Podobno Polacy należą do grupy osób najbardziej nieśmiałych
na świecie. Rzeczywiście, obserwując niektóre nasze zachowania, tę
pozorną słowiańską wylewność połączoną z niechęcią do ujawniania
swoich uczuć, to trzeba przyznać, że jest w tym stwierdzeniu wiele
prawdy. Sięgając głębiej, dochodzimy do wniosku, że może to być pewnym
ubocznym skutkiem naszej skomplikowanej historii, w której często
musieliśmy godzić się z utratą wolności i obcą władzą, co rodziło
niepewność jutra oraz ciągły stres. Żeby przeżyć, trzeba było często
udawać, że się jest kimś innym, a już w żadnym razie nie można było
zdradzać, co myśli się naprawdę. Zdominowany człowiek gubi swoje
poczucie wartości i z czasem przyzwyczaja się do tego, że inni są
mądrzejsi, silniejsi, lepsi. Nawet jeśli tak nie jest w rzeczywistości.
To poczucie bycia gorszym jest, niestety, naturalne w sytuacji rządzących
i rządzonych i, oczywiście, dotyka tych rządzonych. "Widocznie brak
mi czegoś istotnego, jeśli jestem tylko tym, kim jestem" - mówi do
siebie taki zdominowany osobnik i adekwatnie do tego czuje się i
postępuje.
Ponieważ jednak jesteśmy narodem zmyślnym i zaradnym,
znaleźliśmy lekarstwo i na te dolegliwości. Tym lekarstwem jest alkohol.
To on dodaje skrzydeł, czyni świat ciekawym i ubarwia życie. Po alkoholu
stajemy się bohaterami własnych marzeń i wspaniałych planów, z łatwością
realizujemy najbardziej skomplikowane zadania i odnosimy wrażenie,
że wszyscy nas podziwiają i szanują. Najbardziej nieśmiały i bojaźliwy
człowiek po wypiciu kilku kieliszków mógłby zawojować cały świat.
Polski "macho" to woniejący piwem, niedouczony mężczyzna, niedomyty
niechluj, z popsutymi zębami i z papierosem w ustach. Ale jakże dumny
i wojowniczy, gdy się napije alkoholu.
W czasie okupacji niemieckiej alkohol był powszechnym
lekarstwem na strach. Alkoholem zaprawiano zomowców do walki z protestującymi
tłumami. Alkohol to najbardziej znany polski sportowy środek dopingujący.
Wódka jest obecna przy narodzinach - na chrzcie, przy ślubie - na
weselu, i przy śmierci - na stypie. To lekarstwo na melancholię i
nagroda za osiągnięcia, to stały towarzysz polskiego życia rodzinnego
i towarzyskiego.
Myliłby się jednak ten, kto by widział alkoholików tylko
w osobnikach bliskich rynsztoka. Niestety, uzależnienie od alkoholu
- można śmiało powiedzieć - nie oszczędza nikogo. W ostatnich latach
alkohol został niemalże nobilitowany. "Dobre trunki" to podstawa
dobrej zabawy na wysokim poziomie, piwo jest nieodłącznym atrybutem
współczesnego człowieka interesu w chwilach relaksu i wypoczynku.
I tak, niemal niezauważalnie, można przejść od zabawy niejako na
drugą stronę - w szpony nieuleczalnej i śmiertelnej choroby alkoholowej.
Nieuleczalnej, bo uzależnienie pozostaje już do końca życia, a śmiertelnej,
bo wielu umierających z powodu schorzeń krążenia, wątroby, trzuski,
płuc - to fałszywie zdiagnozowane ofiary alkoholu, u których pierwotnym
i wtórnym powodem choroby było nadmierne i ciągłe picie.
Jak poznać alkoholika? Jeśli jest człowiekiem inteligentnym,
a zdarza się to bardzo często, bo na uzależnienie szczególnie podatne
są osoby wrażliwe i niegłupie, to czasem jest to niemal niewidoczne
dla otoczenia. Gdy zauważamy, że ktoś jednak pije inaczej niż inni,
że nie może przestać po założonej deklarowanej ilości i prędzej lub
później potrzebuje "dopić", to zaczynamy się niepokoić. I próbujemy
takiej osobie opowiedzieć o tym swoim niepokoju, zwracamy jej uwagę.
Osoba ta reaguje wtedy drażliwością i złością, zapewniając nas, że
panuje nad wszystkim i może przestać, kiedy zechce. I to jest charakterystyczny
objaw. Bo choć może przestać, to jakoś nie przestaje. Będzie nam
tłumaczyć, że to jeszcze nie jest ten moment, że wszystko jest u
niej "pod kontrolą", tylko warunki zewnętrzne są niesprzyjające itd.,
itp. A my już widzimy, że to jest ten właśnie problem i osoba ta,
często bardzo nam bliska, już potrzebuje pomocy.
Do redakcji piszą zrozpaczeni ludzie, którzy pragną pomóc
swoim bliskim, ale nie mogą. Jest to dramat miłości, która widzi
najbliższą osobę pogrążającą się w uzależnieniu, ale w żaden sposób
nie dopuszczającą do siebie konieczności pomocy z zewnątrz. Nie będę
się tu szczegółowo skupiała na znanych sposobach postępowania, na
które wskazują profesjonaliści, a polegających na tzw. zdjęciu parasola
ochronnego znad alkoholika i przez to zmuszaniu go, by spojrzał prawdzie
w oczy. Często jednak, pomimo zdjęcia tego parasola, on wciąż nie
widzi, że zginie, jeśli nie poszuka pomocy i problem staje się coraz
bardziej bolesny i beznadziejny, a my coraz bardziej cierpimy.
Rzeczywiście, nie można pomóc komuś, kto tej pomocy nie
chce. Rzeczywiście, trudniej jest pomóc osobie uzależnionej, jeśli
sama nie będzie współpracowała z terapeutą. Rzeczywiście, w zasadzie
nie ma przymusu leczenia alkoholika bez jego zgody, wyjąwszy przypadki
łamania prawa.
Dramat bliskich polega też na niezrozumieniu ich intencji
przez chorego. Powiadomienie dla jego dobra zwierzchników w pracy,
zaprzestanie ukrywania jego problemu przed sąsiadami i rodziną powoduje
agresję i nienawiść uzależnionego. Trudno z tym żyć. Tym bardziej,
że często sam uzależniony jednak znajdzie "sprzymierzeńców", zwanych
fachowo współuzależnionymi, którymi będzie manipulował po swojemu
i którzy staną po jego stronie, jako po stronie osoby pokrzywdzonej.
Tak to już jest z prawdą, że najbardziej na nią gniewają się osoby,
które nie mogą lub nie potrafią w nią uwierzyć. W takich przypadkach
warto sobie uświadomić, że jednak krąg zmanipulowanych zmniejszył
się o nas samych. Że my już do nich nie należymy.
Uzależniając leczenie od wolnej woli uzależnionego, trzeba
tu zadać następujące pytania: Czy osoba uzależniona jest osobą wolną
w całym tego słowa znaczeniu? Wydaje się, że jest to sprawa co najmniej
dyskusyjna. Czy alkoholik działa jako osoba wolna, będąc jednocześnie
w szponach nałogu? Na ile jego decyzja jest wolna, odpowiedzialna
i świadoma, a na ile jest tylko bezradnym wołaniem o pomoc? Podobnie
zresztą jak w przypadku osób ciężko i nieuleczalnie chorych, często
na morfinie, jakoby świadomie domagających się eutanazji.
Są trzy wiadome w przypadku uzależnienia. Po pierwsze
- samo nie przechodzi. Po drugie - stan chorego nie polepsza się,
ale ciągle pogarsza, jest to równia pochyła - w dół. Po trzecie -
w zasadzie samemu nie można sobie poradzić z nałogiem, potrzebna
jest pomoc profesjonalna. Nie mamy wpływu na samą skuteczność leczenia
konkretnej osoby i nie mamy wpływu na to, czy ktoś w ogóle zechce
się leczyć, czy umrze w uzależnieniu, choć pojęcie wolności jego
wyboru budzi nasz opór i sprzeciw.
Zagniewany, obrażony, przeklinający nas alkoholik za
obnażenie jego słabości jest człowiekiem ciężko chorym. Oznaką jego
zdrowienia będzie dzień, gdy nam podziękuje za to, że pomogliśmy
mu zrozumieć jego chorobę. I tylko to będzie się liczyło w ostatecznym
rozrachunku.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
