Reklama

Śląsk: Spotkania z siostrą zamordowanej w Boliwii Heleny Kmieć

2019-10-13 18:40

ks. SK / Katowice (KAI)

facebook/Helena Kmieć

W Wyższym Śląskim Seminarium Duchownym w Katowicach, w Pszczynie oraz Tychach gościła Teresa Kmieć, siostra zamordowanej w Boliwii misjonarki Heleny. Podczas spotkań dzieliła się swoim odkrywaniem relacji z Chrystusem.

– To nie jest tak, że ja chcę kontynuować misję Helenki – mówiła Teresa Kmieć podczas spotkań. – Każda z nas ma swoją „misję”. Helenki była inna, moja jest inna – stwierdziła.

Podczas spotkań Teresa podzieliła się swoją drogą chrześcijańską, która jest mocno związana z Ruchem Światło-Życie. – Owszem, myślałam już wcześniej o misjach, ale zawsze było coś do zrobienia – powiedziała.

Podzieliła się również tym, że poznała misje przez swoją siostrę Helenę, która mocno angażowała się w salezjański wolontariat misyjny. – W końcu kiedyś mnie tam zaprosiła i tak zaczęła się moja przygoda z misjami – stwierdziła.

Reklama

Pytana o swoją relację z siostrą stwierdziła, że nikt nie spodziewał się tego, że Helenka nie wróci z półrocznego wyjazdu na wolontariat. – Już wcześniej była w Afryce, czy na Węgrzech i zawsze wszystko szczęśliwie się kończyło. Nikt nie spodziewał się takiej sytuacji – mówiła.

Podczas spotkania miała również miejsce projekcja filmu „Helenka” ukazującego zaangażowanie młodej misjonarki, jak również pokazującego to, jak najbliżsi oraz inne osoby posługujące na misjach przeżyły tragiczne wydarzenia. – Przebaczyliśmy mordercy, odbywa teraz sprawiedliwą karę – stwierdza na filmie ojciec sióstr misjonarek. – Ludzie też mówią o łaskach, jakie się dzieją przez wstawiennictwo Helenki – dodaje mama Teresy i Heleny.

Spotkania z Teresą Kmieć zostały zorganizowane przez alumnów śląskiego seminarium oraz członków Ruchu Światło-Życie. Wpisują się one w wydarzenia związane z nadzwyczajnym miesiącem misyjnym ogłoszonym przez papieża Franciszka.

Tagi:
misje misjonarze Helena Kmieć

Reklama

Częstochowa: młodzież zbierała na misję w Cochabamba w Boliwii

2019-11-04 07:59

Grzegorz Saleta

Mówią mi, że kościół nie ma przyszłości. W ławkach starość i wieje nudą, nic się nie dzieje. Nie ma tam nic, na czym oko czy ucho można by powiesić.

Saleta Grzegorz

Ja w odpowiedzi na takie niczym nie uzasadnione stwierdzenia, postanowiłem napisać i pochwalić się przepięknym zjawiskiem w parafii Podwyższenia Krzyża Św. w Częstochowie, jakim jest Oaza Dzieci Bożych.

Saleta Grzegorz

Dzieciaki tworzące tę wspólnotę bardzo poważnie potraktowały przesłanie papieża Franciszka, który ustanowił październik, miesiącem misyjnym pod hasłem „Ochrzczeni i posłani: Kościół Chrystusa z misją w świecie”.

W niedzielę 27 października 2019 r. przedstawili inscenizację przedstawiającą pracę misji w świecie. Przygotowali także kiermasz, z którego dochód przeznaczony został na misję w Cochabamba w Boliwii. Ponadto wielbili Boga jak przystało na jego dzieci, śpiewem i grą na instrumentach, uświetniając tym samym Eucharystię.

Saleta Grzegorz

Całość odbyła się pod czujnym okiem naszego niezawodnego opiekuna dzieci i młodzieży księdza Łukasza Mazurka, siostry Karoliany oraz dwóch animatorek z „Ruchu Światło – Życie”, Igi Orman i Natalii Salety. Te dzieciaki pragną być „Światłem Miłości” dla ludzkich serc, gdzie przybiera na sile fala obojętności, egoizmu i nienawiści. Najważniejsze jest jednak dla mnie to, że pomimo tak młodego wieku poczuwają się do odpowiedzialności za kościół, który nie tylko współtworzą, ale przede wszystkim ten, który powstaje i umacnia się w krajach misyjnych.

Saleta Grzegorz

To tylko jedna z niewielu inicjatyw podjętych przez te dojrzewające latorośle.

Dla mnie najbardziej wzruszające było przyłączenie się tych wspaniałych dzieciaków do ogólnopolskiej akcji „Polska Pod Krzyżem”we wrześniu br. Przedstawiły wówczas inscenizację pt. „Historia pewnego Krzyża”, opowiadającą historię krzyża papieskiego, który papież, św. Jan Paweł II trzymał podczas liturgii Wielkiego Piątku w 2005 r. Zaprosili do udziału w nim Rycerzy Kolumba oraz swoich rodziców.

Ja zagrałem rolę swojego życia, Jana Pawła II, czego nie zapomnę do końca moich dni. Na szczególny szacunek zasługują rodzice naszych bohaterów. Za to, że wspierając ich, dają im szansę budowania lepszego, piękniejszego świata opartego na kartach Ewangelii. Wychowując ich w takim duchu prawidłowo kształtują ich światopogląd. Dostrzegam w nich pełną dojrzałość chrześcijańską i jestem pewien, że są świadomi tego „kim” są, „dokąd” zmierzają, a przede wszystkim, z „kim” zmierzają w dorosłość.

Z całą pewnością będą dla rodziców powodem do dumy, a dla Polski fundamentem silnej rodziny i całego społeczeństwa.

Nie ma miejsca na smutek, depresję czy zwątpienie.

Rozkwita Wiara, Nadzieja i Miłość.

Jak widać jest młodość, nie wieje nudą i jest na czym oko i ucho powiesić.

Wielki Rycerz Rady Rycerzy Kolumba 16300 im. Ducha Św. W Częstochowie

Grzegorz Saleta

CZYTAJ DALEJ

Reklama

„Pająk” i Święta

2019-11-14 10:09

Fragment książki "Dotyk Nieba" autorstwa Elżbiety Ruman

Andrzej Mecherzyński-Wiktor (ur. 1984) zawsze uwielbiał się wspinać. Uzdrowiony za wstawiennictwem Bł. Celiny Borzęckiej. Czy cud zostawia ślady? A jeśli tak, to jakie? W wyglądzie czy zachowaniu? Trochę bałam się zobaczyć z Andrzejem... Jak wygląda chłopak „naznaczony cudem”?

youtube.com
Andrzej Mecherzyński-Wiktor

– Nie miał jeszcze trzech lat, gdy siedząc przy stole usłyszałem jego pełne strachu wołanie: „tato, tato!”. Zaniepokojony, pobiegłem do jego pokoju, ale... nie zauważyłem syna. Szukałem go na podłodze, gdy on tymczasem zawisł przy suficie, wczepiony w najwyższą półkę regału z książkami – śmieje się pan Adam Wiktor.

Mieszkanie rodziny Mecherzyńskich, w bloku na jednym z krakowskich osiedli, pełne jest książek, obrazów, pamiątek rodzinnych. Ale jest i pamiątka tak wielka, że w żadnym mieszkaniu by się nie zmieściła.

Brzdąc na drzewie

Proszę spojrzeć – pani Magdalena, mama Andrzeja, podchodzi do okna. – My jesteśmy na pierwszym piętrze, ale to drzewo sięga aż do czwartego.

Rozłożysty klon rozpościera swoje konary nad znaczną częścią podwórza. Dzieciaki uwielbiały i uwielbiają się pod nim bawić. Nie inaczej było i z Andrzejem.

Miał wtedy siedem lat, i często urzędował z kolegami przed domem. Pod koniec lata siedziałam z mężem przy stole, kolacja była gotowa, trzeba było tylko zawołać Andrzeja – uśmiecha się pani Magdalena. – Ale nim to uczyniliśmy, jego młodsza siostra, Kasia, dostrzegła go... mijającego nasze okno. Nawet nie zdążyłam krzyknąć, gdy widziałam już jego pięty... Wspiął się na drugie piętro!

Zawodnik

Piętnaście lat temu brakowało na osiedlu placów zabaw dla dzieci, więc kiedy grupa zapaleńców w starej kotłowni urządziła ściankę wspinaczkową, stało się to arcyważnym wydarzeniem dla mieszkańców. Oczywiście, Andrzej trafi ł na ściankę jako jeden z pierwszych. Wspinał się jak pająk – i takie przezwisko szybko do niego przylgnęło.

Organizatorzy zajęć szybko dostrzegli talent dziesięciolatka. Już po kilku miesiącach ćwiczeń pojechał na zawody do Lublina. – I tak się zaczęło – z dumą uśmiecha się mama zawodnika. – Półki w jego pokoju pełne są trofeów: a to Puchar Polski Juniorów, a to za mistrzostwo Polski, a to za wicemistrzostwo świata…

Wypadek, śpiączka, nowenna

W 1999 roku Andrzej miał 15 lat. To był 20 lipca – pani Magdalena nerwowo przeciera okulary. – Wieczór. Wakacje, syn miał dużo czasu. Przez kilka dni strasznie narzekał, że ścianka jest nieczynna, bo ją remontowano. Wreszcie remont się skończył... Wiedziałam, że Andrzej będzie trenował dłużej niż zwykle, żeby nadrobić zaległości, więc nie dziwiła mnie jego nieobecność.

Nagle zadzwonił telefon. Odebrał tata Andrzeja... I zamarł ze słuchawką w dłoni, gdy usłyszał, że syn miał wypadek i jest pokiereszowany, a karetka już jedzie…

• Basiu... Andrzej spadł. – Tylko tyle był w stanie wyszeptać do żony pan Adam.

Rodzice pobiegli na miejsce treningu. Karetka przyjechała wcześniej. Andrzej już w niej leżał. Nieprzytomny, cały zakrwawiony…

W szpitalu przez dwie godziny nie mogli się doczekać wiadomości. Wreszcie wyszedł do nich dyżurny lekarz.

• Syn ma złamaną podstawę czaszki, wstrząs mózgu, uszkodzenie pnia mózgu i potężny krwiak w czaszce. Jest w stanie śpiączki – oznajmił sucho.

• Kiedy się obudzi? – spytała matka.

• Nikt nie potrafi odpowiedzieć na to pytanie...

Przez całą noc nie zmrużyli oka. Kiedy zaczęło świtać, przypomnieli sobie, że o siódmej rano Andrzej miał służyć do Mszy św. w kościele parafialnym.

• Pani Magda przybiegła zapłakana – opowiada siostra Władysława, zmartwychwstanka, która była wtedy w parafii organistką. – Opowiedziała nam o tragedii i poprosiła o modlitwę za syna.

Siostrze Władysławie – drobniutkiej, kruchutkiej – oczy błyszczą młodzieńczą energią, choć jest chyba najstarsza w zgromadzeniu. Z werwą opowiada o zdarzeniach sprzed dziesięciu lat: – Zaraz zadzwoniłam do naszej prowincjałki, do Kęt, i powiedziałam jej, że musimy modlić się do naszej Matki Celiny, bo tutaj tylko ona może pomóc!

• Dlaczego tylko ona?

• Bo ona już dobrze wie, co to znaczy stracić dziecko. Zanim została zakonnicą, była żoną i matką czworga dzieci.

Matka Prowincjalna z Kęt wysłała faksy do Rzymu... I tak o tej gorącej intencji modlitewnej dowiedziały się siostry zmartwychwstanki na całym świecie. Rozpoczęły dziewięciodniową nowennę przez wstawiennictwo Matki Celiny o zdrowie dla Andrzeja.

I stał się cud...

Gdy na całym świecie w domach Zgromadzenia Sióstr Zmartwychwstania Pańskiego trwała nowenna, rodzice Andrzeja całe noce i dnie spędzali przy szpitalnym łóżku. Syn nie dawał znaku życia. Bali się, że odchodzi coraz dalej, że już nigdy do nich nie wróci...

Mijały kolejne dni. Środa, czwartek, piątek... Za Andrzeja oddychał respirator, a lekarze bezradnie rozkładali ręce. W sobotę powiedzieli, że jeśli w ciągu najbliższych kilkudziesięciu godzin chłopak się nie wybudzi, to właściwie nie ma żadnych szans, że kiedykolwiek wróci do zdrowia. Rodzice modlili się, aby syn choć palcem ruszył, by dał jakikolwiek znak, że ich słyszy, że jego mózg wciąż żyje...

W poniedziałek nadal był w śpiączce. A rodzice usłyszeli, że nawet jeśli się kiedyś zbudzi, to będzie jak roślina, sparaliżowany i głuchy… Bo tak rozległe uszkodzenie mózgu musi zostawić nieodwracalne zmiany. Rodzice sami przed sobą nie chcieli się przyznać, że tracą już nadzieję. Jednak tak było.

Aż nagle...

– Wychodziliśmy już z oddziału intensywnej terapii, razem z lekarką, która właśnie zakładała płaszcz, kiedy przybiegła pielęgniarka – opowiada pan Adam. – Wołała, że coś dziwnego się dzieje!

Wróciliśmy biegiem do syna.

Andrzej próbował otworzyć oczy, zaczął się ruszać i wyraźnie wykonywał drobne ruchy rękami.

Rodzice rozpłakali się ze szczęścia. Na dobre obudził się siódmego dnia pobytu w szpitalu, we wtorek. Otworzył szeroko oczy i zapytał: – Kiedy będę się wspinał?

Rozpoznawał rodziców, pamiętał właściwie wszystko – z jednym wyjątkiem: okoliczności wypadku.

Gdy w czwartek rano rodzice znów wybierali się w odwiedziny do chorego, zadzwonił telefon...

• Zamarłam – wspomina pani Magdalena.

• Byłam pewna, że to telefon ze szpitala. Przestraszyłam się, nie byłam w stanie podnieść słuchawki. Na szczęście mąż był w domu.

Pan Adam uniósł słuchawkę i... oniemiał. Bo usłyszał: – Proszę przyjeżdżać i zabrać syna do domu. Jak to? Do domu? Przecież jeszcze kilka dni temu był w stanie beznadziejnym, oddychały za niego maszyny!

Nie było jednak cienia wątpliwości. Andrzej w pełni wrócił do sił. Lekarze uznali, że nie ma sensu przetrzymywać go w szpitalu. I bezradnie rozkładali ręce, gdy pytano ich, jak to możliwe. Po co przenosić chłopaka na inny oddział, na jakąś obserwację? Lepiej niech wraca do domu!

Profesorskim okiem

• Panie profesorze, czy tak uszkodzony mózg może sam się zregenerować?

• Każdy uraz mózgu zostawia ślady. Im większe uszkodzenie, tym dłuższa rehabilitacja – tłumaczy prof. dr Edmund Szwagrzyk. Jest neurochirurgiem, badał Andrzeja i studiował dokumentację jego choroby. – Cięższe urazy wymagają ćwiczeń trwających kilka lat, aby osiągnąć wymierne efekty i uruchomić nowe obszary mózgu. Te właśnie nowe komórki, na skutek długotrwałych, powtarzanych tysiące razy ćwiczeń, przejmują zawiadywanie organizmem. Dzięki temu chorzy odzyskują utracone wcześniej funkcje chodzenia, mowy, kojarzenia. Jednak na ogół i tak pozostają ślady choroby: pacjenci poruszają się wolniej, mowa może być niewyraźna, pamięć uszkodzona do końca życia. Po urazie tak ciężkim, jak

u Andrzeja, w najlepszym przypadku spodziewałbym się długich miesięcy mozolnych ćwiczeń po obudzeniu się ze śpiączki. Oczywiście bez żadnych gwarancji powrotu do choćby częściowej sprawności.

• Co się wobec tego stało u tego młodego człowieka?

• Jego ozdrowienie jest najbardziej niezwykłym i niewytłumaczalnym przypadkiem w mojej długoletniej praktyce. Nigdy wcześniej nie widziałem, żeby ktoś po tak ciężkim urazie głowy wprost z intensywnej terapii poszedł do domu.

Lekarz i zakonnica

Tak też prof. dr Edmund Szwagrzyk świadczył w procesie uznania wydarzenia za cud, przez pośrednictwo Matki Celiny Borzęckiej, założycielki zmartwychwstanek.

– Nowenna trwała dziewięć dni – uśmiecha się siostra Władysława. Ona też była świadkiem

w procesie beatyfikacyjnym. – Dlatego dziewiątego dnia Andrzej wrócił do domu. – Zakonnica mówi ze spokojną pewnością, jakby dla każdego musiało być jasne, że nowenna przynosi cudowne skutki. – Teraz on studiuje filozofię i oczywiście nadal wspina się ku górze… Dla mnie Celina jest patronką rodzin, jestem pewna, że nigdy nie zostawiłaby bliskich w potrzebie.

Cud i jego świadek

Czy cud zostawia ślady? A jeśli tak, to jakie? W wyglądzie czy zachowaniu? Trochę bałam się zobaczyć z Andrzejem... Jak wygląda chłopak „naznaczony cudem”?

Znaleźć go nie jest trudno. Studiuje filozofię na UJ, a wolny czas po staremu spędza na ściance wspinaczkowej, zbudowanej w starej osiedlowej kotłowni.

• Gdzie jest Andrzej? – spytałam nastolatka, porządkującego ekwipunek przy wejściu.

• Tam, widzi pani? – machnął ręką w kierunku sufitu. Tam ścianka była wypukła,

i ktoś całkowicie wbrew prawom natury wisiał niemal „przyklejony” do skalnego uskoku, kilka metrów nad betonową posadzką.

To był Andrzej. Szczupły, niewysoki, radośnie uśmiechnięty, szybko znalazł się przy mnie.

• Poruszasz się naprawdę jak pająk – moje mało odkrywcze stwierdzenie rozbawiło studenta filozofii. – Nie boisz się?

• Nigdy się nie bałem!

• Wybierasz się do Rzymu na beatyfikację Matki Celiny?

• Wszyscy się wybieramy.

• Jak to jest być świadkiem cudu?

• Nie wiem. Zupełnie nie pamiętam wypadku. Było tak jakbym zasnął

w czasie wspinaczki, a obudził się

w szpitalu – chłopak uśmiecha się przepraszająco.

– Wtedy nie wiedziałem, co się stało,

i dziś wiem niewiele więcej. Jestem normalny, i chcę, żeby tak zostało.

Beatyfikacja

27 października 2007 roku – dzień beatyfikacji Matki Celiny Borzęckiej (1833-1913).

W pierwszej ławce w bazylice laterańskiej zasiadł Andrzej z rodzicami. To z jego rąk kardynał Saraiva Martins – główny celebrans uroczystości – odbierał relikwie błogosławionej.

„Jej postać wydaje się być wykuta przez boskiego rzeźbiarza dłutem modlitwy

i podporządkowania Jego planom – mówił kard. Martins. – Ufna modlitwa towarzyszy jej jako żonie i matce, szczególnie, gdy radość z urodzenia dzieci jest gaszona żałobą po ich śmierci. Nabiera sił z Eucharystii, w której co rano uczestniczy, czerpiąc z Chrystusowej ofiary natchnienie i energię dla swego codziennego poświęcenia”.

Jak zauważył kaznodzieja, niełatwo zaczynać nowe życie, gdy ma się 58 lat, a tyle właśnie miała Celina, gdy 6 stycznia 1891 roku zmartwychwstanki zatwierdzono jako zgromadzenie kontemplacyjno-czynne, którego zadaniem jest nauczanie i chrześcijańskie wychowanie dziewcząt. „Gdy jest się jednak w jedności z Chrystusem, «nie ma nic niemożliwego». Skałą schronienia nowej błogosławionej jest Bóg, zwłaszcza w trapiących chwilach opuszczenia, naznaczonych trzema wyjątkowo bolesnymi zgonami: męża, kierownika duchowego przy zakładaniu zgromadzenia, ks. Piotra Semenenki, a także córki Jadwigi, która była główną podporą Matki Celiny w początkach życia zakonnego. Ileż godzin modlitwy było potrzebnych do pogodzenia się ze zrządzeniem Opatrzności do tego stopnia, by stwierdzić, że «nie ma rzeczy, której by dusza z miłości do Pana Jezusa nie wytrzymała»! Ileż pokory trzeba było mieć, by napisać: «Pan Bóg odjął mi to, co po ludzku dawało mi pewność, ażeby pokazać, że dzieło Jego na Nim jedynie ma się oprzeć»!”.

Kard. Saraiva Martins podkreślił, że bł. Celina, zarówno jako żona, matka, wdowa, jak

i zakonnica, pełniła wolę Bożą z wiernością, pokorą, dyspozycyjnością i w głębokim rozmodleniu. Jej liturgiczne wspomnienie obchodzone będzie 26 października, czyli w rocznicę śmierci.

A kiedy wszyscy wyszliśmy z bazyliki – rzymskie październikowe słońce było jak zwykle ciepłe, promienne. Tylko miałam pewność, że inna, cudowna rzeczywistość jest na wyciągnięcie ręki. I że to zupełnie normalne.

U źródeł

Powróciwszy do Polski odwiedziłam w Kętach dom prowincjalny Zgromadzenia Sióstr Zmartwychwstania Pana Naszego Jezusa Chrystusa. Wielkie domostwo położone jest

w rozległym ogrodzie. W części budynku mieści się przedszkole.

– Rodzinę Mecherzyńskich znam jeszcze ze swojej pracy w Krakowie – opowiada matka prowincjalna zmartwychwstanek Anna Helena Skalik. – Co ciekawe, są związani rodzinnie

z naszą założycielką, Celiną Borzęcką. Przecież ona, nim założyła zakon, była żoną i matką czworga dzieci. A mama Andrzeja, Magdalena Mecherzyńska-Wiktor, jest właśnie praprawnuczką córki naszej założycielki, również Celiny.

W obszernym domostwie sióstr jest też muzeum. Niewielkie, ale pełne pamiątek po Założycielce. Jej suknie, ozdoby, fortepian, zdjęcia z mężem

i dziećmi. Piękna, spokojna twarz Matki Celiny obserwuje moje kroki w pokojach, wypełnionych przeszklonymi gablotami.

– Urodziła czworo dzieci, z których dwoje zmarło w niemowlęctwie. Jej mąż, Józef, zachorował, przez ostatnie lata życia był sparaliżowany. Opiekowała się nim z czułością. Zmarł w 1874 roku. Dopiero po jego śmierci założyła nasze zgromadzenie, wraz z córką Jadwigą. Miała wtedy blisko pięćdziesiąt lat. Do końca swojego długiego życia była bardzo związana z własną rodziną. Niemal codziennie wymieniała listy z drugą żyjącą córką, jeździła na jej połogi. Ciągle była obecna w życiu bliskich, wymadlała potrzebne im łaski.

Kilkaset metrów od klasztoru jest kościół z kryptą, w której pochowano Celinę Borzęcką, zmarłą w 1913 roku. Przy grobie świeże kwiaty i klęczniki. Te klęczniki rzadko bywają wolne. W Kętach wszyscy wiedzą, że w sprawach rodzinnych trzeba się modlić do Matki Celiny. Przecież niewielu świętych doświadczyło równie mocnych doświadczeń rodzinnych, jak właśnie Ona...

MODLITWA

Modlitwa za wstawiennictwem Błogosławionej Celiny

Bądź uwielbiony, Panie Jezu, który udzieliłeś błogosławionej Celinie daru szczególnego

umiłowania tajemnicy paschalnej

i pragnienia wypełnienia Twojej świętej woli.

Ufając w Twoją bezgraniczną miłość do nas, prosimy Cię za jej wstawiennictwem

o łaskę /...../.

Spraw, o Panie, aby Kościół mógł się radować zaliczeniem służebnicy Twojej Celiny

do grona świętych dla większej chwały Twojej i naszego dobra.

Który żyjesz i królujesz z Bogiem Ojcem, w jedności Ducha Świętego,

Bóg przez wszystkie wieki wieków. Amen.



Fragment książki "Dotyk Nieba" autorstwa Elżbiety Ruman

CZYTAJ DALEJ

Reklama

XXII Mistrzostwa Polski Wyższych Seminariów Duchownych w Tenisie Stołowym w Częstochowie

2019-11-14 19:32

klerycy WSD w Częstochowie

XXII Mistrzostwa Polski Wyższych Seminariów Duchownych w Tenisie Stołowym w Częstochowie odbywały się 13 i 14 listopada w budynku seminarium w Częstochowie. Jak zwykle organizowali je częstochowscy klerycy. Znamy już wyniki. Czeka nas jeszcze koncert zespołu TGD.

klerycy częstochowskiego WSD
Drużyna częstochowskiego WSD

Faza drużynowa turnieju odbywała się 13. listopada.

Wyniki przedstawiają się następująco:

I miejsce - WSD Kielce

II miejsce - WSD Kalisz

III miejsce - WSD Częstochowa

IV miejsce - MWSD Wrocław

V miejsce - WSD Salwatornianie

Wszystkim zwycięzcom gratulujemy, a pozostałym dziękujemy za wspaniałą rywalizację!

Dzisiaj, 14 listopada, odbywały się rozgrywki indywidualne. Oto wyniki tej fazy rywalizacji:

1. Robert Borzyszkowski ( WSD Redemptoryści )

2. Grzegorz Chlewicki ( WSD Kielce )

3. Damian Kokocha ( WSD Salwatorianie )

4. Łukasz Cyrnek ( WSD Rzeszów )

5-6. Patryk Mazgaj ( WSD Paulini ), Tomasz Pytlarz ( WSD Kielce )

7-8. Zbigniew Wojtysek ( WSD Częstochowa ), Krzysztof Stolarczyk ( WSD Kielce )

Zobacz zdjęcia: XXII Mistrzostwa w tenisie stołowym

Wszystkim zwycięzcom gratulujemy!

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem