Reklama

Uczeń z Biskupiaka

Władysław Burzawa
Edycja kielecka 22/2012

Stanisław Strójwąs urodził się 13 września 1918 r., kiedy po 123 latach rozbiorów Polska wybijała się na niepodległość. - Moją mamą była Zofia Cichońska, a tatą Wincenty Strójwąs. Rodzice za patrona wybrali mi św. Stanisława Kostkę i dali na imię Stanisław. Nie wiedzieli, że z nim na długie

Dom, w którym się urodził przed blisko stu laty, stoi do dnia dzisiejszego przy ul. Kościuszki w Kielcach. Odkrył to przypadkiem, przechodząc w tych okolicach. Chciał zobaczyć, jak wygląda ten zaułek miasta, znany z jego dzieciństwa. Był zaskoczony - nagle za kamienicą zasłaniającą widok odkrył parterowy dom. Członkowie rodziny nie chcieli mu uwierzyć, że stary drewniany domek przetrwał do XXI wieku. A jednak...
Obok ich domu znajdowała się szkoła dla dziewcząt - dawne Gimnazjum św. Kingi, w którym jego tato przez długie lata był cenionym woźnym. - Tato pracował później w kolejnej szkole - „Biskupiaku”, gimnazjum dla chłopców. To była szkoła! - mówi dziś pan Stanisław. Gimnazjum św. Stanisława Kostki miało początkowo siedzibę przy ul. Hipotecznej (obecnie Słowackiego). Od otwarcia szkoły funkcję woźnego pełnił ojciec pana Stanisława. Mały Staś miał wtedy 5 lat. Mieszkali w suterenach małej kamienicy sąsiadującej ze szkołą i z gimnazjum Namirowskiej. Szkoły miały wspólne podwórko.

Przenosiny na górkę

Do nowej i ostatecznej siedziby gimnazjum przeniosło się w 1927 r. - „na górkę”. Zupełnie inaczej wyglądały wtedy Kielce. Przy obecnej ul. Źródłowej stały trzy drewniane chaty, przy jednej z nich znajdowało się gospodarstwo, które należało do Towarzystwa Biskupiego zarządzającego szkołą. W gospodarstwie hodowano trzodę chlewną i konie, a pola ciągnęły się aż po same Zagórze. - Nasze gimnazjum to była elitarna szkoła. Za utrzymanie w internacie trzeba było wnosić opłaty, także za naukę płaciło się czesne. W szkole uczyły się dzieci ludzi zamożnych, ale księża przyjmowali także i biedne wiejskie dzieci, które chciały się uczyć i wykazywały zdolności. W gimnazjum kształcili się także chłopcy, którzy zdradzali powołanie do stanu kapłańskiego - mówi pan Stanisław. Śledząc historię szkoły, można stwierdzić, że wielu jej absolwentów kontynuowało naukę w Wyższym Seminarium Duchownym. Staszek po ukończeniu czteroklasowej szkoły, tzw. „ćwiczeniówki” przy Seminarium Nauczycielskim przy ul. Leśnej, przeniósł się do gmachu gimnazjum. Naukę rozpoczął w 1927 r. w pierwszej klasie 8 klasowego gimnazjum. Po kilku latach w budynku utworzono szkołę podstawową. Pamięta wspaniałą atmosferę: szacunek dla nauczycieli i chęć uczniów do zdobywania wiedzy. Wiedza była oknem na świat, wykształcenie nobilitowało. Wspomina pewną zabawną historię szkolną, która wydarzyła się przeszło 70 lat temu. Zatrudniając personel nauczycielski, dyrektor przyjął nową nauczycielkę, młodą dziewczynę imieniem Marta. - Jeden z nauczycieli, „łacinnik”, zainteresował się nią i trudno się dziwić, bo była młoda i ładna. Wszyscy wiedzieli, że „wpadła mu w oko”. Na jednej z lekcji łaciny zaszła potrzeba przetłumaczenia pewnego zwrotu, w którym znajdowało się słowo „morior”. Słowo to w języku polskim nie miało strony biernej, więc nauczyciel przekonywał: „Nie można dosłownie przetłumaczyć tego zdania, ponieważ w języku polskim brzmiałoby tak: «jestem umarty»”. Klasa wybuchła śmiechem. Zdziwiony nauczyciel zapytał, co się stało? Jeden z uczniów wstał i tłumiąc wesołość wyjaśnił: - Panie profesorze, nikt z nas by się nie ośmielił „być u Marty”, wiemy, że to miejsce jest zajęte. Nauczyciel roześmiał się razem z uczniami.

Patriotyczne wychowanie

Na pierwszym obozie harcerskim nad morzem był jako 15-letni chłopiec. Wypoczywali w Dąbkach pod namiotami. Poza drużynowym i ” harcerską świtą”, obecny był także nauczyciel łaciny. Obóz był położony w pobliżu Gdyni, gdzie w 1933 r. rozpoczęła się budowa portu. - Byliśmy przy jego narodzinach, dworzec kolejowy już stał. Gdynia była końcową stacją. Przejeżdżało się przez Gdańsk. Jak jechało się przez Wolne Miasto, wszystkie okna pociągu były zamknięte. Konduktorzy dokładnie sprawdzali. Nie chcieli ekscesów. Polska nie zrezygnowała z Gdańska, więc wypoczynek dla polskich dzieci organizowano albo w Gdańsku, albo w jego pobliżu. Uczyło się historii, budowało się w młodych ludziach patriotyzm. Przez 20 lat międzywojnia tak ukształtowało się młodych ludzi, że ci z karabinami szli na barykady, do Armii Krajowej, do lasu, do partyzantów. Patrząc na ostatnie 20 lat w wolnej Polsce, po obaleniu socjalizmu, można zadać sobie pytanie: czy nie straciliśmy młodego pokolenia? I co z patriotyzmem, czy nadal jest modny? - mówi pan Stanisław.
Każdy wyjazd był lekcją wychowania do służby Polsce, a wyjeżdżali i nad morze, i w góry. Bukowina Tatrzańska go zauroczyła. To tam, na zimowisku, pierwszy raz założył narty. Wprawdzie nie nauczył się dobrze jeździć, ale nie zapomniał tej całej frajdy. - Nie mogłem się nauczyć dobrze jeździć - mówi pan Stanisław - bo tato ze względu na to, że w domu nie było za dużo pieniędzy, kupił mi buty narciarskie kilka numerów większe, aby wystarczyły na kolejne lata.
Staszek upychał buty czym się dało i „szusował” po stoku.

Reklama

Uczniowie Biskupiaka

W szkole uczyli wybitni pedagodzy i kształcili się wspaniali młodzi ludzie. Doskonale pamięta Staszka Grabdę, późniejszego porucznika, młodego, wysportowanego człowieka, z którym często grał w piłkę. Po wojnie Grabda został zakatowany przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa. Dziś tego bohatera przypomina pamiątkowa tablica wmurowana w szkolne mury naprzeciw kaplicy. Pan Stanisław ożywia się. Przypomina sobie kolegów. Do ich klasy chodził Wysocki, niepełnosprawny miły chłopak. Chodził o kulach i był bardzo silny w rękach. Pewnego dnia w klasie mierzono siłę rąk uczniów. Nauczyciel przyniósł siłomierz. Kiedy przyszła kolej na Wysockiego, ten ścisnął siłomierz tak, że ten rozpadł się na kawałki. Przerażony nauczyciel krzyknął: - Zepsułeś siłomierz! - Przecież kazał pan ścisnąć - spokojnie odpowiedział młody siłacz.

Dążąc do celu

Kolega, którego nigdy nie zapomni, to Jurek Kudzin. Chłopak mimo że urodził się w Górach Świętokrzyskich, chciał zostać kapitanem statku. W czasie nauki myślał tylko o morzu. To go tak „opętało”, że rodzice zgodzili się na przerwanie nauki w Biskupiaku i wysłali syna do Szkoły Morskiej. Niestety nie zdał egzaminów. Rodzice sprzedali dom i zatrudnili korepetytora. W kolejnym roku Jurek egzamin zdał, ale chłopców, którzy przeszli egzamin, było tylu, że Jurek znowu się nie dostał. Niezrażony młodzieniec napisał błagalny list do gen. Gustawa Orlicza-Dreszera, aby ten spowodował przyjęcie go do szkoły. Niestety generał zginął w wypadku drogowym. Przy zmarłym znaleziono list od Jurka. Aby uczcić zmarłego, przyjęto Jurka do szkoły i opłacono mu czesne. Dewizą generała były słowa: „Nie ma rzeczy niemożliwych”. Po latach Jurek został zastępcą kapitana na „Batorym” - chlubie polskiej marynarki.

Lata wojny

Wybuchła wojna. Rozpoczęła się gehenna setek tysięcy ludzi. Uciekinierzy ze Śląska wypełnili wszystkie sale i korytarze szkoły. - My, jako miejscowi, starliśmy się przez te kilka czy kilkanaście dni stworzyć im jakieś znośne ludzkie warunki - mówi pan Stanisław.
Potrzeb było wiele. Pewnego wieczoru Staszek usłyszał krzyki: „gazy, gazy”. - Nie wykluczałem, że w czasie wojny Niemcy użyją trujących gazów, oni byli zdolni do wszystkiego. Wyrwany ze snu, szukał swoich rodziców. W kuchni przylegającej do internatu znalazł kilka osób leżących na podłodze, przykrytych mokrymi prześcieradłami, co miało ich uchronić przed zatruciem. Wśród wystraszonych znalazł mamę. Sam jednak nie wyczuwał gazu. Rezolutny, młody chłopak postanowił sprawdzić, kto krzyczy i wzbudza panikę wśród uciekinierów. Zauważył, że krzyki docierają z zewnątrz budynku. Do Staszka dołączyło dwóch kolegów. W trójkę zaczęli szukać sprawców zamieszania. Dotarli na strych i usłyszeli rozmowę w języku niemieckim. Zrodziło to przypuszczenie, że to, co się dzieje, jest spowodowane przez osoby nadesłane z zewnątrz przez Niemców. - Ktoś zorientował się, że szukamy sprawców i wybiegł z budynku, chowając się za wiatą śmietnikową. Gdy chcieliśmy go dopaść, usłyszeliśmy: „Stój, bo strzelam”. Chłopcy byli bez broni, zrezygnowali. Wtem zauważyli polskich żołnierzy zachodzących sprawcę od tyłu. Żołnierze złapali go i zaprowadzili na Bukówkę, gdzie znajdowała się jednostka wojskowa.

Okupacja

Niemcy brutalnie obeszli się z pokonanymi. Rozpoczęły się twarde rządy i decyzje, od których odwołania nie było. Jedną z pierwszych było wyrzucenie księży z Seminarium Duchownego, kolejną zlikwidowanie „Biskupiaka”. Rodzice Staszka otrzymali 24 godziny na opuszczenie mieszkania. Tato, który miał 63 lata, szukał mieszkania dla pięcioosobowej rodziny. Udało mu się znaleźć pokoik z kuchnią przy ul. Zagórskiej. Do tego mieszkanka przeprowadzali się zimą, taszcząc bieliznę, pierzyny i „bety” na sankach. To był ich cały majątek. W tym czasie w ręce Staszka trafiły ciekawe dokumenty, znalazł kronikę obozu harcerskiego, który odbył się przed wojną na terenie Wolnego Miasta Gdańska. Tę cenną kronikę przechowywał przez lata okupacji, a później przez czasy komunizmu, w końcu, w wolnej Polsce, przekazał je dyrektorowi Zespołu Szkół Katolickich Diecezji Kieleckiej ks. Jackowi Kopciowi. W domu trzyma kserokopię dokumentów. Organizatorem wyjazdu była dyrekcja katolickiego gimnazjum i harcerze z Czarnej Ósemki.

W niemieckich łapach

Niemcy szybko zainteresowali się Staszkiem. Pojawili się niespodziewanie, by przeprowadzić rewizję w mieszkaniu na terenie gimnazjum. W czasie rewizji oświadczył, że przeprowadzają rewizję w mieszkaniu rodziców, a on mieszka przy ul. Bodzentyńskiej. W tym czasie rodzice zdołali z jego mieszkania wynieść obciążające go materiały, ale i tak Niemcy uznali go za wroga i z wyrokiem specjalnego sądu został aresztowany. Trafił do kieleckiego więzienia, później do więzienia w Pińczowie. Po wyjściu na wolność miał się meldować na komisariacie. Był na czarnej liście. W czasie okupacji uczył młodszych kolegów na tajnych kompletach, za co groziło aresztowanie. Wciąż żył w strachu. Niemcy co chwilę urządzali łapanki, w czasie których aresztowali młodych ludzi i wywozili ich na roboty do Niemiec. Podczas jednej z łapanek aresztowany został brat Staszka. Wojnę przeżył w Niemczech, potem trafił do Włoch do Armii Andersa. Później była Francja i Anglia, tam założył rodzinę. Staszek ukrywał się, jego też chcieli złapać. Do miejsca, w którym był ukryty, jego 12-letnia siostra przynosiła mu jedzenie. Udało się. Wojnę przeżył.

Uczyć młodzież

Po wojnie Stanisław szukał pracy w zawodzie nauczycielskim, ale było ciężko. Okazało się, że praca była, ale trzeba było wyjechać z Kielc. Personalnym w Urzędzie Wojewódzkim był uczeń Gimnazjum św. Stanisława Kostki, a przedstawicielem rządu Ozga Michalski - z gimnazjum Żeromskiego - znajomi z uczniowskich lat. Stanisław chciał zostać w miejscu, w którym się urodził. Pracę otrzymał w Naukowym Instytucie Rzemieślniczym, który po latach zmienił nazwę na Zakład Doskonalenia Zawodowego. W tym jednym miejscu przepracował blisko pięćdziesiąt lat, aż do emerytury. Uczył młodzież nie tylko zawodu. Młodym ludziom przekazywał coś więcej niż tylko wiedzę.
Za swoją działalność otrzymał wiele nagród i wyróżnień, m.in. został odznaczony Krzyżem Kawalerskim. Te wyróżnienia, owszem, sprawiły mu wiele radości, ale największą radość przeżył wtedy, gdy po latach reaktywowany został Zespół Szkół Katolickich im. św. Stanisława Kostki, dawny „Biskupiak”. Mimo podeszłego wieku, starał się być na wszystkich ważniejszych uroczystościach szkolnych. Z sentymentem oglądał szkolne mury, w których zdobywał wiedzę i stawał się dobrym Polakiem i katolikiem. Dzisiaj niestety zdrowie nie pozwala mu zaglądać do szkoły. Porusza się na wózku inwalidzkim, ale nigdy nie przestaje o niej myśleć. O wspaniałych profesorach, księżach i kolegach, z którymi przeżył swoją burzliwą młodość.
- Teraz czekam na kolejną, ostatnią podróż mojego życia - mówi z uśmiechem - i piszę sobie wiersze. Zwracam się w nich do Pana Boga, żeby nie zapomniał o mnie, bo ja o Bogu nigdy nie zapomniałem.

W następnym numerze sylwetka Marii Praszek, prezes Stowarzyszenia Rodzin Katolickich w parafii Ducha Świętego w Kielcach

Zmarł ks. Michał Łos FDP

2019-06-17 14:29

Z przykrością zawiadamiamy, że dzisiaj przed południem zmarł Neoprezbiter Zgromadzenia Księży Orionistów ks. Michał Łos FDP. Wierzymy, że spotkał się z Chrystusem Zmartwychwstałym, któremu tak mocno pragnął służyć jako Kapłan. Dziękujemy za wszelkie modlitwy i wsparcie.

Orioniści - Prowincja Polska

Ks. Michał Łos został wyświęcony na kapłana 24 maja. Ceremonia odbyła się przy jego łóżku w szpitalu w Warszawie, na oddziale onkologicznym, odkąd przebywał od kwietnia, kiedy to zdiagnozowano mu zaawansowaną chorobę nowotworową. Święceń diakonatu i prezbiteratu udzielał mu biskup pomocniczy warszawsko-praski Marek Solarczyk. Wcześniej specjalnej dyspensy udzielił, na prośbę Księży Orionistów, papież Franciszek. Jego największym marzeniem było odprawienie choć jednej Mszy św. zanim umrze. Tak się stało, a po błogosławieństwo prymicyjne od nowo wyświęconego kapłana udał się nawet prezydent RP Andrzej Duda.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Modlitewna obrona Jasnej Góry

2019-06-17 17:30

Marian Florek

Wszystkie ogólnopolskie media, które komentowały II Marsz Równości w Częstochowie, koncentrowały się na spektakularnych wątkach związanych z tym wydarzeniem. A szkoda. Jakoś bez echa przeszła inicjatywa częstochowskiej Akcji Katolickiej, aby przy figurze Matki Bożej, stojącej na wejściu na plac jasnogórski, zorganizować modlitewną redutę.

Setki, jeśli nie tysiące ludzi z wielu stron Polski przyjechało w dniu 16 czerwca br., aby pokojowo z pełnym szacunkiem dla innych zamanifestować swoje przekonania i obronić przed profanacją Królową Polski - Matkę Bożą Częstochowską.

Wyrażnie podkreślił taki właśnie charakter zgromadzenia Artur Dąbrowski, prezes Diecezjalnego Instytutu Akcji Katolickiej w Częstochowie. Modlitwę poprowadził ks. Ryszard Umański, proboszcz parafii Najświętszej Maryi Panny Częstochowskiej w Częstochowie i kapelan NSZZ „Solidarność” w Częstochowie. Przebiegała ona w atmosferze skupienia i powagi.

Biorący udział w II Marszu Równości i modlący się ludzie zostali sprawnie rozdzieleni przez policję. Incydenty dziejące się na obrzeżach zgromadzenia nie zakłócały atmosfery modlitwy. Wniosek z tego wydarzenia jest zatem jeden i chyba optymistyczny. W dobie prób rozhuśtania społecznych nastrojów, siła modlitwy stanowi jedyne i skuteczne remedium, aby zbudować miedzyludzką zgodę w naszej ojczyźnie.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem