Reklama

"Niby ktoś inny, ale wciąż taki sam"

O Papieżu jego najbliżsi

MILENA KINDZIUK
Niedziela Ogólnopolska 20/2002

Gdy rozmawiałam z ludźmi, którzy z Karolem Wojtyłą żyli na co dzień, spotykali się z nim bądź z nim pracowali i przyjaźnili się - często słyszałam, że Jan Paweł II wciąż pozostaje taki sam: bezpośredni, serdeczny, skupiony...

Miasto lat dziecięcych

"W Wadowicach wszystko się zaczęło. I życie się zaczęło, i szkoła się zaczęła, i studia się zaczęły, i teatr się zaczął, i kapłaństwo się zaczęło" - mówił Ojciec Święty w czasie swej wizyty w Wadowicach w czerwcu 1999 r.
Także początki pontyfikatu korzeniami sięgają Wadowic. Bez tego miasta, bez domu rodzinnego, ludzi, których tu spotkał i z którymi żył, nie byłby tym samym Karolem Wojtyłą, tym samym kapłanem, poetą, wreszcie - Papieżem Janem Pawłem II. To tutaj dojrzewał, uczył się pojmować i rozumieć świat, odkrywał wartości polskiej kultury. Także tutaj sięgają początki jego przygody z teatrem.
"Z wielkim wzruszeniem patrzę na to miasto lat dziecięcych, które było świadkiem mych pierwszych kroków, pierwszych słów i tych - jak mówi Norwid - pierwszych ukłonów, co są ´jak odwieczne Chrystusa wyznanie: Bądź pochwalony!´" - mówił Papież. I dodał: "Z synowskim oddaniem całuję próg domu rodzinnego, wyrażając wdzięczność Opatrzności Bożej za dar życia przekazany mi przez drogich Rodziców, za ciepło rodzinnego gniazda, za miłość moich najbliższych, która dawała poczucie bezpieczeństwa i mocy".

"Tyś mnie wtedy pokonała"

Przed kilkoma laty zmarła Helena Szczepańska, wadowicka sąsiadka Karola Wojtyły. Opowiadała, że gdy spotkała dwunastoletniego Karola i wyraziła mu współczucie z powodu śmierci brata, usłyszała: "Widocznie taka była wola Boża".
Inni znajomi z tamtych lat rozproszyli się gdzieś po świecie, wielu z nich też już nie żyje. Papież jednak do dziś doskonale wszystkich pamięta. Przywoływał ich zresztą w swym wadowickim monologu. Mówił o tym, jak określano wadowiczan czy mieszkańców Kalwarii, jak nazywali się dawni koledzy i przyjaciele. Wymienił wśród nich Mieczysława Kotlarczyka, "wielkiego twórcę teatru słowa", czy Halinę Kwiatkowską, z którą wystawiał sztuki teatralne. "Kiedy byliśmy w piątej gimnazjalnej - mówił Papież - graliśmy Antygonę Sofoklesa. Antygona - Halina, Ismena - Kazia, mój Boże. A ja grałem Hajmona".
- Byłam wzruszona, gdy o tym wspomniał - przyznaje Halina Królikiewiczówna-Kwiatkowska, tytułowa Antygona. - Przeżyłam szok także dzień później w katedrze Wawelskiej, gdy Papież podszedł do mnie i powiedział: "Słyszałaś, mówiłem o Tobie w Wadowicach...".
Kwiatkowska doskonale pamięta, jak grali Antygonę. Uczęszczała wtedy do żeńskiego gimnazjum w Wadowicach, Karol zaś - do męskiego. Spotykali się w szkole, na próbach. Wystawiali wiele lektur szkolnych. Karol grał zazwyczaj role pierwszoplanowe, m.in. Gucia w Ślubach panieńskich, Henryka w Nie-Boskiej komedii czy Kirkora w Balladynie. Z tym ostatnim dramatem wiąże ona takie zdarzenie:
- Dzień przed premierą okazało się, że jeden z aktorów nie zagra Kostryna - opowiada. - Wszyscy wpadliśmy w panikę. I wtedy Karol oznajmił, że zagra także i tę rolę. Nie zmienił ani jednego zdania, znał cały dramat na pamięć.
Kwiatkowska opowiada też inną historię: Wygrała z Karolem konkurs recytatorski, on zajął drugie miejsce. "Tyś mnie wtedy pokonała" - przypomniał jej już jako papież.
- Z całą pewnością, gdyby został aktorem, byłby wybitny - ocenia Danuta Michałowska, inna aktorka, która grała z Wojtyłą, ale już w Krakowie, w Teatrze Rapsodycznym, w czasie okupacji. Na próbach spotykali się wtedy w mieszkaniu Karola przy ulicy Tynieckiej. - Nazywaliśmy tę suterenę katakumbami - mówi. - Wszyscy żyliśmy w biedzie.
- Przez pięć lat wojny czuliśmy nieustanny głód - dodaje ks. Mieczysław Maliński, od ponad sześćdziesięciu lat kolega Papieża. - Karol w 1940 r. uczył mnie łaciny. Przychodził do mnie systematycznie, dwa razy w tygodniu. Nie brał, oczywiście, pieniędzy. Siedzieliśmy przy herbacie, czasem bywało mleko, rzadziej chleb ze smalcem albo jajecznica z cebulą. Karol bardzo lubił jajecznicę. Później często spacerowaliśmy wzdłuż Wisły. Pamiętam, że kiedyś recytował z pamięci Promethidiona Norwida.

Pamięta wszystkich

Fenomenalną pamięć Wojtyły do dziś wspominają też inni koledzy.
Ks. prof. Tadeusz Styczeń, który zna go niemal od zawsze, ze zdumieniem opowiada, że kiedyś przedstawiał Ojcu Świętemu, już w Watykanie, profesora filozofii Johna Crosby. Po latach sytuacja się powtórzyła. Crosby opowiadał wówczas, nad czym obecnie pracuje. Minęło jeszcze kilka lat i po raz kolejny Crosby był z wizytą w Watykanie. Wiedział, że Papież codziennie spotyka się z wieloma ludźmi, więc ponownie wymienił swoje nazwisko. A Ojciec Święty na to: "Przecież widzimy się po raz trzeci...".
O niezwykłej pamięci Papieża opowiadał też nieżyjący już ks. Florian Szabłowski, proboszcz Mikaszówki na skraju Puszczy Augustowskiej. Jego plebania była położona nad Czarną Hańczą i turyści często wydeptywali mu parafialną łąkę. Kiedyś zobaczył, że od rzeki szło po niej trzech młodych mężczyzn w krótkich spodenkach, z plecakami, którzy nie zważali na to, że prosi ich, by zeszli na drogę. Posypały się ostre słowa zdenerwowanego proboszcza. Jeden z turystów poprosił go wówczas, by zamiast krzyczeć, dał im trochę mleka. Księdza to jeszcze bardziej zdenerwowało. "Gdybyś wiedział, kto do ciebie mówi, dałbyś mleka" - nieustępliwie mówił ów turysta. Proboszcz zaczął coś podejrzewać. Wtedy przybysz podszedł do niego i wyszeptał z uśmiechem: " Jestem biskupem z Krakowa".
Gdy po dziesięciu latach ów proboszcz był z pielgrzymką na Jasnej Górze, nagle poczuł, że ktoś klepie go ręką po plecach: " Smaczne było mleko" - uśmiecha się Karol Wojtyła, który wtedy był już kardynałem. Mimo iż widzieli się tylko raz, bez trudu poznał ks. Szabłowskiego. A kiedy był już papieżem i przyjmował pielgrzymkę z diecezji, z której pochodził ów proboszcz, natychmiast zauważył, że nie ma go wśród zebranych. Publicznie o niego zapytał, po czym wyjął z kieszeni różaniec i wręczył grupie Polaków, by mu zawiozła. Wszyscy się dziwili, skąd łomżyński ksiądz jest w takich relacjach z Papieżem.
- To był najbardziej niespodziewany prezent mego życia - mówił ks. Szabłowski. Odtąd codziennie modlił się na papieskim różańcu. A kiedy umarł, opleciono mu nim dłonie.
To, że Papież bez trudu potrafi wyłowić z tłumu znajomych, wciąż zaskakuje wszystkich.
- Pamiętam, kiedyś przy kolacji ks. Dziwisz zaczął wymieniać księży z Krakowa, którzy stali rano na Placu św. Piotra - wspomina bp Tadeusz Pieronek. - Ojciec Święty natychmiast dodał kilka nazwisk, które pominął ks. Dziwisz.

Reklama

Szkolni koledzy

Jakim kolegą był Karol Wojtyła?
Zdaniem Michałowskiej, był bardzo koleżeński i pomocny. Rzadko jednak mówił o sobie.
- Rozmawialiśmy raczej o tym, co działo się w Krakowie, o bieżących wydarzeniach, o tym, gdzie można było coś kupić, na targach odbywały się bowiem łapanki - mówi ks. Maliński. Przypomina sobie, że czasem Karol wspominał nieśmiało, że coś pisze.
O domu rodzinnym nie opowiadał. Oprócz jednego razu, kiedy wpadł do mnie i powiedział: "Ojciec nie żyje". Było to jedyne zdanie, jakie wypowiedział o ojcu, choć z domem rodzinnym był bardzo związany.
Czy dlatego tak wielkim sentymentem Ojciec Święty darzy słynne kremówki wadowickie?
- One stały się symbolem zarówno dla niego, jak i dla nas. Przy nich się jednoczymy, są formą duchowego zbliżenia do człowieka, który jest nam bardzo bliski - mówi ks. Maliński.
- W tamtych czasach kremówki były szczytem szaleństwa - oznajmia Michałowska. - Po maturze szło się właśnie na kremówki. Jakże się czasy zmieniły...
Z kolegami z Wadowic Papież do dziś spotyka się na zjazdach wychowanków szkoły, które odbywają się w Watykanie. Żyje ich już tylko kilku.
- Pamiętam - mówi Stanisław Jura, kolega z klasy Papieża - Karol siedział w czwartej ławce, ja tuż za nim. Zawsze chętnie podpowiadał, gdy czegoś nie wiedziałem. W ogóle często ratował honor klasy: nawet gdy nikt z nas nie nauczył się lekcji, on był zawsze przygotowany. Po szkole często graliśmy w piłkę. Stałem nawet kiedyś z Karolem na bramce.
Doroczne zjazdy szkolne przerwał wybór kard. Wojtyły na papieża. Kiedy rok później, podczas wizyty w Wadowicach Jan Paweł II powiedział na spotkaniu z kolegami z klasy: "No, chłopy, nie spotkaliśmy się w ubiegłym roku, zapraszam więc Was do Watykanu" - tradycja spotkań powróciła.

Jakby tych lat pontyfikatu nie było...

Czy Papież zmienił się jako człowiek? Właściwie wszyscy, którzy znali go osobiście, którzy żyli z nim na co dzień, spotykali się od czasu do czasu bądź z nim pracowali, przyjaźnili się, zgodnie przyznają, że uderza ich ta sama, niezmieniona osobowość Karola Wojtyły. Bo mimo wagi funkcji, jaką sprawuje, i upływu lat pontyfikatu, właściwie się nie zmienia. Mimo upływu lat, choroby, trudności z chodzeniem - pozostaje ten sam. Nie chce też słyszeć o zmianie trybu życia.
- Papież, mimo wielu zajęć i podeszłego wieku, pozostaje wierny przyjaźniom - podkreśla Stanisław Jura. - W rozmowie jest taki sam, jak wtedy, gdy grałem z nim po lekcjach w piłkę. Teraz może chętniej słucha tego, co my mówimy, aniżeli sam coś opowiada. Tak jak przed laty emanuje dobrocią i przyciąga swoim podejściem do człowieka. Nawet gdy jest zmęczony, nie da tego po sobie poznać.
Jan Paweł II odpisuje na wszystkie listy. Stanisław Jura mówi, że dawniej Papież pisał ręcznie, dziś listy są pisane na komputerze, własnoręcznie jednak podpisywane. Zawsze zaczynają się tak samo: " Drogi Stanisławie!".
- Papież bardzo chętnie podtrzymuje korespondencję - konkluduje o. Hejmo. - Nawet gdy jego przyjaciele się zmienili, gdy nie popiera ich poglądów, zawsze chętnie podtrzymuje kontakty.
Papież do dziś nie stwarza dystansu.
- Nie zwracamy się już wprawdzie do niego: "Karolu", ale mówimy: "Ojcze Święty, pamiętasz..." - wyznaje Kwiatkowska. - Jest niby kimś innym, ale w istocie pozostaje ten sam - dodaje Michałowska. - W kontaktach prywatnych się nie zmienił. Gdy spotykam się z nim w Watykanie, tak jakby tych lat pontyfikatu nie było...

Artykuł stanowi fragment książki pt. "Zaczęło się od Wadowic. Wspomnienia, teksty, wywiady o Janie Pawle II", która ukazała się nakładem Wydawnictwa "M".

Czy oglądać „Kod da Vinci”?

Z ks. prof. Józefem Naumowiczem z UKSW w Warszawie, znawcą antyku chrześcijańskiego, rozmawia Milena Kindziuk
Niedziela Ogólnopolska 21/2006, str. 9

Artur Stelmasiak
Ks. prof. Naumowicz

Gdyby Jezus był żonaty, z pewnością pisaliby o tym czterej Ewangeliści,
a Kościół nie miałby powodu, by to ukrywać.

Milena Kindziuk: - Dlaczego watykański arcybiskup Angelo Amato wezwał do bojkotu filmu według powieści Dana Browna „Kod Leonarda da Vinci”?

Ks. prof. Józef Naumowicz: - Ponieważ zarówno w powieści, jak i w filmie nie tylko roi się od błędów historycznych i teologicznych, ale pojawiają się wprost obelgi i kalumnie skierowane przeciw Jezusowi i Kościołowi. Stanowią one jawne zafałszowanie prawdy. Stąd ostrzeżenie przed tym filmem jest potrzebne.

- Dan Brown posuwa się nawet do twierdzenia, że Kościół ukrył prawdę, iż Jezus był żonaty z Marią Magdaleną i miał z nią potomstwo, czy tak?

- To jedno z fałszerstw tej książki. Oczywiście, Kościół nie bałby się mówić o małżeństwie Jezusa, ani nie ukrywałby takiej wiadomości, gdyby ona była prawdziwa. Bo dlaczego miałby ją zatajać? Przede wszystkim, gdyby Jezus był żonaty, z pewnością pisaliby o tym czterej Ewangeliści. W sposób całkiem normalny wspominają, że Jezusowi, oprócz Apostołów i innych uczniów, towarzyszła także grupa kobiet, że Jezus, ku zdziwieniu uczniów, rozmawiał z Samarytanką, że zatrzymywał się w domu Marii i Marty, że Maria Magdalena jako pierwsza rozmawiała z Chrystusem Zmartwychwstałym itd. Nie ma żadnej prawdy historycznej o Chrystusie, którą Ewangeliści by ukrywali.

- Skąd zatem problem powoływania się na wiedzę ukrytą lub zakrywaną?

- Ze złego i bałamutnego wykorzystania niektórych apokryfów, zwłaszcza gnostyckich. Pisma te powstawały od połowy II wieku, gdy od dawna istniały już cztery Ewangelie przyjęte przez Kościół. Niektóre z nich mają ciekawy charakter katechetyczny. Inne były zupełnie sekciarskie, napisane w złym guście, takie antyczne odpowiedniki Kodu. Przykładem są apokryficzne „ewangelie”, w których różne odłamy gnostyków propagowały swoją doktrynę. Powoływały się one na tajemne, ukryte objawienia. Nie chodziło jednak o to, że przechowywały jakąś historyczną tradycję, która była powszechnie nieznana lub zakazana, ale o wewnętrzne objawienia, jakie miał otrzymywać dany gnostyk. W istocie rzeczy autorzy tych nowych „ewangelii” prezentowali własne pomysły i refleksje, w sumie propagowali doktrynę gnostycką.

- Czy nowy film „Kod da Vinci” może być niebezpieczny dla ludzi wierzących?

- Znam reakcje studentów, którzy przeczytali książkę Kod Leonarda da Vinci. Zdecydowana większość z nich nie widzi w ogóle podstaw, by zajmować się prawdziwością historyczną tej książki, uważając, że to zupełna fikcja literacka, której nikt nie weźmie dosłownie ani poważnie. Niektórzy zostali nawet zainspirowani, by pogłębić wiedzę na temat powstania Ewangelii, Bóstwa Chrystusa, roli Marii Magdaleny czy też prawdziwego oblicza Opus Dei. Ale spotkałem też czytelników, wprawdzie pojedynczych, którzy po lekturze nabrali podejrzeń, że Kościół ukrywa prawdę. Sprawdzają się więc słowa Woltera: „Kłamcie, kłamcie, a coś z tego zostanie”.

- Film ten może być zatem niebezpieczny...

- Tak, ale przede wszystkim dla widzów, którzy słabo znają chrześcijaństwo i z filmu zaczerpną całą wiedzę o nim. Nie mając innych wiadomości, nie będą umieli wyrobić sobie zdania na ten temat. Będzie to także pożywka dla nielicznej, jak sądzę, grupki tych, którzy szukają argumentów przeciw wierze, by usprawiedliwić swoje uprzedzenia, stereotypy czy własne trudności. Po obejrzeniu dawki fałszerstw będą mieli obraz jeszcze bardziej zafałszowany. Jeszcze bardziej będą podejrzliwie patrzeć na Kościół, że np. ukrywa prawdę o Jezusie, o jego związku z Marią Magdaleną.

- Znów wracamy do Jezusa i Marii Magdaleny. Istnieje wiele świadectw biblijnych wyraźnie potwierdzających, że Jezus nie był żonaty. A jak jest w apokryfach?

- Podobnie. Co ciekawe: mimo że w pierwszych wiekach krążyło wiele apokryficznych „ewangelii”, niekiedy zupełnie fantastycznych, to jednak żaden z tych tekstów nie mówi o tym, że Jezus był żonaty, ani tym bardziej, że miał potomstwo. Autorzy typu Dana Browna znajdują jednak „podstawy” w jednym tekście - w gnostyckiej „Ewangelii Filipa”, którą interpretują fałszywie i tendencyjnie.

- Dlaczego?

- Tekst ten, z końca II wieku, w jednym zdaniu wspomina, że Maria Magdalena była „towarzyszką” Jezusa i że On ją „całował”. Ale pismo to, jak inne teksty gnostyckie, posługuje się całym systemem symboliki. Nie chodzi w nim o historyczną postać Marii Magdaleny, ale o symbol Mądrości i Ducha Świętego, które towarzyszą stale Jezusowi. Podobnie pocałunek nie ma tu znaczenia fizycznego, ale duchowe. Trzeba być zupełnym dyletantem albo mieć całkowicie złą wolę, aby to jedno zdanie wyrwać z kontekstu symbolicznego i rozumieć je w sensie historycznym, fizycznym, dosłownym.

- Nie ma więc w tym apokryfie mowy o faktycznym związku z Marią Magdaleną?

- Oczywiście, że nie. Wskazuje na to nie tylko symboliczny charakter gnostyckiego tekstu, ale i fakt, że gnostycy z zasady negowali wartość ciała, stworzenia, materii, małżeństwa. Trzeba też wziąć pod uwagę całe morze pism, jakie powstały w pierwszych wiekach. Z nich wszystkich jasno wyłania się obraz Jezusa bezżennego.

- Dan Brown mówi, że w słynnym obrazie Leonarda da Vinci „Ostatnia Wieczerza” zakodowana jest tajemnica: postać po prawej stronie, utożsamiana ze św. Janem, jest w rzeczywistości Marią Magdaleną...

- Kolejny wymysł autora, budzący niesmak. Wiadomo, że Jan był najmłodszym z Apostołów. W czasie Ostatniej Wieczerzy był z pewnością młodzieńcem. Dlatego na obrazie przedstawiony jest bez brody, w odróżnieniu od innych Apostołów. Nie można zaprzeczyć, że na obrazie, przy samym Jezusie, przedstawiony jest Jan, umiłowany uczeń, który - jak podaje Ewangelia - oparł głowę na piersi Chrystusa, gdy Ten powiedział, że zostanie wydany.

- W takim razie „Ostatnia Wieczerza” nie zawiera żadnego sekretu, czyli kodu?

- Na pewno nie taki, o którym mówi Brown. Ani też Leonardo da Vinci nie był członkiem tajnego stowarzyszenia, które wywodziło się z potomstwa Marii Magdaleny i miało przechowywać tajną wiedzę.

- A na jakiej podstawie mówi się, że z tego potomstwa wywodziła się królewska dynastia frankijskich Merowingów?

- To już na podstawie innej średniowiecznej legendy francuskiej. Gdy Maria Magdalena stała się patronką wielkiego sanktuarium w Burgundii, w Vézalay, powstały legendy, które wyjaśniały, jak jej relikwie trafiły do tego kościoła. Według jednej z nich, Maria, Marta i Łazarz - skazani na banicję po ukrzyżowaniu Jezusa - wsiedli do łodzi i wiosłując przybyli do Francji. Marię, siostrę Marty, połączono nawet z Marią Magdaleną. Zresztą, tradycyjnie mieszano ze sobą trzy Marie, o których mówią Ewangelie. W każdym razie istniała średniowieczna legenda o przybyciu Marii Magdaleny do Francji. Reszta jest wymysłem Browna.

- O błędach historycznych zawartych w książce Browna napisano już całe tomy. Ale autor ten popularyzuje też pogląd, że cesarz Konstantyn wymyślił naukę o Boskości Chrystusa na soborze nicejskim w 325 r. z przyczyn politycznych.

- To oszczerstwo jest bardzo bolesne dla wszystkich ludzi wierzących, ale też dla każdego, kto uczciwie szuka prawdy. Na soborze nicejskim sformułowano wyznanie wiary, a nie - wymyślono naukę o Boskości Jezusa. Już Nowy Testament oraz najwcześniejsze pisma chrześcijańskie wyrażają wiarę w Bóstwo Chrystusa. O tym mówi liturgia i cała pobożność wczesnych chrześcijan, w tym męczenników, którzy umierali za Chrystusa.

- Czy Kościół zakaże oglądania tego filmu?

- Nie chodzi o zakazywanie oglądania filmu ani o nadawanie mu większej reklamy. Należy natomiast zachęcać do rzetelnych, prawdziwych poszukiwań. Wiara rodzi się z serca, czyli z miłości, ale szuka też zrozumienia, uzasadnienia, musi mieć podstawy intelektualne, racjonalne. Zamiast więc gonić za tanią sensacją i fałszywymi nowinkami, warto zadbać o pogłębienie wiary.

Ks. prof. Józef Naumowicz - kierownik Katedry Historii Wczesnochrześcijańskiej Literatury Greckiej na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego, wykładowca patrologii w Wyższym Metropolitalnym Seminarium Duchownym w Warszawie; opublikował m.in. Filokalię, Genezę chrześcijańskiej rachuby lat, Dwie są drogi. Przewodnik chrześcijański oraz wiele przekładów tekstów patrystycznych z języka greckiego i łacińskiego.

Bojkot filmu „Kod da Vinci”

W związku z planami dystrybucji na terenie Polski filmu Kod Leonarda da Vinci Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej im. Księdza Piotra Skargi w Krakowie proponuje swoją stronę internetową, na której można wyrazić sprzeciw wobec tego antychrześcijańskiego obrazu. Stowarzyszenie zaprasza do odwiedzenia strony, przesłania protestu oraz przekazania tej informacji znajomym.
Adres: www.protestuj.pl

Oszustwo „Kodu...”

Książka Oszustwo „Kodu Leonarda da Vinci” stanowi poprzedzoną starannymi badaniami, popularnie napisaną krytykę powieści Dana Browna Kod Leonarda da Vinci, która rości sobie pretensje do bycia opartą na faktach i poważnej tradycji naukowej. Oszustwo „Kodu Leonarda da Vinci” obala te roszczenia, ukazując, jak Brown wykorzystuje fałszywe informacje i naciągane hipotezy na potwierdzenie swej przedziwnej tezy, według której Jezus i Maria Magdalena byli małżeństwem i dali początek uświęconej linii potomków, zaś tradycyjne chrześcijaństwo w czasie całej swej historii spiskowało, by zataić tę prawdę.
Oszustwo „Kodu Leonarda da Vinci” odkrywa kilka zaskakujących prawd na temat powieści Browna, jest definitywną odpowiedzią na Kod Leonarda da Vinci oraz krytyką tej powieści.

Wydawnictwo Diecezjalne i Drukarnia w Sandomierzu, ul. Żeromskiego 4, 27-600 Sandomierz, tel. (0-15) 64-40-400, fax (0-15) 832-77-87, marketing@wds.pl, www.wds.pl

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kielce: pół tysiąca osób wyruszyło rowerami na Jasną Górę

2019-08-20 11:19

dziar / Kielce (KAI)

500 osób – tyle, ile maksymalnie jest to możliwe, wyruszyło dzisiaj z Kielc rowerami w VII Rowerowej Pielgrzymce Diecezji Kieleckiej na Jasną Górę, która odbywa się pod hasłem „W mocy Bożego Ducha”. Jest to prawdopodobnie największa pielgrzymka rowerowa w Polsce. Potrwa do piątku 23 sierpnia.

KD

Pielgrzymów błogosławił i wyprawił w trasę bp Marian Florczyk.

- Jasna Góra i Cudowny Obraz Matki Bożej są pierwszym i głównym celem pielgrzymki, który nie jest łatwo osiągnąć. Potrzebna jest pomoc drugiego człowieka (…). Myślę, że z Bożą pomocą i motywacją wewnętrzną spotkamy się na Jasnej Górze – powiedział bp Florczyk, który będzie tam sprawował Mszę św. dla pielgrzymów.

Pielgrzymka rowerowa wyruszyła sprzed kościoła św. Maksymiliana w Kielcach. - W tradycji było tak, że ludzie szli pieszo. Ta pielgrzymka na rowerach to jednak znak czasu, bo widzimy codziennie, że dużo ludzi jeździ na jednośladach. Stąd też pomysł, aby zorganizować taką modlitewną wędrówkę – dodał biskup.

Pielgrzymi mają przed sobą cztery dni i ponad 250 kilometrów. Jeszcze dziś pielgrzymi dotrą do Kaczyna, żeby przez Pierzchnicę i Chmielnik udać się do Wiślicy. W tamtejszym sanktuarium o godzinie 20.30 wezmą udział w uroczystej Mszy św. Dzisiaj pokonają ponad 70 kilometrów.

Pięciuset pielgrzymom towarzyszy ośmiu księży i pięć sióstr zakonnych, jadą całe rodziny, np. małżeństwo z Buska – Zdroju, z 4-letnim Kubą i 7- letnią Hanią. Z mamą jedzie także zaledwie 3-letnia Ania. Uczestniczą pielgrzymi m.in. z Krakowa i Warszawy.

Popularność wydarzenia jest z każdym rokiem większa – już z ostatnim dniem lipca zamknięto zapisy. Liczba pielgrzymów musi być ograniczona ze względów bezpieczeństwa i logistyki.

Pielgrzymi codziennie pokonują od 50 do 70 km. Trasa jest podzielona na 15-kilometrowe odcinki, pomiędzy którymi są postoje z czasem na modlitwę, gorący posiłek i odpoczynek. Tempo jest dostosowane do możliwości osób w różnym wieku.

Tradycyjnie pielgrzymka odbywa się z wątkiem dobrych uczynków. Na trasie pielgrzymi zaangażują się w pomoc dla podopiecznych Domu Pomocy Społecznej w Mnichowie. Na postoju w Węgleszynie odbędzie się kiermasz, podczas którego będzie można kupić ręcznie wykonane prace podopiecznych DPS-u, aby wspomóc działanie ośrodka. Prace zostały zamieszczone na stronie internetowej pielgrzymki. Odbędzie się także akcja pomocowa dla dzieci z Kenii, którą zaproponowała wolontariuszka misyjna Monika Motyczyńska.

W ubiegłych latach organizowano akcję pozyskiwania dawców szpiku kostnego lub zbiórkę na tandem dla niewidomego uczestnika, który potem odbył pielgrzymkę na nowym rowerze.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem