Reklama

Bezpański pies

Zakończyła się już 28. Piesza Pielgrzymka Wrocławska na Jasną Górę. Jednak we wspommnieniach jej uczestników trwa nadal. 9 dni wędrowali do Matki Bożej Częstochowskiej, aby powierzyć Jej swoje troski i radości. Dla wielu ten czas stał się początkiem wielkich zmian w ich życiu...

Niedziela wrocławska 34/2008

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Przyplątał się gdzieś koło mostku. Dokładnie w tym miejscu, w którym trzynastka obchodziła swój jubileusz. Grupa wystąpiła w biało-czarnych barwach. Mieli pomalowane twarze i na całe gardło wyśpiewywali naprędce ułożoną piosenkę. Melodia łatwo wpadała w ucho, a oni śpiewali przeszczęśliwi i to musiało wystarczyć za wszystko, bo niczego więcej w tej piosence nie było. „Dzisiaj nasza trzynasteczka urodziny ma… La li laj, la li li la…”
Ustawili się po obu stronach drogi i zatrzymywali przechodzących. Grupy zresztą zatrzymywały się same, a przynajmniej zwalniały kroku, bo trzeba było wręczyć szanownym jubilatom prezenty i kwiaty. Kwiaty znajdowało się przy drodze. Prezenty… również. „Przynosimy Wam w darze ten oto grzyb, żeby Wam nigdy nie zabrakło grzybów w barszczu i żebyście nigdy nie zgrzybieli” - życzył delegat jednej z grup. „Ofiarujemy wam ten oto starannie umyty słoiczek, żebyście mieli gdzie pochować wszystkie wasze prezenty” - recytował z emfazą następny delegat, a mnie przypomniała się praktyczna baryłeczka Kubusia Puchatka, w której Kłapouszek mógł przechowywać pęknięty balonik. Z tą jedyną różnicą, że wolałam nie zastanawiać się, co mogło znajdować się w słoiczku przed umyciem.
Prezenty przyjmowały dwie siostry bliźniaczki, które specjalnie na pielgrzymkę przyleciały z Irlandii. Były (jak to często bliźniaczki) identyczne z natury i w dodatku identycznie ubrane, co stanowiło dodatkową atrakcję, bo składający życzenia w większości po ucałowaniu drugiej wracali do pierwszej, żeby upewnić się, że nie całowali dwa razy tej samej dziewczyny.
Na psa nikt nie zwracał uwagi. Potem był las, najpierw duży, następnie mały, a za lasami droga przez kolejną wieś, i znowu las dla odmiany nieco większy od poprzedniego. Wreszcie przedmieścia Częstochowy. Pies jak się później okazało ciągle szedł z nami, tyle że zmieniając grupy, co wprowadzało nas w błąd, bo ci co zwrócili na niego uwagę, myśleli, że skoro zniknął, to już pewnie znalazł drogę do domu. Kiedy zaczął obiegać wszystkie grupy kolejny raz, stało się jasne, że wędruje z nami przynajmniej kilkanaście kilometrów i że trzeba temu jakoś zaradzić. Nie miał obroży, ale był młody, rasowy i zadbany i jak najprędzej trzeba było pomóc mu odnaleźć właściciela. Na postoju pod Górką Przeprośną, gdzie przygotowywaliśmy się do Mszy św. obiegł wszystkie grupy i ani na chwilę nie przestał szukać. Znikał i pojawiał się w różnych miejscach, aż Orzech odprawiający Mszę ulitował się nad nim widząc ten psi niepokój. - „Idzie tu z nami pies, podpowiadają mi tutaj, że nie wiadomo jak długo i skąd, bo każdy mówi coś innego. Spróbujmy, może uda nam się znaleźć jego dom, trzeba sobie ten trud zadać. Ale jeśli się to nie uda, to mam nadzieję, że znajdzie się wśród pielgrzymów jakaś litościwa dusza, która tego biedaka przyjmie. Bo to byłoby bardzo niedobrze, jeśliby wśród dwóch tysięcy osób modlących się i proszących o swoje sprawy nie znalazł się nikt, kto by przygarnął bezdomnego psa. Gdyby tak miało być, to byłaby hańba i znak, że nam już żadna pielgrzymka nie pomoże”. Pies akurat stał blisko mnie. Położyłam mu rękę na głowie i przez moment usiłowałam go zatrzymać. Od ołtarza z ostatnich ławek podniósł się młody dominikanin i przemykając pomiędzy grupkami siedzących na trawie ludzi podszedł do mnie.
- „Proszę przytrzymać tego psa do końca Mszy, ja muszę teraz wrócić do ołtarza, ale jak skończy się adoracja, zaraz go od pani przejmę. Jeśli nie znajdziemy jego właściciela, zapytam mojego przeora, czy możemy go wziąć do siebie”.
Kiwnęłam głową, że spróbuję go przytrzymać i … miałam adorację z głowy. Pies był młodzieńczym wyżłem z temperamentem młodego wariata i nie tolerował najmniejszego nawet ograniczania wolności. Nie rozumiał, że dominikanin jest przyzwoitym człowiekiem, który najpierw będzie szukał starego właściciela, a potem jeśli to się nie powiedzie, spróbuje uzyskać dla psa zgodę przeora na zmieszkanie w klasztorze. Był ufny, przyjazny, chwilami nawet namolny, ale z pewnością nie miał natury kontemplacyjnej. Pocieszyłam się myślą, że dominikanie nie są zakonem kontemplacyjnym oraz tym, że adoracja nie będzie trwała w nieskończoność i odciągając psa najdalej jak można było od ołtarza przykucnęłam z nim z tyłu za budką informacji. Założyłam mu na szyję niebieską smycz pielgrzyma, na której nosiliśmy identyfikatory i spróbowałam spowodować, żeby usiadł choć na chwilę. Pies smycz przyjął bez oporów, ale na siedzenie namówić się nie dał. Czasami na chwilę udało mi się powstrzymać go od nagłych skoków, kiedy obejmowałam go za szyję i szeptałam do kosmatego ucha uspokajające słowa. Ale zawsze trwało to tylko krótką chwilę. Potem gwałtownym ruchem narwańca wymykał się z moich objęć i usiłował pociągnąć mnie gdzieś dalej, zachęcając do wesołej zabawy. Do końca adoracji tarzałam się z nim po trawie rejestrując kątem oka naganne spojrzenia dwóch starszych pań, które przespały Mszę i odezwę Orzecha.
Pies był przecudny, ale zszargał mi opinię i biały szal, który miałam na sobie, więc wyczekiwałam dominikanina jak kania dżdżu i kiedy wreszcie przyszedł najprędzej jak mogłam wetknęłam mu w ręce koniec niebieskiego paska z napisem „Pielgrzymka”. Na drugim końcu prowizorycznej smyczy szalał pies. Pobiegłam na wywiad z ks. Tomkiem Płukarskim, rzecznikiem prasowym pielgrzymki, nie oglądadąc się na psa i w głębi duszy współczując trochę dominikaninowi. Rozmowa z ks. Tomkiem okazała się na tyle ciekawa, że zapomniałam nie tylko o psie, ale o Bożym świecie. Kiedy jakiś czas poźniej spotkałam Orzecha, zapytałam, czy wie już coś o losie psa, czy znalazł się właściciel, czy też wrocławscy dominikanie przyjmą go do zgromadzenia. Ale Orzech zamiast mówić burczał. Najwyraźniej był w bardzo złym humorze.
- Hycel - rzucił krótko i nieprzyjaźnie, co pewnie miało być odpowiedzią na moje pytanie.
- Ale kto, dominikanin?
- Ależ skąd, Kuzyn - rozeźlił się Orzech. - Miał komuś przytrzymać na chwilę psa, jakiemuś zakonnikowi właśnie, dosłownie tylko na chwilę i ledwo wziął do ręki smycz już ją puścił. I teraz biega biedak nie wiadomo gdzie i pewnie szuka.
- Zakonnik? - dopytywałam się.
- Ależ skąd, pies.
Zostawiłam Orzecha w jak najgorszym nastroju i pobiegłam do swoich spraw. Żałowałam, że nie stanęłam w obronie Kuzyna, że nie pokazałam Orzechowi mojego sponiewieranego szala i nie opowiedziałam, że ten pies z cudną, sympatyczną mordą i mądrymi oczami to tajfun i trąba powietrzna w jednym, a utrzymanie go w jednym miejscu graniczy z cudem.
Tego dnia doszliśmy do Częstochowy i wszystkich bez wyjątku ogarnął szał przygotowań do wejścia na Jasną Górę. Przed namiotami na wieszakach prostowały się białe bluzki i zwiewne spódnice. Dziewczyny miały na głowach turbany z ręczników, szumiały suszarki do włosów, a do łazienki nie można się było dopchać. O psie niemal zapomniałam. Raz tylko pomyślałam o biedaku, kiedy wieczorem przeglądając zdjęcia zobaczyłam Kubę - syna Ewy i Józia Łuczaków trzymającego na rękach kilkutygodniowe kocię. Cały Kuba z kotem. Zbliżenie. Smutna kocia mordka. Wtedy znów pomyślałam o psie. Zaginął, biedak. Ale szkoda. Żeby tylko nie stało mu się nic złego… Nazajutrz bladym świtem biegłam do radiotechników po naładowane baterie. Na dworze ledwie dniało, gdy nagle… Nie, nie mogłam się mylić. Naprzeciwko mnie szedł sprężystym krokiem uśmiechnięty dominikanin. Na pielgrzymkowej smyczy prowadził psa. Rudowłosy wyżeł miał otwarty pysk a język zwisał mu do pasa. Obaj zresztą wyglądali na zmęczonych.
- Coś takiego! - wykrzyknęłam na ich widok.
- Szukałem go do rana, nie przesadzę jeśli powiem, że niemal po całej Częstochowie. Pomyślałem, że jak pielgrzymi ruszą, to nigdy go już nie znajdę w tym tłumie.
- A przeor?
- Zgodził się - odpowiedział z uśmiechem.
Patrzyłam za nimi jak kroczą obok siebie, jakby od zawsze chodzili wszędzie razem. „Domini Canes - Pańskie Psy”, pomyślałam. Bo przecież nawet nie znałam ich imion.

Tekst jest fragmentem albumu o wrocławskiej pielgrzymce na Jasną Górę. Książka Violetty Nowakowskiej nosi tytuł „Dopokąd idę - pielgrzymka z Orzechem” i ukaże się w 2009 r.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

2008-12-31 00:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Film o Sercu Jezusa może otrzymać nominacje do francuskiego Oscara

2026-01-10 19:48

[ TEMATY ]

film

Materiał prasowy

Film „Sacré Coeur” o objawieniach Najświętszego Serca Jezusowego znalazł się na oficjalnej liście produkcji, które mogą otrzymać nominacje do francuskich Oscarów - nagrody „César du cinéma 2026”. We francuskim pejzażu filmowym inspiracje wiarą chrześcijańską należą do rzadkości, dlatego fakt ten ma duże znaczenie symboliczne - pisze portal Tribune chrétienne (Trybuna chrześcijańska).

Twórcy filmu, Steven i Sabrina Gunnell, przyznali, że są zaskoczeni tą wiadomością. „Choć «zakwalifikowany» nie oznacza jeszcze «nominowany», to jednak fakt, że film jest obecny na stronie internetowej Cezarów już coś dla nas znaczy” - stwierdzili.
CZYTAJ DALEJ

Tysiące chrześcijan w miejscu Chrztu Jezusa modliły się o pokój

2026-01-10 08:09

[ TEMATY ]

Ziemia Święta

Jerozolima

Palestyna

Vatican Media

Około trzech tysięcy wiernych z całej Jordanii odbyło 9 stycznia 26. doroczną pielgrzymkę do miejsca Chrztu Jezusa w pobliżu Jerycha. Popłynęło stamtąd wspólne pragnienie: aby ten rok stał się czasem trwałego i sprawiedliwego pokoju.

Modlitwy za Jerozolimę, za mieszkańców Gazy i za całą Ziemię Świętą wzniosły się z najniżej położonego punktu na ziemi, który dla wiernych chrześcijańskich jest jednak miejscem najbliższym niebu. W Jordanii, na wschodnim brzegu rzeki Jordan, kilka kilometrów od Jerycha, znajduje się miejsce Chrztu Jezusa.
CZYTAJ DALEJ

Promocje akademickie UPJPII

2026-01-10 23:33

Biuro Prasowe AK

- Kościół nie potrzebuje uniwersytetu jako zespołu ekspertów. Jest potrzebna wspólnota ludzi, którzy są zebrani wokół prawdy, potrafią do niej iść razem – mówił kard. Grzegorz Ryś podczas Eucharystii w kolegiacie św. Anny w Krakowie, poprzedzającej promocje akademickie Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II.

Na początku Mszy św. administrator parafii św. Anny w Krakowie, ks. Kazimierz Panuś serdecznie powitał kard. Grzegorza Rysia. Podkreślił, że celebracja wpisuje się w szczególny charakter miejsca, gdzie – jak mówił św. Jan Paweł II – „wiedza i mądrość szuka przymierza ze świętością”. Poprosił metropolitę o umocnienie wspólnoty Słowem Bożym, Eucharystią i pasterskim błogosławieństwem
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję