Reklama

Być biskupem w Zagłębiu

Niedziela sosnowiecka 12/2007

Ks. inf. Ireneusz Skubiś: - Czy Ksiądz Biskup znał ziemię zagłębiowską, czyli tę główną część diecezji, której stolicą został Sosnowiec?

Bp Adam Śmigielski SDB: - Nigdy nie znałem tej ziemi, owszem, przyjeżdżałem od czasu do czasu do placówki salezjańskiej, którą ówczesny biskup częstochowski powierzył salezjanom - ks. Kazimierzowi Puczyńskiemu na osiedlu Piastów w Sosnowcu. Jako prowincjał byłem zobowiązany raz - dwa razy do roku przyjechać, by spotkać się ze współbraćmi. Ale Sosnowca nie znałem. Bliższy był mi bowiem Kraków czy później Wrocław aniżeli Sosnowiec. Postrzegałem to miasto jako oddalone ode mnie kulturowo. Nigdy nie miałem żadnych kontaktów z duchowieństwem sosnowieckim, czyli z duchowieństwem tej części diecezji częstochowskiej. I nigdy nie myślałem, że Sosnowiec stanie się moim miastem.

- Rozumiem, że odległość między Krakowem a Sosnowcem nie odgrywa zbyt ważnej roli i że Ksiądz Biskup akceptuje to, iż seminarium jest w tym mieście.

- W pełni to akceptuję. Uważam Kraków za centrum kultury. Owszem, może byłoby lepiej, gdyby seminarium było w Sosnowcu, z tego względu, że katedra jest w tym mieście i służba liturgiczna winna być tu zawsze obecna. Jednak wydaje mi się, że Kraków ma wspaniałych wykładowców i jako centrum kultury będzie dobrze służyć tym, którzy tam są przez 6 lat, ażeby to, co zdobyli w Krakowie, przenieśli potem na ziemię zagłębiowską, która jest raczej uboga w takie centra kultury, jakim jest Kraków.

- Ksiądz Biskup zaprosił Ojca Świętego Jana Pawła II do swojej diecezji. Jak Ekscelencja wspomina tę okoliczność?

- To nie ja zaprosiłem Ojca Świętego do naszej diecezji. Podczas sesji plenarnych w Warszawie czy gdzie indziej księża biskupi wystosowywali zaproszenia do Ojca Świętego i było ich bardzo dużo (ok. 14 czy 15). Ja już nie śmiałem tego uczynić. Z jednej strony nasza diecezja jest bardzo mała i graniczy z Częstochową, gdzie zawsze Ojciec Święty był; z Katowicami, gdzie również był; z Krakowem, gdzie Jan Paweł II, ilekroć był w kraju, zawsze był. Z naszej diecezji do Krakowa jest bardzo blisko i właściwie nie śmiałem Ojca Świętego trudzić ewentualnym pobytem w naszej diecezji. Ale gościłem w moim domu dobrze mi znanego salezjanina abp. Bertone, późniejszego sekretarza kard. Josepha Ratzingera, obecnego Ojca Świętego Benedykta XVI. Mieszkał tutaj kilka nocy. Ponieważ byliśmy razem na kapitule generalnej w 1984 r., siedzieliśmy przy jednym stole i obradowaliśmy przez cztery miesiące - znaliśmy się doskonale. Podczas jego pobytu w Sosnowcu odbywało się zebranie duszpasterzy młodzieży w sali obok. Zapytałem, czy przypadkiem nie zechciałby podejść do moich duszpasterzy młodzieżowych i spotkać się z nimi. Nie spodziewał się, że coś takiego, jak duszpasterstwo młodzieży, jest już w mojej diecezji. Był zdumiony, że są duszpasterze diecezjalni, że planujemy akcje młodzieżowe, że są najrozmaitsze inicjatywy. Naturalnie, przemówił do naszych księży. Powiedziałem mu wówczas: - Księże Arcybiskupie, Ojciec Święty z tego pięknego portretu patrzy na Księdza Arcybiskupa i uważnie słucha... On odpowiedział: - Będę u Ojca Świętego w piątek (zawsze w piątek wieczorem Ojciec Święty spotykał się z kard. Ratzingerem i jego sekretarzem). I jestem pewien, że kiedy powrócił do Rzymu, zdawał sprawozdanie ze swojej kilkudniowej podróży po Polsce, z pobytu w diecezji sosnowieckiej, którą Jan Paweł II interesował się bardzo. Nie mam wątpliwości, że Ojciec Święty powziął wówczas zamiar, ażeby być w mojej diecezji. I po kilku dniach - może po tygodniu, dwóch - przyjmuję telefon z Nuncjatury Apostolskiej. Ksiądz Arcybiskup Nuncjusz mówi: - Księże Biskupie Adamie, życzeniem Ojca Świętego jest, żeby odwiedzić diecezję sosnowiecką. Ale proszę na ten temat na razie wiele nie mówić. Dopiero kiedy Księdzu Biskupowi wyraźnie potwierdzę, że tak będzie. Po kilku dniach otrzymuję telefon, że wszystko jest już zatwierdzone. Wtedy to stanąłem przed olbrzymim zadaniem, ażeby przygotować odpowiednią wizytę Ojca Świętego w diecezji.
To było największe wydarzenie w moim życiu biskupim. Nie było większego, choć wiele jest pięknych i wspaniałych chwil, jak święcenia kapłanów, diakonów czy wizyty pasterskie. Przygotowanie mobilizowało bardzo wielu księży, zwłaszcza człon organizacyjny, mobilizowało wiernych, samorządy. Musiałem też wtedy wejść w kontakty z tymi, którzy sprawowali władzę czy to w Sosnowcu, czy w innych miejscach, i to nie byli ludzie Kościoła w ścisłym sensie. Jednak przygotowania szły w największej harmonii. Nigdy nie spodziewałem się, że taka będzie zgodność i taka jednomyślność. Zebrania tych, którzy przyjechali z Watykanu, i tych z Warszawy, a więc z rządu, i władz samorządowych odbywały się tutaj, były więc także konferencje prasowe z prawdziwego zdarzenia. Wszyscy mogli sobie wtedy uświadomić, że ta diecezja autentycznie czeka na przybycie Ojca Świętego.
Dla mnie to przygotowanie było pewnego rodzaju testem. Jak lud tej ziemi - który był raczej postrzegany jako oddalony od Kościoła - zareaguje na przybycie Ojca Świętego. I kiedy pamiętnego dnia 14 czerwca 1999 r. Ojciec Święty wylądował na naszym wspaniałym lądowisku, jeszcze nienaruszonym przez samochody - na lądowisku w Sosnowcu, to pierwsze słowa bp. Stanisława Dziwisza brzmiały: - Skąd tu tyle młodzieży, skąd tyle dzieci. Tłumy bowiem zalegały ulice i plac Papieski. Niestety, Ojciec Święty był już wówczas bardzo chory. Jedynym moim marzeniem było, żeby mógł sprostać swojemu zadaniu i przemówić, pobłogosławić zebrane rzesze. I zrobił to z największą chyba radością i uświadomieniem sobie, że jego wizyta na tej ziemi posłuży ludności, która tego pragnęła. Nie wyobrażam sobie sytuacji, gdyby wtedy nie przyjechał. Ludzie byli zgromadzeni na placu i ulicach obok - przypuszczam, że mogło być ok. 400 tys. osób. Wiele osobistości świeckich i kościelnych przyjechało po to, żeby zobaczyć - tak mówiono mi potem - jak diecezja sosnowiecka przyjmuje Ojca Świętego.
Skierowałem wtedy do Ojca Świętego słowa, które on sobie zapamiętał i niejednokrotnie potem przypominał: - Ojcze Święty, wita ciebie Zagłębie, czerwone nie z nienawiści do Boga i ludzi, ale czerwone z miłości do Boga i ludzi... Przecież nie mogłem innych słów powiedzieć do tych tłumów młodzieży... A młodzież szalała. Raz po raz przerywała jego przemówienie, wołając: „Ojcze Święty, kochamy Ciebie!” Jan Paweł II skierował do nas słowa, które często powtarzam podczas moich spotkań z młodzieżą. Podniósł oczy na te tłumy młodych i zapytał: - A jak to robicie? Jak kochacie? To jest właśnie pytanie skierowane do młodzieży, które im przypominam. I jest ono wciąż bardzo aktualne.
Było to więc wydarzenie centralne, epokowe i wątpię, czy ono powtórzy się jeszcze w historii tej diecezji - w historii mojego życia na pewno już nie - że na tej ziemi stanie Ojciec Święty.

- Na powstałą diecezję sosnowiecką złożyły się ziemie wyłączone częściowo z dotychczasowych diecezji: częstochowskiej, kieleckiej i krakowskiej. Jak Ksiądz Biskup widział połączenie tych części trzech diecezji w nową? Czy napotkał na jakieś trudności w połączeniu duchowieństwa z tych tak różnych przecież terenów?

- 40 lat byłem w zgromadzeniu salezjańskim, w jego strukturach, i moi współbracia pochodzili z różnych stron: z Poznańskiego, ze Śląska, z Katowic, z Krakowskiego, z Przemyśla, ze Wschodu i z wielu innych miejsc. Siedzieliśmy przy tym samym stole, modliliśmy się w tej samej kaplicy, wypełnialiśmy zadania w porozumieniu ze sobą - docieraliśmy się. Dla mnie to nie był problem. Wiem, że niejednokrotnie mówiono, iż w takiej czy innej części diecezji są pewne trudności. Osobiście zawsze uważałem, że każda część diecezji ma swoje bogactwo. Naturalnie, największa część naszej diecezji pochodziła z dawnej diecezji częstochowskiej - chyba 96 parafii. Druga część to tereny diecezji kieleckiej - 44 parafie i najmniejsza część: Jaworzno - 12 parafii. Połączenie tych części być może z początku rodziło pewne wątpliwości, czy księża z tych różnych terenów znajdą wspólny język. Po 15 latach mogę z całą świadomością i odpowiedzialnością powiedzieć, że nie było większych problemów. Owszem, niektórzy księża prosili mnie, żeby przejść do swoich rodzimych diecezji. Pozwoliłem na to, bo uważałem, że lepiej mieć przyjaciela w oddali aniżeli człowieka niezbyt przyjaznego tutaj na miejscu. I nie żałuję tego.
Z początku borykałem się z trudnościami personalnymi, dziś jesteśmy - że tak powiem - na styku. I wydaje mi się, że istnieje zgodność pomiędzy tymi trzema częściami naszej diecezji, które ubogacają siebie kulturowo.
Wydarzeniem epokowym był dla mnie również Synod Diecezji Sosnowieckiej, który trwał kilka lat. Tutaj zbieraliśmy się i obradowaliśmy. Wynikiem jest dokument synodalny, który w jakiś sposób reguluje życie i pracę w całej naszej diecezji. Obecnie już nikt nie mówi, że jest z Częstochowy czy z Krakowskiego. Jesteśmy duchowieństwem jednej diecezji, jednego Kościoła sosnowieckiego.

- Czy były różnice w formacji kapłanów wchodzących w skład prezbiterium Kościoła sosnowieckiego? Co było u nich najcenniejsze?

- Były różnice. Każda część diecezji miała swoja specyfikę. A więc taką specyfikę miała część częstochowska, związana z Jasną Górą - i to część największa. Tak samo część kielecka przynosiła dobra kulturowe z tamtej części. Siłą rzeczy były pewne różnice, jeśli chodzi o sposób życia czy odczuwania pewnych wartości. Część kielecka i część zagłębiowska były pod zaborem rosyjskim. Część krakowska, związana bardziej z Krakowem, również miała swoją specyfikę.
Co było najcenniejsze u kapłanów? Wszyscy sobie uświadamiali, że dobrem najwyższym jest służyć Kościołowi jako pracownicy kompetentni, jako ci, którzy będą służyli temu ludowi, który jest w nowym Kościele sosnowieckim. I dlatego pewne różnice, jakie były na samym początku formacji w seminarium sosnowieckim, szybko ustąpiły. Bo wszyscy chcieli być dobrymi kapłanami dla nowej diecezji. I wydaje mi się, że do dnia dzisiejszego ta tendencja się utrzymuje.

- To piękne. Księże Biskupie, jednym z patronów diecezji jest św. Rafał Kalinowski - zakonnik, wielki patriota. Jak Ekscelencja widzi świętego patrona w życiu sosnowieckiej wspólnoty diecezjalnej?

- Ojciec Święty Jan Paweł II dał nam dwóch patronów, zakonników, bardzo mocno związanych i z narodem, i z Kościołem, którzy przeżywali swój kryzys życiowy. Pierwszym i głównym patronem naszej diecezji jest św. Brat Albert - wspaniały, drugim św. Rafał Kalinowski. Oni jak gdyby uzupełniają siebie nawzajem. Pierwszy, powstaniec, wskazuje, że jesteśmy związani z naszym narodem. Rafał Kalinowski spędził na Sybirze 10 lat i też przeżył całkowitą przemianę wewnętrzną; znalazł się w Paryżu, był wychowawcą naszego bł. Augusta Czartoryskiego, który poznawał u niego wartości duchowe i przysposabiał się do życia w Zgromadzeniu. Św. Rafał wskazuje na coś bardzo ważnego w naszym życiu kapłańskim: na życie duchowe, życie modlitwy, na przywiązanie do konfesjonału, tak bardzo związane z wartościami religijnymi. Sam stał się męczennikiem konfesjonału. Bardzo często wspominam o tym, kiedy co roku, w ostatnią sobotę każdego września, spotykamy się w Czernej, przy relikwiach św. Rafała, na dniu świętości dla kapłanów z naszej diecezji. Mamy wtedy swoje skupienie, które jest bardzo ważne dla naszej odnowy wewnętrznej. Ten Święty wytycza nam drogę, którą powinniśmy realizować: drogę modlitwy i ubóstwa.
Św. Brat Albert natomiast uwrażliwia nas na biedę ludzką. On sam oddał się drugiemu człowiekowi całkowicie, w sposób wręcz nieprawdopodobny. Znamy jego radykalizm ewangeliczny i całkowite ogołocenie siebie po to, ażeby innym przyjść z pomocą. Brata Alberta wskazał pięknie Ojciec Święty Jan Paweł II w swoim przemówieniu podczas wizyty w diecezji. Powiedział m.in., że powinniśmy mieć taką wrażliwość na ludzi, jaką mieli Brat Albert i współzałożycielka Karmelitanek Teresa Kierocińska. Myślę, że Ojciec Święty całkiem świadomie dał tej nowej polskiej diecezji za patronów tych dwóch zakonników.

- Jak, z perspektywy 15 lat, określiłby Ksiądz Biskup lud swojej diecezji? Czy udaje się Ekscelencji nawiązywać głębszą więź z wiernymi? Jak w pracy duszpasterskiej postrzega Ksiądz Biskup swoich kapłanów, którzy przecież odgrywają tu zasadniczą rolę?

- Lud naszej diecezji stanowi pierwszą troskę mojego posługiwania. Już na samym początku przyjąłem zasadę, że w Kościele nie ma ani lewicy, ani prawicy. Wszyscy mają przystęp do Chrystusa, każdy ma prawo, żeby pojednać się z Bogiem i wejść w struktury Kościoła. I jak do tej pory zasada ta przynosi pozytywne efekty. Przez 15 lat nie miałem większych trudności, przeciwnie, przyjmowano mnie zawsze z wielką serdecznością, chociaż wiedziałem, że może niektóre warstwy, niektóre środowiska czy osoby są oddalone od Kościoła. Podczas wizytacji kanonicznych czy innych wizyt w parafiach zawsze staram się być tam, gdzie być powinienem. A więc nie tylko w kościele, bo tam jest tylko pewna część ludzi - mniej więcej 20-25 proc., zwłaszcza w dużych ośrodkach miejskich. Do ludu trzeba wyjść też poza kościół. Kiedy tylko mogę, staram się być w szkołach - czy to licealnych, gimnazjalnych, czy podstawowych, w przedszkolach, w domach opieki społecznej, w szpitalach czy w innych ośrodkach, m.in. w więzieniu. Po prostu winienem tam być po to, aby zanieść orędzie Ewangelii. I zawsze spotykam się z olbrzymią otwartością. Miałem np. ostatnio sposobność wizytowania wielkiego Szpitala Wojewódzkiego św. Barbary, gdzie odwiedziłem chorych na dziesięciu oddziałach; spotykałem się z wielką uprzejmością ze strony zarówno personelu szpitala, jak i chorych, którzy byli szczęśliwi, że mogli spotkać się ze swoim biskupem.
Księża - nasi księża są otwarci na potrzeby ludu, co najlepiej widać na przykładzie młodych księży, którzy katechizują w szkołach; poświęcają oni wiele czasu zwłaszcza młodzieży, która czasem jest, jaka jest. Nawiązują z tą młodzieżą kontakt poprzez najrozmaitsze spotkania, czy to w szkole, czy poza nią; podczas wakacji starają się organizować dla niej wypady w góry czy inne atrakcje, które przybliżają młodzież do Kościoła.
Wydaje mi się, że na miarę naszych możliwości mamy kontakt z ludźmi, którzy żyją na tej ziemi, którzy tworzyli tutejszą kulturę, którzy budowali nasze świątynie. W moim posługiwaniu biskupim konsekrowałem ponad 40 pięknych kościołów, które budowali ludzie tej ziemi. To nie biskup nakazał budować a księża zmuszali - to ludzie budowali te świątynie i do dnia dzisiejszego budują nowe, i na pewno jeszcze kilka kościołów sam będę konsekrował podczas mojego posługiwania biskupiego. A więc to są fakty, które wskazują, że ci ludzie odpowiadają z otwartością na naszą posługę.
Lud tej ziemi jest niezwykle wrażliwy na biedę ludzką. Kiedy była wielka powódź w południowej Polsce i jako jeden z pierwszych biskupów ogłosiłem, że pieniądze ofiarowane na tacę przeznaczymy na powodzian, to w niektórych kościołach tysiąc proc. więcej dawano, mimo zubożenia ludu - jest tu ok. 20 proc. bezrobotnych. Ludzie mieli świadomość, że trzeba pomóc tym ludziom, którzy znaleźli się w potrzebie, którzy w jednej chwili utracili cały dobytek. I tak jest zawsze, kiedy ludzie widzą potrzeby innych. Starają się pomóc i czynią to z wielką otwartością i szczerością.

- Są niewątpliwie w diecezji Księdza Biskupa różne instytucje, stowarzyszenia, ruchy. Czy Ksiądz Biskup jest zadowolony z ich pracy?

- W naszej diecezji na dosyć wysokim poziomie jest postawiona Akcja Katolicka. Od samego jej początku ustanowiliśmy Instytut Akcji Katolickiej, w którym kształcą się jej liderzy - już kilkaset osób ukończyło Instytut, m.in. po to, by w poszczególnych parafiach prowadzić dzieło Akcji Katolickiej i formować wiernych, by byli świadomi swojego powołania i swojej przynależności do Kościoła. Czy jestem zadowolony? 1/3 parafii stworzyła u siebie parafialne odziały Akcji Katolickiej...
Moim marzeniem jest, by w każdej parafii działał zespół charytatywny. Takie zespoły istnieją już w wielu parafiach, ale jednak nie wszędzie. Myślę, że zaistniały przede wszystkim tam, gdzie duszpasterze są wyczuleni na potrzeby ludzi biednych.
Gdy chodzi o Liturgiczną Służbę Ołtarza, to jest wiele parafii, które wspaniale prowadzą to dzieło i prezbiteria ich świątyń wypełniają liczne grupy ministrantów. Ale są i takie, które, niestety, nie mogą poszczycić się taką ich liczebnością. To jest pewien mój niedosyt, jeśli chodzi o ministrantów...
Bardzo dobrze jest u nas zorganizowane Stowarzyszenie Rodzin Katolickich. Mamy kompetentnego księdza, który ukończył Instytut Studiów nad Rodziną w Łomiankach pod Warszawą i obecnie prowadzi najrozmaitsze ośrodki szkolenia dla tego Stowarzyszenia. Ale i tu przejawia się ten sam problem - nie wszystkie parafie potrafiły zorganizować u siebie Stowarzyszenie Rodzin Katolickich. Bardzo ważne są kręgi rodzin katolickich. Chciałbym, żeby jak najwięcej parafii utworzyło u siebie takie kręgi.
Jest jeszcze wiele spraw do zrobienia, wiele pragnień, które z różnych powodów nie zostały zorganizowane, gdy chodzi o ruchy katolickie i organizacje. Winny one ożywiać nasze życie wiary. Im więcej jest małych społeczności w parafii, tym parafia jest bardziej żywotna i bardziej spełnia wymagania, jakie stawia przed nią Kościół.

(Uzupełnienie tej rozmowy stanowi wywiad zamieszczony w wydaniu ogólnopolskim „Niedzieli”, nr 10, z 11 marca 2007).

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Tajna misja: Małżeństwo

2020-01-19 08:20

[ TEMATY ]

rodzina

małżeństwo

freelyphotos.com

Dawniej słowo misja kojarzyło mi się z dwoma obrazkami: karabiny w rękach wojskowych w odległych krajach i małe afrykańskie dzieci bawiące się w promieniach słońca. Nigdy nawet nie pomyślałem, że misja może stać się częścią mojego życia.

Nie chodzi o to, że nagle zostawiam wszystko i wskakuję w mundur, bądź strój misjonarza, choć do tego drugiego znacznie mi bliżej i nie ukrywam, że jest to moim cichym marzeniem, chodzi o to, że misja stała się jakby częścią mojego życia, nadała jemu nowy, dotąd nieznany tor.

Osiem miesięcy temu w podhalańskim kościele parafialnym odbyło się „posłanie na misje” mnie oraz mojej już teraz.. Żony. Podjęliśmy decyzję aby być z sobą na dobre i złe, w zdrowiu i chorobie, w radości i smutku, już do końca życia. Podjęliśmy jedną z najtrudniejszych misji w tych czasach, misji w której wróg naciera z coraz większą siłą, w której współczesny świat chce zatrzeć jej właściwy sens. Misja małżeństwa, oto największa walka współczesności. To właśnie o rodzinę toczy się największy bój, w którym nie możemy pozostać bierni.

Choć osiem miesięcy to nieduży okres czasu, już zdążyłem zauważyć jak wiele dobra i miłości Bóg czyni poprzez sakrament małżeństwa.

Nie jest to na pewno łatwa droga, jednak jest idealna do tego, aby pokonywać swoje własne słabości, swój egoizm, swoją pychę i zadumanie, pomagać rozwijać się współmałżonkowi.

Małżeństwo każdego dnia uczy mnie pokory i prawdziwego sensu życia, którym nie jest zdobywanie kolejnych sukcesów, ale pokorne służenie drugiej osobie. Miłość to coś więcej niż romantyczne przytulenia o zachodzie słońca. Miłość to znoszenie wad drugiej osoby i kochanie mimo wszystko. Pragnienie dobra i czynienie go dla współmałżonka.

Małżeństwo i rodzina są dziś na celowniku szatana. Nie boję się stwierdzenia, że to właśnie od obrony rodziny przed jej rozbiciem, zależą nasze dalsze losy. Czeka nas największa i najtrudniejsza misja o jakiej słyszał świat. Zachód Europy, większość mediów i tzw. nowoczesna kultura tolerancji, już wytaczają ciężkie działa.

Propagowanie rozwiązłości, moda na zdrady i rozwody, szybkie życie, używki w rodzinie, popieranie aborcji, in vitro, czy rozbijanie pojęcia rodziny i próba tworzenia z niej karykatury tworzonej przez osoby tej samej płci.. Ataki na chrześcijańskie wartości prowadzone są dziś na każdym polu i to właśnie od nas zależy, czy będziemy umieli je obronić. Od nas zależy czy wypełnimy naszą misję dzieci Bożych należycie, czy poddamy się i popłyniemy z prądem współczesności.

Bóg tworząc ludzi na swoje podobieństwo, stworzył nas jako kobiety i mężczyzn i jedynie w takim połączeniu możemy tworzyć nierozerwalne z Nim małżeństwo, mogące z miłości rodzić nowe życie. Podstawą w dobrze wypełnionej misji, jest zrozumienie jej prawdziwego sensu. Kryzys małżeństwa moim zdaniem zaczyna się właśnie tutaj, w niezrozumieniu jego istoty, bo nie jest ono przestrzenią do zaspokajania swoich żądz i pobudek seksualnych, jak wielu się wydaje. Małżeństwo to przestrzeń cudów, w której na mocy sakramentu obecny jest sam Jezus.

Bóg obecny pośród małżonków tworzy z nimi wspólnotę miłości, w której podstawowym celem jest poznawanie tej miłości i dzielenie się nią. Małżeństwo powinno kierować małżonków w stronę Boga.

Wspólna modlitwa, udział w Eucharystii, częsta spowiedź, zgłębianie lektury chrześcijańskiej, to wszystko otwiera nas na głębsze poznanie Stwórcy i chęć wspólnego służenia Jemu oraz bliźnim, co właśnie jest istotą małżeństwa. Wspólne wzrastanie w wierze, głębokie praktykowanie jej i pokorna służba miłością, oto przepis na udane małżeństwo.

Nadchodzą trudne czasy, o ile już nie nadeszły. Dziś jak nigdy musimy paść na kolana i z różańcem w ręku „zbroić się” na tą jakże ciężką misję. Misję obrony małżeństwa, rodziny i wartości chrześcijańskich. Wróg ma cały arsenał wymierzonych w nas broni, ale czy naprawdę mamy się tego lękać? Czy to nie raczej zło powinno się bać? W końcu nasza misja to misja zlecona od Najwyższego, a jeśli On, „Zwycięzca śmierci, piekła i szatana” jest z nami, to kogóż mielibyśmy się lękać?!

____________________________________________________

Artykuł zawiera treść tekstu pochodzącego z miesięcznika "Wzrastanie". Więcej: Zobacz

CZYTAJ DALEJ

Franciszek: oby szczyt w Berlinie doprowadził do pokoju w Libii

2020-01-19 12:49

[ TEMATY ]

papież

papież Franciszek

Libia

Grzegorz Gałązka

Życzenie, aby odbywający się dziś w Berlinie szczyt w sprawie sytuacji w Libii doprowadził do pokoju w tym kraju wyraził papież Franciszek po modlitwie „Anioł Pański” na placu św. Piotra w Watykanie.

- Drodzy bracia i siostry, dziś odbywa się w Berlinie konferencja mająca na celu omówienie kryzysu w Libii. Mam gorącą nadzieję, że ten tak ważny szczyt będzie początkiem drogi ku zaprzestaniu przemocy i wynegocjowanego rozwiązania, które prowadzi do pokoju i tak bardzo upragnionej stabilizacji kraju - powiedział Ojciec Święty.

Odbywające się pod patronatem ONZ spotkanie ma być próbą znalezienia rozwiązania kryzowej sytuacji w Libii, gdzie od 2014 r. trwa wojna domowa. Wzmogła się ona jeszcze bardziej w kwietniu 2019 r. W konfrontację zamieszane są też inne państwa, które wspierają jeden z dwóch rządów istniejących w tym kraju.

W stolicy Niemiec obecni są dwaj główni przywódcy walczących stron: Fajiz as-Sarradż, premier rządu uznawanego przez ONZ z siedzibą w Trypolisie i Chalifa Haftar, który kontrolował jedynie fragment południowej części Libii, lecz w kwietniu rozpoczął ofensywę w celu podbicia całego kraju i od miesięcy oblega Trypolis.

Do Berlina przybyli także przywódcy zaangażowanych w konflikt państw: prezydent Rosji Władimir Putin, wspierający Haftara i prezydent Turcji Recep Tayyip Erdoğan, wspierający as-Sarradża. Są też przedstawiciele Egiptu i Zjednoczonych Emiratów Arabskich, sprzymierzonych z Haftarem, Ligii Arabskiej, Unii Europejskiej, Unii Afrykańskiej oraz pięciu państw członkowskich Rady Bezpieczeństwa ONZ, w tym sekretarz stanu USA Mike Pompeo.

Spotkanie, zorganizowane przez rząd Niemiec, ma położyć podwaliny pod „wewnętrzny proces pojednania”, który doprowadzi do pokoju i „suwerennej Libii”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję