Reklama

Muzeum Kuklińskiego

Kukliński znowu w Warszawie

Alicja Dołowska
Edycja warszawska 7/2006

Na warszawskiej Starówce, przy ul. Kanonia powstaje muzeum poświęcone płk. Ryszardowi Kuklińskiemu, który przekazał Amerykanom największe wojskowe tajemnice Związku Sowieckiego i Układu Warszawskiego.

Muzeum ma być otwarte 3 maja, ale już dziś zrobiło się wokół niego dużo szumu

W ich ręce dostarczył też materiały dotyczące zamiarów wprowadzenia w Polsce stanu wojennego skierowanego przeciwko „Solidarności”. Odtajniona niedawno przez Ministra Obrony Narodowej Radka Sikorskiego część planów i map, przekazanych przez Kuklińskiego Amerykanom, dostarcza wstrząsającej wiedzy, o której Polacy nie mieli pojęcia.
Teraz na Kanonii płk. Kukliński będzie miał Izbę Pamięci swego imienia. Zbiory zgromadził i opiekuje się nimi wieloletni przyjaciel Pułkownika Józef Szaniawski, historyk z wykształcenia.

Temat zastępczy

Zgromadził tam pamiątki takie jak: maszyna do pisania, czapka wojskowa Pułkownika, radio, jego dokumenty oraz ponad sto powiększonych fotografii. W tym zdjęcie z Papieżem Janem Pawłem II, który odbył z Pułkownikiem godzinną rozmowę w Watykanie (niektórzy mówią, że była to spowiedź życia). Jest zdjęcie z kard. Macharskim i ze Zbigniewem Herbertem, które okazało się ostatnią fotografią poety. Trafiła tam ofiarowana Pułkownikowi przez górników cegła z kopalni „Wujek”, ze sforsowanego w stanie wojennym przez czołgi muru. Znalazł się piękny gobelin haftowany złotą nicią z symbolami CIA: białym orłem na biało-czerwonym tle.
Lokal na izbę pamięci Pułkownika otrzymał Szaniawski od władz gminy Centrum za staraniem prezydenta Warszawy Lecha Kaczyńskiego i Ministra Obrony Narodowej Radka Sikorskiego. Czyni starania, aby ściągnąć z Ameryki wszystkie raporty Kuklińskiego, by pokazać ich znaczenie dla Polski i całego świata. Na podłodze, w tej izbie leży flaga Związku Sowieckiego z sierpem i młotem.
- Chciałbym, aby nad tą sowiecką flagą wisiał sztandar Armii Krajowej VII Pułku Piechoty z Matką Bożą Częstochowską i wyhaftowanym napisem „Bóg Honor i Ojczyzna”. I dwa inne. 11 listopada ub.r. światowy Związek Żołnierzy AK przekazał muzeum Kuklińskiego sztandary, dołączając do swego sztandar zgrupowania „Chrobry” z Powstania Warszawskiego - objaśnia Szaniawski.
Muzeum ma być otwarte 3 maja, ale już dziś zrobiło się wokół niego dużo szumu. Niektóre gazety napisały, że w muzeum będzie się deptać sowiecką flagę, co fatalnie wpłynie na i tak mocno zmrożone stosunki z Rosją, gdzie sentymenty proradzieckie są jeszcze bardzo silne. Głos w tej sprawie zabrali byli ministrowie obrony narodowej: Bronisław Komorowski (dziś PO) i Jerzy Szmajdziński z SLD mówiąc, że „chwały nam to nie przyniesie”. Skrytykował pomysł Antoni Dudek z Instytutu Pamięci Narodowej. Zabrał głos nawet Maciej Łopiński odpowiedzialny za kontakty z mediami w Kancelarii Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego. Powiedział, że Prezydent nie dopuszcza możliwości deptania flagi i gdyby do tego doszło, możliwe jest nawet cofnięcie decyzji o przyznaniu lokalu.
Szaniawski pogłoskom zaprzecza. - Nikt flagi sowieckiej, mimo że Rosja sama ją odrzuciła jako symbolikę państwa, odcinając się od swej przeszłości, deptać nie będzie - mówi stanowczo. Przypomina, że w Muzeum Wolności Węgier w Budapeszcie, w byłym gmachu „bezpieki” widział leżącą na podłodze jak dywan flagę z sierpem i młotem. Nad nią wisiał trójkolorowy sztandar węgierski, symbolizujący wolne Węgry. Chciałby po prostu zastosować ten sam pomysł. - Cała ekspozycja dotyczy tego, jak Polak pomógł Ameryce pokonać komunistyczną Rosję w okresie zimnej wojny - mówi Szaniawski.

Miało być piekło

Jak ujawnił niedawno minister Radek Sikorski, terytorium Polski w razie nuklearnego konfliktu z Zachodem miało być miejscem, na którym przewidywano atomowe starcie. Zakładano, że podczas tych działań może zginąć 3 miliony ludzi a z kilku wielkich polskich miast pozostałyby ponuklearne zgliszcza. Kukliński o tym wiedział, ponieważ jako wysoki rangą, zaufany oficer pracował w Sztabie Generalnym i był dopuszczony do wszelkich tajemnic. Świadom tych strasznych zagrożeń, nie chciał milczeć. Dlatego od roku 1971, kiedy nawiązał kontakty z Amerykanami przekazał w ich ręce 40 tysięcy dokumentów i analiz. Dostarczenie tajnych informacji Amerykanom miało na celu zahamowanie tych planów, ponieważ jako „spalone” traciły na znaczeniu. Dawały Amerykanom do ręki argumenty, że znając tajemnice Kremla są oni w stanie planom tym przeciwdziałać.
Płk. Ryszard Kukliński został wraz z rodziną ewakuowany z Polski amerykańskim samolotem w listopadzie 1981 r. tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego. Wiadomość o jego zniknięciu przedarła się do zachodnich rozgłośni i wywołała ogromną sensację, podobnie jak wyemitowany przez radio okrzyk: „Niech żyje Solidarność!”, którym pożegnał się z ojczyzną. „Zdrada” Kuklińskiego wywołała trwogę najwyższych władz wojskowych PRL i Moskwy. Generał Wojciech Jaruzelski, który uważał Kuklińskiego za swego przyjaciela przeżył szok. Był pewien dotrzymania tajemnic przez Pułkownika jak chyba nikt inny.

Reklama

Na karę śmierci

W roku 1984 płk. Kukliński został skazany wyrokiem polskiego sądu na karę śmierci. W Stanach Zjednoczonych, gdzie osiadł, był pilnie strzeżony, by nie dosięgła go zemsta KGB, które swego czasu Trockiego wytropiło i zlikwidowało nawet w Meksyku.
Ponieważ nie sposób było im zlikwidować samego Pułkownika, uśmiercono jego synów. Pierwszego „przypadkowo” śmiertelnie potrącił samochód prowadzony przez „nieznanych sprawców”, drugi wypłynął jachtem na wody zatoki i ślad po nim zaginął.
Czy Kukliński spodziewał się zemsty? Na pewno brał ją pod uwagę. Jednak nawet ryzykując życie najbliższych nie zawahał się przedłożyć spokojną egzystencję w willi na Starym Mieście i wysoką pensję „sztabowca” na wiecznie zagrożony żywot żołnierza tułacza.
W wolnej już Polsce rozpoczęto batalię o anulowanie ciążącego na Kuklińskim wyroku śmierci. W akcję zbierania podpisów pod apelem o cofnięcie kary śmierci włączył się m.in. Tygodnik Solidarność i Zbigniew Herbert, który na łamach tego pisma opublikował swój słynny wiersz Do pułkownika i wystosował list otwarty w tej sprawie do prezydenta Lecha Wałęsy. „Kapral Wałęsa”, jak o sobie mówił ówczesny prezydent RP, nie kiwnął palcem by zmienić prawny stan rzeczy i np. uniewinnić Kuklińskiego. Miał wątpliwości. Mówił, że zdrada pozostaje zdradą i trzeba ponosić jej konsekwencje. Nie spotkał się nawet z Kuklińskim podczas swego pobytu w Stanach. Jednak Pułkownik nie był osamotniony. Zbyt wielu Polaków było po jego stronie i walczyło o uznanie jego zasług. Jednak kara śmierci została anulowana dopiero w roku 1998 r.

Triumf na Wiejskiej

Wtedy nastąpił triumfalny przyjazd Pułkownika do kraju. Był gościem parlamentarzystów w Sejmie na Wiejskiej, którzy zgotowali mu gorące przyjęcie. Przypomnijmy, że u władzy była wtedy Akcja Wyborcza Solidarność i premier Jerzy Buzek. Współczesny Wallenrod doczekał się satysfakcji. Podczas pobytu w Krakowie był gościem kard. Franciszka Macharskiego. Nadal jednak nie przez wszystkie gremia jest traktowany z szacunkiem. Generał Jaruzelski i „twardogłowi” nie są mu w stanie „zdrady” wybaczyć. Jakby zapomnieli, że Powstanie Listopadowe wywołane przez podchorążych w 1830 r. też było zdradą wobec okupanta, któremu wcześniej jako wojskowi służyli.
Płk. Kukliński marzył, że pod koniec życia wróci do ojczyzny, między swoich. Nie zdążył. Zmarł dwa lata temu w USA. Jego prochy, wraz z prochami syna Waldemara spoczęły na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Alei Zasłużonych. Miejsce wyznaczył ówczesny prezydent Warszawy Lech Kaczyński. Od jesieni ubiegłego roku jest to już grób z granitu. Zawsze leżą na nim świeże kwiaty.

Zmarł o. Łucjan Królikowski OFM Conv, który uratował 150 sierot

2019-10-12 19:32

Dr Małgorzata Brykczyńska

W piątek rano 11 pażdziernika 2019, w Enfield, CT (USA) zmarł o. Łucjan Królikowski OFM Conf, autor książki Skradzione Dziecinstwo i Pamiętnik Sybiraka i Tułacza. Odznaczony najwyższymi orderami Polski, (ostatnio z okazji 100 rocznicy urodzin Prezydent RP przyznał mu order Orła Białego), Harcmistrz, i wielki franciszkanin, który przed miesiącem obchodził 100 urodziny w Chicopee, MA. Na uroczystość zjechali się ludzie z całego świata, włącznie z sierotami z Tengeru których uratował, ich rodzinami i inni “Afrykańczycy”.

Marie Romanagno

Ks Łucjan był seniorem franciszkanów (najstarszy żyjący franciszkanin) i ostatni który jeszcze odbył nowicjat u Św Maksymiliana Kolbe. Ojciec Łucjan zmarł w powszechnej opinii świętości. Wielki człowiek, polak, kapłan.

Łucjan Królikowski urodził się 7 września 1919 r. Do zakonu franciszkanów wstąpił w Niepokalanowie. W 1939 r. udał się na studia do Lwowa, ale już rok później został aresztowany przez NKWD i wywieziony na Syberię. Wolność przyniósł mu układ Sikorski-Majski z 1941 r., który gwarantował „amnestię” dla Polaków. Ojciec Łucjan z trudem przedostał się do Buzułuku, gdzie stacjonował sztab Armii Andersa. Wraz z nią przemierzył Kazachstan, Uzbekistan i Kirgizję. Później ukończył szkołę podchorążych i dotarł do Persji i Iraku.

Nadal jednak chciał być zakonnikiem, nie żołnierzem. Wiosną 1943 r. dotarł do Bejrutu, gdzie rozpoczął studia teologiczne. Ukończył je i otrzymał święcenia kapłańskie. W czerwcu 1947 r. wypłynął do Afryki Równikowej, gdzie podjął pracę wśród polskich dzieci w Tengerze (przebywały tam dzieci z matkami oraz sieroty, które NKWD wywiozło na Sybir – te, które ocalały, zostały uratowane przez Armię Andersa). Po okropieństwach Syberii małym tułaczom osiedle położone niedaleko równika wydawało się rajem.

Szczęście nie trwało jednak długo. Kiedy w 1949 r. Międzynarodowa Organizacja Uchodźców postanowiła zlikwidować polskie obozy w Afryce, a dzieci odesłać do komunistycznej Polski, o. Łucjan zdecydował, by wraz z nimi wyemigrować do Kanady. Na początku czerwca 1949 r. prawie 150 polskich sierot wyruszyło z Afryki.

W Kanadzie o. Łucjan był prawnym opiekunem dzieci, zajmował się także ich edukacją i wychowaniem. Tymczasem w Polsce komuniści wpadli w szał. Do próby odzyskania sierot chciano wykorzystać nawet ONZ. Na próżno – dzieci o. Łucjana były już wolne.

Można zadać sobie pytanie: Skąd ta chęć bezinteresownej pomocy? Sam o. Łucjan udzielał najlepszej odpowiedzi: „Życie człowieka jest grą, sztuką, realizacją Boskiego utworu, który nosi tytuł: miłość. Ona jest tak wpleciona w życie, że stanowi pobudkę ludzkich myśli, słów, czynów i działań. Miłość, która nie skrzywdzi biednego, bezbronnego jak dziecko, nie zerwie kwiatka, by go za chwilę podeptać, ani nie zgładzi psa czy kota”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Ewa Gawin - 30 lat miłości na misjach

2019-10-21 12:18

ks. Krzysztof Czermak / Tarnów (KAI)

Do tej miłości przygotowywała się od dziecka – wtedy zobaczyła film o misyjnej pracy sióstr w Mozambiku, siedząc u taty na kolanach. Z okazji trwającego Nadzwyczajnego Tygodnia Misyjnego publikujemy sylwetkę Ewy Gawin, świeckiej misjonarki z diecezji tarnowskiej.

www.dzieciafryki.com

Misyjna rekordzistka

Otwiera długą, bo 35-osobową listę świeckich, których na afrykański ląd posłał biskup tarnowski. Jest rekordzistką, bo w styczniu 2020 r. będzie obchodzić trzydziestolecie pracy w Kamerunie. To wielka radość, gdy po 30 latach można zweryfikować miłość do ludzi, których pokochało się wcześniej. Dzisiaj pani Ewa z dumą patrzy na tę oddaną Kameruńczykom miłość, która kiełkowała i rozwijała się od lat. Zaczyna się już wtedy, gdy siedząc na kolanach u taty oglądała filmy o pracy sióstr w Mozambiku. Potem było zaangażowanie oddanej misjom dziewczyny, które sięga końca lat siedemdziesiątych, kiedy wraz z klerykami przy tarnowskiej katedrze organizowała i wysyłała paczki do tarnowskich misjonarzy pracujących już od kilku lat w Ludowej Republice Konga. Były też trudne chwile, bo nie doszły do skutku podpisane kontrakty. Ale potem konkret: dwa lata spędzone w Castel Gandolfo, gdzie z całego świata przybywały kobiety (zwłaszcza w habicie), by studiując Catechesi missionaria przygotować się intelektualnie do zadań, które były mocno osadzone na horyzoncie marzeń.

Ziemia obiecana

Wreszcie „przypadkowy” Paryż, gdzie pani Ewa dowiedziała się, że czeka na nią Kamerun, że to ten kraj, a nie Ludowa Republika Konga będzie jej „ziemią obiecaną”. W swoim pierwszym liście z Kamerunu pisała o dniu przybycia: „Jest 26ºC, godz. 9.00. Czy ja naprawdę jestem w Kamerunie, mojej ziemi obiecanej?”. W Kamerunie, zwłaszcza w diecezji Bertoua, wszyscy ją znają, wszyscy ją kochają, wielu korzysta z jej dobroci. Są też, niestety, tacy, którzy tę dobroć wykorzystują i zadają rany jej sercu... Co może robić osoba świecka, zdana na samą siebie, w Afryce? Na to pytanie dzisiaj łatwo znajdujemy odpowiedź, bo możemy pokazać, co zrobiła, podążając trzema drogami miłości.

Dla mniej sprawnych

Niepełnosprawność dzieci to jedna z dróg miłości, po której kroczy pani Ewa, a dzięki niej także „jej” dzieci. Są to dzieci z krzywymi nóżkami czy stopkami. Są to dzieci, które były ukrywane w domach, żeby świat ich nie zobaczył i nie oskarżył rodziny o czary, które w mentalności afrykańskiej są przyczyną podobnych nieszczęść. Te dzieci pani Ewa diagnozuje i zawozi na oddziały chirurgii. Ponad 500 osób przeszło mniej czy bardziej poważne operacje, a trzy razy tyle zostało poddanych reedukacji czy różnym badaniom. Tych, którzy otrzymali aparaty ortopedyczne, jest około 800, a kilkadziesiąt osób cieszy się stałymi protezami, czyli nowym życiem z „kończynami”. Pani Ewa zajmuje się też zakupem wózków inwalidzkich. W tym przedsięwzięciu jej rodzima diecezja uczestniczy w 90% wydatków.

Dla uwięzionych

Druga droga, na której nie wyczerpuje się miłość pani Ewy, to posługa więźniom w ogromnym więzieniu w Bertoua, w którym przebywa około 700 osób. „Więźniów odwiedzać” – to znany nam i chyba rzadko praktykowany dobry uczynek wobec innych ludzi. Pani Ewa więźniów nie odwiedza, ona im posługuje. Troszczy się o ich życie i przeżycie kupując leki, żywność i inne konieczne produkty. Myśli też o sferze duchowej więźniów, którzy są chrześcijanami. Dzięki środkom ze swojej rodzimej diecezji wyremontowała więzienną kaplicę, łatając pokaźną dziurę w dachu, przemalowała ściany i wymieniła dach, by mogli spokojnie się modlić. Dzięki ofiarom z Dzieła Ad Gentes wyremontowała dwa pomieszczenia, w których chorzy więźniowie będą mogli spać na czystej podłodze. Uwięzionym współwyznawcom starają się pomagać muzułmanie, protestanci i przedstawiciele innych Kościołów i sekt. Pani Ewa natomiast pomaga wszystkim.

Dla głuchoniemych

W ostatnich latach jest szczególnie znana ze swego serca, które oddaje dzieciom głuchoniemym. Te dotknięte kalectwem słuchu i mowy dzieci pochodzą z całego Kamerunu, przybywają nawet z odległości 400 kilometrów. Są wyznawcami różnych religii, pochodzą z różnych plemion. Te przybywające z daleka umieszczane są w tzw. internacie rodzinnym, czyli w rodzinach, które już mają swoje dzieci i przyjmują za opłatą również te ze szkoły. Diecezja tarnowska finansuje pobyt owych dzieci w takich domach. Szkoła powstała w 2006 roku i miała bardzo skromne pomieszczenia. Odwiedzając ją, widziałem, jakie kiepskie, choć schludne mieli warunki. Najbliższa o tej specjalności szkoła jest w Yaounde, oddalonym od Bertoua o 350 km. Chcąc wybudować dzieciom nową, z prawdziwego zdarzenia szkołę, pani Ewa zwróciła się z prośbą o jej sfinansowanie do kolędników diecezji tarnowskiej.

Serce dla wszystkich

Podaje także pomocną dłoń wielu dzieciom szkolnym, by miały za co kupić podstawowe przybory szkolne i by nie chodziły głodne do szkoły. Kilka lat temu rozpoczęła wielkie przedsięwzięcie – pozyskania dla dzieci ich aktów urodzenia, bez których w miarę normalna przyszłość dziecka w wielu dziedzinach życia, zwłaszcza edukacyjnej i zdrowotnej, jest niemożliwa.

„Ziemia obiecana” pani Ewy wcale nie jest mlekiem i miodem płynąca. Kameruńską ziemią płynie to, co ona swym sercem przetwarza na mleko i miód. Płynie czas, którego ona nie liczy, a on swym nurtem zabiera ze sobą wszystko, co stanowi życie pani Ewy. On niesie radość, spełnienie i świadomość nieużytecznego sługi. Ale jeśli niesie wszystko, to łzy także. Ale to są łzy „ziemi obiecanej”.

Doceniona

Jej ofiarna praca została dostrzeżona. 30 grudnia 2016 r. prezydent Andrzej Duda przyznał pani Ewie Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski za wybitne zasługi w działalności na rzecz osób potrzebujących pomocy.

„Ja ten krzyż symbolicznie dzielę na małe okruszki, które przekazuję także innym misjonarzom, którzy już odeszli do Pana, którzy jeszcze pracują. Chcę się nim podzielić także z tymi, którzy misje otaczają swoją modlitwą i swoim cierpieniem” - mówiła Ewa Gawin, przyjmując order w sierpniu 2017 r., podczas Pieszej Pielgrzymki Tarnowskiej na Jasną Górę.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem