzialnością za zło. – Człowiek ma skłonność do przerzucania winy za swoje trudności i niepowodzenia na kogoś innego, zwłaszcza słabszego, który nie potrafi się bronić – mówił arcybiskup. Krąg przemocy i kłamstwa przerwał Jezus Chrystus, który przez mękę i śmierć stał się dobrowolnie kozłem ofiarnym ludzkości i doprowadził do upadku logikę mechanizmu założycielskiego. – Jezus spełnił najdoskonalej zasadnicze ludzkie powołanie: przemoc przezwyciężył miłością, a kłamstwu odebrał moc przez prawdę.

Wspólnota Kościoła, wyrosła z tajemnicy paschalnej Chrystusa, jest zgromadzeniem, które nie może budować jedności na zasadzie kozła ofiarnego. Być chrześcijaninem to znaczy żyć Duchem Jezusa Chrystusa, Duchem miłości i prawdy – zaznaczył pasterz.

CZYTAJ DALEJ

Kontakt

Redakcja


Centrala: (34) 369 43 22
Sekretariat: redakcja@niedziela.pl, (34) 369 43 02
Dział ogłoszeń: ogloszenia@niedziela.pl, (34) 369 43 65
Księgarnia: kolportaz@niedziela.pl, (34) 369 43 52
Dział kolportażu: kolportaz.niedziela@niedziela.pl, (34) 369 43 51
Patronaty: patronat@niedziela.pl, (34) 369 43 24
Inspektor Ochrony Danych Osobowych: Monika Książek rodo@niedziela.pl, tel: 506 744 552

Redakcja internetowa

E-mail: internet@niedziela.pl
Dział redakcyjny:
Monika Książek - kierownik (monika@niedziela.pl)
Damian Krawczykowski (damian.krawczykowski@niedziela.pl)
Marcin Mysłek (marcin@niedziela.pl)


Tel.: (34) 369 43 25
Dział techniczny: webmaster@niedziela.pl

 

Edycje diecezjalne

Redakcja zielonogórsko-gorzowska: ks. Adrian Put (redaktor odpowiedzialny), Katarzyna Krawcewicz, Kamil Krasowski
E-mail: aspekty@diecezjazg.pl; zielonagora-gorzow@niedziela.pl
Adres: ul. Obywatelska 1, 65-736 Zielona Góra
Tel.: 666 028 246
Dyżury: pon.-pt. w godz. 10-13
Redakcja częstochowska: Karolina Mysłek, tel. (34) 369 43 70
 
Redakcja toruńska: ks. Paweł Borowski (redaktor odpowiedzialny),
Renata Czerwińska,
Ewa Melerska
E-mail: torun@niedziela.pl
Adres: ul. Łazienna 18, 87-100 Toruń
Tel.: (56) 622 35 30
Redakcja częstochowska: Beata Pieczykura, tel. (34) 369 43 85


Redakcja szczecińsko-kamieńska: ks. Grzegorz Wejman (redaktor odpowiedzialny)
E-mail: szczecin@niedziela.pl
Adres: pl. św. Ottona 1, 71-250 Szczecin
Tel./fax: (91) 454 15 91
Dyżury: pon.- pt. w godz. 9-13
Redakcja częstochowska: Julia A. Lewandowska (edycja.szczecin@niedziela.pl), tel. (34) 369 43 25


Redakcja częstochowska: Ks. Mariusz Frukacz (redaktor odpowiedzialny)
Sławomir Błaut
Maciej Orman
E-mail: czestochowa@niedziela.pl
Adres: ul. 3 Maja 12, 42-200 Częstochowa
Tel.: (34) 369 43 91, (34) 369 43 85


Redakcja kielecka: ks. Tomasz Siemieniec (redaktor odpowiedzialny), Agnieszka Dziarmaga, Katarzyna Dobrowolska, Władysław Burzawa
E-mail: kielce@niedziela.pl
Adres: ul. Jana Pawła II nr 3, 25-013 Kielce
Tel.: (41) 344 20 77
Redakcja częstochowska: Jolanta Marszałek, tel. (34) 369 43 25
E-mail: edycja.kielce@niedziela.pl


Redakcja legnicka: ks. Piotr Nowosielski (redaktor odpowiedzialny)
E-mail: legnica@niedziela.pl
Adres: ul. Jana Pawła II 1, 59-220 Legnica
Tel.: (76) 724 41 52
Redakcja częstochowska: Marzena Cyfert, tel. (34) 369 43 28
E-mail: edycja.legnica@niedziela.pl


Redakcja lubelska: ks. Mieczysław Puzewicz, Urszula Buglewicz
E-mail: lublin@niedziela.pl
Adres: Kuria Metropolitalna, ul. Prymasa Stefana Wyszyńskiego 2, 20-950 Lublin
Tel. kom.: 607 669 192, tel./fax (81) 743 68 47
Redakcja częstochowska: Maciej Orman, tel. (34) 369 43 85,


Redakcja łódzka:
E-mail: lodz@niedziela.pl
Adres: ul. Ks. I. Skorupki 3, 90-458 Łódź
Tel.: (42) 664 87 52
Dyżury w siedzibie redakcji: pon. i śr. godz. 10-12
Redakcja częstochowska: Ks. Jacek Molka, tel. (34) 369 43 31


Redakcja małopolska: Maria Fortuna-Sudor – redaktor odpowiedzialny,
ks. dr Jan Abrahamowicz – asystent kościelny.
Anna Bandura
E-mail: krakow@niedziela.pl
Adres: ul. Bernardyńska 3, 31-034 Kraków
Tel.: (12) 432 81 57, 605825450
Dyżury: pon. w godz. 13-15, wt. w godz. 10-14 lub po wcześniejszym telefonicznym uzgodnieniu
Redakcja częstochowska: Beata Włoga, tel. (34) 369 43 70


Redakcja bielska: ks. Piotr Bączek (redaktor odpowiedzialny) (baczek@niedziela.pl),
Tel.: 502 271 175
Mariusz Rzymek
Monika Jaworska
E-mail: bielsko-biala@niedziela.pl
Adres: ul. Żeromskiego 5-7, 43-300 Bielsko-Biała
Tel.: (33) 819 06 20
Redakcja częstochowska: Ks. Jacek Molka, tel. (34) 369 43 28


Redakcja podlaska: ks. Marcin Gołębiewski (redaktor odpowiedzialny), Monika Kanabrodzka
E-mail: drohiczyn@niedziela.pl
Adres: ul. Kościelna 10, 17-312 Drohiczyn
Tel./fax: (85) 656 57 54
Dyżury: pon., wt., pt. w godz. 8.30-13.30
Redakcja częstochowska: Beata Włoga, tel. (34) 369 43 70


Redakcja przemyska: ks. Zbigniew Suchy (redaktor odpowiedzialny),
Romana Trojniarz
E-mail: przemysl@niedziela.pl
Adres: pl. Katedralny 4 A, 37-700 Przemyśl
Tel.: (16) 676 06 00, 601 855 100
Dyżury: godz. 9-13
Redakcja częstochowska: Anna Cichobłazińska, tel. (34) 369 43 30
E-mail: edycja.przemysl@niedziela.pl


Redakcja rzeszowska: ks. Józef Kula (redaktor odpowiedzialny),
s. Hieronima Janicka,
Alina Ziętek - Salwik
Adres: ul. Zamkowa 4, 35-032 Rzeszów
Tel./fax: (17) 852 52 74,
E-mail: rzeszow@niedziela.pl
Dyżury: pon.-pt. w godz. 10-12
Redakcja częstochowska: Anna Wyszyńska (edycja.rzeszow@niedziela.pl), tel. (34) 369 43 24


Redakcja sandomierska: ks. dr Wojciech Kania (redaktor odpowiedzialny)
E-mail: ; sandomierz@niedziela.pl
Tel. 601201383
Redakcja częstochowska: Ks. Jacek Molka (biblia@niedziela.pl), tel. (34) 369 43 31


Redakcja sosnowiecka: ks. Tomasz Zmarzły (redaktor odpowiedzialny)
Piotr Lorenc
E-mail: sosnowiec@niedziela.pl
Adres: ul. Wawel 19, 41-200 Sosnowiec
Tel.: (32) 293 51 51 (Kuria),
Redakcja częstochowska: Marzena Cyfert, tel. (34) 369 43 28


Redakcja świdnicka: ks. Mirosław Bendyk (redaktor prowadzący edycję)
E-mail: swidnica@niedziela.pl
Adres: pl. św. Jana Pawła II 2-3, 58-100 Świdnica
Redakcja częstochowska: Julia A. Lewandowska (edycja.swidnica@niedziela.pl), tel. (34) 369 43 25

Dyżur telefoniczny: 602-336-086


Redakcja warszawska: Andrzej Tarwid (redaktor odpowiedzialny),
Asystent kościelny: ks. dr Janusz Bodzon
Wojciech Dudkiewicz, Artur Stelmasiak,
Magdalena Wojtak,
dr Łukasz Krzysztofka
E-mail: warszawa@niedziela.pl
Adres: ul. Długa 29, lok 229, 00-238 Warszawa
Tel.: (22) 635 90 69, 600 340 635
Redakcja częstochowska: Beata Pieczykura, tel. (34) 369 43 85


Redakcja wrocławska: Ks. Łukasz Romańczuk (redaktor odpowiedzialny),
Tel.: 696 719 107,
Marzena Cyfert, Grzegorz Kryszczuk
Wanda Mokrzycka - stała współpraca
E-mail: wroclaw@niedziela.pl
Adres: ul. Katedralna 3 (I piętro), 50-328 Wrocław
Redakcja częstochowska: Sławomir Błaut, tel. (34) 369 43 85


Redakcja zamojsko-lubaczowska:
Ks. Krzysztof Hawro (redaktor odpowiedzialny), Ewa Monastyrska
E-mail: zamosc-lubaczow@niedziela.pl
Adres: ul. Zamoyskiego 1, 22-400 Zamość
Tel.: 783 596 040
Redakcja częstochowska: Marzena Cyfert, tel. (34) 369 43 28


CZYTAJ DALEJ

Abp Hoser dla „Niedzieli”: potrzeba nam miłości ojczyzny na wzór bohaterów Bitwy Warszawskiej

„Bolszewizm zatruł zachodnią cywilizację, a jego pochodną są wszystkie dzisiejsze ideologie” - mówi w wywiadzie dla Tygodnika „Niedziela” abp Henryk Hoser.

O cudownym zwycięstwie w 1920 r., bohaterskiej śmierci ks. Ignacego Skorupki, zjednoczeniu Polaków ponad podziałami i białej plamie w historii, jaką była przez lata była Bitwa Warszawska, z biskupem seniorem diecezji warszawsko-praskiej i wizytatorem apostolskim parafii w Medjugorie, rozmawia Magdalena Wojtak.

Sto lat temu na przedmieściach Warszawy nastąpił cud. Bolszewicy zaczęli się wycofywać, a plan podbicia przez nich serca Europy "po trupie Polski" legł w gruzach. Jak powinniśmy patrzeć na to wydarzenie? 

Abp Henryk Hoser SAC: - To był potrójny cud - jedności narodowej, wspólnoty modlitwy oraz działań militarnych. Zwycięstwo w Bitwie Warszawskiej zawdzięczamy ogromnej mobilizacji całego społeczeństwa, które szturmowało niebo i odpowiedziało na apel biskupów, aby stanąć w obronie ojczyzny. 19 czerwca 1920 r. stolicę zawierzono Najświętszemu Sercu. Episkopat Polski na czele z prymasem kard. Edwardem Dalborem, na Jasnej Górze z inicjatywy trzy tygodnie przed kulminacyjnym atakiem bolszewików ponowił ten akt, zawierzając Najświętszemu Sercu Pana Jezusa całą Polskę. W świątyniach miały miejsce całodzienne adoracje. Od 6-15 sierpnia odbywała się ogólnopolska krucjata modlitewna w intencji ojczyzny odmawiana w formie nowenny.
W stolicy trwały czuwania modlitewne, a z kościołów w kierunku pl. Zamkowego wyruszały procesje pokutno-błagalne. Lud Warszawy zawierzał się Matce Bożej Łaskawej, Strażniczce Polski i patronce stolicy. Modlono się także przed relikwiami św. Andrzeja Boboli.

Jaką rolę w obliczu bolszewickiej ekspansji odegrał Kościół? 

- Polscy biskupi w liście do narodu, papieża Benedykta XV oraz Konferencji Episkopatów Świata prosili o pomoc i modlitwę w intencji zagrożonego nawałą bolszewicką państwa. Pisali, że jeżeli Polska zginie, klęska grozi całemu światu, który zaleje nowy potop - potop mordów, nienawiści, pożogi i bezczeszczenia Krzyża. Pisali, że bolszewizm jest wykwitem wszelkich zasad negacji, które godzą w rodzinę, religię, system społeczny oraz ubóstwianą przez siebie wiedzę. 

14 sierpnia 1920 r. na polach walk w Ossowie, gdzie zginął z krzyżem w ręku ks. Ignacy Skorpuka, sowieci zobaczyli na niebie jasną postać. Nazajutrz Matka Boża objawiła się także w Wólce Radzymińskiej. 

- Uczestnikom Bitwy Warszawskiej, jak relacjonowali bolszewiccy jeńcy, objawiła się Matka Boża. W nocy widzieli wielką postać Maryi na tle stolicy, która ochraniała płaszczem Warszawę, a wystrzeliwane w Jej kierunku pociski odbijały się.
Od tego momentu nastąpił przełom w Bitwie Warszawskiej. Rosjanie zaczęli panikować i wycofywać się. Siły ludzkie były zbyt słabe, aby sprostać wrogowi. Objawienie się Matki Bożej załamało morale Armii Czerwonej, a skuteczne okrążenie bolszewików przez polskie wojsko od strony Wieprza przechyliło szalę zwycięstwa. Cud dokonał się 15 sierpnia 1920 r. w Święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Przepowiednia Lenina, aby po trupie Polski bolszewicy dostali się serca Europy była o krok od spełnienia się. W Wyszkowie czekali już komunistyczni komisarze: Feliks Dzierżyński, Julian Marchlewski i Feliks Kon. Nie mogli doczekać kapitulacji stolicy i przejęcia władzy. Po zwycięstwie bolszewików triumfalnie planowani wjechać do Warszawy, a sowieckim żołnierzom obiecano dwudniowy rabunek stolicy Polski. Kraje europejskie nie miały świadomości zagrożenia i wykazywały się wobec naszego kraju niechętną postawą, próbowały nawet dogadać się z bolszewikami. Czesi na przykład chcieli zatrzymać pociągi z zakupioną przez nasz rząd amunicją. 

Klęska Polaków wydawała się nieunikniona. 

- Tak, ale wydarzył się cud zjednoczenia narodu polskiego. Mimo wszelkich sporów i waśni, które miały miejsce wówczas na scenie politycznej, wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, że niepodległa ojczyzna jest najwyższą wartością. Zjednoczono się wobec nadchodzącego zagrożenia. Dokonała się powszechna mobilizacja. Młodych chłopców powoływano do wojska i wysyłano na front. Powstała Armia Ochotnicza, na czele z gen. Józefem Hallerem, która wydała odezwę do narodu zachęcającą do dobrowolnego wstępowania w szeregi armii. 
 

Bohaterem wojny polsko-bolszewickiej stał się młody, 27-letni kapłan, duszpasterz Legii Akademickiej. 

- Swoją ostatnią Mszę Świętą ks. Ignacy Skorpuka przed wyruszeniem na front sprawował w cmentarnej kaplicy na warszawskim Kamionku. Stamtąd wraz z młodzieżą, wśród której byli liczni uczniowie Gimnazjum im. Władysława IV, wyruszył do Ossowa. Tam z krzyżem w ręku zginął od bolszewickiej kuli. 

Według świadków tego wydarzenia kapłan śpiewał pieśń ku czci Matki Bożej, a w testamencie ks. Skorupka pisał: ,,Dług za szkołę spłacam swym życiem. Za wpojoną mi miłość do Ojczyzny – płacę miłością serca... Proszę mnie pochować w albie i stule...”. 

- Młodzież, która brała udział w walkach 1920 r. była wychowywana w wielkim patriotyzmie. Bój był wzmacniany uformowanym duchem tych młodych ludzi. 
 Wychowanie patriotyczne odgrywa bardzo dużą rolę. Wierność własnym korzeniom, a więc własnej historii, tożsamości jest gwarantem przetrwania. Powinniśmy uczyć się nie tylko na błędach naszej przeszłości, ale także umieć dostrzegać wiele dobra dokonującego się na przestrzeni dziejów, poczynając od chrztu Polski, który był początkiem polskiej państwowości. Dzisiaj potrzeba nam miłości ojczyzny na wzór bohaterów Bitwy Warszawskiej. Musimy pamiętać, że wolność i suwerenność nie są nam dane raz na zawsze. Powinniśmy umieć stanąć ponad wszelkimi podziałami, które rozdzierają polskie społeczeństwo i bronić ojczyzny poprzez sprawnie działające państwo, które zapewnia suwerenność kraju. 

Księże Arcybiskupie, dziś nie zagraża nam komunizm, ale inne ideologie, które uderzają w życie i rodzinę. Jak się bronić przed nimi? 

- Żyjemy w epoce postmodernizmu, która odchodzi od racjonalizmu i kieruje się różnymi ideologiami mającymi neomarksistowskie korzenie. To tworzenie nowoczesnego człowieka, który ma być pozbawiony tożsamości i pamięci historycznej. Widać dziś dewaloryzację człowieka, zwłaszcza słabego i bezbronnego. Potrzeba dziś wrócić do dobrze pojętej antropologii, która bierze pod uwagę nie tylko ciało, ale i duszę. Zauważmy, że zwycięstwem bolszewizmu okazał się pakt Ribbentrop-Mołotow i czwarty rozbiór naszego kraju, który został podzielony przez ateistycznych przywódców. Bolszewizm zatruł zachodnią cywilizację, a jego pochodną są wszystkie dzisiejsze ideologie. 

Przez wiele lat Bitwy Warszawskiej nie można było nazywać „Cudem nad Wisłą”. Cenzura miała wpływ na wypaczanie obrazu tego wydarzenia? 

- Oczywiście. Przez wiele lat Bitwa Warszawska była białą plamą w społecznej świadomości. W czasach komunizmu w szkołach nie mówiło się o klęsce bolszewików pod Warszawą. Akcentowano układ ryski i dowodzono, że to Lenin upomniał się o granice Polski.

Jednak miejscowa ludność pamiętała o historycznym zwycięstwie polskiego oręża. Już dekadę później zaczęły powstawać w stolicy kościoły będące wotum za Cud nad Wisłą.

Wśród wiernych była ogromna potrzebna budowania tych świątyń stanowiących wdzięczności narodu za ocalenie przed bolszewikami w Bitwie Warszawskiej. Konkatedra Matki Bożej Zwycięskiej na Kamionku, kościół Chrystusa Króla na Bródnie oraz kościół Matki Bożej Zwycięskiej w Rembertowie powstały z potrzeby serca warszawiaków i dzięki ich ofiarności. 

W Radzyminie powstaje także świątynia, wotum wdzięczności za życie i pontyfikat Jana Pawła II i zwycięską Bitwę Warszawską. Pod budowę tego kościoła wmurowywał Ksiądz Arcybiskup kamień węgielny.

- Jan Paweł II w czerwcu 1999 r. na Cmentarzu Żołnierzy Polskich 1920 r. w Radzyminie powiedział, że ma wielki dług wobec bohaterów „Cudu nad Wisłą”. Sanktuarium, któremu patronuje papież-Polak ma przypominać, że Karol Wojtyła urodził się w roku Bitwy Warszawskiej i wiele zawdzięcza Polakom broniącym ojczyzny w 1920 r. Świątynia ta powstaje na polach bitwy polsko-bolszewickiej, gdzie miały miejsce krwawe walki. Diecezję warszawsko-praską papież szczególnie zobowiązał do kultywowania pamięci o "Cudzie nad Wisłą". Dlatego też należy pamiętać o innym ważnym miejscu, jakim jest Ossów. 

Tutaj poznamy nie tylko historię wojny polsko-bolszewickiej? 


- Nieopodal grobów bohaterów 1920 r. znajduje się tablica poświęcona polskim oficerom, dowódcom oddziałów walczących w Bitwie Warszawskiej, zamordowanym potem w 1940 r. w Katyniu przez Rosjan. W Ossowie powstała także aleja pamięci, gdzie upamiętniani są ci, którzy zginęli w 2010 r. w katastrofie smoleńskiej w drodze na uroczystości 70. rocznicy zbrodni katyńskiej. To wyraz naszego szacunku do historii i tych tragicznych wydarzeń. 

 Z abp. Henrykiem Hoserem SAC rozmawiała Magdalena Wojtak. 

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję