Reklama

Wiemy, czego nie wiemy

Artur Stelmasiak
Niedziela Ogólnopolska 15/2012, str. 22-23

Po dwóch latach od katastrofy smoleńskiej nadal nie znamy okoliczności śmierci 96 osób, w tym najważniejszych przedstawicieli Rzeczypospolitej. Nasza wiedza jest jednak bogatsza, bo - parafrazując jednego z ojców filozofii - wiemy, czego nie wiemy

Nie trzeba być wybitnym ekspertem, by jednoznacznie stwierdzić, że śledztwo w sprawie - jak podkreślił parlament RP - największej katastrofy w powojennej historii Polski przypomina grę w chowanego. Rosjanie ukrywają najważniejsze dowody, a my próbujemy sklecić jakąś wersję na podstawie poszlak, opinii i tego, co łaskawie nam pokażą. Wystarczy tylko przejrzeć informacje w największych portalach internetowych, by stwierdzić, że sprawa smoleńska generuje skandal za skandalem.

Wzorcowe śledztwo

Przez dwa ostatnie lata jesteśmy świadkami zupełnej kompromitacji naszego państwa na arenie międzynarodowej. - Wystarczy zobaczyć, jaki sygnał poszedł w świat. Wszyscy pamiętają, że pijany polski generał zmusił pilotów do lądowania. Nikogo już później nie interesował fakt, że ten starannie wyreżyserowany medialny spektakl nie miał nic wspólnego z prawdą - mówi „Niedzieli” Krzysztof Zalewski z magazynu „Lotnictwo”.
Przywódcy zachodnich państw doskonale wiedzą, w jaki sposób nasz kraj został upokorzony przez Rosję. A przecież partner, który nie dba o tak ważną sprawę, staje się niewiarygodny również w innych kwestiach. Który inny kraj mógłby lekceważąco przejść do porządku dziennego, pozostawiając niezbadaną katastrofę, w której życie straciły najważniejsze osoby w państwie?
Po dwóch latach rządzący zachowują się tak, jakby nic się nie stało. Wszelkie głosy oburzenia są spychane na margines opinii publicznej, a ci, którzy podważają oficjalne stanowisko ustaleń tzw. komisji Millera, są wyzywani od fanatyków i odszczepieńców. Zajmowanie się smoleńskim śledztwem czy nawet zadawanie niewygodnych pytań jest dziś niepoprawne politycznie. Stało się więc to, o co dokładnie chodziło putinowskiej Rosji. - Dla nich problemem był fakt, że na terenie Federacji Rosyjskiej zginęła głowa państwa z Unii Europejskiej. Choć ich produkcji był samolot oraz niezabezpieczone i zupełnie nieprzygotowane lotnisko, to jednak wina za katastrofę nie mogła leżeć po ich stronie. Całą winą należało więc obciążyć Polaków. I jeżeli nawet jest inaczej, to i tak nie zdołamy teraz tego udowodnić. Dlatego też z punktu widzenia Rosji, śledztwo zostało przeprowadzone wzorcowo - tłumaczy Zalewski.
Inną korzyścią dla Rosji jest fakt, że po śmierci Lecha Kaczyńskiego zmieniła się polska polityka regionalna. Zupełnie zaniechano strategię przeciągania na Zachód krajów, które leżą po naszej wschodniej granicy. Zaś z drugiej strony - tajemnicze wątki śledztwa sprawiły, że do przywódców Europy Środkowej i Wschodniej poszedł mocny i niejednoznaczny sygnał. Jeżeli nawet nie był to zamach, to Rosji częściowo zależy na tym, by niektórzy tak właśnie myśleli lub po prostu nie byli pewni, co tak naprawdę stało się w Smoleńsku. Budowanie strachu jest bowiem skutecznym instrumentem uprawiania polityki, którą od wieków w Europie Środkowej stosuje Rosja.

Czego boi się rząd?

Wnikliwe prowadzenie śledztwa może być niekorzystne dla rządu Donalda Tuska jeszcze z jednego powodu. Nie od dziś bowiem wiadomo, jak działają rosyjskie służby specjalne. Oprócz zacierania śladów katastrofy, możemy być niemal pewni, że zbierali również haki na polski rząd. Z wielkim prawdopodobieństwem, które graniczy z pewnością, możemy przypuszczać, że Putin zdobył informacje kompromitujące ekipę Tuska. Rosja może więc pośrednio wpływać na niektóre decyzje polskiego rządu, bo przecież kontrolowany przeciek z Moskwy znów może wywołać w Polsce medialną i polityczną burzę.
Niektóre z takich kompromitujących informacji mogły zostać zebrane np. w pierwszych dniach po katastrofie. Przecież do dziś niejasne pozostaje, w jakim trybie przyjęto np. konwencję chicagowską i dlaczego Tusk zrezygnował ze wspólnego śledztwa, które proponował mu prezydent Miedwiediew. Podobnych złych decyzji i zaniechań mogło być więcej. Trzeba pamiętać, że Rosja nadal jest dysponentem niemal wszystkich dowodów i całej masy informacji, którymi może dowolnie sterować.
Praktyka dwóch ostatnich lat pokazuje, że każda informacja z Moskwy w sprawie Smoleńska wstrząsała polską opinią publiczną. Jeżeli nawet Rosjanie spreparują kolejne kłamstwa, to Polska znów nie będzie mogła ich obalić. Dlatego też w „interesie” Donalda Tuska jest nie tylko bronić stanowiska Rosjan, ale także dbać o to, by polskie ustalenia nie różniły się za bardzo od rosyjskich. Najlepszym tego przykładem może być raport komisji Millera, który w wielu miejscach powielił kłamstwa spreparowane przez MAK. Pozostaje również otwarte pytanie: Dlaczego premier polskiego rządu w 2010 r. tak długo bronił prowadzonego przez Rosjan śledztwa? Przecież Tusk przekonywał o pełnym zaufaniu do Moskwy, nawet wtedy, gdy wiedział, że mataczą, utrudniają śledztwo, a nawet preparują dowody. Dlaczego polscy śledczy nie dostali praktycznie żadnego wsparcia ze strony MSZ?
Część odpowiedzi na te pytania pewnie znają tylko Rosjanie. Natomiast wskazówką dla polskiej opinii publicznej powinien być miażdżący raport Najwyższej Izby Kontroli, który jednoznacznie wskazuje winę Kancelarii Premiera, MSZ, MSW oraz MON.

Reklama

Bogactwo raportów, deficyt prawdy

Po dwóch latach jesteśmy „bogatsi” o dwa raporty w sprawie katastrofy smoleńskiej. O ile dokument sporządzony przez MAK był napisany specjalnie na zamówienie Kremla, to raport tzw. komisji Millera został tak skonstruowany, by nie urazić Rosjan. W efekcie zarówno pierwszy dokument, jak i drugi powieliły manipulacje, kłamstwa i oszczerstwa. Jednym z nich była np. domniemana obecność gen. Andrzeja Błasika w kokpicie samolotu oraz to, że załoga nie wiedziała, na jakiej jest wysokości. To jednak niejedyne „nieścisłości”, które wyszły przy okazji ekspertyzy biegłych od fonoskopii oraz po opublikowaniu parametrycznych danych z czarnych skrzynek. Okazuje się, że komisja Millera więcej faktów naginała do swojej wersji zdarzeń. Manipulowała też parametrami lotu z czarnych skrzynek i polskiego rejestratora (ATM). Zagadkowy jest np. sposób synchronizacji nagrań rozmów z kokpitu z parametrami lotu. Polska komisja za „punkt”, według którego zsynchronizowano dane lotu z nagraniem dźwięków w kokpicie, przyjęła domniemany odgłos uderzenia samolotu w drzewo. - A przecież o wiele dokładniejsze są komendy generowane przez system TAWS - wskazuje Zalewski. Sygnały TAWS zapisują się zarówno w danych parametru lotu, jak i w nagraniach z kokpitu. Zamiast tego komisja Millera w prymitywny sposób przypisała zmianie jednego z parametrów lotu jeden z wybranych trzasków z całego ciągu podobnych odgłosów zarejestrowanych w kabinie pilotów.
Okazuje się, że sygnał nadawany w kabinie przez TAWS i jego rejestracja w czarnych skrzynkach parametrów lotu są rozbieżne od wersji przyjętej przez obie komisje. Według obliczeń, zapisy różnią się o 3 sekundy. Gdy w kluczowej fazie lotu samolot opadał z szybkością 8 metrów na sekundę, to owe 3 sekundy dają niebagatelną różnicę 24 metrów wysokości, które mogłyby uratować życie 96 osób. Na innej też wysokości padają odpowiednie komendy załogi tupolewa.

Obalone dowody

Upór jednego z członków polskiej komisji płk. Mirosława Grochowskiego sprawił, że dorobkiem raportu Millera stał się ważny eksperyment. - Okazało się, że wbrew temu, co nam wcześniej wmawiano, rządowy tupolew wzniósł się w autopilocie znad lotniska bez systemu naprowadzania ILS. Oznacza to, że tak samo powinien zachować się on w Smoleńsku, a piloci nie popełnili błędu - tłumaczy Krzysztof Zalewski.
Przypomnijmy więc bogatą historię przycisku automatycznego odejścia, tzw. uchod. Pierwsze wnioski po raporcie MAK były takie, że kpt. Protasiuk wykorzystał system, który nie powinien być wykorzystany na takim lotnisku jak Siewiernyj, bo było ono pozbawione systemu naprowadzania ILS. On jednak go wykorzystał i dlatego doprowadził do katastrofy. Gdy po udanym eksperymencie komisji Millera na bliźniaczym tupolewie okazało się to nieprawdą, trzeba było zaprezentować polskiej opinii publicznej jeszcze bardziej karkołomną hipotezę. Od tej pory wmawia się, że prawdopodobnie piloci włączyli „uchod”, ale go właściwie nie aktywowali. Według kolegów Protasiuka i Grzywny z byłego 36. pułku specjalnego, załoga lecąca do Smoleńska 10 kwietnia 2010 r. doskonale o tym wiedziała. Aktywowanie „uchodu” jest standardową procedurą. Zaś tłumaczenie ekspertów z komisji uważają za śmieszne.
Po upływie dwóch lat mamy zupełnie inny obraz przyczyn katastrofy, niż wmawiano nam przez wiele miesięcy. Po pierwsze - nie było żadnych nacisków na załogę ze strony Prezydenta, a gen. Błasik nie znajdował się w kabinie. Po drugie - załoga właściwie odczytywała wysokość barometryczną, a nie tak jak wskazano to w raporcie MAK i Millera, błądziła we mgle, posługując się wysokościomierzem radiowym. Po trzecie - wciśnięcie przycisku „uchod” nie było kluczowym gwoździem do smoleńskiej trumny, bo samolot powinien wznieść się w powietrze. Ze znanych dziś informacji można wywnioskować, że żaden z tych elementów śmiertelnej układanki nie ma potwierdzenia w rzeczywistości.
Jeżeli piloci wszystko robili poprawnie i tylko chcieli zejść do wysokości decyzji, to co doprowadziło do rozbicia się rządowej maszyny? - Tego nadal nie wiemy. Jeżeli przyjmiemy pozostałe dane opublikowane przez komisję Millera za prawdziwe, to najbardziej prawdopodobna może być awaria np. autopilota. Poza tym może być wiele innych okoliczności, których jeszcze nie znamy - podkreśla Krzysztof Zalewski. - Prawdziwa przyczyna katastrofy będzie praktycznie niemożliwa do udowodnienia, bo większość dowodów została celowo zniszczona.

„Jak stado idiotów”

O jakości przekazywanych do Polski dokumentów i dowodów możemy się przekonać np. na podstawie protokołów z sekcji zwłok. Dokumentacja jest nierzetelna, a w wielu przypadkach spreparowana, odbiega od stanu faktycznego ciał ofiar. - W Rosji doszło do znieważenia zwłok ofiar katastrofy. Do uchybienia czci i szacunku zmarłych - podkreśla mec. Rafał Rogalski, który był obecny przy ekshumacji i polskiej sekcji zwłok Przemysława Gosiewskiego. - Podczas sekcji znaleziono przedmioty, które nie powinny się tam znaleźć. Zostały one zaszyte w ciele.
Ciała ofiar są jedynymi materialnymi dowodami w sprawie, do których mamy dostęp. Dlatego też zastanawia postawa polskich władz, które bezprawnie zakazały otwierania trumien w kwietniu 2010 r. Przez tamtą decyzję teraz mamy powtórną odsłonę rodzinnych dramatów. Natomiast sam premier Donald Tusk mówi, że nie rozumie tych ekshumacji. - Ale widocznie jest jakaś potrzeba, która tkwi w zranionych uczuciach rodzin ofiar. Są procedury i jeśli jest to komuś potrzebne do uzyskania spokoju, to prokuratura będzie podejmowała stosowne decyzje - podkreślił Tusk.
Premiera nie interesował również fakt, że wokół lotniska - pomimo zapewnień Ewy Kopacz - przez wiele miesięcy poniewierały się fragmenty szczątków polskich ofiar. A po tym, gdy ich część trafiła do kraju, nikt nie pytał rodzin, czy zgadzają się na ich kremację i pochowanie w zbiorowej urnie. Nie interesuje go też, że fragmenty rządowego tupolewa można sobie kupić w co drugim smoleńskim garażu, o czym przekonali się samorządowcy z warszawskiego Ursynowa.
Donald Tusk od dawna przestał się interesować wyjaśnianiem przyczyn katastrofy, a wspólnie ze swoimi partyjnymi działaczami zajął się grzebaniem pamięci o tej największej tragedii w powojennej historii Polski. W efekcie tej polityki w Polsce nie można postawić żadnego pomnika ofiar katastrofy smoleńskiej, a te miejsca pamięci, które udaje się jakoś przemycić, są dewastowane, wyśmiewane i profanowane. Dokładnie tak samo jak słynny krzyż z Krakowskiego Przedmieścia.
Ekshumacja prezesa IPN Janusza Kurtyki nie była wcale - jak mówił premier - widzimisię jego rodziny. Została ona przeprowadzona na zlecenie prokuratury, wbrew woli wdowy. Biegli mają wyjaśnić wątpliwości, czy ciało prezesa zostało poddane jakiejkolwiek sekcji. Istnieje bowiem podejrzenie, że cała rosyjska dokumentacja została spreparowana. Najlepszym podsumowaniem dwóch lat śledztwa są słowa legendarnego kapelana „Solidarności” ks. Ignacego Piwowarskiego, który odprawił Mszę św. podczas powtórnego pogrzebu Janusza Kurtyki. - Całe śledztwo smoleńskie to hańba. Potraktowano Naród Polski jak stado idiotów - podkreślił ks. Piwowarski.

Reklama

Moje dziecko nie chce chodzić do kościoła

2019-07-10 09:40


Niedziela Ogólnopolska 28/2019, str. 10-13

„Nasze dziecko odwróciło się od Pana Boga i od Kościoła”.
Nikt nie zdoła policzyć, w ilu domach z ust rodziców, babć i dziadków da się usłyszeć tę bolesną skargę. Wychowywali swe latorośle, jak umieli, przynieśli do chrztu, przygotowali do I Komunii św., do bierzmowania – i oto nagle słyszą:
„Wypisuję się z Kościoła”, „Jestem niewierzący”, „Jestem dorosły, to moja sprawa, nie wtrącajcie się”.
Do tych deklaracji mogą jeszcze dochodzić agresja wobec Kościoła (czytaj: duchowieństwa), przystępowanie do sekt, życie bez sakramentalnego małżeństwa, związki homoseksualne...

©Cheryl Casey – stock.adobe.com

Joanna Krawczyńska, matka dorosłego syna

Problem się pojawił, gdy syn wyjechał na studia do dużego ośrodka akademickiego. Miałam nadzieję, że ten czas będzie dla niego etapem autentycznego rozwoju, także w wierze. że zaangażuje się w duszpasterstwo akademickie. Polecaliśmy mu z mężem wspólnotę, w której w czasach studenckich się poznaliśmy. W naszej rodzinie był to częsty temat wspomnień z okresu młodości – czasu pieszych pielgrzymek, ŚDM z papieżem Janem Pawłem II. Spodziewaliśmy się, że nasz syn znajdzie dla siebie wspólnotę, a tam... może przyszłą towarzyszkę życia. Tymczasem on nie odnalazł się w duszpasterstwie akademickim z różnych powodów. Próbował też sił w kościelnym wolontariacie, ale bez skutku. Gdy przyjeżdżał do domu, próbowałam go wypytywać, zachęcać, ale dostrzegłam, że te tematy zupełnie go nie interesują. Zaczęłam podejrzewać, że gdy zostaje na miejscu studiów na weekend, to w niedziele nie chodzi do kościoła. Aż któregoś dnia oświadczył, że nie pójdzie z nami w niedzielę na Mszę św., bo „on w Kościele nic dla siebie nie odnajduje i nie ma potrzeby tam chodzić”. Nie mogłam się z tym pogodzić, wciąż pytałam, co się stało – nasz syn, ministrant, lektor, absolwent szkoły katolickiej, odrzuca dziś Kościół. Gdzie popełniliśmy błąd? Może łatwiej by było, gdyby podał jakieś konkretne zarzuty, które można byłoby odeprzeć, podyskutować, wytłumaczyć...

Zaproponowałam, aby porozmawiał z zaprzyjaźnionym z księdzem, wiedziałam, że ma do niego zaufanie. Rozmawiali nawet niejeden raz. Początkowo udało się księdzu nakłonić naszego syna do odbycia spowiedzi. Ale po pewnym czasie wszystko wróciło.

Najpierw problem dusiłam w sobie, nie chciałam o tym mówić głośno. Nie było to trudne, gdyż syn rzadko przyjeżdżał. Zaczęły mnie dręczyć wyrzuty sumienia. Choć nie jest to mój grzech bezpośredni, czułam, że muszę go wyznać na spowiedzi. Spowiednik poradził mi, by synowi przypominać, że się za niego modlimy. Często się zdarza, gdy młodzi ludzie wyjeżdżają na studia, wydaje im się, że cały świat do nich należy. Po studiach, gdy pojawiają się problemy z pracą, z mieszkaniem, wracają i zaczynają szukać pomocy u Pana Boga. Ksiądz radził, by problem po prostu przeczekać i przemodlić.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Czemu nie uwierzyć w siebie?

2019-07-15 21:42

Anna Majowicz

O przyczajonych tygrysach, dwóch stronach medalu i mocnej relacji z Bogiem – Sylwia Jaśkowiec poruszyła serca uczestników 26. Salwatoriańskiego Forum Młodych w Dobroszycach.

Anna Majowicz
Sylwia Jaśkowiec

- Od szkolnych lat uprawiam sport, a moją wiodącą dyscypliną są biegi narciarskie. W 2010 roku pojechałam na swoje pierwsze Zimowe Igrzyska Olimpijskie do Vancouver. One otworzyły mi drzwi do świata sportu. Miałam potencjał, ludzie mówili o dużym talencie, uzyskiwałam dobre wyniki sportowe. I nagle w moim życiu wydarzyło się coś niesamowitego. Po powrocie z sezonu zimowego do akademika w Katowicach, gdzie studiowałam na Akademii Wychowania Fizycznego, przydzielono mi pokój z dziewczynami, które na co dzień formowały się we Wspólnocie Przymierza Rodzin ,,Mamre”. Dziewczyny namówiły mnie na wyjazd na Mszę św. o uzdrowienie do Częstochowy. I tu muszę wspomnieć, że po powrocie z igrzysk miałam dobry moment sportowy, ale psychicznie czułam, że coś się kończyło, bo dążyłam do tego, aby zakończyć współpracę z trenerem, z którym bardzo dużo osiągnęłam. Wiedziałam, że nasza dalsza współpraca nie podniesie mojego sportowego poziomu, że mnie nie rozwinie. Człowiek miał w sobie ogromne sportowe ambicje, a przede wszystkim marzył nie tylko o igrzyskach, ale i o medalu mistrzostw świata i medalu olimpijskim. Te moje marzenia powodowały, że muszę iść dalej, wziąć sprawy w swoje ręce. Na tej Mszy św. stało się coś niesamowitego - pierwszy raz w życiu doświadczyłam żywego Pana Boga. Ten żywy Bóg powiedział mi ostre słowa.

Mała retrospekcja z dzieciństwa. W mojej rodzinie nie działo się dobrze. Nie doświadczyłam ojcowskiej miłości, tata nadużywał alkoholu. Moje serce było podziurawione, poranione, a braki miłości odcisnęły na mnie piętno. Byłam pogubiona, wrażliwa i nie potrafiłam poradzić sobie z emocjami. Dzisiaj mówimy o tym, czemu nie uwierzyć w siebie? Ja tej pewności siebie, wysokiej samooceny i poczucia własnej wartości nie zdobyłam w domu. Ale dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Bóg dał mi sport jako narzędzie, w którym rozpoczęłam budowanie swojej samooceny.

Mój sportowy potencjał objawił się we wczesnych latach szkoły podstawowej. Chwała Bogu za człowieka, którego postawił na mej drodze – wuefistę Stanisława Gubałę. To był człowiek ogromnej pasji, ogromnego serca, a przede wszystkim ogromnej miłości. Od pierwszych zawodów do kolejnych okazało się, że jestem dobrą biegaczką i potrafię dobrze grać w zespołach drużynowych. Moje serce podbiły biegi narciarskie. Ten sport faktycznie dawał mi poczucie spełnienia, ale przede wszystkim motywował mnie do tego, że jest to moja szansa w życiu na bycie kimś, żeby uwierzyć w siebie, swoje możliwości i na wydobycie z siebie tego, co we mnie najlepsze. Wymagało to ode mnie ciężkiej pracy, wytrwałości, niezłomności, częstych upadków, ale i powstawania z tych upadków. Sport stał się dla mnie najważniejszą rzeczą w życiu. Niestety, przez emocjonalne braki w miłości rzuciłam się całkowicie w wir pracy. To był mój mechanizm obronny. To było kosztem wielu wyrzeczeń, ale i też niestety kosztem niezdrowej ambicji sportowej. Doszłam do poziomu, gdzie zaczęłam gardzić słabszymi ode mnie. Wygrywałam z rówieśnikami z dużą przewagą, co powodowało, że rosła we mnie wartość samej siebie. Wiedziałam, że dochodzę do tego własną pracą, własną siłą, własnym psychicznym zaangażowaniem, upartością i niezłomnością. Jak możecie zauważyć nie było w tym wszystkim Boga, bo byłam ja. Moje budowanie wartości opierało się tylko i wyłącznie na tym, że to jest efekt mojej ciężkiej pracy. To było coś, co później Pan Bóg w sposób sobie właściwy wyciągnął, uświadomił mi, że moje serce było przepełnione pychą i egoizmem.

Kiedy dochodzi się do szczytu sportu wyczynowego, kiedy startuje się w mistrzostwach świata i igrzyskach olimpijskich, to ma się świadomość, że jest się obserwowanym, ale i ty cały czas obserwujesz to, jak wygląda konkurencja, jaki poziom prezentuje, jak się odżywia, itd. Cały czas byliśmy jak takie przyczajone tygrysy, obserwujące się nawzajem. To prowadziło do skrajności. Bo w sporcie niestety występuje doping, anoreksja, bulimia – tylko dlatego, by być doskonałym w tym co się robi. To ciemne strony sportu, ale tak to już jest w życiu, że są dwie strony medalu. Wybór należy do nas. Ja niestety, w tym pierwszym okresie dążenia do perfekcji wycięłam z życia Pana Boga.

Punktem zwrotnym w moim życiu był wyjazd do Częstochowy. Pojechałam na Mszę św. i moje serce zostało zalane Bożą miłością. Usłyszałam, że może nie było ze mną ziemskiego ojca, ale Pan Bóg był cały czas obecny w moim życiu, że Jego obecność była nieustanna i On się cały czas o mnie troszczył. Usłyszałam od Boga, że wszyscy mogą o mnie zapomnieć, ale nie On, bo oddał za mnie życie na krzyżu.

Przyjęłam do swojego życia Pana i Zbawiciela i to jest cudowne. To był najważniejszy wybór w moim życiu. Wybór, który obrócił moje życie do góry nogami!

Posłuchaj całego wystąpienia:

https://drive.google.com/file/d/1Q333Es_IerOrY9adtMYx4V-A89ww6hMN/view?usp=sharing

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem