Joanna Siedlecka to oryginalna, niezwykle pracowita i zaangażowana
reportażystka. Wypracowała własny, łatwo rozpoznawalny styl pisania.
Jej język i sposób widzenia bohaterów reportaży budzi emocje u czytelnika.
Czyta się Pana od poezji z wypiekami na twarzy. Nie da się tej lektury
pochłonąć od razu, jednego wieczora. Jej konstrukcja zmusza do zatrzymania
się, zastanowienia się nad życiem i człowiekiem, zajrzenia do wierszy
Poety.
Siedlecka nie stworzyła kolejnej laurki. Jej proza biograficzna
jest zazwyczaj inspirowana przez mity, legendy. Szuka w nich fałszu,
hochsztaplerki. Tym razem zajęła się Herbertem. Czasami strach czytać!
Szczególnie, gdy uważa się Herberta za jednego z najważniejszych
poetów minionego wieku. Siedlecka pokazała podszewkę życia literackiego
i prywatnego Herberta, jednak nic złego mu się nie stało. Przeciwnie,
przybliżył się. Może się wydawać, że mieszkał bardzo blisko nas.
Był normalny, a zarazem inny, bo utalentowany.
Siedlecka próbuje przekonać miłośników twórczości Poety
do jego wielkości w życiu codziennym. Dostrzega i pokazuje bohaterstwo
w szarości komunistycznych dni, ale i heroizm zmagań o własną indywidualność.
Autorce udało się sprowadzić swojego bohatera na ziemię. Wykonała
benedyktyńską pracę, żeby odtworzyć scenerię, w jakiej żył, wychował
się, wykształcił, przyjaźnił czy kochał. Czasami prowadzi iście policyjne
śledztwo.
Życie codzienne Herberta to także ciągle powracające
problemy i zadania - z czego utrzymać siebie i gdzie mieszkać? I
niewątpliwie najważniejszy cel przez całe życie - być niezależnym.
Życiowo i ideowo. Lata powojenne: Toruń, Elzenberg, studia, ekonomia,
Sopot. Najgorsze lata pięćdziesiąte. Lata UB, też lata nudy, urawniłowki,
beznadziejności... Różne prace i miejsca zatrudnienia.
Beznadziejność dnia codziennego, troska o przyszłość
prowokuje do wielu rozpaczliwych zachowań bądź czynów. Herbert potrafi
się powstrzymać, umie odmawiać i nie popełniać nazbyt wielu błędów.
Potem nagle dana mu możliwość wyjazdu - Francja, Ameryka, Grecja
i Włochy. O ileż uboższa byłaby jego twórczość, gdyby nie obejrzał
z bliska płócien wielkich malarzy europejskich, gdyby nie zobaczył
na własne oczy rozruchów studenckich w Ameryce lat 60., gdyby nie
dotknął świata wielowiekowej kultury Zachodu.
Siedlecka, poruszając kwestię zaangażowania Herberta
w działalność akowską, wielokrotnie powołuje się na nieobecność jemu
poświęconego hasła w Słowniku lwowskiej konspiracji 1939-45. Dlaczego?
Zapewne nie uważał się za czołowego AK-owca. Ponadto w 1982 r. zgłoszenie
swego hasła do akurat tworzonego Słownika... nie było posunięciem
miłym czy roztropnym.
Szkoda, że w książce zabrakło relacji żony Poety. Katarzyna
Herbert odmówiła Autorce współpracy, stąd delikatnej materii dylemat
podstawowy przy tej biografii: jak potraktować postać Katarzyny Herbert?!
W które jej relacje opublikowane w różnych czasopismach wierzyć,
w które lepiej nie...?! Naszym zdaniem, błędem jest brak indeksu
nazwisk. Utrudnia to orientację w bogatym materiale, zgromadzonym
w dziele. Warto ten mankament usunąć w kolejnym wydaniu książki.
Na koniec ujawnia Siedlecka fakt ważny, ale mało znany.
Herbert pod pseudonimem "Mak" współpracował z sobotnio-niedzielnym
dodatkiem pt. Świąteczne spotkania do katolickiego dziennika Słowo,
istniejącego tylko 1,5 roku.
Życie zatoczyło koło. W latach 50. młody człowiek zarabiał
i pisywał jako Patryk w paksowskim Dziś i jutro, nie liczącym się,
będącym na bocznym torze. Przeszło siedemdziesięcioletni, najwybitniejszy,
żyjący poeta polski znów nie pisuje do czołowych pism, ale do próbującego
otworzyć się na nowych czytelników dziennika, będącego schedą i kontynuacją
PAX-owskiej gazety. Otrzymał stałą rubrykę pt. "Odloty w świecący
deszcz". Pisywał od kwietnia 1996 do lata 1997. Niemal w każdym numerze
miał nawet dwa wiersze. Współpracował z pismem, którego ranga i poziom
zupełnie na to nie zasługiwały. Mimo prób zachowania tego faktu w
tajemnicy, tzw. środowisko o tym wiedziało.
Jednak ujawnienie nazwiska tak wybitnego współpracownika
antykomunisty, który nie mógł pogodzić się z faktem, że część dawnej
opozycji, gdy znalazła się w elitarnych salonach władzy III Rzeczypospolitej,
zapomniała o wierności tradycji, bratała się z postkomunistyczną
nomenklaturą, próbowała ją wybielić, bez wątpienia przyspieszyłoby
decyzję o rozwiązaniu redakcji gazety i jej likwidacji.
Atakowano go perfidnie na łamach wielu czasopism. Podśmiewano
się z jego "poetyckiej prózki". Nowa codzienność! Teresa Skupień: "...znałam Herberta. Bywałam u niego w ostatnich latach. To był Hiob
- cierpiący, atakowany, samotny. Nigdy nikogo u niego nie widziałam,
choć później, po śmierci pojawiły się tłumy piszące o nim per Zbyszek,
nie spuszczające go podobno z kolan. Gdzie wtedy były?".
Smutne, że wybitny, stary poeta musiał do końca zarabiać.
Była to także cena za demonstrowaną w nowej sytuacji społeczno-politycznej
niezależność.
Zdaniem redaktorki dodatku Teresy Skupień, "wiersze Maka
były ozdobą Świątecznych spotkań. Niezwykłe zarówno pod względem
formy, jak i treści. Dramatyczne. Tragiczne. Filozoficzne. Religijne,
przepojone duchowością. O sprawach ostatecznych. Pisane przez człowieka
chorego, umierającego, głęboko wierzącego, szykującego się do spotkania
z Bogiem".
Tak, tę książkę trzeba kupić, przeczytać i mieć pod ręką.
Powrócić do niej jeszcze wiele razy. Do wielu miejsc i wątków.
Joanna Siedlecka, Pan od poezji. O Zbigniewie Herbercie. Prószyński i S-ka, Warszawa 2002.
Pomóż w rozwoju naszego portalu