Reklama

Powołanie: nauczyciel chrześcijański

Z br. Wojciechem Golonką - prowincjałem Zgromadzenia Braci Szkół Chrześcijańskich - rozmawia ks. Ireneusz Skubiś
Niedziela Ogólnopolska 2/2010, str. 14-15

KS. INF. IRENEUSZ SKUBIŚ: - Prosimy Brata Prowincjała o kilka słów o sobie oraz o charyzmacie Zgromadzenia, którego znakiem szczególnym jest charakterystyczny długi kołnierzyk.

BR. WOJCIECH GOLONKA FSC: - Kołnierzyk z białymi wyłogami symbolizuje otwartą księgę Ewangelii... Do Zgromadzenia Braci Szkół Chrześcijańskich (bracia szkolni) wstąpiłem w lipcu 1982 r., od tego czasu minęło więc już 27 lat. Przez długie lata katechizowałem przy parafiach, później pracowałem z osobami upośledzonymi. W tej chwili jestem jednocześnie dyrektorem naszej szkoły w Częstochowie i prowincjałem. Bracia szkolni to zgromadzenie niekleryckie - nie ma wśród nas kapłanów - całkowicie poświęcające się chrześcijańskiemu wychowaniu dzieci i młodzieży - dla tego celu i poprzez jego realizowanie mamy uświęcać siebie. Zostało powołane do istnienia w 1684 r. we Francji. Nasz założyciel - św. Jan Chrzciciel de La Salle (1651-1719) widział je przede wszystkim jako służbę dzieciom ubogim, otwieranie możliwości ich kształcenia po to, żeby mogły stawać się lepszymi obywatelami i członkami Kościoła, i żeby dzięki wykształceniu, które otrzymują w naszych szkołach, mogły lepiej ułożyć swoje życie. Św. Jan de La Salle miał wiele trudności zarówno ze strony związków nauczycielskich, jak i z powodu niezrozumienia przez niektórych duchownych, a i ze strony współbraci. Jednakże nasze szkoły były bardzo cenione. Dowodem jest fakt, że posyłali do nich dzieci również rodzice zamożni, których stać było na opłatę za edukację. Dziś na świecie jest ok. 6 tys. braci szkolnych, działamy w 82 krajach świata. Prowadzimy różne typy szkół - od podstawowych po uniwersytety.

- Jak rozwijało się Wasze Zgromadzenie i jego szkoły?

- Wielką przeszkodą w rozwoju naszego Zgromadzenia była rewolucja francuska (1789-99), w czasie której uległo ono zagładzie - przetrwali tylko pojedynczy bracia, wielu poniosło śmierć męczeńską. Z tego okresu mamy 4 błogosławionych. Za rządów Napoleona zostało oficjalnie na nowo zatwierdzone i wspaniale się rozwinęło, stając się zgromadzeniem międzynarodowym. Wielkim rozkwitem cieszyły się szkoły, wzrosła też liczba braci.

- Jak wyglądał wiek XX w historii Zgromadzenia?

- Zgromadzenie rozwijało się wtedy w wielu krajach świata. W Meksyku i w Hiszpanii bracia jednak również złożyli daninę krwi. Ok. 200 braci zostało zamordowanych podczas wojny domowej w Hiszpanii, dla 150 otwarto procesy beatyfikacyjne; ok. 70 braci jest już beatyfikowanych lub kanonizowanych. Zniszczone zostały szkoły. Dopiero po zakończeniu wojny bracia na nowo mogli powrócić do swoich obowiązków, do swojego charyzmatu.

- Jak wygląda Wasza praca na misjach, np. w Afryce?

- Jesteśmy obecni w większości krajów afrykańskich. W tej chwili są tam już prowincje lokalne, jednak jeszcze wielu braci z Europy im pomaga, np. w prowincji Duala w Kamerunie jest dwóch braci z Polski. Na misjach praca jest podobna do tej w innych częściach świata, ale zapotrzebowanie na pracę braci jest tam większe. Prowadzą oni różnego typu szkoły, ośrodki edukacyjne i ośrodki opieki.

- A jak przedstawia się polska część historii braci szkolnych?

- W 1903 r. bracia przybyli do Lwowa na zaproszenie abp. Józefa Bilczewskiego i ks. Zygmunta Gorazdowskiego - dziś świętych. Założyli tam szkołę z dwoma językami nauczania: polskim i niemieckim, która istniała do 1939 r. Po wybuchu II wojny światowej bracia opuścili Lwów. Drugą placówką w Polsce był dom w Częstochowie, który powstał w 1922 r. (w 2012 r. będzie obchodził 90-lecie istnienia). Dom był miejscem formacji, gdzie młodzi bracia przygotowywali się do pracy z dziećmi i młodzieżą, ale otworzono tu również szkołę.

- Jaka była historia działalności braci w Częstochowie?

- Bracia od początku włączyli się w pracę pedagogiczną, prowadzili szkołę, która z przerwami działała do 1960 r. - później budynek został zajęty. W czasie II wojny światowej bracia prowadzili również dom dziecka - najpierw na Jasnej Górze, w tzw. pokojach królewskich, później otrzymali budynki przy ul. Krótkiej. Po wojnie bracia uczyli w Niższym Seminarium Diecezji Częstochowskiej. Obecnie mamy w Częstochowie trzy wspólnoty: wspólnotę braci emerytów, wspólnotę, która prowadzi Szkołę św. Jana de La Salle przy ul. Pułaskiego, i wspólnotę braci, którzy prowadzą specjalny ośrodek wychowawczy przy ul. kard. Wyszyńskiego.

- Jest jeszcze dom w Kopcu...

- Dom w Kopcu jest stosunkowo nowy, ma ok. 15 lat, tam mieści się dziś siedziba prowincji i dom formacyjny.

- Miałem szczęście znać niektórych braci ze Zgromadzenia Ojca Prowincjała - to wspaniali ludzie. W redakcji „Niedzieli” przez długie lata pracował br. prof. Stanisław Rybicki (zm. w 2006 r.), który zapisał się w naszej pracy złotymi zgłoskami. Współpracuje z nami wciąż br. Tadeusz Ruciński. Mamy więc z Waszym Zgromadzeniem stałe kontakty i jak najlepsze wspomnienia. Wiemy, że niedługo odbędzie się w Częstochowie wielkie spotkanie braci szkolnych, pierwsze w Polsce. Jaka jest idea i co będzie tematem tego spotkania?

- Zgromadzenie podzielone jest nie tylko na prowincje, ale i na 5 regionów. Prowincja polska należy do lasaliańskiego regionu Europy i basenu Morza Śródziemnego. Prowincjałowie wizytatorzy prowincji należących do tego regionu spotkają się w Częstochowie w dniach 11-21 stycznia 2010 r. Przewidziane jest również spotkanie Konferencji Wizytatorów z bratem superiorem generalnym i jego radą. Jest to doroczne spotkanie Konferencji Wizytatorów (należą do niej wszyscy wizytatorzy tytularni i pomocniczy). Zajmiemy się trzema zasadniczymi sprawami. Pierwsza - to szeroko rozumiana formacja, począwszy od początkowej do ciągłej, podzielonej na różne etapy wieku. W Europie Zgromadzenie, niestety, starzeje się, większość z nas to bracia starsi wiekiem. Innego więc typu formacji wymagają bracia zaangażowani w pracę szkoły. Druga sprawa to misja lasaliańska - chodzi o to, jak podzielić się naszym charyzmatem z osobami świeckimi, które są naszymi współpracownikami. Dawno już bowiem minęły czasy, gdy większość nauczycieli w naszych szkołach stanowili bracia. Dzisiaj 3-4-osobowe wspólnoty braci prowadzą szkoły, gdzie zatrudnionych jest kilkudziesięciu, a nawet więcej nauczycieli. Trzeba więc jak najlepiej przekazać tym ludziom nasz charyzmat, zadbać o ich formację. I trzeci bardzo ważny temat to sprawy ekonomiczne.

- Ciekawi jesteśmy najważniejszych elementów charyzmatu braci szkolnych, jakie są do przekazania współpracownikom świeckim - nauczycielom i wychowawcom.

- Najważniejszym z nich jest wspólnotowość w prowadzeniu szkoły. Wszyscy - tzn. nauczyciele, bracia, uczniowie i rodzice - jesteśmy w równej mierze odpowiedzialni za prowadzenie szkoły, za przekazywanie wiedzy oraz za wychowywanie tych, którzy są nam powierzeni.

- Czy są efekty takiego podejścia do wychowania?

- Myślę, że tak. Nie mamy tzw. trudności z młodzieżą. Ktoś może powiedzieć, że mamy młodzież wybraną. Być może w Polsce trochę tak. Jednakże gdzie indziej, tam, gdzie są wielkie szkoły, wspólnotowość daje to, że młodzież jest równie odpowiedzialna za swoje wychowanie, jak i ci, którzy to wychowanie prowadzą.

- Jak Brat Prowincjał, jako dyrektor szkoły, postrzega współpracę z rodzicami uczniów?

- To bardzo ważna sprawa. W przypadku szkoły częstochowskiej - bo o niej mogę powiedzieć najwięcej - współpraca z rodzicami układa się dobrze. Mógłbym podzielić rodziców na trzy grupy: rodzice, którzy bardzo interesują się dzieckiem, tak, że chcieliby każdy pyłek spod jego nóg usunąć (czasami są tu problemy), rodzice, którzy zwyczajnie współpracują ze szkołą (tych jest większość), oraz rodzice, którzy chcieliby, żeby szkoła załatwiła wszystko, łącznie z wychowaniem religijnym.

- Czy przez Waszą szczególną pracę pedagogiczną udaje się wypracowywać lepszy rozwój uczniów? Jak później dają oni sobie radę w życiu?

- Odpowiem na podstawie doświadczeń częstochowskich. Szkoła w Częstochowie funkcjonuje 11 lat. Większość uczniów po jej ukończeniu studiuje i nie ma większych problemów z nauką. Ciągle jednak mamy obawę, czy dostatecznie efektywne jest wychowanie religijne, czy dzieci i młodzież pamiętają o tym wszystkim, o czym mówimy w szkole. To jednak trochę za krótka perspektywa, żeby stwierdzić, jak to naprawdę wygląda.

- I jeszcze problem powołań do Waszego Zgromadzenia. Jakie są efekty Waszej pracy powołaniowej?

- Jeśli chodzi o Europę, wydaje się, że w różnych prowincjach bracia robią wiele pod tym względem. Jednak w tej chwili nie mamy zbyt wielu powołań. W naszej prowincji jest jeden nowicjusz i dwóch na Bliskim Wschodzie, jest też kilku postulantów. Gdy chodzi o Afrykę, Indie, Amerykę Łacińską - nowicjaty są bardzo liczne.

- Jak radzicie sobie w miejscach, gdzie powołań nie ma zbyt wiele?

- W prowincjach, gdzie średnia wieku jest wysoka, bracia coraz bardziej stawiają na współpracę ze świeckimi - stąd m.in. mowa o przekazywaniu charyzmatu. Nie tracą nadziei, modlą się i czekają na powołania.

- Zachęcam, by do celów powołaniowych Bracia wykorzystywali również „Niedzielę”. Zgromadzenie Braci Szkolnych zasługuje bowiem na szczególne zainteresowanie młodych, mających predyspozycje pedagogiczne i wychowawcze. Uświęcanie się przez pracę w szkole - dla Boga, człowieka i Ojczyzny to piękna perspektywa. Zapraszam więc na nasze łamy i życzę jak najliczniejszych pięknych powołań.

Sutanna utkana przez mamę

2019-05-21 13:10

Wysłuchała Agnieszka Bugała
Niedziela Ogólnopolska 21/2019, str. 24-25

Do kapłaństwa Bóg wybiera, kogo chce. Ale wybrany nie jest znikąd, ma swoją historię: mamę, tatę i dom. Korzenie i źródło. Jeśli korzeń był mocny – byle wiatr go nie wyrwie. Jeśli źródło czyste – łatwo napoi innych.
O rodzinnych domach oraz swoich mamach Agnieszce Bugale opowiadają bp Antoni Długosz i ks. Marek Dziewiecki

Bożena Sztajner

Janina Długosz
O swojej mamie Janinie mówi bp Antoni Długosz

– Mamusia miała na imię Janina, ale mówili do niej Janeczka. Miała zaledwie dwa lata, gdy zmarł jej tato. Owdowiała wcześnie babcia Frania nigdy nie wyszła powtórnie za mąż i sama wychowała pięcioro dzieci. Mama, najmłodsza z rodzeństwa, wybrała zawód fryzjerki. Czesała pięknie, pracowała chętnie i dużo nie tylko w domu, ale kilka razy w tygodniu odwiedzała domy żon właścicieli fabryk na terenie Częstochowy – otrzymywała duże wynagrodzenie za pracę. W 1940 r. poślubiła Józefa, mojego ojca. Podjęła obowiązki żony i nadal pracowała zawodowo, pomagała mężowi w utrzymaniu rodziny. Tak było do moich urodzin. Dziadek Jan Długosz odwiedził kiedyś rodzinę syna, chcąc się zorientować, jak spełnia swoje nowe zadania. Mamusia czesała znajomą, a ja wyrywałem się z rąk babci z płaczem, upominając się o... mamusię. Wtedy dziadek odwołał tatusia „na stronę” i oświadczył, że Janeczka nie powinna pracować zawodowo, bo to ojciec ma obowiązek zapracować na utrzymanie rodziny. Dziadek Jan cieszył się dużym autorytetem, dlatego tatuś, bez dyskusji, zabronił mamusi pracować. Od tej pory z pomocą babci Frani, która do końca życia mieszkała z nami, mama uczyła się sztuki gotowania. Pierwszą zupę grochową przesoliła, ale potem było już coraz lepiej. Każdego dnia czekały na nas rano śniadanie i po szkole smaczny obiad.

Więź z Panem Bogiem odczytywałem przez całe jej życie. Wyrazem postawy wiary była częsta modlitwa, a szczególnie świętowanie niedzieli. W sobotę kierowała kąpielą dzieci, przygotowywała produkty na niedzielny obiad, pomagała w czyszczeniu obuwia. W niedzielę po modlitwie całą rodziną jedliśmy śniadanie, a po nim szliśmy na Mszę św.

Od mamy uczyłem się przebaczania ludziom oraz pamięci o nieobecnych podczas wspólnego posiłku. Zawsze pamiętała, by sprawiedliwą ilość jedzenia odłożyć dla osoby nieobecnej, która nie mogła zasiąść do stołu z całą rodziną.

Ważnym miejscem dla niej była Jasna Góra. Zazwyczaj szła pieszo, pokonując 5 km, by odprawić nowenny, modlić się z racji różnych zdarzeń rodzinnego życia. Kiedy w trzeciej klasie zostałem ministrantem, budziła mnie wcześniej, gdy miałem dyżury służenia do Mszy św., bym mógł z jej pomocą jak najlepiej wywiązać się z tego zadania. Nie pozwalała na krytykowanie księży, zawsze stawała w ich obronie. Gdy powiedziałem, że chcę zostać księdzem, ucieszyła się i z pomocą swych starszych sióstr przygotowywała mi tzw. wyprawkę do seminarium. Głęboko przeżyła moje kapłańskie święcenia i prymicje... Na drugiej placówce, w której pracowałem z poważnie chorym proboszczem, bardzo często mnie odwiedzała, przywoziła smakołyki, a także wspierała mnie finansowo. Z ojcem kupili gry planszowe i piłkę dla moich ministrantów. Modliła się dużo, zwykle na różańcu. Nie uwierzyła, gdy otrzymałem nominację na biskupa. W rodzinie uchodziłem za pogodnego człowieka, dlatego gdy zadzwoniłem po ogłoszeniu nominacji, odpowiedziała: „Nie wygłupiaj się!”.

Archiwum rodzinne
Sabina Dziewiecka, Janina Długosz

Odkąd zmarła, ciągle czuję jej obecność. Widzę ją jak dawniej: siedzi w fotelu, a ja klękam przy niej, układam głowę na jej piersi, słyszę bicie serca, a ona obejmuje mnie swoimi ramionami...

* * *

Sabina Dziewiecka
O swojej mamie Sabinie mówi ks. Marek Dziewiecki

– Mama wstawała o piątej rano, by pójść pieszo na Mszę św. do kościoła oddalonego o 2 km od domu. Gdy się budziłem, zdążyła już zrobić zakupy i przygotować śniadanie dla mnie i dla młodszego brata. Pewnego ranka zobaczyłem, że wróciła z kościoła zmoknięta i zziębnięta. Zrobiło mi się jej tak żal, że nie mogłem powstrzymać łez. Poprosiłem, by odtąd nie chodziła codziennie na Mszę św., ale by dłużej spała, bo wtedy będzie bardziej wypoczęta. Mama mnie przytuliła, uśmiechnęła się i wyjaśniła, że właśnie wtedy ma siły, gdy zaczyna dzień od spotkania z Jezusem. Promieniowała przy tym taką mocą i pewnością siebie, że odtąd już nigdy nie zaproponowałem jej postu od Eucharystii.

Nauczyła mnie tego, co decyduje o dojrzałości mężczyzny: zaufania do Boga i szacunku do kobiet. Przy rodzicach czułem się nieskończenie ważny i całkowicie bezpieczny. Wiedziałem, że mogli mnie z jakiegoś powodu upomnieć, a nawet skrzyczeć, nie mogli tylko jednego: przestać mnie kochać. Tuż przed siódmymi urodzinami chciałem przekonać rodziców, że do szczęścia jest mi koniecznie potrzebna pewna zabawka. Mama cierpliwie tłumaczyła, że nie stać nas na zakup elektrycznego autka, a miał takie jeden z kolegów w mojej klasie. W wieku siedmiu lat byłem jednak całkiem podobny do niektórych dorosłych, tzn. zupełnie nie reagowałem na rozsądne argumenty. Oznajmiłem mamie, że nie podniosę się z chodnika, dopóki nie dostanę upragnionej zabawki. Po kilku minutach mama uległa... i kupiła. Wieczorem w czasie kolacji zauważyłem, że mama je suchy chleb i pije herbatę bez cukru. Gdy zapytałem o powód takiego zachowania, odpowiedziała: „Tłumaczyłam ci dzisiaj przed sklepem, że nie stać nas na kupno takiej zabawki, jednak nie chciałeś mnie posłuchać i dlatego przez tydzień będę musiała jeść suchy chleb, żeby zaoszczędzić pieniądze wydane na samochodzik dla ciebie”. W oczach stanęły mi łzy. Przez chwilę patrzyłem to na zabawkę, to na mamusię, to na suchą kromkę chleba w jej dłoniach. Uświadomiłem sobie, że żadne zabawki świata nie mogą mi dać takiej radości, jak jeden uśmiech mamusi czy jedno radosne spojrzenie tatusia. Rzuciłem się mamie w ramiona i zacząłem płakać. Powiedziałem, że też chcę przez tydzień jeść tylko suchy chleb i popijać herbatą bez cukru. Mama szepnęła mi do ucha, że mnie bardzo kocha, i mocno przytuliła. To była dla mnie lekcja panowania nad sobą i odróżniania tego, co jest mi potrzebne do szczęścia, od tego, co jest tylko chwilowym pragnieniem.

Od wczesnego dzieciństwa mama pomagała mi żyć w obecności Boga, ufać Mu nad życie i rozmawiać z Nim o wszystkim, co było dla mnie ważne. Wcześnie nauczyła mnie znaku krzyża i pacierza. Wieczorami czytała mi Biblię i z radością opowiadała o największej historii miłości w dziejach wszechświata: o miłości Boga do ludzi. I do mnie! Moja mama żyła w obecności Boga. Na dziesiątki sposobów zapewniała mnie codziennie o tym, że warto słuchać Boga bardziej niż samego siebie. Może czuła, że przyjdą takie miesiące, w których będę musiał podjąć decyzję o tym, czy pójść za moimi marzeniami, czy też za głosem powołującego mnie Boga? Umiała mnie kochać. Była w tym naprawdę genialna! Potrafiła być czuła i jednocześnie wymagająca, gdy tylko tego potrzebowałem. Jednym spojrzeniem, gestem czy słowem potrafiła mnie mobilizować do rozwoju i do pracy nad sobą. Kształtowała moje sumienie. Fascynowała mnie świętością, którą sama promieniowała na co dzień.

Na wieczną stronę istnienia obydwoje rodzice odchodzili spokojnie. Najpierw – w wieku 88 lat – odszedł tata. Pięć tygodni po jego śmierci mama zaczęła być coraz bardziej zamyślona. I zaczęła słabnąć w oczach. Po sześciu dniach zamyślenia dała mi znak, bym ją przytulił mocniej. I usnęła, po raz ostatni w doczesności. Najwyraźniej uznała, że z tamtej strony istnienia tata nie powinien tęsknić za nią dłużej niż sześć tygodni...

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Pierwsza Komunia Święta i Biały Tydzień w Parafii św. Barbary w Wieluniu

2019-05-25 20:33

Zofia Białas

Miesiąc maj jest miesiącem Pierwszych Komunii Świętych. W całej Polsce w kościołach grupy dzieci – mniejsze lub większe- przystępują do swoich kolejnych sakramentów. Klękają przy kratkach konfesjonałów i odbywają swoją pierwszą spowiedź, potem w sposób uroczysty przyjmują po raz pierwszy do serca Chrystusa Eucharystycznego.

Zofia Bialas/Niedziela

Potem był „biały tydzień” - czas utrwalenia wszystkich zdobytych wiadomości o przyjętych dotychczas przez dzieci sakramentach, o Dekalogu, o Matce Bożej z Jasnej Góry oraz o świętej Ricie, której nabożeństwo przypadło w dniu 22 maja. Wspólnie z dziećmi modlił się ks. Andrzej Kornacki.

W ostatnim dniu ks. Jarosław Boral poświęcił pamiątkowe obrazki i krzyżyki przywiezione prosto z Rzymu. Ostatnim akordem „białego tygodnia” było poświęcenie jeżdżących prezentów i zapowiedź pielgrzymki.

Zofia Białas

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem