Reklama

Salon mnie śmieszy

O polityce, obrażaniu Polski oraz o zbyt rustykalnej babci Józi i przystojnym strażaku - z aktorką Katarzyną Łaniewską rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 35/2011, str. 14-17

Dominik Różański/Niedziela

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: - Przez ponad pół wieku pracy zawodowej zawsze oprócz aktorstwa było w Pani życiu coś jeszcze - społeczne zaangażowanie, o którym świadczą liczne nagrody państwowe, medale, krzyże zasługi, ostatni (Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski) w 2007 roku… Skąd u Pani ta nieobojętność na świat poza teatrem i kinem?

KATARZYNA ŁANIEWSKA: - Z genów. Zawsze byłam społecznicą, bo wywodzę się z rodziny spółdzielców. Mój ojciec był spółdzielcą w prawdziwym tego słowa znaczeniu, tuż przed wojną zakładał oddziały „Społem”, za co Niemcy aresztowali go już 11 listopada 1940 r., zginął w Oświęcimiu… To po nim odziedziczyłam tę pasję do działania. Byłam w harcerstwie, potem na studiach w organizacjach młodzieżowych i - niestety - także w partii… To „niestety” mogę sobie, oczywiście, teraz powiedzieć, bo wtedy wierzyłam w sens takiego działania.

- Teraz myśli Pani, że nie było sensu?

- Też nie do końca… W tej mojej ówczesnej aktywności utwierdzali mnie, młodą dziewczynę, moi starsi profesorowie, żołnierze AK… Byłam więc radną w Radzie Narodowej w Komisji Kultury, dzięki czemu mogłam pomagać ludziom, choćby załatwiając warszawskie meldunki… Takie były wtedy czasy.

- A później były z tego powodu przykrości?

- Oczywiście, zarówno z jednej, jak i z drugiej strony. Koledzy chętnie wyciągali mi tę jakoby wstydliwą przeszłość - były anonimy i szkalujące publikacje… A władze stanu wojennego gnębiły mnie bardziej niż tych kolegów, którzy wówczas przyłączyli się do naszego aktorskiego bojkotu, a nigdy wcześniej nigdzie się nie udzielali…

- W jaki sposób znalazła się Pani po tej dobrej stronie społecznej i politycznej barykady?

- To był, oczywiście, pewien proces dojrzewania, analizy sytuacji, w wyniku czego decyzja zaangażowania się w działania opozycyjne wydała się jedyną uczciwą postawą… A niezwykłym wyzwaniem było zaproszenie przez ks. Jerzego Popiełuszkę na Msze św. za Ojczyznę. To było wtedy coś tak wielkiego, jak znalezienie się na skrawku polskiej wolnej ziemi! Mówiłam w żoliborskim kościele mocne teksty, za co spalono mi samochód, tu, pod domem, na Kruczej… W ten sposób nas, aktorów bojkotujących wówczas media i występujących w kościołach, chciano zastraszyć.

- Nie zastraszono jednak!

- Tak, to rzeczywiście był niezwykły czas. Prawie 90 proc. całego aktorskiego środowiska brało udział w bojkocie, nawet młodzież wychodząca wprost ze szkoły teatralnej, która jeszcze nie zdążyła wejść do zawodu, nie pędziła natychmiast do telewizji po sławę i kasę. Wszyscy utrzymywaliśmy się wtedy wyłącznie z pracy w teatrach. A teatry byłe pełne, jak nigdy! Ludzie przychodzili nam dziękować, bili wielkie brawa za naszą postawę… I trzeba powiedzieć, że choć niektórzy z nas nie mieli nawet porządnych butów, to mieli jakieś niezwykłe poczucie wyższych, ważniejszych wartości. Nikt nie żałował pracy, czasu, zdrowia, by wędrować po kraju z patriotycznymi koncertami. Potworzyły się takie grupy artystyczne, które jeździły po całej Polsce. Podliczyłam, że wraz z przyjaciółką śpiewaczką Krysią Kwasowską, z Darkiem Zawadzkim i z różnymi muzykami byliśmy z programem aż w 460 miejscach. Grało się w kościołach, w domach parafialnych, w domach prywatnych. Od katedry wawelskiej po framugę w drzwiach pewnej izby pod Kraśnikiem…

- Ale swoim zwyczajem, nie tylko przecież tym „społeczno-politycznym” aktorstwem zajmowała się Pani w owym czasie?...

- No tak. Zajmowałam się mocnym knuciem w założonej przez Czesława Bieleckiego podziemnej Niezależnej Oficynie Wydawniczej „CDN”. Mój samochód, jeszcze przed spaleniem, służył do rozwożenia tzw. bibuły. Co tydzień woziłam „Tygodnik Mazowsze” z drukarni do tzw. dziupli… Wtedy też przydawały się aktorskie zdolności, które dwa razy uratowały mnie przed bardzo dużą wpadką… W tę podziemną pracę wciągnięta była cała moja rodzina, mąż i córka z zięciem. „CDN” wydał około 100 pozycji! To była wielka przygoda.

- I jednak wielkie ryzyko, konieczność poświęcenia się. Niektórzy spędzili ten czas bojkotu po prostu na salonowych rozmowach…

- Tak, miałam świadomość ryzyka i kosztów. Bez wahania sprzedałam biżuterię po babci, ale pieniądze zabrali esbecy, gdy tuż przed Wigilią przyszli aresztować męża… Teraz sobie myślę, że może ja to wszystko robiłam jako rekompensatę za to, że byłam kiedyś w partii… A może przez pamięć o Powstaniu Warszawskim, które przeżyłam w Warszawie jako 10-letnia dziewczynka, może to była moja odpowiedź na ten żal, że nie mogłam walczyć razem z moim starszym o cztery lata bratem, który był w powstaniu łącznikiem? Po prostu wiedziałam, że nie można inaczej, że muszę, że powinnam.

- Czy dziś nie jest Pani czasami przykro, że przepadła gdzieś tamta atmosfera wspólnego działania, że nie ma już tamtego wspólnie myślącego środowiska?

- Trochę tak, ale tłumaczę to tym, że aktorstwo to zawód oparty na indywidualności. I dlatego też dziwię się temu dzisiejszemu stadnemu poparciu naszego środowiska dla jednej, obecnie jedynie słusznej opcji politycznej. Czasem wydaje mi się, że to nasze środowisko nie jest już takie odważne jak wtedy… Że dziś taki bojkot byłby niemożliwy, bo każdy jednak woli pieniądze niż ideały. Może dlatego większość środowiska aktorskiego jest dziś zdecydowanie prorządowa.

- A Pani wciąż w opozycji, tyle że tym razem w mniejszości!

- Tak, większość kolegów się wykruszyła, a ja nadal jestem tam, gdzie byłam… W swoim kościele jestem lektorem, w najbliższą rocznicę tragedii smoleńskiej mamy w naszej wiejskiej parafii specjalną uroczystość… Niestety, na palcach jednej ręki mogłam policzyć kolegów, którzy zgłosili chęć udziału. Przykro.

- Pani zapewne też z powodu swoich poglądów nie jest zbyt chętnie zapraszana do wielu przedsięwzięć zawodowych…

- No cóż, niespecjalnie o to zabiegam… Ale tak, coraz częściej odczuwam konsekwencje swej postawy. Przez 5 lat prowadziłam program dla dzieci pt. „Ziarno”. Podpisałam list protestacyjny, gdy Anitę Gargas po raz pierwszy wyrzucano z telewizji… Po miesiącu usunięto mnie z programu, nikt nawet nie zadzwonił z redakcji, tak bez słowa „podziękowano” mi… Babcię w „Ziarnie” zastąpił poprawny politycznie strażak, w dodatku obcokrajowiec źle mówiący po polsku…

- Lubi Pani swoją postać w „Plebanii”?

- Lubię, a właściwie lubiłam, bo w tej chwili z tej postaci już niewiele zostało. Lubiłam ją za mądrość życiową, za poczucie humoru, które dodawałam od siebie, za to, że nazywa się Józefina, jak moja babcia… Niedawno decydenci w telewizji orzekli, że takich gospoś już nie ma, bo ja jestem rustykalna, a teraz musi być ktoś młody, ładny i kolorowy…

- Liczy się Pani z tym, że babci Józi też „podziękują”?

- Nie wiem... Już nawet próbowano to zrobić, ale zostałam, choć gram już tylko „donosicielkę” - donoszę do stołu i zabieram ze stołu. Na początku „Plebania” była bardziej rodzinna, moja postać była ważna - były córki, zięciowie, ich sprawy… To mi bardzo odpowiadało. Były mądre rozmowy z moim proboszczem, któremu jako stara kobieta mogłam coś doradzać. A teraz to wszystko jest jakoś rozmyte, nijakie… Niemniej jednak „Plebanii” bardzo dużo zawdzięczam.

- Środowisko aktorskie nie kryje się z prorządowymi sympatiami, za to dość namiętnie krytykuje opozycyjny PiS. Jak Pani sądzi, dlaczego?

- Moim zdaniem, wynika to w dużej mierze z jakichś kompleksów, które powodują, że większość moich znakomitych kolegów podporządkowuje się regułom tzw. salonu warszawskiego, przeciwko któremu ja zawsze protestowałam i który zawsze mnie śmieszył… Najgorsze jest to, że coraz trudniej znajduję z nimi wspólny język, a jakakolwiek dyskusja na ważne tematy staje się coraz mniej możliwa. Gdy mówiłam, że głosowałam na Lecha Kaczyńskiego, wywoływałam zgorszenie i zdumienie… Zazwyczaj padało bardzo intelektualne uzasadnienie tego zgorszenia: to przecież Kaczor! Taki jest ten nasz warszawsko-artystyczny salon. Razi mnie, wprost mierzi, ten blichtr, to bezmyślne snobowanie się, ta poprawność polityczna czasami granicząca z absurdem.

- No to jest Pani wytykana palcami jako ciemnogród!

- A tak! I mało mnie to obchodzi. Skrytykowałam to przed kamerami w rozmowie z panem Janem Pospieszalskim, którego spotkałam na Krakowskim Przedmieściu w owych pierwszych dniach po tragedii smoleńskiej, i wtedy dopiero się zaczęło…

- …dostała Pani cięgi za udział w filmie „Solidarni 2010”.

- Tak. Ale przy tej okazji najbardziej przeraził mnie właśnie ten stan umysłów w moim środowisku. Każdy ma prawo do krytyki, ale niechże ona będzie oparta jeśli nie na wiedzy, to przynajmniej na refleksji! Tę naszą „Plebanię” kręcimy już 11 lat i niewątpliwie poza pracą i zarobkowaniem coś nas łączy, lubimy się i dużo rozmawiamy… Dziwi mnie jednak to, że koledzy z planu z jakichś powodów nie komentują ważnych dla kraju wydarzeń. W najciemniejszych latach stanu wojennego takie polityczne milczenie było nie do pomyślenia. A teraz szczytem zaangażowania politycznego są tylko niewybredne dowcipy o Kaczyńskich.

- Jak Pani na nie reaguje?

- Nie milczę, rzecz jasna, i protestuję. Zazwyczaj mówię: bardzo proszę, opowiadajcie sobie takie dowcipasy, ale nie przy mnie, a poza tym, mnie to obraża.

- Wie Pani, że taki protest na salonach wymaga dużej odwagi cywilnej. Naraża się Pani!

- Wiem, ale uważam, że nie powinno się milczeć, gdy obrażają kogoś, kogo cenię. Zadziwia mnie, że tych ludzi nic nie obchodzi, a co najwyżej tanie dowcipy, co jutro gramy, kiedy wypłata, a głównie to, żeby nikomu się nie narazić… A ja rzeczywiście wychodzę na taką zołzę, która się ciągle użera… Nawet byłam kiedyś zaatakowana przez młodą koleżankę, że według niej obrażam Polskę.

- Jak to!?

- Tak to, że właśnie we wspomnianym filmie powiedziałam, co sądzę o salonie warszawskim, o dwulicowości… Rzeczywiście, miałam z tego powodu sporo nieprzyjemności natury towarzyskiej. Zdając sobie z tego sprawę, twórcy filmu potem mnie przepraszali za te „niedogodności”, a ja im publicznie podziękowałam, że dali mi szansę takiej wypowiedzi. I to także spotkało się ze zgorszeniem salonowego środowiska…

- Czuje się Pani towarzysko i zawodowo bojkotowana?

- Szczerze powiedziawszy, nie zwracam na to uwagi, jestem osobą niezależną, emerytką. Nie celebrytką, tylko emerytką! Jednak niezbyt miłe jest to, że przyjaciele, którzy kiedyś przyjeżdżali na tę moją wieś, spali, jedli, popijali wódeczkę, grali w brydża, teraz stwierdzili, że poszłam do Pospieszalskiego dla pieniędzy… Miałam telefony anonimowe z pytaniem: „Ile pani za to zapłacili?”…

- A nikt nie nazwał Pani jeszcze „moherem”?

- Tak wprost, to nie, ale może tak o mnie myślą i mówią zaocznie. Niech sobie myślą, niech mówią! Co miesiąc w rocznicę katastrofy smoleńskiej czytam lekcje w czasie Mszy św. w katedrze warszawskiej i widzę, jak wielu tam młodych ludzi, często z biało-czerwonymi flagami. Oni także są „moherami”? A te wytworne i zadbane panie, które przychodzą tam co miesiąc? Także są „moherami”?

- O czym rozmawia Pani ze swymi kolegami po fachu i z przyjaciółmi?

- O sprawach czysto zawodowych, o pogodzie, o komarach… Smutne jest to, że wykruszają się te nasze koleżeństwa właśnie dlatego, że nie ma już o czym rozmawiać. Nie można rozmawiać o sprawach naprawdę ważnych, choćby o tym, że gnębi się ludzi i wyrzuca z pracy za prawdę, że poeta nie może przypominać faktów i wyrażać swojej opinii… Odnoszę wrażenie, że wielu z moich kolegów nie chce tego rozumieć albo udaje, albo naprawdę nie dostrzega tego nawrotu do klimatu stanu wojennego. Tylko że wtedy wszyscy byliśmy razem…

- Jak środowisko aktorskie przyjęło Pani decyzję o starcie w wyborach parlamentarnych?

- Miałam kilka nieoczekiwanie sympatycznych telefonów, przede wszystkim od przyjaciół ze Stanów, z Anglii, ale większość moich tutejszych przyjaciół na ogół pomija tę sprawę grzecznym milczeniem. Trochę mnie to bawi, a trochę szkoda mi tych ludzi - są tacy jacyś zastraszeni, boją się szczerze rozmawiać o polityce…

- Jak Pani to sobie tłumaczy?

- No właśnie, zupełnie nie umiem sobie tego wytłumaczyć. Może nie potrafią, bo nie mają argumentów i wolą milczeć. Zastanawiam się nad tym często, analizuję zachowania bliższych i dalszych kolegów i nadziwić się nie mogę. Naprawdę rzadko zdarza się, żeby ktoś tak wprost zaatakował mnie za moje poglądy, choć widzę, jak brutalnie potrafią atakować innych, najchętniej jednak zaocznie, na odległość. Wtedy ci kulturalni ludzie potrafią być agresywni i nietolerancyjni.

- Dlaczego zdecydowała się Pani kandydować do parlamentu?

- Gdy prezes PiS zwrócił się do mnie z propozycją kandydowania do Senatu z listy tej partii, w pierwszym odruchu powiedziałam, że jestem za stara… Po przemyśleniu jednak doszłam do wniosku, że jeśli się mogę jeszcze przydać po to, aby cokolwiek zdziałać, choćby w małych sprawach, to nie powinnam kapitulować. Uważam, że w Polsce bardzo potrzebna jest właśnie teraz żmudna, pozytywistyczna praca. Tak się składa, że wszędzie poza tym naszym artystycznym salonem spotykam ludzi myślących podobnie jak ja. A więc - może jednak powinnam działać właśnie dla tych ludzi?

- Co by Pani chciała zdziałać w polityce?

- Chciałabym, żeby spełniły się słowa piosenki Janka Pietrzaka: „żeby Polska była Polską”.

- Co to znaczy?

- Chodzi mi o małe, ale ważne sprawy, np. żeby nie zamykać małych sklepów, bo bez nich życie w miastach jest naprawdę trudne.
Tu wszędzie je pozamykano, bo pani prezydent nałożyła wysokie czynsze… i w śródmieściu Warszawy starsze panie nie mają gdzie kupić ziemniaków… Nie ma szewca, dobrego krawca, bo uznano, że to niepotrzebne. Wszystko, co było nasze, tutejsze, zostało zlikwidowane… Nagle Polska oszalała, że musi jeść sushi, a jak się chce zjeść przyzwoite polskie danie, to trzeba długo szukać… Wszędzie banki albo SPA... Martwi mnie to, że zanika czystość polskiego języka, że polskie szkoły oduczają samodzielnego myślenia i zabijają wyobraźnię. I dlaczego filmy dla dzieci są pełne agresji!? Dlaczego nie szanujemy polskości, tradycji, kultury!? Co się stało z naszymi teatrami? Czy np. Teatr Polski nie ma lepszych pomysłów artystycznych i koniecznie musi wystawiać Szekspira w bikini? Przeraża mnie, że ludzie w moim kraju się nie śmieją, tylko rechocą, że wmawia się im, iż takiej byle jakiej kultury sami chcą! To nieprawda!

- Mówi Pani jak błędny rycerz.

- Jak „moher”! Wierzę w Boga i wierzę, że On czuwa i że coś wreszcie się u nas zmieni. Wierzę, że większość ludzi jednak podziela te moje małe marzenia.

Polskie małżeństwo członkami watykańskiej dykasterii

2019-07-18 17:12

Rozmawiała Marta Mastyło / Kraków (KAI)

Choć pochodzimy z różnych światów, jesteśmy rodziną. Łączymy to, co pojedynczo zdarza się w innych rodzinach. Chyba właśnie to spodobało się w nas papieżowi Franciszkowi - mówi dr Aleksandra Brzemia-Bonarek, która wraz ze swoim mężem, dr. Piotrem Bonarkiem, powołani zostali na członków watykańskiej Dykasterii ds. Świeckich, Rodziny i Życia. Ekspertka opowiada o swoim małżeństwie, wychowaniu piątki dzieci i zadaniach, jakie małżonkom stawia w nowej posłudze Ojciec Święty.

Grzegorz Gałązka

Marta Mastyło (UPJPII): Została Pani z mężem powołana do Dykasterii ds. Świeckich, Rodziny i Życia. Co przyczyniło się do tego, że Ojciec Święty Franciszek właśnie Państwu powierzył tę funkcję?

Dr Aleksandra Brzemia-Bonarek: Razem z mężem otrzymaliśmy informację we wrześniu ubiegłego roku. Zadzwonił telefon z Rzymu, żeby nas przygotować, zanim o fakcie dowiedzielibyśmy się z prasy. Później otrzymaliśmy dokument podpisany przez Sekretarza Stanu.
Ja nawet nie wiedziałam, że jestem wśród osób nominowanych do tej funkcji, cała ta procedura była objęta tajemnicą, nie mam pojęcia skąd taki wybór. Ale co ważne – jako małżeństwo jesteśmy członkiem dwuosobowym. Wśród członków dykasterii są trzy pary małżeńskie i mamy działać jako para, oprócz nas są jeszcze członkowie indywidualni.

- UPJPII: Porozmawiajmy więc o Pani rodzinie, małżeństwie, życiu zawodowym. Wspólnie poszukajmy odpowiedzi, co mogło sprawić, że dokonano w Watykanie takiego a nie innego wyboru?

- Jestem związana z Uniwersytetem Papieskim Jana Pawła II w Krakowie od 2007 roku, czyli od mojego doktoratu, ale etatowo zatrudniona zostałam w 2011 r. Jestem prawnikiem kanonistą, skończyłam Uniwersytet Kard. Stefana Wyszyńskiego w Warszawie w zakresie dwóch kierunków – prawa i prawa kanonicznego, mam dwa dyplomy. Początkowo pracowałam jako adwokat kościelny przy sądach metropolitalnych w Katowicach i w Krakowie. A od 2010 roku jestem obrońcą węzła małżeńskiego przy Sądzie Metropolitalnym w Krakowie. Tutaj pracuję też w katedrze kanonicznego prawa procesowego na Wydziale Prawa Kanonicznego.
W wieku 25 lat wyszłam za mąż, mój mąż jest biochemikiem fizycznym, pracownikiem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Osiedliliśmy się tutaj w Krakowie ze względu na naukowy charakter pracy męża na uniwersytecie. W trakcie 19 lat małżeństwa porodziły nam się dzieci: mam 18-letniego Pawła, 16-letniego Filipa, który jest dzieckiem niepełnosprawnym, ma autyzm i niepełnosprawność intelektualną, później urodziły się dziś 10-letnia Krysia, 5-letni Jaś i 10-miesięczny Marcin.
Nie udzielam się w parafii, nie należę do żadnej grupy charyzmatycznej, nigdy nie byłam w oazie. Dlatego nie w naszej aktywności wspólnotowej należy szukać wytłumaczenia.

- UPJPII: Szukamy dalej… Może dla wielu osób, które Państwa znają, stanowicie po prostu jakiś wzór rodziny.

- My na pewno nie jesteśmy rodziną specyficzną, choć mamy dzieci więcej niż statystycznie. Mamy niepełnosprawnego syna, a to bardzo zmienia sposób funkcjonowania naszej rodziny, ponieważ musimy pod niego różne rzeczy ustawiać, on jest taką osią. On potrzebuje naszej opieki, jak również opieki swojego rodzeństwa.
Często jestem pytana o czym z mężem rozmawiamy, co nas łączy, bo prawnik kanonista i biochemik fizyczny to są absolutnie dwa różne światy, dwie metodologie itd. Ja nie do końca rozumiem to, czym zajmuje się mój mąż, w sensie naukowym, mnie to po prostu matematycznie przerasta. Natomiast pochodzimy z podobnych środowisk, obydwoje z Górnego Śląska i wartości charakterystyczne dla tego regionu są nam wspólne.
Myśmy się znali wcześniej z widzenia, ale poznaliśmy się dopiero na studiach, a konkretnie w pociągu. Ja jeździłam z Warszawy, mąż z Krakowa, ale z Katowic do rodzinnej miejscowości podróżowaliśmy już tym samym pociągiem.

- UPJPII: Wsiedliście do tego jednego pociągu i udaliście się we wspólną podróż przez życie. Czy są jakieś reguły, normy niezachwiane, jeżeli chodzi o rodzinę, w kwestiach wychowania dzieci?

- Ja jestem zwolennikiem rodziny różnopłciowej. Mężczyzna i kobieta tworzą rodzinę i inne „konfiguracje” są dla mnie po prostu sprzeczne z biologią, która w sensie ewolucji nas przecież determinuje. Zatem nie zgadzam się na to, aby osoby tej samej płci mogły adoptować dzieci. Drugą kwestią jest trwałość rodziny, w czym pomaga sformalizowanie związku. Myślę, że to publiczne określenie się bycia mężem i żoną daje bardzo solidną podstawę do tego, aby wziąć za rogi te obowiązki i te przyjemności, które się z tym łączą i próbować na tym bazować.
Oczywiście najlepiej, jeśli deklaracja życia wspólnego dla wierzących odbywa się w formie religijnej, ale w przypadku, gdy niektórzy nie mogą, to myślę także o wyłącznie cywilnych związkach. Widzę to na podstawie mojego doświadczenia z sądu kościelnego, że rzeczywiście w tych związkach, które są niesformalizowane, zawsze istnieje ta łatwiejsza możliwość „wyjścia z piaskownicy”, o wiele trudniej to zrobić, gdy się jest zorganizowanym w tej komórce podstawowej jaką jest małżeństwo, także to cywilne. Małżeństwo, czy to cywilne czy to kanoniczne, takie instytucjonalne, daje duże prawdopodobieństwo trwałości, o wiele większe niż związki nieformalne, jak na przykład konkubinaty.

- UPJPII: Jeżeli chodzi o wychowanie dzieci, zgadzacie się absolutnie we wszystkim? Macie pięcioro dzieci, przy czym każde z nich ma na pewno inny charakter, inną wrażliwość.

- Nie chciałabym jakoś laurkowo naszego małżeństwa pokazywać, ale wychowujemy dzieci w wolności „do”, a nie w wolności „od”. Staramy się traktować je podmiotowo, uwzględniając ich autonomię już od samego początku, już od etapu niemowlęctwa. Jak mały nie chce jeść kaszki, to nie musi, ale musi zjeść coś innego w miejsce kaszki. To funkcjonuje na takiej samej zasadzie odpowiednio w przypadku dzieci starszych. Ale wolność nie znaczy, że dzieci mogą robić wszystko, obowiązki w domu muszą być, ale te obowiązki muszą być naszymi obowiązkami wspólnymi. To nie jest tak, że ja wymagam od moich dzieci, by poszły w niedzielę do kościoła, a ja nie idę, bo wtedy przestaję być dla nich wiarygodna.
Jest jedno dziecko, które praktycznie nie ma żadnych obowiązków, to niepełnosprawny w stopniu znacznym Filip. Obowiązkiem moich dzieci jest w pewnym stopniu dbać o brata, ale równocześnie nie chcę ich obciążać nim na tyle, żeby czuły się przytłoczone faktem, że są w rodzinie z dzieckiem niepełnosprawnym, bo i tak jest im wiele rzeczy odbieranych właśnie przez to, że Filip ma pewne swoje stereotypy, zachowania i ograniczenia w kontaktach ze społeczeństwem. Np. na wakacje jeździmy do spokojnych, znanych mu miejsc, a zwiedzanie miast jest niemożliwe do realizacji.
Nie mam recepty na to, jak należy wychowywać dzieci. Myślę, że każda mama to wie intuicyjnie. Każda rodzina jest inna, nigdy nie podjęłabym się bycia osobą, która miałaby być jakimś wyznacznikiem. Nie czuję się profesjonalistką, chociaż jestem matką wielodzietną. Nasze dzieci też są różne, każde z nich urodziło się na innym etapie małżeństwa, pracy zawodowej; jedne w bloku, inne już w domu. Starsze się bawiły na placu zabaw pomiędzy blokami, a młodsze mają swój ogródek. To wszystko ma wpływ na wychowanie, na to jak się rozwijają.

- UPJPII: A sferę duchową należy pielęgnować razem?

- W zależności od osobistych zdolności i uwarunkowań. Nie ma dla wszystkich tej samej recepty.
Ja jestem człowiekiem ekstrawertycznym, mój mąż jest raczej introwertyczny. Taki człowiek, któremu bliższa jest praca w laboratorium. Nie lubi wielkich wystąpień publicznych, choć lubi wykładać, ale wystąpienia publiczne nie są jego żywiołem. My wszyscy w rodzinie jesteśmy nazbyt różnorodni. Np. 10-letnie dziecko jest głodne w danym momencie, Filip, ten niepełnosprawny, jest głośny, trudno nam byłoby w jednym czasie uklęknąć do wspólnego różańca. Natomiast kwestie wiary rozwiązuje się poprzez liczne rozmowy z dziećmi.
U nas nie ma tak, że „Pan Jezus jest w kościele”, a poza tym toczy się jakieś inne, normalne życie. Dla nas te sfery sacrum i profanum przenikają się ze sobą. Uważamy, że Pan Bóg jest obecny w naszej codzienności i dla nas cały czas ma miejsce ten cud stwarzania świata w postaci chociażby kwitnienia kwiatów, poprzez wszystko co się wokół dzieje.
Naszym dzieciom zwracamy na to uwagę właśnie w kontekście tego Bożego stworzenia. Mój syn najstarszy jest i jakoś nie ma w nim żadnej fazy buntu przeciwko religii. Lubię z dziećmi porozmawiać, na przykład o czym była mowa na kazaniu. Rozmowy teologiczno-religijne powinny być częścią życia każdego inteligenta, ponieważ mamy życie duchowe i powinniśmy je w sobie rozwijać.
Choć pochodzimy z różnych światów, jesteśmy rodziną. Łączymy to, co pojedynczo zdarza się w innych rodzinach. Chyba właśnie to spodobało się w nas papieżowi Franciszkowi. Myśmy się „skompresowali” i może stąd właśnie na nas padł wybór.

- UPJPII: To istotne, by mama i tata mówili jednym głosem?

- Tak. W sprawach kluczowych dzieci muszą mieć fundament solidny, żeby się czuły bezpieczne. Więc musimy w sprawach najważniejszych mówić jednym głosem. Dobrze jest to sobie ustalić wcześniej i oczywiście nie w ich obecności. Nie jest dobrze, gdy dzieci dostają z różnych stron inny przekaz. One do pewnego momentu potrzebują bardzo jasnego stanowiska. Odcienie szarości poznają z czasem, jak są coraz starsze, do tego też ich trzeba przygotować. Świat nie jest czarno-biały, ale warto mieć czarno-białe ideały, bo one pozwalają mieć ten kompas później.

- UPJPII: Dotknęliście już Państwo tego, czego wymaga od was nowa funkcja?

- Byliśmy na pierwszym spotkaniu w dykasterii. Pojechaliśmy z mężem i z dwójką naszych dzieci. Przedstawiliśmy się sobie.
Dykasteria mieści się na Zatybrzu w bardzo dużym czteroskrzydłowym budynku. W kwietniu trwały tam jeszcze takie ostatnie szlify remontowe przed listopadem, kiedy odbędzie się pierwsze zebranie plenarne wszystkich członków dykasterii. Będzie w nich uczestniczyć papież Franciszek. Mają trwać trzy dni. Odbywają raz do roku. To są takie nasze obowiązkowe spotkania, kiedy musimy pojechać do Rzymu.
Oprócz tego odbywają się jeszcze spotkania robocze, ich częstotliwość jest już kwestią bardziej indywidualną. Wiadomo, że te osoby, które mieszkają bliżej, będą na nich częściej. Prefekt dykasterii kard. Kevin Farrell bardzo ceni sobie nowinki technologiczne. Stąd, gdy poszliśmy do tej dykasterii, to mimo remontu, widać było jak nowoczesne jest to miejsce. Każdy z pokoi jest zaopatrzony w ergonomiczne meble i we wszystko co potrzebne do robienia telekonferencji. Pokoje, w których odbywać się będą dyskusje i rozmowy, są już przygotowane dla tłumaczy kabinowych. Wśród świeckich członków dykasterii, pochodzących przecież z różnych krajów, dominuje język angielski.
Członków dykasterii jest kilkudziesięciu. Są to księża, a pośród nich kilku biskupów, są też siostry zakonne, osoby z laikatu, poszczególne osoby świeckie i trzy małżeństwa. Jeżeli chodzi o Polaków, to jesteśmy jedyni w tym gronie. Dwie pary są z Europy, a jedna z Azji.
W ogóle ta dykasteria to bardzo umiędzynarodowiona instytucja. Pracownicy pochodzący z różnych państw w większości mieszkają we Włoszech, ale w pracy wspomagają nas jeszcze konsultorzy, są to osoby wyróżniające się jakąś szczególną wiedzą w danym zakresie. Nie są oni stałymi pracownikami dykasterii, ale są wzywani w sytuacjach, gdy potrzebna jest ich ekspercka opinia. Wśród nich też są zarówno duchowni jak i osoby świeckie, także w małżeństwie, jak i samotne.

- UPJPII: Jak wyglądało to pierwsze spotkanie?

- Pokazano nam zakres spraw, które zostaną nam przekazane do zapoznania się. To są takie jakby programy badawcze, którymi przez najbliższych 5 lat ma zająć się dykasteria.

- UPJPII: Dykasteria jest w jakikolwiek sposób decyzyjna, czy po prostu wydaje opinie, z którymi można, ale i niekoniecznie trzeba się liczyć?

- Dykasterie i kongregacje to są jakby takie ministerstwa przy papieżu. Dykasteria to organ wykonawczy i opiniujący dla papieża, pamiętajmy przecież, że w Kościele nie ma demokracji, tylko hierarchia.
Działalność dykasterii można było niedawno zauważyć w sytuacji starań o ocalenie Vincenta Lamberta, Francuza, który w stanie minimalnej świadomości przeżył 11 lat. O jego życie walczyli jego rodzice, episkopat Francji, a także sam papież Franciszek i właśnie dykasteria.

- UPJPII: Proszeni o opinie musicie robić jakieś badania, czy opieracie się państwo głównie na własnej wiedzy i doświadczeniu? Zastanawia mnie, ile czasu będziecie musieli państwo poświęcić temu zadaniu?

- Dlatego kardynał tak szpikuje te pomieszczenia dykasterii różnymi urządzeniami technicznymi, gdyż jest bardzo praktyczny i chciałby te nasze wyjazdy do Rzymu ograniczyć do minimum, a żebyśmy się przede wszystkim kontaktowali z nim i z jego pracownikami za pomocą telekonferencji. Tak w większości będą wyglądać nasze spotkania. Byliśmy pytani, czy możemy mieć w domu szerokopasmowy internet, abyśmy mogli się porozumiewać nie tylko z nim, ale także z innymi równolegle. Ja byłam pod wrażeniem tej nowoczesności, przy zachowaniu wszystkich wymogów architektonicznych.

- UPJPII: Ucieszyła się Pani otrzymaną nominacją, czy przestraszyła kolejnego obowiązku?

- Gdy powiedział mi o tym zaprzyjaźniony ksiądz profesor, to poprosiłam go, żeby sobie tak nie żartował. Mój mąż nazywa siebie accidental member, przypadkowym członkiem. On się zdziwił najbardziej. Ale dostaliśmy takie sygnały, że Ojcu Świętemu chodziło o to, aby wśród członków znalazły się takie osoby, które prawdziwie żyją, w rzeczywistym świecie, który być może dla części duchowieństwa pozostaje zupełnie nieznany. Nie byliśmy z klucza, z ludzi którzy krążą cały czas po orbicie probostwa i szkółki parafialnej, szczególnie mój mąż żyje w realiach środowiska, które jak przychodzi w niedzielę do kościoła to jest dobrze.

- UPJPII: Macie taką świadomość, że będziecie mieć wpływ na losy świata w tych dziedzinach, którymi zajmuje się dykasteria?

- Jeżeli dostanę jakieś zadanie, to je będę musiała wykonać najlepiej jak potrafię, ponieważ może to być jedyna okazja, żeby przedstawić coś, co może być później tym kamykiem do ogródka zmian.
Obliguje mnie to do bardzo rzetelnej i obiektywnej pracy, bo Ojciec Święty pewnie będzie oczekiwał od nas rzeczywistego pochylenia się nad sprawą. On nie chce, żeby to były komplementy, nie chce pochlebstw, mówienia, że wszystko jest w porządku, wszystko ładnie. Wymaga analizy jakiegoś zagadnienia. Być może dlatego nasza metodologia naukowa była papieżowi potrzebna.

- *** Małżonkowie są pracownikami naukowymi: Aleksandra – Wydziału Prawa Kanonicznego Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II, Piotr – Wydziału Biochemii, Biofizyki i Biotechnologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Są rodzicami pięciorga dzieci.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

USA: batalia o tożsamość szkół katolickich

2019-07-21 20:22

vaticannews / Indianapolis (KAI)

Osoba żyjąca w homoseksualnym związku nie może być częścią kadry mającej formować młodzież w katolickich szkołach. Zatrudnianie człowieka postępującego niezgodnie z nauką Kościoła o małżeństwie, godzi w katolicką tożsamość. Stanowisko to wyraziła archidiecezja Indianapolis w Stanach Zjednoczonych, na której czele stoi abp Charles C. Thompson.

ontrastwerkstatt/fotolia.com

Działania ordynariusza archidiecezji spotkały się z krytyką również w środowiskach katolickich. Jak podają ostatnie statystyki Centrum Badawczego Pew, ponad 60 proc. osób uważających się za katolików, popiera tzw. małżeństwa jednopłciowe. „Prawda nie jest determinowana opinią większości” – powiedział abp Thompson. „Kościół od 2 tys. lat naucza, że małżeństwo z natury jest zaplanowane przez Boga jako związek jednej kobiety i jednego mężczyzny” – dodał hierarcha.

Medialnego impetu nabrała natomiast sprawa Laytona Payne-Elliotta, który po 13 latach pracy został zwolniony z katedralnego liceum. Pozwał on archidiecezję za dyskryminację i ingerencję w kontrakt nauczycielski. Z kolei jego partner, z którym wziął cywilny ślub, wbrew woli biskupa, zachował posadę nauczyciela w innej katolickiej szkole. Prowadzona przez jezuitów Brebeuf Preparatory School, według abp Thompsona, utraciła tym samym swój katolicki status. Władze szkoły uważają jednak taki stan rzeczy za nieuprawniony i zerwały formalną współpracę z archidiecezją.

Archidiecezja Indianapolis od dwóch lat wymaga, aby w kontraktach nauczycielskich znajdował się zapis, że osoby podejmujące pracę w placówce katolickiej są zobowiązane do zachowywania nauczania Kościoła. Na terenie archidiecezji jest prawie 70 szkół, w których w zakończonym niedawno roku szkolnym uczyło się 23 tys. uczniów. Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych stwierdził, że organizacje religijne dla swoich nauczycieli, doradców zawodowych i innych pracowników, mają prawo definiować jakie postępowanie jest nieakaceptowalne i przeciwne temu, co mówi ich religia.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem