ROZBIJANIE ANTYROLNICZYCH MITÓW
Reklama
Przywykło się już do tego, że najbardziej wpływowe publikatory,
zwłaszcza te związane z Unią Wolności, strofują jako "oszołomów"
każdego, kto krytykuje brak ochrony interesów polskiego rolnictwa
w polityce gospodarczej, realizowanej pod egidą wicepremiera Leszka
Balcerowicza. Tym bardziej warto więc zwrócić uwagę na świeżo publikowane
w centrystycznej Rzeczpospolitej jakże konkretne uwagi o źródłach
trudności traktowanego po macoszemu rolnictwa. Uwagi te napisał duży
producent rolny, na dodatek wiceprzewodniczący Regionu Pomorskiego
balcerowiczowskiej Unii Wolności (!). W tekście zatytułowanym Ledwo
zipię (Rzeczpospolita z 7 stycznia 2000 r.) rolnik Józef Tymiec pisze
m.in.:
"Na temat rolnictwa najwięcej mają do powiedzenia politycy
i dziennikarze. Środki masowego przekazu częstują nas rozważaniami,
których przewodnią myśl można zawrzeć w tezie: "najgorliwszymi obrońcami
realnego socjalizmu stali się polscy chłopi". Chórowi temu wtórują
niektórzy ekonomiści, szczególnie dogmatycznie przywiązani do idei
wolnego rynku.
(...) Zabieram zatem głos jako producent rolny, który na
własnej skórze doświadcza skutków polityki rolnej państwa. Jestem
dużym producentem, gospodarującym na ponad 900 hektarach, a więc
znacznie powyżej średnich norm europejskich, na ciężkich, ale stosunkowo
dobrych glebach żuławskich. W gospodarstwie zatrudniam około dwudziestu
osób, z czego dziewięć w produkcji roślinnej. Średnie plony uzyskuję
znacznie powyżej średniej krajowej (...). Czy rolnik o takim potencjale
produkcyjnym i takich wynikach ma prawo narzekać? Niestety, tak.
(...) Czego zatem oczekuję od państwa i co w zamian daję?
Oczekuję w zasadzie tylko jednego - racjonalnej ochrony polskiego
rynku przed nieuczciwą konkurencją lub - mówiąc inaczej - ograniczenia
napływu na polski rynek dotowanych towarów rolno-spożywczych z zagranicy.
Co daję w zamian? Dobrej jakości produkcję i utrzymanie kilkudziesięciu
miejsc pracy (...).
Jako zdeklarowany zwolennik gospodarki rynkowej znajduję
się w szczególnie niezręcznej sytuacji. Jak bowiem pogodzić ideę
wolnego rynku z głębokim interwencjonizmem państwa na rynku rolnym?
Odpowiedź może być tylko jedna. Rynek rolny musi korzystać z ochrony
państwa przynajmniej dopóty, dopóki otaczający nas świat będzie dotował
eksport produktów rolnych i żywnościowych. (...)
Polscy rolnicy nie obawiają się zdrowej konkurencji z rolnictwem
krajów UE. Obawiają się, i słusznie, dumpingu, a więc konkurencji
nieuczciwej, polegającej na sprzedaży tych produktów po cenach niższych
od kosztów produkcji. Z tego zasadniczego powodu domaganie się ochrony
rodzimego rynku rolnego nie jest zachowaniem z arsenału fobii narodowych
i antyrynkowych, ale mieści się w kategorii zachowań racjonalnych,
stosowanych w cywilizowanym świecie, a w szczególności w krajach
UE.
To politycy i środki masowego przekazu starają się o stworzenie
obrazu polskiego producenta rolnego jako pazernego, bezzębnego prostaka (najlepiej z czapką uszatką), który - zamiast zwiększać wydajność
i jakość produkcji - podstępnie knuje, jak wyciągnąć więcej pieniędzy
z budżetu (w domyśle - od podatnika)".
Polemizując z tego typu uproszczeniami, Józef Tymiec stwierdza,
że jedynym racjonalnym wyjściem z obecnej trudnej sytuacji polskiego
rolnictwa pozostaje uniemożliwienie sprzedaży importowanych artykułów
rolno-spożywczych po zaniżonych (dumpingowych) cenach, dotowanych
przez UE.
JAK POLSKA POMAGA ZACHODOWI
Już w 1992 r. były dyrektor PWN Adam Bromberg, emigrant z 1968
r., od dziesięcioleci przebywający na Zachodzie, ostrzegał: "Aniśmy
się nie spostrzegli i któryś tam rok z kolei POMAGAMY Zachodowi".
Ostatnio znaleźliśmy nowe potwierdzenie tego faktu, i to - o dziwo
- na łamach Gazety Wyborczej. Stwierdzono tam wręcz, że przez nazbyt
pochopnie prowadzone prywatyzacje podarowaliśmy zagranicznym inwestorom "
od pięciu do siedmiu miliardów dolarów". Powiedział o tym w wywiadzie
dla GW z 4 stycznia 2000 r. Maciej Olex-Szczytowski, wchodzący w
skład grupy Dresdner Bank, drugiego co do wielkości kapitału niemieckiej
instytucji finansowej, odpowiedzialny za współpracę z największymi
klientami na terenie Europy Środkowej i Wschodniej. Wywiad z Olexem-Szczytowskim
prowadził główny ekspert ekonomiczny GW - Witold Gadomski, usilnie
próbując przekonać rozmówcę, że w ogóle nie istnieje coś takiego
jak "kapitał narodowy", że nie jest ważna "tożsamość narodowa" banków
etc., że to tylko nacjonaliści przywykli sugerować, że dla Polski
niekorzystna jest wyprzedaż polskich przedsiębiorstw. Olex-Szczytowski
z Dresdner Bank, a więc "Europejczyk", cierpliwie tłumaczył ekspertowi
Wyborczej, jak dziecku, że trzeba stawiać przede wszystkim na polskie,
dobrze prosperujące firmy, a nie każda sprzedaż polskich firm inwestorom
zagranicznym się opłaca, choćby nawet czasowo łatała luki w budżecie.
Według Olexa-Szczytowskiego: "(...) nie wszyscy inwestorzy są zainteresowani
rozwojem w Polsce technologii i nowoczesnej produkcji. Wielu z nich
kupuje polskie przedsiębiorstwa tylko po to, by uzyskać dostęp do
rynku. Na dłuższą metę działa to niekorzystnie na strukturę polskiej
gospodarki, choćby przyczyniając się do powstawania deficytowego
bilansu handlowego. (...) nie jest także prawdą, że nie mamy innego
wyjścia, jak tylko sprzedawać kluczowe polskie firmy inwestorom strategicznym,
którzy przejmą nad nimi całkowitą kontrolę. (...) W kraju o rozmiarach
Polski znacząca część dużych i prężnych firm powinna mieć narodową
tożsamość. Te firmy powinny mieć tu swoją centralę i polski zarząd.
Prawie wszystkie firmy inwestujące globalnie mają narodową tożsamość.
Blisko centrali, w rodzimym kraju, wydaje się więcej na rozwój produktu,
inwestuje w najnowsze technologie, stwarza więcej miejsc pracy, tworzy
się większą wartość dodaną, płaci się więcej podatków niż na peryferiach. (...) Inwestor zagraniczny często, wbrew pozorom, nie udoskonala polskiej
firmy, podnosząc ją do najwyższego poziomu światowego. Polska firma
po przejęciu przez takiego inwestora traci wpływ na swój rozwój.
Nigdy też nie będzie mogła inwestować za granicą i eksportować z
Polski do własnych spółek zależnych.
Ze stu największych polskich firm przeszło 40% zysku netto
jest własnością zagranicznych inwestorów strategicznych. Jeśli uwzględnić
wielkie firmy przeznaczone na sprzedaż takim inwestorom (np. Telekomunikację
Polską), to szybko proporcje te osiągną 75%. W ten sposób stajemy
się gospodarką peryferyjną.
Znaczący wpływ na wzrost gospodarczy ma narodowe morale
gospodarcze. (...) Dobrze prosperujące polskie firmy dadzą Polakom
zaufanie we własne siły, zachęcą największe talenty do pozostania
w kraju. Historia gospodarcza nie zna kraju o średnich rozmiarach
i 40-milionowej ludności, tak szybko zdominowanego przez strategicznych
inwestorów zagranicznych. Owszem, kraje małe, jak Estonia czy nawet
Węgry lub Czechy, mogą sobie na to pozwolić. Te kraje świadomie -
jak Węgry - wybrały rolę podwykonawców. Ale Polska jest na to zbyt
dużym krajem. Możemy podjąć z zagranicznymi koncernami skuteczną
konkurencję. (...) Firmy były sprzedawane głównie inwestorom strategicznym
po to, by zasilić budżet. Nie brano w wielu wypadkach pod uwagę miejsca
firmy czy całej branży w gospodarce, w międzynarodowym podziale pracy. (...) Czy należało sprzedać inwestorom strategicznym wszystkie cementownie
i znaczące firmy z branży spożywczej? (...) Na pewno wejście banków
zagranicznych było potrzebne (...). Ale przy tym stracono wizję całego
sektora.
Jeżeli weźmiemy 15 największych kapitałowo banków, to inwestorzy
branżowi kontrolują przeszło 57% aktywów i 73% kapitału. Dominacja
kapitału zagranicznego branżowego w bankach kraju wielkości Polski
budzi niepokój. (...) Niektóre polskie firmy, a nawet całe branże,
mogą mieć problemy z uzyskaniem kredytu. Na przykład przemysł rolno-spożywczy,
samorządy, małe firmy, sektor tzw. high-tech, firmy dokonujące restrukturyzacji,
wielkie projekty inwestycyjne, np. autostrady. Problem polega na
tym, że w banku, który jest w gruncie rzeczy tylko oddziałem banku
zagranicznego, decyzje dotyczące większych projektów podejmowane
są poza granicami, często bez właściwego rozeznania sytuacji".
NOWE W "TYGODNIKU POWSZECHNYM"
Tygodnik Powszechny wreszcie dołącza do prasy ostrzegającej przed wyprzedażą Polski! Stało się tak przy okazji omówienia najnowszej książki Czesława Miłosza w Tygodniku Powszechnym z 2 stycznia 2000 r. Omawiający ją prof. Jacek M. Majchrowski napisał expressis verbis: " Książka Miłosza uzmysławia nam, z jaką determinacją w Dwudziestoleciu Polacy walczyli o suwerenność i niezawisłość, jak budowali swój przemysł, z jakim trudem, jakimi wyrzeczeniami dokonywał się rozwój ekonomiczny, gospodarczy i społeczny. Być może za ileś lat powstanie książka o tym, jak obecne pokolenie dokonuje wyprzedaży Polski, ograniczanie suwerenności uważa za sukces, i o ufności, z jaką oddaje się w ramiona innych, zapominając o naukach płynących z historii".
Pomóż w rozwoju naszego portalu
