Reklama

Wiemy, czego nie wiemy

Artur Stelmasiak
Niedziela Ogólnopolska 15/2012, str. 22-23

Po dwóch latach od katastrofy smoleńskiej nadal nie znamy okoliczności śmierci 96 osób, w tym najważniejszych przedstawicieli Rzeczypospolitej. Nasza wiedza jest jednak bogatsza, bo - parafrazując jednego z ojców filozofii - wiemy, czego nie wiemy

Nie trzeba być wybitnym ekspertem, by jednoznacznie stwierdzić, że śledztwo w sprawie - jak podkreślił parlament RP - największej katastrofy w powojennej historii Polski przypomina grę w chowanego. Rosjanie ukrywają najważniejsze dowody, a my próbujemy sklecić jakąś wersję na podstawie poszlak, opinii i tego, co łaskawie nam pokażą. Wystarczy tylko przejrzeć informacje w największych portalach internetowych, by stwierdzić, że sprawa smoleńska generuje skandal za skandalem.

Wzorcowe śledztwo

Przez dwa ostatnie lata jesteśmy świadkami zupełnej kompromitacji naszego państwa na arenie międzynarodowej. - Wystarczy zobaczyć, jaki sygnał poszedł w świat. Wszyscy pamiętają, że pijany polski generał zmusił pilotów do lądowania. Nikogo już później nie interesował fakt, że ten starannie wyreżyserowany medialny spektakl nie miał nic wspólnego z prawdą - mówi „Niedzieli” Krzysztof Zalewski z magazynu „Lotnictwo”.
Przywódcy zachodnich państw doskonale wiedzą, w jaki sposób nasz kraj został upokorzony przez Rosję. A przecież partner, który nie dba o tak ważną sprawę, staje się niewiarygodny również w innych kwestiach. Który inny kraj mógłby lekceważąco przejść do porządku dziennego, pozostawiając niezbadaną katastrofę, w której życie straciły najważniejsze osoby w państwie?
Po dwóch latach rządzący zachowują się tak, jakby nic się nie stało. Wszelkie głosy oburzenia są spychane na margines opinii publicznej, a ci, którzy podważają oficjalne stanowisko ustaleń tzw. komisji Millera, są wyzywani od fanatyków i odszczepieńców. Zajmowanie się smoleńskim śledztwem czy nawet zadawanie niewygodnych pytań jest dziś niepoprawne politycznie. Stało się więc to, o co dokładnie chodziło putinowskiej Rosji. - Dla nich problemem był fakt, że na terenie Federacji Rosyjskiej zginęła głowa państwa z Unii Europejskiej. Choć ich produkcji był samolot oraz niezabezpieczone i zupełnie nieprzygotowane lotnisko, to jednak wina za katastrofę nie mogła leżeć po ich stronie. Całą winą należało więc obciążyć Polaków. I jeżeli nawet jest inaczej, to i tak nie zdołamy teraz tego udowodnić. Dlatego też z punktu widzenia Rosji, śledztwo zostało przeprowadzone wzorcowo - tłumaczy Zalewski.
Inną korzyścią dla Rosji jest fakt, że po śmierci Lecha Kaczyńskiego zmieniła się polska polityka regionalna. Zupełnie zaniechano strategię przeciągania na Zachód krajów, które leżą po naszej wschodniej granicy. Zaś z drugiej strony - tajemnicze wątki śledztwa sprawiły, że do przywódców Europy Środkowej i Wschodniej poszedł mocny i niejednoznaczny sygnał. Jeżeli nawet nie był to zamach, to Rosji częściowo zależy na tym, by niektórzy tak właśnie myśleli lub po prostu nie byli pewni, co tak naprawdę stało się w Smoleńsku. Budowanie strachu jest bowiem skutecznym instrumentem uprawiania polityki, którą od wieków w Europie Środkowej stosuje Rosja.

Czego boi się rząd?

Wnikliwe prowadzenie śledztwa może być niekorzystne dla rządu Donalda Tuska jeszcze z jednego powodu. Nie od dziś bowiem wiadomo, jak działają rosyjskie służby specjalne. Oprócz zacierania śladów katastrofy, możemy być niemal pewni, że zbierali również haki na polski rząd. Z wielkim prawdopodobieństwem, które graniczy z pewnością, możemy przypuszczać, że Putin zdobył informacje kompromitujące ekipę Tuska. Rosja może więc pośrednio wpływać na niektóre decyzje polskiego rządu, bo przecież kontrolowany przeciek z Moskwy znów może wywołać w Polsce medialną i polityczną burzę.
Niektóre z takich kompromitujących informacji mogły zostać zebrane np. w pierwszych dniach po katastrofie. Przecież do dziś niejasne pozostaje, w jakim trybie przyjęto np. konwencję chicagowską i dlaczego Tusk zrezygnował ze wspólnego śledztwa, które proponował mu prezydent Miedwiediew. Podobnych złych decyzji i zaniechań mogło być więcej. Trzeba pamiętać, że Rosja nadal jest dysponentem niemal wszystkich dowodów i całej masy informacji, którymi może dowolnie sterować.
Praktyka dwóch ostatnich lat pokazuje, że każda informacja z Moskwy w sprawie Smoleńska wstrząsała polską opinią publiczną. Jeżeli nawet Rosjanie spreparują kolejne kłamstwa, to Polska znów nie będzie mogła ich obalić. Dlatego też w „interesie” Donalda Tuska jest nie tylko bronić stanowiska Rosjan, ale także dbać o to, by polskie ustalenia nie różniły się za bardzo od rosyjskich. Najlepszym tego przykładem może być raport komisji Millera, który w wielu miejscach powielił kłamstwa spreparowane przez MAK. Pozostaje również otwarte pytanie: Dlaczego premier polskiego rządu w 2010 r. tak długo bronił prowadzonego przez Rosjan śledztwa? Przecież Tusk przekonywał o pełnym zaufaniu do Moskwy, nawet wtedy, gdy wiedział, że mataczą, utrudniają śledztwo, a nawet preparują dowody. Dlaczego polscy śledczy nie dostali praktycznie żadnego wsparcia ze strony MSZ?
Część odpowiedzi na te pytania pewnie znają tylko Rosjanie. Natomiast wskazówką dla polskiej opinii publicznej powinien być miażdżący raport Najwyższej Izby Kontroli, który jednoznacznie wskazuje winę Kancelarii Premiera, MSZ, MSW oraz MON.

Reklama

Bogactwo raportów, deficyt prawdy

Po dwóch latach jesteśmy „bogatsi” o dwa raporty w sprawie katastrofy smoleńskiej. O ile dokument sporządzony przez MAK był napisany specjalnie na zamówienie Kremla, to raport tzw. komisji Millera został tak skonstruowany, by nie urazić Rosjan. W efekcie zarówno pierwszy dokument, jak i drugi powieliły manipulacje, kłamstwa i oszczerstwa. Jednym z nich była np. domniemana obecność gen. Andrzeja Błasika w kokpicie samolotu oraz to, że załoga nie wiedziała, na jakiej jest wysokości. To jednak niejedyne „nieścisłości”, które wyszły przy okazji ekspertyzy biegłych od fonoskopii oraz po opublikowaniu parametrycznych danych z czarnych skrzynek. Okazuje się, że komisja Millera więcej faktów naginała do swojej wersji zdarzeń. Manipulowała też parametrami lotu z czarnych skrzynek i polskiego rejestratora (ATM). Zagadkowy jest np. sposób synchronizacji nagrań rozmów z kokpitu z parametrami lotu. Polska komisja za „punkt”, według którego zsynchronizowano dane lotu z nagraniem dźwięków w kokpicie, przyjęła domniemany odgłos uderzenia samolotu w drzewo. - A przecież o wiele dokładniejsze są komendy generowane przez system TAWS - wskazuje Zalewski. Sygnały TAWS zapisują się zarówno w danych parametru lotu, jak i w nagraniach z kokpitu. Zamiast tego komisja Millera w prymitywny sposób przypisała zmianie jednego z parametrów lotu jeden z wybranych trzasków z całego ciągu podobnych odgłosów zarejestrowanych w kabinie pilotów.
Okazuje się, że sygnał nadawany w kabinie przez TAWS i jego rejestracja w czarnych skrzynkach parametrów lotu są rozbieżne od wersji przyjętej przez obie komisje. Według obliczeń, zapisy różnią się o 3 sekundy. Gdy w kluczowej fazie lotu samolot opadał z szybkością 8 metrów na sekundę, to owe 3 sekundy dają niebagatelną różnicę 24 metrów wysokości, które mogłyby uratować życie 96 osób. Na innej też wysokości padają odpowiednie komendy załogi tupolewa.

Obalone dowody

Upór jednego z członków polskiej komisji płk. Mirosława Grochowskiego sprawił, że dorobkiem raportu Millera stał się ważny eksperyment. - Okazało się, że wbrew temu, co nam wcześniej wmawiano, rządowy tupolew wzniósł się w autopilocie znad lotniska bez systemu naprowadzania ILS. Oznacza to, że tak samo powinien zachować się on w Smoleńsku, a piloci nie popełnili błędu - tłumaczy Krzysztof Zalewski.
Przypomnijmy więc bogatą historię przycisku automatycznego odejścia, tzw. uchod. Pierwsze wnioski po raporcie MAK były takie, że kpt. Protasiuk wykorzystał system, który nie powinien być wykorzystany na takim lotnisku jak Siewiernyj, bo było ono pozbawione systemu naprowadzania ILS. On jednak go wykorzystał i dlatego doprowadził do katastrofy. Gdy po udanym eksperymencie komisji Millera na bliźniaczym tupolewie okazało się to nieprawdą, trzeba było zaprezentować polskiej opinii publicznej jeszcze bardziej karkołomną hipotezę. Od tej pory wmawia się, że prawdopodobnie piloci włączyli „uchod”, ale go właściwie nie aktywowali. Według kolegów Protasiuka i Grzywny z byłego 36. pułku specjalnego, załoga lecąca do Smoleńska 10 kwietnia 2010 r. doskonale o tym wiedziała. Aktywowanie „uchodu” jest standardową procedurą. Zaś tłumaczenie ekspertów z komisji uważają za śmieszne.
Po upływie dwóch lat mamy zupełnie inny obraz przyczyn katastrofy, niż wmawiano nam przez wiele miesięcy. Po pierwsze - nie było żadnych nacisków na załogę ze strony Prezydenta, a gen. Błasik nie znajdował się w kabinie. Po drugie - załoga właściwie odczytywała wysokość barometryczną, a nie tak jak wskazano to w raporcie MAK i Millera, błądziła we mgle, posługując się wysokościomierzem radiowym. Po trzecie - wciśnięcie przycisku „uchod” nie było kluczowym gwoździem do smoleńskiej trumny, bo samolot powinien wznieść się w powietrze. Ze znanych dziś informacji można wywnioskować, że żaden z tych elementów śmiertelnej układanki nie ma potwierdzenia w rzeczywistości.
Jeżeli piloci wszystko robili poprawnie i tylko chcieli zejść do wysokości decyzji, to co doprowadziło do rozbicia się rządowej maszyny? - Tego nadal nie wiemy. Jeżeli przyjmiemy pozostałe dane opublikowane przez komisję Millera za prawdziwe, to najbardziej prawdopodobna może być awaria np. autopilota. Poza tym może być wiele innych okoliczności, których jeszcze nie znamy - podkreśla Krzysztof Zalewski. - Prawdziwa przyczyna katastrofy będzie praktycznie niemożliwa do udowodnienia, bo większość dowodów została celowo zniszczona.

„Jak stado idiotów”

O jakości przekazywanych do Polski dokumentów i dowodów możemy się przekonać np. na podstawie protokołów z sekcji zwłok. Dokumentacja jest nierzetelna, a w wielu przypadkach spreparowana, odbiega od stanu faktycznego ciał ofiar. - W Rosji doszło do znieważenia zwłok ofiar katastrofy. Do uchybienia czci i szacunku zmarłych - podkreśla mec. Rafał Rogalski, który był obecny przy ekshumacji i polskiej sekcji zwłok Przemysława Gosiewskiego. - Podczas sekcji znaleziono przedmioty, które nie powinny się tam znaleźć. Zostały one zaszyte w ciele.
Ciała ofiar są jedynymi materialnymi dowodami w sprawie, do których mamy dostęp. Dlatego też zastanawia postawa polskich władz, które bezprawnie zakazały otwierania trumien w kwietniu 2010 r. Przez tamtą decyzję teraz mamy powtórną odsłonę rodzinnych dramatów. Natomiast sam premier Donald Tusk mówi, że nie rozumie tych ekshumacji. - Ale widocznie jest jakaś potrzeba, która tkwi w zranionych uczuciach rodzin ofiar. Są procedury i jeśli jest to komuś potrzebne do uzyskania spokoju, to prokuratura będzie podejmowała stosowne decyzje - podkreślił Tusk.
Premiera nie interesował również fakt, że wokół lotniska - pomimo zapewnień Ewy Kopacz - przez wiele miesięcy poniewierały się fragmenty szczątków polskich ofiar. A po tym, gdy ich część trafiła do kraju, nikt nie pytał rodzin, czy zgadzają się na ich kremację i pochowanie w zbiorowej urnie. Nie interesuje go też, że fragmenty rządowego tupolewa można sobie kupić w co drugim smoleńskim garażu, o czym przekonali się samorządowcy z warszawskiego Ursynowa.
Donald Tusk od dawna przestał się interesować wyjaśnianiem przyczyn katastrofy, a wspólnie ze swoimi partyjnymi działaczami zajął się grzebaniem pamięci o tej największej tragedii w powojennej historii Polski. W efekcie tej polityki w Polsce nie można postawić żadnego pomnika ofiar katastrofy smoleńskiej, a te miejsca pamięci, które udaje się jakoś przemycić, są dewastowane, wyśmiewane i profanowane. Dokładnie tak samo jak słynny krzyż z Krakowskiego Przedmieścia.
Ekshumacja prezesa IPN Janusza Kurtyki nie była wcale - jak mówił premier - widzimisię jego rodziny. Została ona przeprowadzona na zlecenie prokuratury, wbrew woli wdowy. Biegli mają wyjaśnić wątpliwości, czy ciało prezesa zostało poddane jakiejkolwiek sekcji. Istnieje bowiem podejrzenie, że cała rosyjska dokumentacja została spreparowana. Najlepszym podsumowaniem dwóch lat śledztwa są słowa legendarnego kapelana „Solidarności” ks. Ignacego Piwowarskiego, który odprawił Mszę św. podczas powtórnego pogrzebu Janusza Kurtyki. - Całe śledztwo smoleńskie to hańba. Potraktowano Naród Polski jak stado idiotów - podkreślił ks. Piwowarski.

Watykan: w Kościele powszechnym większość księży pochodzi z Europy

2019-10-19 15:52

kg, tom (KAI) / Watykan

Prawie połowa katolików na całym świecie mieszka w Ameryce Północnej i Południowej (48 procent), podczas gdy większość katolickich księży w Europie - 42 procent. Także większość zakonnic i zakonników nadal pochodzi z Europy: 231 413 zakonnic (35,6 proc.) i 65 578 zakonników (35,6 proc.). Dane te zostały opublikowane przez agencję „Fides” z okazji Nadzwyczajnego Miesiąca Misyjnego, który Kościół katolicki na prośbę papieża Franciszka obchodzi w październiku br. Jego najważniejszym wydarzeniem będzie jutrzejszy 93. Światowy Dzień Misyjny, zwany popularnie Niedzielą Misyjną.

Ks. Waldemar Wesołowski

„Fides” publikuje szczegółowe dane z aktualnego Rocznika Statystycznego Kościoła (Annuarium Statisticum Ecclesiae) opublikowanego przez Watykan wiosną br. Katolicy stanowią ok. 17,7 proc. ogółu mieszkańców naszej planety. Prawie połowa z nich – 48,5 proc. – zamieszkuje obie Ameryki, na drugim miejscu jest Europa – 21,8 proc., następnie Afryka – 17,8, Azja – 11,1 i Oceania – 0,8 proc. W porównaniu z rokiem 2016 liczba wiernych wzrosła o 1,1 proc., ale wzrost ten rozkłada się nierównomiernie na różne kontynenty. Największy przyrost odnotowały Afryka – o 2,5 proc. i Azja – o 1,5 proc., w Ameryce, rozpatrywanej jako całość, wyniósł on niespełna 1 proc. (+0,96), podczas gdy Europa jest jedyną częścią świata, w której wzrost liczby wiernych był niemal zerowy (+0,1 proc.).

Największy odsetek wśród ludności miejscowej katolicy stanowią w obu Amerykach – 63,8 proc., na drugim miejscu, ale z dużą różnicą w punktach procentowych, jest Europa – niespełna 40 proc., następnie Afryka – 19,2 proc. i Azja – 3,3 proc. W samej Ameryce istnieje jednak duże zróżnicowanie między Północą a Południem tego kontynentu: o ile w tej pierwszej części katolicy stanowią niespełna jedną czwartą mieszkańców (24,7 proc.), to w Ameryce Łacińskiej (wraz z Antylami) wskaźnik ten wynosi 84,6 proc.

O pół procent w stosunku do 2016 zwiększyła się liczba osób zaangażowanych w różne formy apostolatu w Kościele (duchowieństwo, siostry zakonne, diakoni stali, katechiści i inni), osiągając w 2017 liczbę prawie 4,67 mln. Jednocześnie po raz pierwszy od 2010 stwierdzono spadek ogólnej liczby kapłanów: w 2017 było ich 414 582, podczas gdy rok wcześniej – 414 969. Wzrosła natomiast liczba biskupów, diakonów stałych, misjonarzy świeckich i katechistów.

Zmalała również liczba kandydatów do kapłaństwa: z 116 160 w 2016 do 115 328 w rok później, a więc o 0,7 proc. Spadek był szczególnie odczuwalny w Europie i Ameryce, wzrosła natomiast liczba seminarzystów w Afryce i Azji. Na naszym kontynencie kształciło się w omawianym okresie niespełna 15 proc. ogółu kleryków, w Azji – prawie 30 proc. (29,8), w Ameryce – 27,3 i niewiele mniej w Afryce – 27,1.

Jutro papież Franciszek odprawi w Bazylice św. Piotra Mszę św. z okazji Światowego Dnia Misyjnego, który obchodzony jest w trzecią niedzielę października. W roku 2019 przypada on 20 października, zaś cały ten miesiąc został przez papieża ogłoszony Nadzwyczajnym Miesiącem Misyjnym. Hasłem zarówno miesiąca, jak i dnia misyjnego są słowa „Ochrzczeni i posłani: Kościół Chrystusa w misji na świecie”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Konferencja: Polska między mesjanizmem, a pragmatyzmem

2019-10-19 21:00

Ks. Paweł Kłys

„Polska między mesjanizmem, a pragmatyzmem” to tytuł XIII ogólnopolskiej konferencji, która odbyła się w sobotę 19 października w auli Wyższego Seminarium Duchownego w Łodzi. Organizatorem konferencji było Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy – odział w Łodzi.

Ks. Paweł Kłys

– Dzisiejsza konferencja – mówi ks. dr Roman Piwowarczyk - to dwubiegunowe spojrzenie na relacje panujące w przestrzeni publicznej. Spojrzenie na sferę duchową - religijną i na bardziej ziemską – materialną. Zaproszeni prelegenci prezentują temat dzisiejszej konferencji na różny sposób, aby przybliżyć słuchaczom swoje spojrzenie i przekonać ich do swojej tezy. Mam nadzieję, że podczas konferencji dojdziemy do jakiejś postawy optymistycznej niosącej pokój czy jakąś nadzieję w tym świecie, który jest nieco wzburzony zarówno w aspekcie religijnym, kulturowym jak i społecznym.– dodaje organizator.

W tym roku w łódzkiej debacie wzięli udział m.in.: senator Czesław Ryszka, który w swoim wystąpieniu próbował odpowiedzieć na pytanie: „Kto z Bogiem, a kto z diabłem?”. Redaktor naczelny „Do Rzeczy” Paweł Lisicki postawił zebranym pytanie: „Czy wielkość i misja Polski opiera się na wierze?”. Choć dziennikarstwo i mariologia pozornie nie mają zbyt wiele wspólnego, to jednak światowej sławy mariolog Wincenty Łaszewski w swoim wystąpieniu zatrzymał się nad tematem: „Polska maryjność jako pragmatyczne spojrzenie na polski mesjanizm.”. W przedostatnim wykładzie ks. dr Roman Piwowarczyk ukazał: „Kościół katolicki w Polsce i w innych państwach Europy”, a red. Sebastian Karczewski wskazał na: „Pragmatyczny znak sprzeciwu”.

Dopełnieniem dzisiejszej konferencji był raport zaprezentowany przez duńskiego archeologa Henri Nissena, który przedstawi wyniki eksploracji szczytu góry Ararat. Badania specjalistów potwierdzają obecność ogromnych konstrukcji z drewna, ukrytych tam w lodowcu i rumowisku skalnym, które uznaje się za szczątki… biblijnej Arki Noego.

Konferencje organizowane przez Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy – oddział w Łodzi, organizowane są od 2006 roku, a ich inicjatorem jest ksiądz biskup Adam Lepa, biskup senior Archidiecezji Łódzkiej, który w latach 1989-1994 był przewodniczącym Komisji Episkopatu Polski ds. Środków Społecznego Przekazu i członkiem Europejskiego Komitetu Biskupów ds. Mediów (CEEM).

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem