Reklama

Wołyń we krwi

Z Ewą Siemaszko - autorką publikacji o mordach ukraińskich nacjonalistów na Polakach z Wołynia i Małopolski Wschodniej - rozmawia Anna Cichobłazińska
Niedziela Ogólnopolska 28/2009, str. 32-33


Ofiary napadu UPA w kwietniu 1943 r. na majątek Chobułtowa w powiecie włodzimierskim na Wołyniu
Archiwum Ewy Siemaszko

Ewa Siemaszko

Autorka prac na temat ludobójstwa popełnionego przez Ukraińców na Polakach w latach II wojny światowej. Współautorka wystaw „ Zbrodnie NKWD na Kresach Wschodnich II RP, czerwiec - lipiec 1941” i „Wołyń naszych przodków. Śladami życia - czas zagłady”; opracowań „ Z dziejów konspiracji wojskowej na Wołyniu 1939-1944” w pracy zbiorowej „Armia Krajowa na Wołyniu”; „Terror ukraiński i zbrodnie przeciwko ludności dokonane przez OUN-UPA na ludności polskiej na Wołyniu w latach 1939-1945” w „Studiach Polonijnych”; „Mordy ukraińskie na Wołyniu w czasie II wojny światowej” w pracy zbiorowej „Europa NIE-prowincjonalna” - Nagroda im. Józefa Mackiewicza. Wraz z ojcem Władysławem Siemaszką napisała dwutomową pracę „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945”

Anna Cichobłazińska: - Czy mogłaby Pani nakreślić historyczne tło konfliktu polsko-ukraińskiego, które stało u podstaw ukraińskich mordów na Polakach w okresie II wojny światowej?

Ewa Siemaszko: - Taki szkic należy zacząć od przełomu XIX i XX wieku, kiedy to formowała się ukraińska świadomość narodowa i równocześnie wśród ukraińskich elit umysłowych, głównie na ziemiach Rzeczypospolitej pod zaborem austriackim, wzrastały pragnienia utworzenia państwa ukraińskiego. Okazją do zdobycia niepodległości jawiła się I wojna światowa - nie tylko Polakom, ale także Ukraińcom. Polacy myśleli o powrocie do granic sprzed rozbiorów, tymczasem na tych ziemiach ukraińskie elity pretendowały do własnego państwa. Zbrojne zderzenie niepodległościowych dążeń polskich i ukraińskich miało miejsce w latach 1918-19 na terenie Małopolski Wschodniej, w szczególności w walkach o Lwów, które małopolscy Ukraińcy przegrali. Polska nie tylko zachowała wówczas Małopolskę, ale obroniła się przed nawałą bolszewicką w 1920 r., czego konsekwencją był traktat pokojowy w Rydze z ZSRS i USRS, w wyniku którego Wołyń i Małopolska Wschodnia - tereny, na których obok siebie żyli przez kilkaset lat Polacy i Ukraińcy - przypadły Polsce. Z sytuacją tą nie mogły się pogodzić ukraińskie kręgi o ambicjach niepodległościowych, zrzeszając się w antypolskie organizacje, z których dwie miały istotny wpływ na społeczeństwo ukraińskie: w latach 1920-29 Ukraińska Organizacja Wojskowa (UWO) oraz od 1929 r. Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów (OUN). Obie te organizacje uprawiały w okresie międzywojennym terrorystyczną antypaństwową działalność, tj. sabotaże, dywersje, zamachy oraz antypolską agitację, w czym szczególnie wyróżniła się OUN. Antypolskie działania były zwalczane przez państwo polskie, które odzyskawszy niepodległość po 123 latach niewoli, dbało o zachowanie integralności terytorialnej i utrwalenie polskiego stanu posiadania, a te działania wywoływały niezadowolenie mas ukraińskich i wzrost popularności OUN. Sprzeczność ukraińskich i polskich interesów - zresztą wówczas nie do pokonania - nie musiała doprowadzić do rzezi Polaków w latach 1943-46 na Wołyniu i w Małopolsce. Główną przyczyną stała się skrajnie faszystowska doktryna nacjonalizmu ukraińskiego Dmytra Doncowa, którą OUN przyjęła jako swą ideologię. W realizacji celów narodowych ideologia ta zakładała posługiwanie się bezwzględnością, fanatyzmem, nienawiścią, tzw. twórczą przemocą, co zostało sprzężone z ouenowską koncepcją państwa ukraińskiego jako jednolitego pod względem narodowościowym. Przykładem wizji przyszłego państwa bez innych narodowości była odezwa Wielkiego Zboru Ukraińskich Nacjonalistów w sierpniu 1939 r., w której postulowano: „Ukraina dla Ukraińców! Nie pozostawić piędzi ziemi ukraińskiej w rękach wrogów i obcoplemieńców!”. OUN postanowiła więc wywalczyć państwo ukraińskie drogą bezwzględnego i bezlitosnego usunięcia nie-Ukraińców z terenów przyszłego państwa, przede wszystkim Polaków, nie wykluczając ich wymordowania. Za taką dziejową okazję OUN uznała II wojnę światową, toteż pierwsza fala zbrodni na Polakach, której sprawcami byli zarówno nacjonaliści, jak i komuniści ukraińcy, przetoczyła się we wrześniu 1939 r. Tzw. porządki sowieckie zaprowadzone po napaści Związku Sowieckiego na Polskę 17 września powstrzymały zbrodnie dokonywane na Polakach przez Ukraińców.
Napaść Niemiec na Związek Sowiecki w czerwcu 1941 r. wykorzystana została przez OUN - kolaborującą zresztą z Rzeszą hitlerowską od 1933 r. - do proklamacji państwa ukraińskiego we Lwowie, co zostało od razu przez władze niemieckie unieważnione. Mimo to pod okupacją niemiecką sytuacja dla działań OUN była sprzyjająca - Niemcy tolerowali antypolskie wystąpienia Ukraińców. Toteż, począwszy od czerwca 1941 r., OUN prowadziła w społeczeństwie ukraińskim bardzo intensywną pracę polegającą na generowaniu nienawiści wobec sąsiadów Polaków, z którymi wcześniej były poprawne stosunki, i przekonywaniu o konieczności zniszczenia Lachów. Nastąpiło to na początku 1943 r., kiedy to OUN utworzyła tzw. Ukraińską Powstańczą Armię.

- W lipcu i sierpniu 1943 r. mordy na Polakach na Wołyniu osiągnęły apogeum. Niedziela 11 lipca stała się datą symbolizującą ludobójstwo na tych terenach, ale przecież rzeź Polaków trwała już od kilku miesięcy, a zakończyła się długo po tej dacie...

- Pierwsze budzące niepokój napady miały miejsce na Wołyniu jeszcze w 1942 r., szczególnie w drugiej połowie roku. Ofiarami były pojedyncze osoby i rodziny. Najprawdopodobniej był to swoisty test na reakcję polską, sprawdzanie, czy Polacy mają jakąś zorganizowaną obronę. Do mordów masowych dochodziło od początku roku 1943 - w pierwszym dużym napadzie 9 lutego 1943 r. wymordowano całkowicie polską kolonię Parośla w powiecie sarneńskim. Zginęło wówczas ponad 150 osób. Rzeziami ogarnięte były najpierw dwa powiaty północno-wschodnie - kostopolski i sarneński, od kwietnia napady rozszerzyły się na pozostałe powiaty wschodnie, w czerwcu doszedł centralny łucki. W lipcu nastąpiło apogeum zbrodni - na wielką skalę OUN-UPA zaatakowały Polaków w zachodnich powiatach, w których dotąd był spokój - horochowskim i włodzimierskim, w części kowelskiego, ale też przeprowadzane były akcje na mniejszych fragmentach pozostałych powiatów. 11 lipca jest tą symboliczną datą ludobójstwa Polaków wołyńskich, w której skupiane są uroczystości rocznicowe, ponieważ w tym właśnie dniu, była to niedziela, OUN-UPA uderzyła jednocześnie na około 100 osiedli, w których żyli Polacy. Charakterystyczne dla tego dnia były napady na wiernych w kościołach - w Kisielinie, Porycku, Chrynowie, Zabłoćcach i kaplicy w Krymnie, podczas których zginęli też trzej kapłani. Na tych parafiach nie kończy się zresztą lista świątyń, w których zginęli wierni - były to napady w innych terminach, a ponadto dziesiątki kościołów i kaplic zniszczono i spalono bez wiernych. A przecież napastnicy byli chrześcijanami…
W sierpniu nastąpiła kolejna potężna fala mordów w zachodnich powiatach i wybranych rejonach innych powiatów, w której zginęła podobna do lipcowej liczba Polaków. W tym czasie rzezie wołyńskie zaczęły rozlewać się na teren Małopolski Wschodniej, gdzie najpierw, jak na Wołyniu, dochodziło do niewielkich napadów, a od początku 1944 r. dokonywano napadów masowych. Wieś wołyńska na początku 1944 r. była już praktycznie pozbawiona Polaków, a w 1945 r., kiedy resztki Polaków były ekspatriowane z Wołynia, zginęło jeszcze kilkadziesiąt osób. W Małopolsce Wschodniej czas rzezi był przesunięty w stosunku do Wołynia o cały rok - tam rok 1944 pochłonął najwięcej ofiar, a mordy trwały aż do zakończenia ekspatriacji w 1946 r.

- Dlaczego zarówno ukraińskie, jak i polskie państwo unikają wobec zbrodni dokonanych przez ukraińskich nacjonalistów na Polakach terminu „ludobójstwo”?

- Państwo ukraińskie nie tylko nie zamierza uznać zbrodni wołyńsko-małopolskiej za ludobójstwo (nawet „nigdy nie uzna” - przekazał Polakom poprzez Telewizję Polską w lipcu ub.r. - z okazji 65. rocznicy zbrodni na Wołyniu znany ukraiński historyk Ihor Iliuszyn), wręcz nie stanowi ona dla Ukrainy żadnego problemu, poza tym, żeby Polakom nie udało się urządzić upamiętnień w miejscach masowych mogił na Wołyniu i w Małopolsce oraz żeby w Polsce jak najmniej mówiło się o zbrodniach OUN-UPA. Apoteozowanie UPA, jej „rehabilitacja” - działania wywodzące się z Wołynia i Małopolski, czyli terenów, gdzie UPA powstała i działała, i gdzie obecnie następuje rozrost nacjonalizmu ukraińskiego - mają stanowić antysowiecką tradycję historyczną, czyli własną, na której miałaby się budować tożsamość narodowo-państwowa. Służą temu zakłamane publikacje, nauczanie w szkole, uroczystości ku czci OUN-UPA i jej przywódców, budowanie im pomników, a wszystko to odbywa się pod państwowym patronatem prezydenta Juszczenki. W tej sytuacji przyznanie, że OUN-UPA dokonała ludobójstwa, byłoby poważnym naruszeniem kształtowanego bohaterskiego wizerunku tych organizacji, jej działaczy i członków.
Z kolei polskim politykom wydaje się, że spełnianie oczekiwań nacjonalistów ukraińskich, które błędnie traktują jako oczekiwania całej Ukrainy, gdy w części wschodniej jest więcej przeciwników UPA niż sympatyków, stanowi przeciwdziałanie ponownemu uzależnieniu od Rosji, sprzyjanie utrzymaniu niepodległości Ukrainy. Brakuje w tej koncepcji logiki, bowiem wspieranie nacjonalistów ukraińskich, którzy są skażeni antypolskim bakcylem, a jednocześnie silnie antyrosyjscy, a więc nieskłonni do powrotu do stanu sprzed 1991 r., w dłuższej perspektywie może być dla Polski szkodliwe.

- Zarówno w ubiegłym roku, jak i w tym przedstawiciele rządu i parlamentu unikają udziału w oficjalnych uroczystościach i konferencjach poświęconych ludobójstwu na Wołyniu. Czy rzeczywiście zamykanie oczu na te zbrodnie pomoże stosunkom polsko-ukraińskim, czy tylko odsunie problem? Czy duchy zmarłych upomną się o prawdę? Czy ocaleni z rzezi i ich rodziny, rozsiani po całym świecie, doczekają się godnego traktowania?

- Te zachowania są wyrazem nie tylko fałszywej koncepcji „niedrażnienia” Ukrainy, ale także słabości intelektualnej, moralnej i charakterologicznej naszych polityków, co z kolei przekłada się na słabość państwa. Nieobecność bowiem na uroczystościach i konferencjach prezydenta, przedstawicieli rządu oraz parlamentu była wynikiem interwencji ambasady Ukrainy i środowisk ukraińskich. W ten sposób nasze władze pokazały, że dają się podporządkowywać obcemu państwu. I to należy postrzegać jako groźne zjawisko. Zamykanie oczu nie wyeliminuje problemu, on będzie wracał. Bagatelizowanie zbrodni jest akceptacją zła, a zaakceptowane zło rodzi następne zło. Trzeba też przypomnieć o powinnościach państwa wobec ofiar i ich rodzin, których funkcjonariusze państwowi nie wypełniają. Ludobójstwo polskich obywateli, członków narodu, który ma swoje państwo, jest traktowane gorzej niż ofiary kataklizmów przyrodniczych.

- Historycy wciąż spierają się o liczbę ofiar mordu na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Jaka, według Pani badań, była skala eksterminacji ludności polskiej na tych terenach?

- Na Wołyniu zostało zamordowanych ok. 60 tys. Polaków, natomiast w Małopolsce Wschodniej, tj. na terenie 3 południowych województw - lwowskiego, stanisławowskiego i tarnopolskiego - ok. 70 tys. Polaków, czyli razem ok. 130 tys. Liczby te są sumą liczb udokumentowanych i szacunków, czyli wynikających z analizy wydarzeń przypuszczalnych liczb ofiar. Po kilkudziesięciu latach od zaistnienia zbrodni nie da się ustalić z całą pewnością jej rozmiaru, a zwłaszcza personaliów ofiar, można więc spodziewać się jakichś korekt.

- Co Pani sądzi o inicjatywie uhonorowania Ukraińców, którzy chronili polską ludność przed śmiercią na Wołyniu i Kresach Południowo-Wschodnich?

- To jest słuszna inicjatywa. Wielu Kresowian odczuwa wdzięczność wobec Ukraińców, którzy przyczynili się do ocalenia im życia, i pragnie, by to zostało odpowiednio uhonorowane. Właściwym gestem byłoby ustanowienie państwowego medalu czy nagrody. Jednak jest z tym wiele problemów. Trzeba zauważyć, że większa część „sprawiedliwych Ukraińców” nie jest znana z nazwiska. Ponadto „sprawiedliwi Ukraińcy” już nie żyją, biorąc pod uwagę, że byli wówczas starszymi ludźmi, a właśnie z tej grupy społecznej, w przeważającej części, pochodzili mający odwagę i odczuwający moralny obowiązek ratowania swych sąsiadów Polaków. Żyją natomiast ich potomkowie, ale pojawia się pytanie, czy byliby zadowoleni z wyróżnienia, które stanowiłoby przeciwstawienie oficjalnie propagowanego przez państwo ukraińskie mitu bohaterskich OUN-UPA... Przecież w świetle ideologii i praktyki tych formacji ratujący Polaków byli traktowani jak zdrajcy, niektórzy tę „zdradę” przypłacili nawet życiem. I dlatego dzisiaj na Wołyniu i w Małopolsce spotyka się Ukraińców, którzy boją się rozmawiać o mordach Polaków, boją się pokazać, gdzie znajdowała się zniszczona polska kolonia i wspólna mogiła.
Na miarę istniejących możliwości tu, w kraju, Kresowianie uwzględniają na tablicach i pomnikach napisy upamiętniające wszystkich Ukraińców, bez wymieniania nazwisk, ratujących Polaków. Inną stosowaną formą pamięci są opisy przypadków pomocy ukraińskiej Polakom we wszystkich publikacjach poruszających tematykę ludobójstwa na Kresach, a nawet wydanie przez Instytut Pamięci Narodowej specjalnego opracowania na ten temat autorstwa Romualda Niedzielki „Kresowa księga sprawiedliwych”.

Dzieją się cuda

2019-06-12 09:02

Jolanta Marszałek
Niedziela Ogólnopolska 24/2019, str. 20-21

Od kilku miesięcy w parafii pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu znajdują się relikwie św. Szarbela z Libanu. I dzieją się cuda. Ludzie doznają wielu łask, także uzdrowienia. Jedną z uzdrowionych jest Barbara Koral – żona Józefa, potentata w branży produkcji lodów, i matka trójki dzieci. Cierpiała na raka trzustki, po którym nie ma śladu. 17 maja br. publicznie podzieliła się swoim świadectwem

Wikipedia

W październiku ub.r. wykryto u mnie nowotwór złośliwy trzustki – opowiada Barbara Koral. – Przeżyłam szok. Ale głęboka wiara i ufność w łaskawość Boga wyjednały mi pokój w sercu. Leżałam w szpitalu w Krakowie przy ul. Kopernika, nieopodal kościoła Jezuitów. Dzieci i mąż byli ze mną codziennie. Modliliśmy się do Jezusa Przemienionego za wstawiennictwem św. Jana Pawła II oraz św. Szarbela. Zięć Piotr przywiózł od znajomego księdza płatek nasączony olejem św. Szarbela. Codziennie odmawialiśmy nowennę i podczas modlitwy pocierałam się tym olejem. Czułam, że mając św. Szarbela za orędownika, nie zginę – wyznaje.

Przypadek beznadziejny

Operacja trwała ponad 6 godzin. Po otwarciu jamy brzusznej większość lekarzy odłożyła narzędzia i odeszła od stołu, stwierdziwszy, że przypadek jest beznadziejny. Jednak profesor po kilku minutach głębokiego namysłu wznowił operację. Usunął raka. Operacja się udała.

– Byłam bardzo osłabiona – opowiada p. Barbara – tym bardziej że 3 tygodnie wcześniej przeszłam inny zabieg, również w pełnej narkozie. Nic nie jadłam i czułam się coraz słabsza.

W trzeciej dobie po operacji chora dostała wysokiej gorączki, dreszczy. Leżała półprzytomna i bardzo cierpiała. – Momentami zdawało mi się, że ktoś przecina mnie piłą na pół. Zwijałam się wtedy w kłębek i modliłam cichutko do Pana Boga z prośbą o pomoc w cierpieniu i ulgę w niesieniu tego krzyża.

Lekarze robili, co mogli. Podawali leki w zastrzykach, kroplówkach, by wzmocnić chorą. Nic nie działało. Pobrano krew na badanie bakteryjne. Okazało się, że jest zakażenie bakterią szpitalną, bardzo groźną dla organizmu. Zdrowe osoby zakażone tą bakterią mają 50-procentową szansę na przeżycie. Chorzy w stanie skrajnego wycieńczenia są praktycznie bez szans.

Zawierzenie Bogu

– Rozmawiałam z Bogiem – opowiada p. Barbara. – Pytałam Go, czy po tym, jak wyrwał mnie ze szponów śmierci w czasie operacji, teraz przyjdzie mi umrzeć. Prosiłam z pokorą i ufnością: „Panie Jezu, nie wypuszczaj mnie ze swoich objęć. Uzdrów mnie, kochany Zbawicielu”. Całym sercem wołałam w duchu: „Jezu, zawierzam się Tobie, Ty się tym zajmij!”.

W tym czasie parafia pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu, do której należy rodzina Koralów, czekała na relikwie św. Szarbela (relikwie pierwszego stopnia – fragment kości). Przywiózł je z Libanu poprzedni proboszcz – ks. Andrzej Baran, jezuita, który był tam na pielgrzymce wraz z kilkoma parafianami. Zawieźli też spontanicznie zebraną przez ludzi ofiarę dla tamtejszych chrześcijan. Wiadomo bowiem, że św. Szarbel jest szczególnie łaskawy dla tych, którzy modlą się za Liban. Relikwie, zgodnie z pierwotnym przeznaczeniem, miały trafić do ks. Józefa Maja SJ w Krakowie. On zgodził się przekazać je do Nowego Sącza i osobiście je tam w styczniu br. zainstalował.

Interwencja św. Szarbela

– W dniu, w którym pojechałem po relikwie do Krakowa – opowiada ks. Józef Polak, jezuita, proboszcz parafii pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu – wstąpiłem do naszej WAM-owskiej księgarni, żeby nabyć jakąś pozycję o św. Szarbelu, bo przyznam, że sam niewiele o nim wiedziałem. Wychodząc z księgarni, spotkałem Józefa Korala z córką. Wiedziałem, że p. Barbara jest bardzo chora. Opowiedzieli mi, że wracają ze szpitala i że sytuacja jest bardzo poważna. Relikwie miałem ze sobą od dwóch godzin. Niewiele się zastanawiając, poszliśmy na oddział.

– W pewnym momencie usłyszałam głos męża – opowiada p. Barbara. – Bardzo mnie to zdziwiło, bo przecież był u mnie przed chwilą i razem z córką poszli do kościoła obok szpitala na Mszę św. Po chwili zobaczyłam męża i córkę. Już nie byli przygnębieni i smutni. Twarze rozjaśniał im szeroki uśmiech. Razem z nimi był ksiądz proboszcz Józef Polak. Przyniósł ze sobą do szpitala relikwie św. Szarbela...

Ksiądz wraz z obecnymi odmówił modlitwę do św. Szarbela. Następnie podał chorej do ucałowania relikwiarz. – Już w trakcie modlitwy nie czułam bólu – wyznaje p. Barbara. – Stałam się bardziej przytomna. Kiedy ucałowałam kości św. Szarbela, nie myślałam, czy to będzie uzdrowienie – ja byłam tego pewna. Nie mam pojęcia, skąd się wzięła ta pewność.

Święty kontra bakterie

– Gdy wchodziłem do szpitala – opowiada ks. Polak – wiedziałem, że na oddziale jest jakieś zakażenie. Podałem p. Barbarze relikwiarz do ucałowania. Zobaczyła to pielęgniarka. Wyjęła mi relikwiarz z ręki, spryskała go jakimś środkiem i włożyła pod wodę. „Co pani robi?” – zapytałem. „Muszę to zdezynfekować”. „Ale on nie jest wodoszczelny” – wyjaśniłem, nie wiedząc, że chodzi jej o to, by zewnętrzne bakterie się nie rozprzestrzeniały. To był koniec wizyty.

Następnego dnia rano okazało się, że na oddziale bakterii już nie było. To był kolejny „cud” św. Szarbela. Badania z krwi potwierdziły, że również chora nie ma w sobie bakterii. Lekarze w zdumieniu patrzyli na wyniki. Dla pewności powtórzyli badania.

– Byłam zdrowa – opowiada p. Barbara. – Powoli zaczęłam nabierać siły i radości życia. Cała moja rodzina i przyjaciele, którzy byli ze mną w czasie choroby, którzy wspierali mnie modlitwą i dobrym słowem, są wdzięczni św. Szarbelowi. Błogosławimy go za to, że się mną zajął, że uprosił dla mnie u Boga Wszechmogącego łaskę uzdrowienia. Bogu niech będą dzięki i św. Szarbelowi!

Wiara w orędownictwo

W parafii pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu w trzecie piątki miesiąca o godz. 18 odprawiana jest Msza św. z modlitwą o uzdrowienie, następnie mają miejsce: adoracja, błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem, namaszczenie olejem św. Szarbela i ucałowanie relikwii świętego. Wielu ludzi przychodzi i prosi o jego wstawiennictwo. Św. Szarbel jest niezwykle skutecznym świętym, wyprasza wiele łask, pokazuje, że pomoc Boga dla ludzi, którzy się do Niego uciekają, może być realna. – Nie ma jednak żadnej gwarancji, że ten, kto przyjdzie do św. Szarbela, będzie natychmiast uzdrowiony – przyznaje ks. Józef Polak. – Czasami to działanie jest inne. Łaska Boża działa według Bożej optyki, a nie naszych ludzkich życzeń. Święci swoim orędownictwem mogą ludzi do Kościoła przyciągać i to czynią, także przez cuda. Wystarczy popatrzeć, jak wiele osób uczestniczy w Mszach św. z modlitwą o uzdrowienie.

* * *

Ojciec Szarbel Makhlouf

maronicki pustelnik i święty Kościoła katolickiego. Żył w XIX wieku w Libanie

23 lata swojego życia spędził w pustelni w Annaja. Tam też zmarł.

Po pogrzebie o. Szarbela miało miejsce zadziwiające zjawisko. Nad jego grobem pojawiła się niezwykła, jasna poświata, która utrzymywała się przez wiele tygodni. Łuna ta spowodowała, że do grobu pustelnika zaczęły przybywać co noc rzesze wiernych i ciekawskich. Gdy po kilku miesiącach zaintrygowane wydarzeniami władze klasztoru dokonały ekshumacji ciała o. Szarbela, okazało się, że jest ono w doskonałym stanie, zachowało elastyczność i temperaturę osoby żyjącej i wydzielało ciecz, którą świadkowie określali jako pot i krew. Po umyciu i przebraniu ciało o. Szarbela zostało złożone w drewnianej trumnie i umieszczone w klasztornej kaplicy. Mimo usunięcia wnętrzności i osuszenia ciała zmarłego dalej sączyła się z niego substancja, która została uznana za relikwię. Różnymi sposobami próbowano powstrzymać wydzielanie płynu, ale bezskutecznie.

W ciągu 17 lat ciało pustelnika było 34 razy badane przez naukowców. Stwierdzili oni, że zachowuje się w nienaruszonym stanie i wydziela tajemniczy płyn dzięki interwencji samego Boga.

W 1965 r., pod koniec Soboru Watykańskiego II, o. Szarbel został beatyfikowany przez papieża Pawła VI, a 9 października 1977 r. – kanonizowany na Placu św. Piotra w Rzymie. Kilka miesięcy przed kanonizacją jego ciało zaczęło się wysuszać.

Od tej pory miliony pielgrzymów przybywają do grobu świętego, przy którym dokonują się cudowne uzdrowienia duszy i ciała oraz nawrócenia liczone w tysiącach.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Historyczny triumf Polek

2019-12-13 20:36

Zespół wPolityce.pl

Marlena Karwacka i Urszula Łoś wygrały sprint drużynowy podczas zawodów o Puchar Świata w kolarstwie torowym w australijskim Brisbane. Drugie miejsce w zmaganiach mężczyzn w tej konkurencji zajęli Krzysztof Maksel, Mateusz Rudyk i Maciej Bielecki.

wPolityce.pl/youtube TEL-KAB Telewizja Kablowa Pruszków
Urszula Łoś

Karwacka i Łoś, rekordzistki Polski (32,791), miały najlepszy czas w kwalifikacjach (33,189), a w pierwszej rundzie wygrały z Ukrainkami Ołeną Starikową i Liubow Basową. W finale Polki minimalnie zwyciężyły Rosjanki Jekaterinę Rogową i Anastazję Wojnową, choć obu parom zapisano jednakowy wynik - 33,029.

Z kolei Rudyk, Bielecki i Patryk Rajkowski kwalifikacje zakończyli na czwartej pozycji, a w pierwszej rundzie Biało-czerwoni, już z Makselem w miejsce Rajkowskiego, okazali się lepsi od zespołu z Trynidadu i Tobago. W finale uzyskali 45,408 i byli wyraźnie słabsi od Japończyków, do których stracili prawie dwie i pół sekundy.

Wcześniej w wyścigu drużynowym Daria Pikulik, Nikol Płosaj, Katarzyna Pawłowska i Łucja Pietrzak miały ósmy czas kwalifikacji, ale w pierwszej rundzie uległy reprezentantkom Francji. Zostały sklasyfikowane na ósmej pozycji. Zwyciężyły Australijki, które w finale pokonały ekipę Nowej Zelandii.

W rywalizacji mężczyzn w tej konkurencji również najlepsi okazali się reprezentanci gospodarzy, a drugie miejsce zajęła Nowa Zelandia. Polacy nie startowali.

Zawody w Brisbane to przedostatnia runda o PŚ. Ostatnia odbędzie się w kanadyjskim Milton 24-26 stycznia.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem