Reklama

Niedziela bez Mszy Świętej?

Mateusz Wyrwich
Niedziela Ogólnopolska 35/2011, str. 18-20

Mateusz Wyrwich
W Muzeum Księdza Jerzego Popiełuszki w Warszawie

Już od tygodnia trwały strajki w wielu regionach kraju, zanim w ostatnich dniach sierpnia dołączyła do nich załoga z Huty Warszawa. Ale huta i tak znajdowała się wśród pierwszych zakładów stolicy, które zastrajkowały. Już w lipcu zatrzymano jeden z wydziałów, postulując podwyżki płac. Pracownicy otrzymali podwyżki i wrócili do pracy. Zastrajkowali ponownie pod koniec sierpnia, solidaryzując się z Wybrzeżem

Huta Warszawa powstała na skraju miasta w 1954 r. Była uważana za jeden z bardziej sztandarowych zakładów stolicy. W języku nomenklatury partyjnej znaczyło to, że kierownictwo PZPR mogło w każdej chwili liczyć na załogę. Czy to podczas propagandowych czynów społecznych, akcji żniwnych, czy też podczas rozpędzania pałkami studentów Uniwersytetu Warszawskiego w marcu 1968 r. W hucie bowiem do PZPR należał największy odsetek załogi: ponad jedna czwarta na osiem i pół tysiąca pracowników. Także stąd wywodzili się najbardziej aktywni działacze partyjni - członkowie osławionego ORMO, czyli Ochotniczej Rezerwy Milicji Obywatelskiej. W sierpniu 1980 r. aktyw partyjny sądził więc, że załoga nie podejmie strajku. Wręcz odwrotnie: potępi inne zakłady. Tak się jednak nie stało. Do Komitetu Strajkowego dołączyli również partyjni.

Solidarnie z Wybrzeżem

- Nie chcieliśmy zostawić Wybrzeża na pastwę losu, tak jak to się stało w 1970 r. Postanowiliśmy przyjść strajkującym z pomocą. Nasz strajk w sierpniu 1980 r. zorganizowały trzy osoby - Jan Gutowski, Jan Szponder i ja - wspomina Seweryn Jaworski, który wówczas pracował na wydziale „W 48”. Później pełnił funkcję przewodniczącego Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność” i zastępcy szefa regionu Mazowsze. - Miałem klucz do pomieszczenia, gdzie było nagłośnienie wydziału. Było to na drugiej zmianie 27 sierpnia. Odczytałem z kartki krótkie wystąpienie. Powoływałem się w nim na postulaty Wolnych Związków Zawodowych, których u nas nie było. Chciałem się jednak jakoś wesprzeć ich autorytetem. Zresztą nawoływałem właśnie m.in. do tego, aby je założono. Domagałem się też transmisji Mszy św. w radiu i nierepresjonowania strajkujących w Polsce. Odwołałem się także do postulatów ze Stoczni Gdańskiej, ale nie do wszystkich, bo Radio Wolna Europa było zagłuszane, odwoływałem się więc tylko do tych, które usłyszałem. Nie mieliśmy jeszcze wtedy kontaktu ze stoczniowcami. Byłem w wielkich nerwach. Natychmiast spaliłem kartkę, którą odczytałem. Ale zaraz zaczęli przychodzić do mnie ludzie z innych wydziałów, m.in. Karol Szadurski, wówczas młody, partyjny inżynier. Szybko okazało się, że wszystkie wydziały przystąpiły do strajku. Odetchnąłem. Utworzyliśmy kilkusetosobowy Komitet Strajkowy. Zajęliśmy salę BHP. Dzień czy dwa dni później przyjechał do nas wicepremier i minister przemysłu ciężkiego Franciszek Kaim. Przedstawiliśmy postulaty i rozpoczęliśmy negocjacje.

Reklama

Rozpromieniona twarz księdza

W sobotę 30 sierpnia, kiedy pertraktacje zbliżały się ku końcowi, strajkujący bardziej zażądali, niż poprosili, by w niedzielę jakiś ksiądz odprawił Mszę św. Wśród żądających był Jan Marczak. - Prosili o Mszę św. nie tylko za strajkujących, ale i za nasze rodziny stojące przed bramą - wspomina tamten czas Marczak. - Bo jak to niedziela bez Mszy św.? Nie wyobrażano sobie, żeby mogło jej nie być. Znajdowaliśmy się właśnie w salce laboratorium z Jackiem Lipińskim. Padła propozycja, by nas oddelegować z Komitetu Strajkowego do poszukiwania księdza. Ale - o czym dopiero później się dowiedzieliśmy - ktoś już wcześniej poszedł szukać księży na własną rękę. Można powiedzieć, że kilku z nas wybrało się w cztery strony świata. My poszliśmy do parafii pw. Matki Bożej Królowej Pokoju, na terenie której leżała huta. Proboszczem był wówczas ks. Henryk Dreling. Powiedział nam, że nie może odprawić Mszy św., bo jest sam. Jednocześnie zaproponował, abyśmy pojechali do dziekana i on nam wskaże kapłana, który akurat będzie mógł przyjechać do huty. Wówczas dziekanem był ks. Teofil Bogucki, proboszcz parafii pw. św. Stanisława Kostki. Później mi powiedzieli, że dziekan zadzwonił do prymasa Wyszyńskiego. Prymas zaś zaproponował, żeby wyznaczyć ks. Jerzego Popiełuszkę, który był mu znany z bohaterskiej walki o Różaniec w czasie służby wojskowej.
Kiedy ks. Jerzy przyszedł do huty, była już odprawiona pierwsza Msza św. o godz. 12. Dzięki ks. Bronisławowi Piaseckiemu z sekretariatu prymasa Wyszyńskiego przyjechali do zakładu księża Stanisław Ciapała i Lucjan Kołodziej z parafii pw. Marii Magdaleny i odprawili Mszę św. Wcześniej, pod wodzą Alfreda Burakowskiego, zbudowano ołtarz nieopodal bramy głównej huty z wysokim na kilka metrów sosnowym krzyżem. Dziś znajduje się on w kościele pw. św. Stanisława Kostki. Kobiety przystroiły ołtarz kwiatami. Teren doskonale nagłośniono. Ks. Jerzy Popiełuszko widząc, że Msza św. została już odprawiona, szybko przywitał się i zasiadł na brązowym krzesełku do spowiadania.
- Kiedy przestał spowiadać, przyszedłem przywitać się z księdzem. Siedział na krześle gdzieś ok. dziesięciu metrów od bramy. Był niezwykle rozpromieniony - wspomina Seweryn Jaworski. - Jego twarz zawsze promieniała, gdy rozmawiał z ludźmi. Wówczas nie wiedziałem jeszcze, z jakiej jest parafii. Ale od samego początku została mi w pamięci ta promieniejąca twarz... Na Mszy św., którą odprawił później, widziałem natchnionego kapłana. Kazanie też było pełne natchnienia i niezwykle sugestywne. Ks. Jerzy miał bardzo dobry kontakt z ludźmi. To nie było kazanie ex cathedra, jak to się niektórym księżom zdarzało, ale było proste. Takie do ludzi. Takim go wtedy zapamiętałem.
Trzydziestotrzyletni wówczas ks. Jerzy natomiast tak opisał w swoim pamiętniku to pierwsze spotkanie z załogą Huty Warszawa: „Tego dnia i tej Mszy św. nie zapomnę do końca życia. Szedłem z ogromną tremą. Już sama sytuacja była zupełnie nowa. Co zastanę? Jak mnie przyjmą? I wtedy przy bramie przeżyłem pierwsze wielkie zdumienie. Gęsty szpaler ludzi, uśmiechniętych i spłakanych jednocześnie. I oklaski. Myślałem, że ktoś ważny idzie za mną. (...) Tak sobie wtedy pomyślałem: oklaski dla Kościoła, który przez trzydzieści lat wytrwale pukał do fabrycznych bram. Niepotrzebne były moje obawy - wszystko było przygotowane: ołtarz na środku placu fabrycznego i krzyż (...)”.
- Nie było mnie wtedy na Mszach św. na terenie huty - opowiada Karol Szadurski. - Tego dnia nasza delegacja pojechała do Gdańska i czekaliśmy w Warszawie na odpowiedź. Siedziałem więc w naszej sali BHP i wpatrywałem się w telefon. Ale doskonale zapamiętałem robotników wracających ze Mszy św. Z takim wielkim uniesieniem duchowym. Czegoś takiego później już nie widziałem... Skończył się strajk i mieliśmy mnóstwo pracy, bo załoga zgłosiła ponad dwa tysiące postulatów. I któregoś dnia, na samym początku września, w pomieszczeniach komisji zakładowej zauważyłem mężczyznę w koloratce. Pytam Marczaka: - A kto to jest? - A to jest ksiądz, który odprawiał u nas tę drugą, popołudniową Mszę św. - odpowiedział Marczak i przedstawił mnie księdzu. I tak się poznaliśmy, a niebawem zostaliśmy przyjaciółmi. Ks. Jerzy zaprosił mnie do siebie. Byłem w pierwszej grupie hutników, która go odwiedziła. Jego mieszkanie „składało się” z krzyża i biało-czerwonych flag.
- Pojechałem do ks. Jerzego z początkiem września - wspomina Seweryn Jaworski. - Siedział z grupką młodych ludzi. Grał na gitarze i śpiewał. Byli to studenci medycyny i pielęgniarki. Dowiedziałem się wtedy, że jest duszpasterzem pielęgniarek. Podarowałem mu znaczek „Solidarności”. Z wielką radością go przyjął. Znaczek miał jeszcze chorągiewkę nie nad literą „N”, jak dzisiaj, ale nad literą „D”. Rozmawialiśmy z półtorej godziny. O Polsce, o ludziach z huty. Był bardzo przejęty ciężkim losem i ciężką pracą robotników. Poprosił mnie o flagę, która wisiała na budynku BHP, czyli w miejscu, gdzie zbierał się Komitet Strajkowy. Nie potrafiłem znaleźć tej flagi, więc dałem mu tę, która wisiała przy naszej mównicy w sali BHP. Wieszał później na niej wszystkie znaczki „Solidarności”, które dostawał od ludzi. Miał ich bardzo wiele. Wtedy na koniec naszego spotkania spytał, czy mógłby poprosić hutników, aby co miesiąc przychodzili na Mszę św. za Ojczyznę. Z kolei ja zaprosiłem ks. Jerzego na posiedzenia Komisji Zakładowej. Już wówczas postrzegałem go jako patriotę i katolika. Dla niego było to nierozłączne.

Porozmawiać z ks. Jerzym

W owym czasie posiedzenia prezydium Komisji Zakładowej odbywały się bardzo często. Równolegle toczyły się negocjacje w sprawie realizacji kilkuset postulatów. Zaniedbania ze strony dyrekcji były bowiem tak ogromne, że spisano dwa tysiące postulatów. Zbierane w czasie strajku, dawały obraz warunków, w jakich pracowali hutnicy. Uczestnicząc w posiedzeniach, ks. Popiełuszko zaczął więc stopniowo poznawać ich problemy.
- Środowisko robotnicze nie było mu znane. Choć pochodził z rodziny chłopskiej, szybko stał się jednym z nas - opowiada Karol Szadurski. - Doradzał, kiedy go pytaliśmy: co ty byś zrobił w takiej czy innej sprawie? Wiosną 1981 r., podczas pierwszych wyborów NSZZ „Solidarność” w hucie, poprosiliśmy, by został naszym kapelanem. Powierzyliśmy mu również funkcję honorowego członka Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność”. Wtedy też padł postulat, abyśmy ufundowali sztandar „Solidarności”. W kwietniu bp Kraszewski poświęcił go w kościele pw. św. Stanisława Kostki. We Mszy św. uczestniczyła cała dyrekcja i Komitet Fabryczny PZPR. I była w tym olbrzymia zasługa ks. Jerzego. Przyszłego błogosławionego... Kto wiedział, że za niecałe cztery lata już nie będzie żył?
- Z inicjatywy ks. Jerzego na terenie huty odbyła się też wielka modlitwa w intencji Jana Pawła II po zamachu na niego - wspomina Seweryn Jaworski. - Ołtarz był budowany przed bramą. Modliło się tysiące hutników. Było to wydarzenie, które zebrało nie tylko ludzi z „Solidarności”, ale też partyjnych. Był również dyrektor huty Adam Żurek. Trzeba zresztą oddać mu sprawiedliwość, że generalnie nam sprzyjał. Dążył do tego, żeby polubownie załatwiać wszystkie sprawy.
- Dzięki ks. Jerzemu wtedy, w tych radosnych, a zarazem stresowych szesnastu miesiącach, ale przede wszystkim w stanie wojennym zyskaliśmy poczucie wolności osobistej. Mimo zewnętrznego zniewolenia systemem, wewnętrznie czuliśmy się wolni - stwierdza Karol Szadurski. - W czasie stanu wojennego przy ks. Jerzym czuliśmy się w kościele pw. św. Stanisława Kostki jak w wolnej Polsce. Tam się utrwalały nasze przyjaźnie. Tam rosła nasza odwaga. Uczyliśmy się patriotyzmu. Do dziś ks. Jerzy jest dla mnie żywym człowiekiem. Nie jest człowiekiem, który przestał istnieć. Nie wstydzę się tego powiedzieć, że jak mam trudne momenty, to zawsze sobie z ks. Jerzym rozmawiam.

Reklama

Dzieją się cuda

2019-06-12 09:02

Jolanta Marszałek
Niedziela Ogólnopolska 24/2019, str. 20-21

Od kilku miesięcy w parafii pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu znajdują się relikwie św. Szarbela z Libanu. I dzieją się cuda. Ludzie doznają wielu łask, także uzdrowienia. Jedną z uzdrowionych jest Barbara Koral – żona Józefa, potentata w branży produkcji lodów, i matka trójki dzieci. Cierpiała na raka trzustki, po którym nie ma śladu. 17 maja br. publicznie podzieliła się swoim świadectwem

Wikipedia

W październiku ub.r. wykryto u mnie nowotwór złośliwy trzustki – opowiada Barbara Koral. – Przeżyłam szok. Ale głęboka wiara i ufność w łaskawość Boga wyjednały mi pokój w sercu. Leżałam w szpitalu w Krakowie przy ul. Kopernika, nieopodal kościoła Jezuitów. Dzieci i mąż byli ze mną codziennie. Modliliśmy się do Jezusa Przemienionego za wstawiennictwem św. Jana Pawła II oraz św. Szarbela. Zięć Piotr przywiózł od znajomego księdza płatek nasączony olejem św. Szarbela. Codziennie odmawialiśmy nowennę i podczas modlitwy pocierałam się tym olejem. Czułam, że mając św. Szarbela za orędownika, nie zginę – wyznaje.

Przypadek beznadziejny

Operacja trwała ponad 6 godzin. Po otwarciu jamy brzusznej większość lekarzy odłożyła narzędzia i odeszła od stołu, stwierdziwszy, że przypadek jest beznadziejny. Jednak profesor po kilku minutach głębokiego namysłu wznowił operację. Usunął raka. Operacja się udała.

– Byłam bardzo osłabiona – opowiada p. Barbara – tym bardziej że 3 tygodnie wcześniej przeszłam inny zabieg, również w pełnej narkozie. Nic nie jadłam i czułam się coraz słabsza.

W trzeciej dobie po operacji chora dostała wysokiej gorączki, dreszczy. Leżała półprzytomna i bardzo cierpiała. – Momentami zdawało mi się, że ktoś przecina mnie piłą na pół. Zwijałam się wtedy w kłębek i modliłam cichutko do Pana Boga z prośbą o pomoc w cierpieniu i ulgę w niesieniu tego krzyża.

Lekarze robili, co mogli. Podawali leki w zastrzykach, kroplówkach, by wzmocnić chorą. Nic nie działało. Pobrano krew na badanie bakteryjne. Okazało się, że jest zakażenie bakterią szpitalną, bardzo groźną dla organizmu. Zdrowe osoby zakażone tą bakterią mają 50-procentową szansę na przeżycie. Chorzy w stanie skrajnego wycieńczenia są praktycznie bez szans.

Zawierzenie Bogu

– Rozmawiałam z Bogiem – opowiada p. Barbara. – Pytałam Go, czy po tym, jak wyrwał mnie ze szponów śmierci w czasie operacji, teraz przyjdzie mi umrzeć. Prosiłam z pokorą i ufnością: „Panie Jezu, nie wypuszczaj mnie ze swoich objęć. Uzdrów mnie, kochany Zbawicielu”. Całym sercem wołałam w duchu: „Jezu, zawierzam się Tobie, Ty się tym zajmij!”.

W tym czasie parafia pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu, do której należy rodzina Koralów, czekała na relikwie św. Szarbela (relikwie pierwszego stopnia – fragment kości). Przywiózł je z Libanu poprzedni proboszcz – ks. Andrzej Baran, jezuita, który był tam na pielgrzymce wraz z kilkoma parafianami. Zawieźli też spontanicznie zebraną przez ludzi ofiarę dla tamtejszych chrześcijan. Wiadomo bowiem, że św. Szarbel jest szczególnie łaskawy dla tych, którzy modlą się za Liban. Relikwie, zgodnie z pierwotnym przeznaczeniem, miały trafić do ks. Józefa Maja SJ w Krakowie. On zgodził się przekazać je do Nowego Sącza i osobiście je tam w styczniu br. zainstalował.

Interwencja św. Szarbela

– W dniu, w którym pojechałem po relikwie do Krakowa – opowiada ks. Józef Polak, jezuita, proboszcz parafii pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu – wstąpiłem do naszej WAM-owskiej księgarni, żeby nabyć jakąś pozycję o św. Szarbelu, bo przyznam, że sam niewiele o nim wiedziałem. Wychodząc z księgarni, spotkałem Józefa Korala z córką. Wiedziałem, że p. Barbara jest bardzo chora. Opowiedzieli mi, że wracają ze szpitala i że sytuacja jest bardzo poważna. Relikwie miałem ze sobą od dwóch godzin. Niewiele się zastanawiając, poszliśmy na oddział.

– W pewnym momencie usłyszałam głos męża – opowiada p. Barbara. – Bardzo mnie to zdziwiło, bo przecież był u mnie przed chwilą i razem z córką poszli do kościoła obok szpitala na Mszę św. Po chwili zobaczyłam męża i córkę. Już nie byli przygnębieni i smutni. Twarze rozjaśniał im szeroki uśmiech. Razem z nimi był ksiądz proboszcz Józef Polak. Przyniósł ze sobą do szpitala relikwie św. Szarbela...

Ksiądz wraz z obecnymi odmówił modlitwę do św. Szarbela. Następnie podał chorej do ucałowania relikwiarz. – Już w trakcie modlitwy nie czułam bólu – wyznaje p. Barbara. – Stałam się bardziej przytomna. Kiedy ucałowałam kości św. Szarbela, nie myślałam, czy to będzie uzdrowienie – ja byłam tego pewna. Nie mam pojęcia, skąd się wzięła ta pewność.

Święty kontra bakterie

– Gdy wchodziłem do szpitala – opowiada ks. Polak – wiedziałem, że na oddziale jest jakieś zakażenie. Podałem p. Barbarze relikwiarz do ucałowania. Zobaczyła to pielęgniarka. Wyjęła mi relikwiarz z ręki, spryskała go jakimś środkiem i włożyła pod wodę. „Co pani robi?” – zapytałem. „Muszę to zdezynfekować”. „Ale on nie jest wodoszczelny” – wyjaśniłem, nie wiedząc, że chodzi jej o to, by zewnętrzne bakterie się nie rozprzestrzeniały. To był koniec wizyty.

Następnego dnia rano okazało się, że na oddziale bakterii już nie było. To był kolejny „cud” św. Szarbela. Badania z krwi potwierdziły, że również chora nie ma w sobie bakterii. Lekarze w zdumieniu patrzyli na wyniki. Dla pewności powtórzyli badania.

– Byłam zdrowa – opowiada p. Barbara. – Powoli zaczęłam nabierać siły i radości życia. Cała moja rodzina i przyjaciele, którzy byli ze mną w czasie choroby, którzy wspierali mnie modlitwą i dobrym słowem, są wdzięczni św. Szarbelowi. Błogosławimy go za to, że się mną zajął, że uprosił dla mnie u Boga Wszechmogącego łaskę uzdrowienia. Bogu niech będą dzięki i św. Szarbelowi!

Wiara w orędownictwo

W parafii pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu w trzecie piątki miesiąca o godz. 18 odprawiana jest Msza św. z modlitwą o uzdrowienie, następnie mają miejsce: adoracja, błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem, namaszczenie olejem św. Szarbela i ucałowanie relikwii świętego. Wielu ludzi przychodzi i prosi o jego wstawiennictwo. Św. Szarbel jest niezwykle skutecznym świętym, wyprasza wiele łask, pokazuje, że pomoc Boga dla ludzi, którzy się do Niego uciekają, może być realna. – Nie ma jednak żadnej gwarancji, że ten, kto przyjdzie do św. Szarbela, będzie natychmiast uzdrowiony – przyznaje ks. Józef Polak. – Czasami to działanie jest inne. Łaska Boża działa według Bożej optyki, a nie naszych ludzkich życzeń. Święci swoim orędownictwem mogą ludzi do Kościoła przyciągać i to czynią, także przez cuda. Wystarczy popatrzeć, jak wiele osób uczestniczy w Mszach św. z modlitwą o uzdrowienie.

* * *

Ojciec Szarbel Makhlouf

maronicki pustelnik i święty Kościoła katolickiego. Żył w XIX wieku w Libanie

23 lata swojego życia spędził w pustelni w Annaja. Tam też zmarł.

Po pogrzebie o. Szarbela miało miejsce zadziwiające zjawisko. Nad jego grobem pojawiła się niezwykła, jasna poświata, która utrzymywała się przez wiele tygodni. Łuna ta spowodowała, że do grobu pustelnika zaczęły przybywać co noc rzesze wiernych i ciekawskich. Gdy po kilku miesiącach zaintrygowane wydarzeniami władze klasztoru dokonały ekshumacji ciała o. Szarbela, okazało się, że jest ono w doskonałym stanie, zachowało elastyczność i temperaturę osoby żyjącej i wydzielało ciecz, którą świadkowie określali jako pot i krew. Po umyciu i przebraniu ciało o. Szarbela zostało złożone w drewnianej trumnie i umieszczone w klasztornej kaplicy. Mimo usunięcia wnętrzności i osuszenia ciała zmarłego dalej sączyła się z niego substancja, która została uznana za relikwię. Różnymi sposobami próbowano powstrzymać wydzielanie płynu, ale bezskutecznie.

W ciągu 17 lat ciało pustelnika było 34 razy badane przez naukowców. Stwierdzili oni, że zachowuje się w nienaruszonym stanie i wydziela tajemniczy płyn dzięki interwencji samego Boga.

W 1965 r., pod koniec Soboru Watykańskiego II, o. Szarbel został beatyfikowany przez papieża Pawła VI, a 9 października 1977 r. – kanonizowany na Placu św. Piotra w Rzymie. Kilka miesięcy przed kanonizacją jego ciało zaczęło się wysuszać.

Od tej pory miliony pielgrzymów przybywają do grobu świętego, przy którym dokonują się cudowne uzdrowienia duszy i ciała oraz nawrócenia liczone w tysiącach.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Ruszyły zapisy na modlitewne wydarzenie „Polska pod Krzyżem”

2019-07-17 14:24

Magdalena Kowalewska-Wojtak

Organizatorzy Wielkiej Pokuty i Różańca do Granic 14 września zapraszają na górę Świętego Krzyża w diecezji sandomierskiej wszystkich, którzy chcą postawić krzyż w centrum swojego życia i Polski.

materiały prasowe

- Pragniemy zaprosić Polaków w kraju i za granicą do tego, aby wyznali wiarę w Jezusa Chrystusa, nawrócili się i postawili krzyż w centrum swojego życia. Zapraszamy do budowania społeczeństwa miłości w Polsce i Europie - mówi jeden z współorganizatorów modlitewnego czuwania Maciej Bodasiński z Fundacji Solo Dios Basta. Tłumaczy, że celem wydarzenia jest zatrzymanie tego wszystkiego, co nas frustruje i męczy, co staje się tematami pierwszych stron gazet. - Do odnowy w naszym społeczeństwie potrzeba Jezusa Chrystusa i Jego Krzyża. Chcemy przypomnieć, że początkiem naszej współczesnej cywilizacji i państwa polskiego jest Chrystus, który umarł za nas krzyżu - dodaje Maciej Bodasiński.

- Mimo osób żyjących głęboką wiarę, wśród większości katolików prawdziwy krzyż jest odrzucany. Na całym świecie atak na Kościół nabiera na sile, tracimy młodzież, coraz częściej rozpadają się związki małżeńskie, a na ulicach naszych miast dokonują się publicznie grzechy - mówi „Niedzieli” Lech Dokowicz z Fundacji Solo Dias Basta.  Organizatorzy wskazują, że duchowe zwycięstwo może przyjść tylko przez Chrystusowy krzyż. 

- Celem tego wydarzenia jest to, aby rany, które pojawiają się w Kościele leczyć przez modlitwę. Chcemy, aby jak najwięcej świeckich i kapłanów stanęło razem pod krzyżem. Przez modlitwę chcemy ożywiać życie sakramentalne w Polsce i przywracać szacunek do stanu kapłańskiego - podkreśla Maciej Bodasiński.

Wydarzenie odbędzie się w najstarszym polskim sanktuarium Relikwii Drzewa Krzyża Świętego w Nowej Słupi. Gospodarzami modlitewnego spotkania „Polska pod Krzyżem” będą Misjonarze Oblaci Maryi Niepokalanej. Organizatorzy modlitewnego czuwania chcą, aby w sanktuarium, w którym modlił się przed wyruszeniem pod Grunwald król Władysław Jagiełło, przybyło jak najwięcej Polaków .

Ze względu na ograniczoną ilość miejsc w sanktuarium na stronie internetowej www.polskapodkrzyzem.pl rozpoczęły się zapisy. Każda z zarejestrowanych osób otrzyma bezpłatną wejściówkę i indywidualny kod QR. - Jeśli okaże się, że frekwencja dopisuje, będziemy otwierać kolejne punkty modlitewne wokół Góry Świętego Krzyża - tłumaczy Maciej Bodasiński. Zaznacza, że wydarzenie ma być zachętą dla innych, aby w różnych miejscach Polski tego dnia organizowali się na modlitwie i adoracji krzyża.

Na stronie internetowej wydarzenia znajduje się mapa, gdzie poszczególne grupy, zakony czy parafie mogą zgłaszać swoją duchową łączność.- To wydarzenie ma prowadzić nas ku pokojowi i jedności oraz otwierać na działanie łaski Bożej - dodaje Bodasiński.

Teren wokół sanktuarium należy do Świętokrzyskiego Parku Narodowego. - Chcemy z wielkim jego poszanowaniem i we współpracy z władzami parku przeprowadzić to spotkanie - mówi Maciej Bodasiński. Organizatorzy podkreślają, że wydarzenie nie zagrozi przyrodzie. Posługujący wolontariusze zobowiązali się, że posprzątają teren na Łysej Górze, najpóźniej do następnego dnia. Ponadto planowana jest kampania informacyjna na temat ekologicznego charakteru świętokrzyskiego wydarzenia.

Modlitwa rozpocznie się w południe w święto Podwyższenia Krzyża Świętego, 14 września. Zaplanowano liczne konferencje i świadectwa, a także procesyjne przejście pod Krzyż. W sanktuarium będzie można wyspowiadać się. Centralnym punktem będzie Msza św., której będzie przewodniczył ordynariusz sandomierski bp Krzysztof Nitkiewicz. Spotkanie zakończy się nocnym czuwaniem modlitewnym, które potrwa do następnego dnia, kiedy to przypada  wspomnienie Matki Boskiej Bolesnej.

Wydarzenie organizuje Fundacja Solo Dias i Misjonarze Oblaci Maryi Niepokalanej. Patronat medialny nad modlitewnym spotkaniem „Polska pod Krzyżem” objął Tygodnik Katolicki „Niedziela”.

W 2016 roku Wielka Pokuta na Jasnej Górze zgromadziło ok. 150 tys. wiernych. Z kolei w organizowanym w "Różańcu do Granic" w ponad 20 przygranicznych diecezjach, gdzie znajdowało się kilkaset punktów modlitwy uczestniczyło, około miliona osób.

Magdalena Kowalewka-Wojtak

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem