Reklama

Naprawdę wielki

60. rocznica mianowania biskupa Wyszyńskiego prymasem Polski po raz kolejny zwraca uwagę na tę postać, która odegrała ogromną rolę w naszych powojennych dziejach

Niedziela Ogólnopolska 45/2008, str. 4-5

Kard. Stefan Wyszyński, 1952 r.
Archiwum archidiecezji wrocławskiej

Krzysztof Kunert: - Ksiądz Profesor uczestniczy w procesie beatyfikacyjnym sługi Bożego, kard. Stefana Wyszyńskiego. Należy on już dziś do grona naszych bohaterów narodowych, dlaczego więc dąży się także do jego beatyfikacji?

Ks. prof. dr Hab. Piotr Nitecki: - Istotnie, na prymasa Wyszyńskiego można patrzeć w obu tych aspektach. Niewątpliwie był bohaterem narodowym. W procesie beatyfikacyjnym chodzi jednak o coś więcej, o pokazanie podstawowego źródła wielkości człowieka, którym był dla niego sam Bóg. Kościół nie wynosi przecież na ołtarze ludzi za ich skuteczną działalność społeczną, ale za ich maksymalną bliskość z Bogiem i wiarygodne świadectwo Ewangelii wobec świata. Chodzi więc o to, by pokazać, jak mocny jest Bóg w ludziach, którzy na Nim, a nie na sobie, budują posługę ukierunkowaną ku przyszłości. Świadectwo takich ludzi umacnia i dopełnia przesłanie Ewangelii mówiącej o wielkiej sile człowieka wiary dzięki Temu, który go umacnia. Takich ludzi i taki sposób ich myślenia ukazuje każda beatyfikacja czy kanonizacja.

- W czym konkretnie ujawniało się to świadectwo, które zapowiadało przyszłość?

- Patrząc dziś, z pewnej perspektywy, widać wyraźnie, jak Bóg przygotowywał ks. Wyszyńskiego do późniejszych zadań. Nic nie zapowiadało jego wielkości. W zasadzie nie powinien być nawet księdzem - gruźlik, wyświęcony właściwie z litości, który usłyszał od kościelnego w katedrze włocławskiej, że z takim zdrowiem to lepiej od razu iść na cmentarz niż do święceń. Przyjmował je z nadzieją, że dane mu będzie choć krótko odprawiać Mszę św. Bóg znów pokazał, że wybiera to, co słabe w oczach ludzi, by tych mocnych zawstydzić. Innym ciekawym elementem jego życia było na przykład to, że w latach międzywojennych zajął się katolicką nauką społeczną, która nie była jeszcze wtedy tak popularna jak obecnie. Konkretnie zajmował się krytyczną oceną komunizmu, był w tamtym czasie jednym z najlepszych jego znawców w Polsce. Nie mógł wtedy wiedzieć, że ta zdobyta wówczas wiedza będzie mu tak bardzo pomocna w czasie, gdy problem relacji z komunizmem nie był już tylko intelektualnym sporem, ale walką o przetrwanie narodu i służącego mu Kościoła.

- Śledząc dziś rozmaite publikacje o prymasie Wyszyńskim, można by więc myśleć, że jego walka z komunizmem, którą nie bez dramatycznych momentów zawsze wygrywał, była zasadniczym elementem jego wielkości…

- To byłoby uproszczenie. Jeśli dziś mówimy o jego beatyfikacji, to z zupełnie innych względów. On nie dlatego był wielki, że walczył z komunizmem i że to on miał rację. Był wielki dlatego, że był radykalny w swej wierności Chrystusowi, i ta maksymalna wierność była źródłem jego postawy wobec wszystkiego, co sprzeciwia się orędziu Ewangelii. On był antykomunistą w znaczeniu teologicznym, a nie politycznym, przeciwstawiał się komunizmowi, bo był on sprzeczny z Ewangelią, a nie dlatego, że uważał inny ustrój za lepszy. Ci, którzy z nim walczyli i oceniali go w kategoriach politycznych, oczywiście, nie byli w stanie tego zrozumieć. Zabawne zaś jest to, że także dzisiaj zdarza się, że ci, którzy chwalą prymasa Wyszyńskiego za jego antykomunizm, krytykują współczesnych biskupów i księży za to, że sprzeciwiają się dzisiejszym zagrożeniom człowieka. Inne są te zagrożenia, ale przecież istota owego oporu jest ta sama - posłannictwem Kościoła i jego pasterzy jest przecież zawsze przeciwstawianie się temu, co jest z ducha antychrześcijańskie i co zagraża dobru człowieka.

- Gdzie zatem rodziła się ta wielkość prymasa Wyszyńskiego?

- To jest bardzo ważna sprawa, dziś bowiem patrzymy zwykle nań jako na wielkiego Prymasa Tysiąclecia, ale przecież wielkość człowieka nie rodzi się nagle. Większość jego biografii zaledwie dotyka owego dojrzewania do tej wielkości. A na to dojrzewanie składało się wiele elementów, przede wszystkim religijny i patriotyczny klimat domu rodzinnego, także trudne doświadczenia czasów młodości, śmierć matki, wojna i okupacja, bieda, ciężka choroba. Również studia uniwersyteckie w Lublinie, podczas których - co ciekawe - wśród swych kolegów miał pseudonim „Eminencja”. Wielkie znaczenie mieli także ludzie, których spotkał na swej drodze: szczególnie bp Zdzitowiecki, ks. Korniłowicz, ks. Szymański, s. Czacka - byli to nauczyciele najwyższej próby, a także intelektualnie i duchowo mocne środowisko włocławskie. Kiedy śledzi się jego młodość, z dzisiejszej perspektywy widać wyraźnie, jak Bóg prowadził go według swoich planów. Przecież młody ks. Wyszyński rokował nadzieje raczej na pracownika naukowego w zakresie katolickiej nauki społecznej, ks. Słomkowski myślał nawet o nim jako o przyszłym rektorze KUL-u. On sam myślał także o wstąpieniu do Zakonu Paulinów.

- Dopiero biskupstwo zaczęło więc budować jego autorytet?

- Tak, ale też nie od razu. Został biskupem lubelskim, a więc diecezji wtedy dość prowincjonalnej. Kiedy zaś został prymasem, od początku odczuwał samotność władzy. W relacjach z państwem, co oczywiste, ale także i w samym Kościele, ze strony biskupów, wśród których był przecież najmłodszy, oraz ze strony Stolicy Apostolskiej, która widziała problem komunizmu przez pryzmat encykliki „Divini redemptoris”, która nie przystawała już wtedy do realiów państwa budowanego na ideologii marksistowskiej. Miał reprezentować zniewolony naród, w zdecydowanej większości katolicki, który pokładał w nim nadzieje ukierunkowane ku wolności, a on nie tylko nie mógł ich spełnić, ale jeszcze kazał podpisać „porozumienie” z komunistycznym rządem. O jego wielkości zaczęto mówić dopiero potem, zwłaszcza po jego wyjściu z więzienia.

- Fascynujące są te dzieje prymasa Wyszyńskiego, ale czy mogą one - w przypadku oczekiwanej beatyfikacji - być świadectwem i wzorem dla dzisiejszego człowieka, żyjącego w zupełnie innych realiach i mocującego się z innymi problemami?

- Święci są po to, by wskazywać ludziom wszystkich czasów, jak można realizować wzniosłe ideały Ewangelii. Kościół nie wynosi świętych na ołtarze po to, by ich uczcić za ich dokonania w życiu, ale po to, by ukazać innym wzór ich heroicznej wiary, głębokiej nadziei i gorącej miłości. W życiu każdego świętego realia zawsze są inne, istota ich świadectwa chrześcijańskiego zawsze jest natomiast ta sama. Święci mają być dla potomnych swego rodzaju impulsem do rachunku sumienia, by zawstydzać, uświadamiając nam, jak nam czasem daleko do realizacji ideałów Ewangelii. Pewne cechy prymasa Wyszyńskiego zawsze będą aktualne: silna wiara, bezwzględna wierność zasadom, postawa służby wobec Kościoła i Ojczyzny, umiejętność czytania znaków czasu i reagowania na nie, przywiązanie do Matki Bożej. Wiele aktualnych treści można znaleźć też w zachowanym jego nauczaniu, tylko trzeba je czytać, medytować, realizować, uczyć się od niego, bo on naprawdę nadal wiele ma do powiedzenia

- Jak rozumiem, zadaniem procesu beatyfikacyjnego jest udowodnienie owej heroiczności cnót w życiu Sługi Bożego. Na jakim etapie jest więc proces beatyfikacyjny Księdza Prymasa?

- Rozpoczęty on został w Warszawie w 1989 r. i na szczeblu diecezjalnym trwał do 2001 r. Następnie zebrane materiały, dokumenty, relacje świadków przekazane zostały do Rzymu, do Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, gdzie trwają dalsze prace. Zasadniczym zadaniem jest obecnie przygotowanie tzw. positio, czyli obszernego opracowania na temat życia i cnót kandydata na ołtarze, które potem będzie analizowane przez teologów i komisję kardynałów, a ostateczną decyzję podejmie Ojciec Święty. W związku z tym przede wszystkim trzeba przygotować obszerny, krytyczny życiorys Księdza Prymasa, przy wykorzystaniu dostępnych archiwaliów oraz wcześniejszych opracowań i relacji świadków jego życia. Jest to praca tyle żmudna, co niezwykle ciekawa. Dotyka się tu bowiem niemal namacalnie tego, jak rodziła się świętość człowieka w trudnej codzienności, jak radził on sobie z jednej strony z przeżywaniem swej wiary, z drugiej zaś, z trudnymi decyzjami, które musiał podejmować i które zapewne nie wszystkim się podobały. Przecież to nie był zakonnik, zamknięty w celi i przeżywający stany mistyczne, ale osoba publiczna, żyjąca i działająca w niezwykle trudnych uwarunkowaniach zewnętrznych… Zajęcia jest więc tu jeszcze na wiele lat.

- Wspomniał Ksiądz o konieczności dostępu, w ramach prowadzonych prac, do różnego rodzaju archiwaliów, czy dotyczy to także IPN-u?

- Tak, chodzi o dostęp do wszelkich możliwych archiwów. Archiwa IPN-u są, jak wiadomo, specyficzne. Po zapoznaniu się ze sporą ich częścią dotyczącą prymasa Wyszyńskiego jest dla mnie oczywiste, że pisanie jakiegokolwiek życiorysu na ich podstawie jest rzeczą wielce ryzykowną. Każdy historyk zresztą wie, że nie pisze się dzieł historycznych, opierając się na jednym tylko źródle. W odniesieniu do prymasa Wyszyńskiego, nie ma tam oczywiście, żadnych kompromitujących go materiałów, dokumenty wytworzone przez UB zawierają jednak wiele błędów faktograficznych i nie mają w związku z tym wielkiej wartości. Interesujące jest natomiast to, jak bardzo osaczony był on przez siły zła, a w konsekwencji, jak bardzo był silny w swej prawości, jak wierzył w moc Bożą i nigdy nie uległ wrogom. On naprawdę był wielki, w tym przejawiał się jego heroizm, moc zakorzeniona w jego wierze.

- A czy zetknął się Ksiądz Profesor osobiście z Księdzem Prymasem?

- Tak, przez cały okres jego prymasowskiej posługi byłem jego diecezjaninem, wychowywałem się pod ambonami, gdzie przemawiał. Każde pojawienie się prymasa Wyszyńskiego było wielkim wydarzeniem, przemawiał innym językiem niż oficjalna propaganda, dlatego był tak oczekiwany przez tłumy wypełniające nie tylko świątynie, ale i okoliczne ulice. Mówił trudno i długo, ale miał wiele do powiedzenia, dlatego był słuchany. Miałem też z nim kilka kontaktów bardziej osobistych, pamiętam zwłaszcza jedną długą rozmowę, podczas której właściwie przepowiedział mi przyszłość, choć nic na to wtedy nie wskazywało. W takich kontaktach był bardzo normalny, to jest przecież zawsze cecha wielkich ludzi, budził respekt, ale nie paraliżował swoją wielkością i majestatem.

Ks. prof. dr hab. Piotr Nitecki z Wrocławia pełni funkcję tzw. współpracownika zewnętrznego (collaboratore) relatora sprawy w procesie beatyfikacyjnym kard. Stefana Wyszyńskiego w Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych w Rzymie.

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Komunia Święta i na rękę i do ust

2020-05-26 17:43

[ TEMATY ]

Msza św.

komunia święta

Bożena Sztajner/Niedziela

Przy okazji pandemii rozgorzał na nowo spór dotyczący sposobu przyjmowania Komunii Świętej. Jakie formy jej przyjmowania są dozwolone w Kościele Katolickim? Czy któraś z nich jest godniejsza? I czy kapłan ma prawo odmówić wiernemu udzielenia Ciała Pańskiego ze względu na preferowany przez niego sposób komunikowania? Na te i inne pytanie odpowiadał ksiądz Paweł Cieślik.

Liturgista przypomniał równocześnie historię przyjmowania Ciała i Krwi Pańskiej w liturgii rzymskiej - W starożytności komunikowano (przyjmowano Komunię Świętą) pod dwiema postaciami. Ciało Pańskie przyjmowano w taki sposób, że dłonie - osoba przystępująca do Komunii, miała złożyć, tak jakby na kształt krzyża, i właśnie na jedną z tych dłoni kapłan kładł konsekrowana hostię - Ciało Pańskie. Wierni je spożywali, a następnie udawali się obok do diakona, spożywając Krew Pańską z kielicha. Taka forma przyjmowania Komunii Świętej, istniała mniej więcej do IX wieku.

CZYTAJ DALEJ

Mieć w sercu doskonałą Miłość

2020-05-28 21:26

Fot. Grzegorz Kryszczuk

Dziesięciu neoprezbiterów, którzy 23 maja przyjęli święcenia kapłańskie z rąk abp Józefa Kupnego, odprawiło Mszę Św. prymicyjną w kaplicy Metropolitalnego Wyższego Seminarium Duchownego Archidiecezji Wrocławskiej.

Wspólnota kleryków pożegnała swoich starszych kolegów, którzy już za chwilę podejmą pracę duszpasterską w diecezji. Mszy św. przewodniczył ks. Marcin Józefczyk, który na wstępie przypomniał, że spotkanie odbywa się w czasie nowenny do Ducha Świętego, która jest głęboko wpisana w liturgię Kościoła. - Będziemy za chwilę prosić, aby On przemienił nas wewnętrznie swoimi darami i stworzył serce nowe – mówił neoprezbiter.


- Ilekroć czytam Ewangelię o powołaniu apostołów, nasuwa mi się pytanie dlaczego na tych prostych i niewykształconych ludziach Jezus zaczął budować swój Kościół? Przecież byli uczeni w piśmie, faryzeusze, kapłani starego testamentu. Bo według Ewangelii byli to ludzie zadufani w sobie, obłudni i zakłamani. Oni nie widzieli człowieka, ale tylko i wyłącznie literę prawa – mówił w homilii ks. Sylwester Łaska.

Na zakończenie Eucharystii głos zabrał ks. Kacper Radzki, rektor MWSD. - Drodzy neoprezbiterzy, cieszymy się waszą obecnością po tej stronie ołtarza i życzymy wam, abyście mieli w sercach doskonałą miłość. To spełnienie pragnień Chrystusa wyrażanych w budowaniu jedności zwłaszcza wśród tych, którzy decydują się iść Jego śladami, składając Jego ofiarę i użyczając Jemu samych siebie – życzył ks. Radzki.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję