Reklama

Kościół

Ks. Piotr Pawlukiewicz – o kryzysie i najsilniejszych markach (twarzach) w Kościele

Jak ktoś w naszym towarzystwie zacznie wyśmiewać Kościół, to nie wpadajmy od razu w panikę: „O Jezu, krytykuje Kościół, ma rację, bo przecież faktycznie księża to i tamto…”. Kościół jest tak stabilną i silną firmą, że od błędu jednego czy drugiego księdza się nie rozleci.

[ TEMATY ]

duchowość

ks. Piotr Pawlukiewicz

youtube.com

Pamiętacie zapewne niedawną sprawę emisji filmu o pedofili w Kościele, prawda? Oglądałem go i w swojej małości myślałem, że nazajutrz mój kościół będzie świecił pustkami, że księży to pewnie będą zamykać w klatkach i gdzieś wywozić…

A co się zmieniło? Nic! Kościół w Polsce się nie zawalił. Miałem nawetspotkanie z młodzieżą raptem kilka dni po nagłaśnianej przez media emisji tego filmu. Spodziewałem się, że pomidory polecą w moim kierunku, bo faktycznie film sam w sobie jest wstrząsający i szokujący. Nic takiego się nie stało. Ci, co przed emisją filmu chodzili do kościoła, nadal chodzą, ci, co się modlili, modlą się.

Dziś myślę, że dobrze, iż ten film się ukazał. Bo może choć jednego księdza powstrzyma przed złymi uczynkami, może coś naprawi… To jest dobry film, bo piętnuje zło. I pokazał prawdę, choć – jak to w sztuce – pewne aspekty uwypuklił bardziej niż inne.

Reklama

Gdyby ktoś zapytał mnie, kogo uważam za taką najsilniejszą markę – twarz Kościoła w Polsce czy w ogóle Kościoła, to miałbym chyba trudność z odpowiedzią. Ostatnio bliski stał mi się ksiądz Jerzy Popiełuszko. Swego czasu nie bardzo mi się jego kazania podobały. Wciąż tylko: Ojczyzna, wolność, zbawienie…

(Ja wolałem kazania à la ksiądz Twardowski). Ale potem zrozumiałem, że to wcale nie głoszenie wybitnych homilii było życiowym powołaniem księdza Popiełuszki – on miał coś innego, sto razy lepszego. Był odważny. Wiedział, że w każdej chwili może dostać kulkę w łeb, że mogą go skatować na śmierć w ciemnym zaułku, a jednak robił to, co robił. Ja bym chyba uciekł. A on się nie bał. I wlewał odwagę w serca ludzi. Stawał na ambonie i mówił jawnie to, co myślał. I temu robotnikowi, któremu groziło wyrzucenie z pracy, i temu studentowi, któremu bruździli ubecy. Jego postawa dodawała ludziom siły, widzieli w nim świadka.

Jeśli chcemy, by marka chrześcijanina znaczyła coś we współczesnym świecie, musimy znaleźć w sobie odwagę. Takim odważnym świadkiem był też ksiądz kardynał Stefan Wyszyński. Z pewnością miał świadomość, że w każdej chwili może zginąć (władza z łatwością wymyśliłaby sposób, żeby zatuszować zbrodnię), a jednak odważnie wrócił do archidiecezji warszawskiej.

Dziś także są wśród nas ludzie odważni. Nadal są odważni ludzie.

_____________________________________________

Artykuł zawiera treści z książki ks. Piotra Pawlukiewicza „Ty jesteś marką”, wyd. RTCK. Szczegóły:Zobacz

rtck.pl

2020-01-28 08:06

Ocena: +34 -4

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Ks. Piotr Pawlukiewicz: Temat Pana Boga jest dzisiaj w Polsce tematem niewygodnym

2020-02-13 09:34

[ TEMATY ]

duchowość

ks. Pawlukiewicz

ks. Piotr Pawlukiewicz

youtube

Temat Pana Boga jest dzisiaj w Polsce tematem niewygodnym, a czasem nawet zabronionym. O wszystkim się w domu czy w pracy mówi: o papieżu, o proboszczu, o Kościele, a o Bogu jakoś niezręcznie. Nie umiem tego zrozumieć. Dlaczego tak łatwo jest rozmawiać o aktorach, piosenkarzach, politykach, a tak trudno o Jezusie?

Kiedy się mówi o Jezusie, trzeba się otworzyć, a ludzie boją się otwarcia. Księży też to dotyczy, co szczególnie widać podczas kazań. Tak bardzo boją się pokazania swojego wnętrza, że choć mówią na temat Jezusa, to nie wspominają ani słowem o tym, jak oni sami przeżywają relację z Bogiem.

Klerycy pytają mnie nieraz, jak napisać dobre kazanie. Mówię im wtedy tak: „Napisz to, co przed wykładem mówiłeś mi o swoim komputerze, ale zamiast słowa: »komputer«, wpisz słowo: »Jezus«”. Co by to były za kazania, wyobrażacie sobie?

„Jezus mi się zawiesił, stukam, nie ma odzewu. O szóstej rano sukces, jest! Okazało się, że jeden program był źle wpisany, już rozumiem! Ale wszystko mi się wykasowało, Jezus Maria, praca dyplomowa mi się skasowała… Tak się z tym męczyłem, a teraz odkryłem, jaki jest skrót. Odkryłem skrót do Pana Jezusa…”

Chodzi o to, żebyśmy nauczyli się mówić o Jezusie z fascynacją, jak o kimś, kto jest mój, jest mi drogi, bliski. A jak wyglądają nasze kazania? „Dzisiaj, w dwudziestą szóstą niedzielę czasu zwykłego Jezus mówi do nas w Ewangelii o uzdrowieniu chromego…”

Kiedyś jedna pani powiedziała, że dostanie choroby nerwowej w kościele. Bo we wstępie do mszy świętej ksiądz powiedział: „Zaraz zobaczymy, jak Jezus uzdrowi chromego”, w Ewangelii słuchała właśnie o tym, a kazanie ksiądz zaczął: „Przed chwilą usłyszeliśmy, jak Jezus uzdrowił chromego”. Toż ludzie to rozumieją! Nie trzeba mi tego bez przerwy powtarzać!

Brakuje nam wszystkim spontaniczności. Ale z drugiej strony nie wolno księdzu zamieniać mszy świętej w swój show. Zawsze Jezus ma być w centrum.

Ksiądz, podobnie jak każdy świecki, powinien być przezroczysty. Albo inne porównanie: być jak pudło rezonansowe w gitarze. Nadawać słowom Jezusa brzmienie we współczesnym świecie. Tłumaczyć z tego języka, którym posługiwał się Jezus, i wyjaśniać pewne sprawy językiem zrozumiałym dla słuchaczy.

Trzeba pokazywać ludziom Jezusa jako fascynującego człowieka. Człowieka, który miał człowieczeństwo piękne, rozwinięte na maksa. Ludzie, którzy widzieli Go po raz pierwszy, zostawiali wszystko i szli za nim! Kiedyś Jan Budziaszek wyszedł przed dom w kapciach, żeby pożegnać pielgrzymkę, bo akurat przechodziła pod jego domem. Wyszedł w kapciach i… w tych samych kapciach zaszedł na Jasną Górę. Więc są i dzisiaj takie przypadki.

Jezus jest fascynujący. Wręcz nieprawdopodobnie interesujący jako człowiek, tylko trzeba Go dobrze oświetlić. Cztery Ewangelie są trochę jak cztery kamery, z których możemy oglądać Pana Jezusa.

To, co jedna pominie, to druga uchwyci, uzupełni. Czasem kiedy czytam Ewangelię, czuję się jak śledczy. Gdzieś w tekście zawsze jest haczyk, coś ukrytego między wersami, pod obrazem. Ta książka nigdy się nie znudzi. Nigdy się nie wyczerpie. Tysiące kazań można napisać i ledwo kropelkę uszczkniemy z tego źródła.

Dzisiaj w Polsce żyje jakiś odsetek ludzi deklarujących się jako osoby wierzące. Z tego grona niektórzy chodzą regularnie do kościoła, inni nie chodzą. Jedni przystępują regularnie do sakramentów, inni nie. Różnie to bywa, zatem ciężko jest obliczyć, ile tak naprawdę procent Polaków można by określić mianem chrześcijan świadomych swojej marki.

Kiedyś mówiło się, że Polska jest w stu procentach katolicka. Wystarczyło ludzi uczyć zasad wiary i wszystko wyglądało okej, wszyscy byli zadowoleni. Pamiętam, jak niektórzy starsi księża z dumą mówili: „U mnie na katechezie było pięćdziesięciu uczniów w jednej sali katechetycznej, wszyscy znali przykazania, wszyscy znali prawdy wiary”. Dzisiaj wiemy już, że wykucie prawd wiary na pamięć to za mało. Potrzebna jest postawa miłosierdzia, umiejętność przebaczenia sobie nawzajem… Bo po tym poznaje się chrześcijanina.

I żebym był dobrze zrozumiany. Mamy wielkie szczęście, że katolicyzm jest mocno zakorzeniony w polskich sercach.

Niektórzy krytykują, że dawnej była bezmyślność w Kościele, że chodziło tylko o to, by nauczyć się przykazań, tekstów pieśni i już jesteś katolik, że to była płycizna. Kiedyś podczas takiej rozmowy nie wytrzymałem, wstałem i powiedziałem: „Proszę pana, tylko że ci płytcy, jak pan to ujął, katolicy zorganizowali Powstanie Warszawskie. Nie wiem, czy przedstawiciele współczesnych grup religijnych, gdyby w tej chwili trzeba było iść na barykady, poszliby i walczyli…”.

To prawda, że wyuczenie się katechizmu nie czyni jeszcze z nikogo chrześcijanina, bo prawdziwe chrześcijaństwo to prawdziwa relacja z Bogiem i jeśli jej zabraknie, trudno mówić o wierze. Chrześcijaństwo to religia miłości. A miarą miłości jest nie liczba pobożnie wyśpiewanych zwrotek, tylko to, czy człowiek jest gotowy oddać życie za swoich przyjaciół.

_______________________________________

Artykuł zawiera treści pochodzące z książki ks. Piotra Pawlukiewicza „Ty jesteś marką” wyd. RTCK. Zobacz więcej: Zobacz

RTCK

CZYTAJ DALEJ

Czterdzieści dni szansy

Pościć czy nie pościć? Oglądać telewizję czy z niej zrezygnować? Modlić się więcej, ale o ile... Czyli co zrobić, żeby nie przegapić Wielkiego Postu.

Nie będę: jeść słodyczy, oglądać telewizji, słuchać muzyki rozrywkowej, czytać gazet, „siedzieć” całymi wieczorami w internecie; nie będę pić kawy i alkoholu; nie będę chodzić do kina ani na mecze ukochanej drużyny; nie będę opowiadać dowcipów, nie będę czytać kryminałów, nie będę tańczyć, malować paznokci. Nie będę... Nie będę... Nie będę...

Będę: więcej się modlić, chodzić na Mszę św., Drogę Krzyżową (może nawet pójdę na tę ekstremalną) i Gorzkie żale; będę codziennie czytać Pismo Święte i pobożne lektury; będę pościć o chlebie i wodzie w wybrane dni tygodnia; będę poważny, skupiony w sobie, zamyślony. Będę... Będę... Będę...

Jeśli...

Idealny przepis na dobre przeżycie Wielkiego Postu? Niekoniecznie. Dlaczego? Bo to wszystko okaże się funta kłaków warte, jeśli: nadal będę żyć w nieprzyjaźni z sąsiadem; dalej „kisić” w sercu wieloletni żal do rodzeństwa o nierówny podział majątku po rodzicach; jeśli będę nieczułym mężem, kłótliwą żoną, ojcem jak zwykle tak zapracowanym, że niemającym pięciu minut na zabawę z dziećmi, matką uciekającą od poważnej rozmowy z dorastającą córką, bratem traktującym młodszą siostrę jak istotę niższego gatunku; jeśli będę „trudnym” kolegą w pracy, bezlitosnym przełożonym stosującym mobbing, leniwym podwładnym, który kombinuje, jak się nie napracować, a dobrze zarobić, kierowcą nagminnie przekraczającym przepisy ruchu drogowego, nieżyczliwym nauczycielem, studentem przypominającym sobie o swoich obowiązkach na tydzień przed sesją, uczniem wiecznie nieprzygotowanym do lekcji, urzędasem, który traktuje petentów z góry, „smutasem” bez ikry, wigoru, chęci do życia... Jeśli... Jeśli... Jeśli....

Co zrobić (a czego nie), aby za 40 dni się nie okazało, że pozostawiam za plecami kolejny zmarnowany Wielki Post?

Znaleźć czas dla Boga

Po pierwsze – muszę się zatrzymać, zwolnić szalone tempo życia, znaleźć czas na skonfrontowanie się z prostymi, fundamentalnymi pytaniami: kim jest dla mnie Pan Bóg? Jaki Jego obraz noszę w sercu? Surowego Sędziego, który czyha na każdy mój błąd? Wielkiego Nieobecnego, który przygląda się obojętnie z oddali, jak borykam się ze swoim losem? Jeśli właśnie tak Go postrzegam, jeśli mam do Niego dystans, jeśli Mu nie dowierzam, to daleko mi do miana chrześcijanina!

Modlitwa – rozmowa dwóch osób

A zatem – potrzebuję modlitwy, podczas której odkryję prawdziwego Boga, czyli Ojca: zatroskanego o mój los na każdym wirażu mego życia, kochającego mnie bezwarunkowo, również wtedy, kiedy po uszy tkwię w bagnie grzechów, zawsze gotowego mi przebaczyć, który niezmiennie czeka, aż przyjdę do Niego, tak szalonego z miłości do mnie, że oddał za mnie życie.

Potrzebuję modlitwy, która będzie nie wyliczanką moich żądań, życzeń, skarg i zażaleń, lecz wsłuchiwaniem się w to, co On ma mi do powiedzenia, poszukiwaniem Jego woli, uzgadnianiem z Nim swoich planów i pomysłów na życie.

Potrzebuję modlitwy, która będzie nie bezmyślnym recytowaniem formułek, lecz spotkaniem z Bogiem żywym, z Bogiem-Osobą. Potrzebuję modlitwy, która bardziej niż mówieniem będzie słuchaniem tego, co Bóg ma mi do powiedzenia.

Od niewolnika do syna

Owocem takiej modlitwy będzie nowa jakość naszej wzajemnej, Bosko-ludzkiej relacji: przestanę zachowywać się jak niewolnik, który kombinuje bez przerwy, jak oszukać swego pana, a przyjmę postawę syna: zacznę unikać grzechu i czynić dobro z miłości do Niego, a nie ze strachu; z pragnienia pozostawania blisko Niego, a nie z obawy przed karą, gdy zostanę „przyłapany”. Nie będę się bał Boga, lecz Go kochał. Pójdę na Mszę św., Drogę Krzyżową czy Gorzkie żale nie dlatego, że muszę, lecz dlatego, że CHCĘ, bo tam Go spotkam.

Post – zrobić miejsce dla Boga

Potrzebuję postu. Postu, który nie będzie polegał na zdobywaniu sprawności według własnego widzimisię. Postu, u progu którego przestanę jak co roku powtarzać: „Panie Boże, teraz Ty się odsuń, nic nie rób, a ja zakaszę rękawy i zabiorę się do pracy nad sobą. Zobaczysz, jak się zmienię!”, po czym zacznę z kopyta realizować wielki projekt duchowej przemiany, skrojony na moją modłę, z góry skazany na porażkę, gdyż nieliczący się z tym, czego oczekuje ode mnie Bóg. W tym roku postąpię inaczej: zapytam Go o zdanie. Uznam, że tylko On może mi pokazać, co mnie od Niego oddziela, co w moim życiu jest lub bywa ważniejsze od Niego, co zamiast Niego jest w moim życiu bożkiem. I wreszcie uwierzę, że tylko On może mi dać siłę do podźwignięcia się z moich zniewoleń.

Dopiero teraz – z oczyszczonymi motywacjami – mogę powrócić do listy wyrzeczeń przedstawionych na początku niniejszych rozważań. Być może od Boga oddziela mnie łakomstwo i faktycznie „przykrócenie” sobie uciech stołu będzie dobrym pomysłem. Jeszcze częściej będą to media z całym ich zgiełkiem i promowaniem pogańskiego stylu życia – i wtedy ograniczenie czasu spędzonego przy komputerze lub przed telewizorem okaże się „strzałem w dziesiątkę”. Dzisiaj prawdziwą plagą jest uzależnienie od internetu. Może najwyższa pora, aby do wstrzemięźliwości od pokarmów mięsnych dodać wielkopostną wstrzemięźliwość od www? Może trzeba się wreszcie zerwać ze smyczy smartfona – Facebooka, Messengera, YouTube’a? Ograniczyć ilość „wirtualu” na rzecz „realu”? A alkohol? Może nie wyobrażam już sobie dnia bez lampki wina lub butelki piwa, a jeśli mi tego zabraknie, to czuję się niespokojny, nerwowy. Może boję się odmówić, kiedy ktoś częstuje mnie alkoholem, balansując na granicy przymuszania. Jeśli tak, to znaczy, że nad moją głową bije alarmowy dzwon, wzywający do abstynencji. A co dopiero mówić o skłonności do plotkowania, o skwapliwości, z jaką wytykam innym ich prawdziwe lub wyimaginowane wady, o braku odwagi w mówieniu prawdy, o obmawianiu, oczernianiu. Grzechy języka – idealny materiał na wielkopostne postanowienie, że skoro mam dwoje uszu i jedne usta, to będę dwa razy więcej słuchał niż mówił. A gdy już będę mówił, to przede wszystkim dobrze, konstruktywnie, w zgodzie z prawdą.

Jałmużna – nie tylko pieniądze

Po uporządkowaniu obrazu Boga i relacji z Nim czas na korektę w relacjach z drugim człowiekiem. Nie z jakimś abstrakcyjnym bliźnim, nie z całą ludzkością in gremio, tylko konkretnie: z żoną, mężem, dziećmi, teściami, rodzeństwem; z koleżanką z biura, z kolegą z klasy, z tym wstrętnym Maćkiem, z tą wredną Kaśką, z tą klepiącą biedę rodziną z piątego piętra, z tą samotną wdową, moją sąsiadką. Dziś wielkopostna jałmużna to nie tylko pieniądze, lecz również (a wręcz przede wszystkim) dar czasu. Samotność w sieci zbiera straszliwe żniwo – choć smartfon pęka od setek kontaktów, to brakuje przyjaciół. Osób gotowych poważnie, od serca porozmawiać, a przede wszystkim słuchać.

A zatem celnym postanowieniem może się okazać gotowość do cierpliwego słuchania tego, czym chciałby się ze mną podzielić drugi człowiek.

Może postanowię, że w tegorocznym Wielkim Poście codziennie znajdę czas na pozbawioną rutyny rozmowę z żoną, na zainwestowanie w naszą przykurzoną nieco relację, na randkę raz w miesiącu, jak za dawnych, dobrych lat? A może przestanę żałować dzieciom czasu i uwagi, o które – zazwyczaj bezskutecznie – wręcz żebrzą?

Wracając do pieniędzy (jak wiadomo – stosunek do nich bardzo dużo mówi o naszej kondycji duchowej), to Wielki Post gromko wzywa do poszerzenia hojności serca i przewietrzenia portfela. Odmawianie sobie drobnych przyjemności ma sens wtedy, gdy nie stanowi sztuki dla sztuki, lecz generuje oszczędności, które następnie można przeznaczyć na rzecz potrzebujących.

Nawróć się!

Powyższe propozycje wielkopostnych praktyk to tylko skromna próbka z szerokiej gamy możliwości. Czytelnicy z łatwością „zaordynują” sobie inne środki, skrojone na miarę własnych potrzeb i – przede wszystkim – na miarę rozeznania, czego Bóg oczekuje od nich „tu i teraz”. Konsekwentnie, z wiarą podjęte, w dłuższej perspektywie mogą zaowocować trwałą przemianą życia, czyli nawróceniem, zaś w krótszej – nieporównanie głębszym niż do tej pory przeżyciem Triduum Paschalnego, tych najważniejszych dni w liturgicznym kalendarzu chrześcijanina.

CZYTAJ DALEJ

Dystrybutor filmu o Najświętszym Sercu Jezusa: ten kult ma gigantyczny potencjał duchowy

2020-02-28 10:44

[ TEMATY ]

film

Materiał prasowy

Dziś na ekrany kin wchodzi film „Najświętsze Serce”. O tym, dlaczego w tym roku dla Polaków ma to wielkie znaczenie i jak odnaleźć sens kultu Najświętszego Serca Jezusa, mówi w rozmowie z KAI Andrzej Sobczyk, prezes Stowarzyszenia Rafael.

Łukasz Kaczyński (KAI): Dlaczego postanowiliście dystrybuować ten film w Polsce?

Andrzej Sobczyk: - Inspiracja wzięła się bezpośrednio z zagranicy od jego hiszpańskich twórców, którzy pokazali nam swoje dzieło. Poruszeni jego treścią z marszu stwierdziliśmy, że chcemy uczestniczyć w upowszechnianiu poprzez ekrany kinowe historii kultu Serca Jezusowego wiernym, a zwłaszcza pomóc im zrozumieć przesłanie, które płynie z objawień Małgorzaty Marii Alacoque.

KAI: O czym opowiada film i jaka jest jego budowa?

- Film jest historią fabularną z elementami dokumentu, w której poznajemy pisarkę przeżywającą kryzys twórczy. Ma napisać kolejne książki, jednak nie jest w stanie, mimo, że zbliża się koniec terminu wyznaczonego przez wydawcę. W tym momencie znajoma proponuje jej, by zainteresowała się osobą św. Małgorzaty Marii Alacoque. Pisarka zaczyna zgłębiać temat - samej świętej, której ciało przez kilkaset lat po śmierci pozostało nietknięte, objawień Serca Jezusa oraz 12 obietnic, które Chrystus dał ludziom, którzy czczą Jego serce. W toku dzieła zostają przedstawione losy pisarki, która dociera nawet do Watykanu. W filmie pojawia się też wątek polskich Łagiewnik. Zdradzę jeszcze tylko, że końcówka dzieła szczególnie porusza, gdyż dotyka cudów eucharystycznych, a więc rzeczy, których nie można pojąć rozumem, a które bardzo uwrażliwiają serce i ducha.

- Dlaczego film dokumentalno-fabularny to dobry sposób na przypomnienie kultu Najświętszego Serca Jezusa?

- Z mojego doświadczenia wiem, że sale kinowe to bardzo dobre miejsce ewangelizacji. Dobrze wyprodukowany film może z wielką mocą trafić do osób, które może na co dzień nie są blisko Kościoła. Tym razem chcemy trochę uporządkować ten element naszej wiary, o którym na pewno każdy słyszał, choćby w postaci uczestnictwa w 9 pierwszych piątkach miesiąca, co przecież wynika bezpośrednio z 12 obietnic Chrystusa, które przekazał On Małgorzacie Marii Alacoque czy też chodzenia na nabożeństwa czerwcowe. Co więcej, na pewno większość z nas pamięta z rodzinnych domów obrazy Jezusa z rozpalonym sercem. Ale czy wiemy co jest z nim związane? Nie da się ukryć, że w życiu duchowym naszych przodków ten kult był bardzo istotny. Dlatego warto poznać jego korzenie, a teraz można to zrobić w przystępny sposób - po prostu idąc do kina.

- Jakie przesłanie może wynieść widz z takiego religijnego seansu?

- Jeśli przyjdzie na niego z otwartym sercem, to na pewno zostanie ono poruszone. Najmocniejszy przekaz tego filmu to odkrycie tego, że Serce Jezusa zawsze przyjmuje człowieka. I że kieruje się względem nas niepojętą głębią miłosierdzia Boga. Osobiście dla mnie najbardziej przejmującym fragmentem dzieła było, kiedy główna bohaterka odkrywa jak ludzie odwrócili się od Serca Jezusowego, w tym także papież, który początkowo, wbrew prośbom św. Małgorzaty Marii Alacoque nie chciał poświęcić świata Sercu Jezusa i że miało to swoje konsekwencje w postaci tragicznych zdarzeń. Zacząłem się wtedy zastanawiać jak w przyszłości nas - którzy żyjemy w niełatwych czasach - ocenią następne pokolenia. Jak będą patrzeć na naszą wiarę i przyjmowanie takich objawień, jak tych dotyczących Najświętszego Serca Jezusa. Czy zobaczą głębokie zaufanie, czy ich odrzucenie.

- Polacy już kiedyś pokazali, że wierzą Sercu Jezusowemu. To znak na współczesne czasy, które są niełatwe już nie tylko światopoglądowo?

- Tak, to prawda. W tym roku przypada 100. rocznica zawierzenia losów naszej ojczyzny Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. Miało to miejsce w 1920 r., kiedy bolszewicy stali u granic Warszawy. Jak wiemy Polska została wtedy ochroniona, wydarzył się Cud na Wisłą. A papież Benedykt XV ten gest zawierzenia naszych rodaków ocenił jednoznacznie, pisząc, że nic stosowniejszego nie można było zrobić w celu naprawienia zła tamtych czasów. Sądzę, że te słowa są cały czas aktualne i obowiązujące - że na zło każdych czasów, którego również współcześnie nie brakuje, doskonałą odpowiedzią jest powierzanie się z ufnością Sercu Jezusa. Jednocześnie obchodzimy również 100. rocznicę kanonizacji św. Małgorzaty Marii Alacoque, co także zachęca do zapoznania się z objawieniami, których doświadczyła.

- Film „Najświętsze Serce” wchodzi do kin tydzień po premierze w Hiszpanii. To bardzo szybka reakcja.

- Tak. Było z tym trochę trudności, bo czasu było niewiele. Jednak jego wydźwięk jest na tyle istotny, że uznaliśmy, że trzeba podjąć wszelkie możliwe kroki, by polscy widzowie nie musieli za długo czekać. Jesteśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni, gdyż w Polsce jest około 130 kin, które zdecydowały się wyświetlić dzieło. Adresy tych kin można znaleźć na stronie rafaelfilm.pl.

- Jak zachęcić ludzi, by wybrali się do kin?

- Ten film buduje wiarę. Naprawdę przybliża do dobrego i kochającego Boga, który zawsze czeka na człowieka. I jedno wiem na pewno - pomoże zrozumieć nam kult Serca Jezusowego, w którym większość z nas wyrosła, ale być może nie zdaje sobie sprawy z jego gigantycznego potencjału duchowego, wynikającego z objawień św. Małgorzaty Marii Alacoque. To jest swego rodzaju wyjątkowy testament duchowy, który otrzymaliśmy i bardzo konkretne obietnice Pana Jezusa. Warto z nich skorzystać.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję