Reklama

Oswajanie tygrysa

Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 22/2012, str. 16-17

Na niedawnej konferencji Europejskiej Federacji Dziennikarzy (EFJ) w Salonikach dziennikarze różnych krajów jednogłośnie lamentowali nad upadkiem ekonomicznym tradycyjnie rozumianych mediów i związaną z tym ciężką sytuacją zawodową dziennikarzy

W Polsce od pewnego czasu mówi się o kryzysie mediów; narzekają ich wydawcy i dziennikarze, narzekają też odbiorcy, tyle że nie na to samo. Jedni - że coraz mniej zarabiają, drudzy - że takiego badziewia nie warto kupować, bo i tak wszystko, co trzeba, można znaleźć w Internecie. I nikogo nie pociesza już fakt, że ten kryzys nie dotyczy wyłącznie naszego lokalnego rynku, lecz całego świata. Na niedawnej konferencji Europejskiej Federacji Dziennikarzy (EFJ) w Salonikach dziennikarze różnych krajów jednogłośnie lamentowali nad upadkiem ekonomicznym tradycyjnie rozumianych mediów i związaną z tym ciężką sytuacją zawodową dziennikarzy.
Zastanawiające jest to, że w tym ogólnoeuropejskim lamencie tak niewiele uwagi poświęca się temu, co jest najgorszą i najdalej idącą konsekwencją (a może zarazem najgłębszą przyczyną) tegoż kryzysu mierzonego spadkiem nakładów, sprzedaży, oglądalności, słuchalności, czyli - lawinowemu wzrostowi bylejakości i miałkości oferowanych przez media treści, w branży nazywanych contentem (ang. content - zawartość, treść). Trudno nie zauważyć, że jakość owego contentu spadała systematycznie przez wiele lat przed kryzysem. Ta okoliczność niechętnie jest dziś brana pod uwagę jako jego przyczyna.
Gdy w Polsce 20 lat temu powstawały wolne media, jakże często ich wydawcy pouczali dziennikarzy: pamiętajcie, że to, co robicie, jest tylko zwykłym towarem i przede wszystkim musi się dobrze sprzedać. Młodzi dziennikarze szybko przyuczyli się do tego, by być i zachowywać się jak zwykli sprzedawcy wszystko jedno czego - kartofli, majtek, mięsa, a ci sprytniejsi samochodów... Mówienie o misji zawodu, edukacyjnej roli mediów w tzw. środowisku budziło dezaprobatę i ironiczne uśmieszki, a gdy się ktoś upierał przy takiej „przestarzałej” wizji dziennikarstwa, narażał się na wykluczenie. Bo takie są prawidła rynku - tłumaczyli poprawni nadredaktorzy. Zawsze przy tym zakładali, że odbiorcy ich produktów są raczej głupi niż mądrzy i starali się bardziej schlebiać gustom, niż je jakoś ku lepszemu kształtować (jak ognia bano się posądzenia o jakikolwiek edukacjonizm i tzw. kształtowanie postaw). W takiej atmosferze nie tylko powstawały w Polsce tabloidy dla mas, ale stabloidyzowała się także i ta poważniejsza prasa, a misyjne media publiczne z łatwością popadły w tę samą, tak usilnie wykreowaną komercję.
Dziś więc nie bez kozery można się zastanawiać, co było pierwsze - przynajmniej w Polsce - kryzys jakości mediów czy kryzys ekonomiczny mediów. Z pewnością istnieje tu co najmniej jakieś częściowe sprzężenie zwrotne. W ogromnej mierze to same media wyprodukowały tę konsumencką społeczność, która teraz masowo wybiera i łatwo godzi się na coraz gorsze jakościowo oferty. I oto okazuje się, że wolnorynkowe media same już pogubiły się, zaplątały w stworzoną przez siebie rzeczywistość; są za słabe, by przyciągać tych, o których w dawnych, zamierzchłych, czasach mówiło się „wierni czytelnicy, wierni słuchacze”.

Internet - główny winowajca

Poważny kryzys mediów zaczął się ok. 2000 r. i - jak mówią specjaliści - jest to przede wszystkim kryzys modelu finansowania. W świecie już w latach 90. Internet, niczym pożerający wszystkie mniejsze stworzenia tygrys, stawał się poważną konkurencją nie tylko dla prasy codziennej, ale także dla informacyjnych stacji radiowych i telewizyjnych. Za jego sprawą na rynku pojawiła się informacja bezpłatna, choć mniej uporządkowana i gorszej jakości. Wydawcy gazet, licząc na pozyskanie większej liczby reklam, zdecydowali się pod koniec lat 90. na całkowite otwarcie w Internecie swych zasobów informacji. Ponieważ w Polsce nie było prawa dostosowanego do tej nowej sytuacji, za pośrednictwem Internetu można było przedrukowywać niemal wszystko, co się znalazło w gazetach; każdy mógł bezpłatnie korzystać z tych treści, dowolnie włączać je do swoich publikacji. Pojawiło się dość absurdalne zjawisko przedrukowywania treści internetowych jednych gazet w wydaniach papierowych innych gazet. Gazety nie tyle więc ciągnęły za ogon internetowego tygrysa, ile zaczęły zjadać swój własny ogon.
To otwarcie - jak dziś przyznają wydawcy gazet - było jedną z najbardziej fatalnych decyzji, bo dla wielu polskich tytułów okazało się wręcz katastrofalne. Pozyskano reklamy na strony internetowe, co jednak dawało niższe przychody w porównaniu ze sprzedażą reklam w tradycyjnych wydaniach, których nakład właśnie w wyniku tego zabiegu drastycznie się obniżył, bo także czytelnikom zaczęło wystarczać darmowe czytanie w Internecie.
Medialni spece i biznesmeni próbują rozstrzygnąć najważniejszy obecnie problem - jak zbudować mechanizmy contentu nowymi środkami, czyli tak naprawdę jednak poprzez Internet. Prosto mówiąc, chodzi tylko o to, w jaki sposób opłacalnie sprzedawać treści wyprodukowane przez dziennikarzy. Być może już niedługo zapewnią to proste aplikacje internetowe...
Czy i jak szybko dojdzie do zaniku prasy papierowej? - to pytanie w Polsce stawia się dopiero od niedawna, gdyż mimo lęku przed zżerającym wszystko, bo jeszcze nieoswojonym „internetowym tygrysem”, na początku XXI wieku wciąż pojawiały się nowe gazety codzienne, nowe tygodniki opinii, a dziennikarze byli sowicie wynagradzani. Koncern Springera widać liczył się z długą perspektywą zarobku na polskim rynku, skoro w 2005 r. zdecydował się wprowadzić do Polski swój kolejny tytuł - „Dziennik”. Dopiero dość szybki upadek „Dziennika” stał się zwiastunem kryzysu także na chłonnym dotąd polskim rynku medialnym.

Reklama

Lokalne serce i sumienie

Dość tajemniczą klęskę na polskim rynku poniosła prasa lokalna, bynajmniej nie z powodu internetowej konkurencji. Wprawdzie nie zniknęła, nie wymarła, ale nie spełnia przypisanej jej roli mediów obywatelskich, wspólnototwórczych. Dlaczego? Wydaje się, że przesądziły o tym głównie układy polityczno-biznesowe.
Po erupcji wolnych i różnorodnych mediów regionalnych w latach 90. dość szybko nastąpił powrót do unifikacji i centralizacji. Przekształcane i przejmowane przez coraz to nowych właścicieli lokalne gazety niepostrzeżenie przestały służyć budowie społeczeństwa obywatelskiego i kontroli władzy nawet na poziomie dużych polskich makroregionów, nie mówiąc już o mniejszych społecznościach lokalnych. Przestały być rentowne, zaczęły komuś przeszkadzać? Aby się utrzymać, często musiały się po prostu przekształcić w organy lokalnych władz lub koterii towarzysko-biznesowych.
Tymczasem badania amerykańskie pokazują, że właśnie te najprawdziwiej lokalne media są najbardziej stabilne, bo nadal (rok 2011) aż 72 proc. ludzi poszukuje w nich informacji. Media te - jak 200 lat temu opisywał Tocqueville, podróżując przez Amerykę - są nadal w każdym miasteczku sercem i sumieniem życia obywatelskiego. Nie biznesem, lecz sumieniem. Tworzą lokalny ład moralny, konfrontują opinie. Wydaje się, że w Polsce ta zasada sprawdzała się tylko w nielicznych przypadkach, okupiona perypetiami lokalnych donkiszotów. Tylko trzy tygodniki lokalne - ciechanowski, podhalański, zamojski - jakimś cudem zachowały dość stabilną pozycję na rynku.
Socjologowie zajmujący się społecznościami lokalnymi twierdzą, że media obywatelskie mogą powstać tylko w tych wspólnotach, które mają długie tradycje i trwałe więzi, a większość społeczności lokalnych w Polsce przeszła traumę wojenną, została zdekomponowana. Trzeba zatem powtórzyć pytanie sprzed 20 lat, w jaki sposób mógłby się ukształtować w Polsce model obywatelskich mediów lokalnych? Choć to w warunkach polskich naprawdę trudne, ale przecież nie niemożliwe i właśnie z powodu owej społecznej dekompozycji bardzo konieczne. Czy naprawdę wystarczające jest tłumaczenie, że młodzi ludzie odrywają się dziś od środowiska lokalnego na rzecz globalnych wspólnot internetowych? Kilkadziesiąt lat temu wspólnoty lokalne w wielu krajach powstawały wokół małych stacji radiowych, których prowadzenie nie wymagało wielkich nakładów ani wpływowych, uzależniających od siebie sponsorów. Teraz taką szansą mogą być lokalne platformy internetowe, pod warunkiem, że ich wolna treść nie będzie sięgała poziomu bruku...
Pewną szansą na wskrzeszenie wspólnototwórczych i nastawionych prospołecznie mediów może być zwołany niedawno Kongres Mediów Niezależnych, który stara się jednoczyć rozproszone małe i średnie przedsięwzięcia medialne w celu ułatwienia im przebicia się przez tłumiący wszystko głos mediów tzw. głównego nurtu. Najbardziej złowróżbną istotą polskiego kryzysu mediów są bowiem nie tyle perturbacje ekonomiczne, ile zanikanie pluralizmu politycznego, poprawne politycznie konfekcjonowanie contentu oraz polityczne i ekonomiczne „dobrowolne zniewolenie” jego twórców.

Jakość ukontentowana

Zapotrzebowanie na wartościowy content zawsze będzie istniało i będzie coraz większe - mówią medioznawcy, choć nadal nie wszyscy twórcy mediów są co do tego przekonani. Do rynkowego (opłacalnego) obniżania poziomu treści programowych dążą dziś niemal wszystkie telewizje; a w Polsce nawet telewizja publiczna!
Stacje telewizyjne to dziś fabryki produkujące bezmyślnych konsumentów, nie tylko treści najniższej kultury, ale za sprawą wszechobecnych reklam także konsumentów tych dóbr materialnych, których często nie można nawet nazwać dobrami... Telewizja jest prawie wyłącznie nośnikiem reklamy i rozrywki, a jeśli już zajmuje się informowaniem i publicystyką, to zawsze w zagłuszającej wszystko rozrywkowej obudowie. Wydaje się, że w tej mierze polscy twórcy telewizyjni w dwójnasób starają się nadrabiać zapóźnienia i pokomunistyczne kompleksy...Próżno doszukiwać się więc w polskich mediach tzw. głównego nurtu treści obywatelskich.
Jeśli wziąć pod uwagę to, że Polska jest wyjątkowo silnym rynkiem telewizyjnym (nie prasowym!) - a nawet ponoć uznawana jest w Europie za lidera „krajów oglądających” - to trudno się dziwić, że zamiast postaw obywatelskich w naszym kraju już bardzo wyraźnie dominują konsumenckie. Trzeba przyznać, że ta nowoczesna propaganda, której w wolnych mediach podobno nie ma (a raczej jej nie widać), jest o wiele bardziej skuteczna od tamtej klasycznej - komunistycznej; wydajniej kształtuje pożądane postawy i masową wyobraźnię.
Czy jednak ta „propagandowa” wydajność nowoczesnych mediów będzie rosła wraz z rozwijaniem się nowych technologii, nowych kanałów dystrybucji contentu? Nie trzeba być badaczem mediów, by zauważyć, że ludzie już zaczynają się gubić w nadmiarze oferowanych im treści. Coraz chętniej się od nich odgradzają, zamykają w niszach swych zainteresowań, przekonań. Poszukują prawdy na własną rękę, co nie zawsze się udaje, z braku czasu, z braku odpowiednich umiejętności i wiedzy. Dlatego być może nadchodzi czas powrotu do mediów pojmowanych jako pomoc w rozumieniu i wyjaśnianiu świata.
Na seminarium zorganizowanym w maju przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich wręcz nawoływano: wracajcie do myślenia o swym rzemiośle jako o pracy twórczej, społecznie użytecznej, niech odżyje mitologia dziennikarstwa służebnego! Mówiono też, że być może musimy wrócić do mediów silniej spolaryzowanych, że nadawcy muszą przestać myśleć według modelu biznesowego, w którym im większe audytorium, tym lepsze... Zastanawiano się, że może trzeba profilować content (czy to papierowy, czy internetowy, czy radiowo-telewizyjny) na określone cele i budować swą pozycję na rynku poprzez głęboką lojalność wobec określonych grup. To byłby jednak cios dla obecnie jeszcze nieźle prosperującego biznesu medialnego, zwłaszcza telewizji, która wciąż nieźle zarabia na produkcji konfekcyjnych treści informacyjno-rozrywkowych.
Na tle ogólnego narzekania na spadek opłacalności biznesu medialnego z nieśmiałością i zdumieniem mówi się dziś o pewnych „niepojętych” sukcesach wydawniczych. Oto, gdy wyraźnie spada sprzedaż czołowych tygodników opinii - podobno m.in. dlatego mamy ich w Polsce zbyt wiele, a na rynku jest miejsce co najwyżej dla dwu - w 2011 r. pojawia się „Uważam Rze” i zdobywa rynek! W tym samym czasie rośnie sprzedaż czasopism religijnych! To znaczy, że polscy wydawcy ignorują realne potrzeby czytelnicze, że mamy do czynienia nie z wpływem ogólnych tendencji cywilizacyjnych, lecz raczej z błędnymi decyzjami i intencjami wydawców, którzy w swój jedynie poprawny sposób chcą wpływać na postawy Polaków.

Duchowa misja Polski

2019-10-17 14:36

Materiał prasowy

Wielki naród – grzeszników. Tyle razy przyszło nam zawieść oczekiwania Nieba ale Opatrzność wciąż pokłada w nas swoje nadzieje. Dlaczego właśnie my? Jaka jest nasza misja? Dlaczego pan Bóg wysyła do nas swoich proroków, by nam o niej przypominali?

Dawne proroctwa zapowiadają, że polski naród dożyje ostatniej starości świata. Będzie pracował ku Bożej chwale jeszcze w ostatnim dniu historii stworzenia - jeżeli tylko pozwolimy Bogu na spełnienie się Jego planów.

Wypełni się nasza narodowa misja. Pojawi się „iskra”. Bóg dojrzy ogień, który zabłyśnie wśród nas. Rozleje się po świecie i zapłonie. Czym będzie ów ogień? Czy będzie to dla Boga znak, że „wypełniło się”, że Kościół i świat zostały napełnione Duchem, jak po brzegi była Nim wypełniona Maryja?

Zgodnie z zapowiedzią wielkiego papieża Jana Pawła II dzięki iskrze z Polski Jezus będzie mógł znów przyjść na ziemię. Tak jak przygotowana na Jego narodzenie była Maryja, tak przygotowany na Jego przyjście będzie Kościół - uświęciciel świata.

PROROCTWA I WIZJE

Świadkowie tajemnicy, którym dane było zajrzeć za zasłonę czasu,opisani w książce: Americo Lopez-Ortiz, Marie Taigi, Elena Aiello, Elena Leonardi, Ojciec Pio, ojciec Eustachiusz, Nimfa Suchońska, Mikołaj Sikatka, Wanda Malczewska, Jan Cieplak, bł. Bronisław Markiewicz, „Podlasianka”.

Święci i wizjonerzy: Św. Faustyna Kowalska, August Kardynał Hlond, Stefan Kardynał Wyszyński, Zofia Nosko, Czesław Klimuszko, Giulio Mancinelli, Lodovic Rocca, Zy, Łucja dos Santos, Teresa Neumann, Luciano Guerra, Małgorzata Alacoque, John Haffert, ks. Jan Bosko, Cindy Jacobs, abp. Zygmunt Szczęsny Feliński, Rozalia Celakówna.

SŁOWA „ANIOŁA POLSKI” I BŁ. MARKIEWICZA

Znana jest nam również piękna zapowiedź o przyszłych losach Polski, która wyszła spod pióra bł. Bronisława Markiewicza (†1912). W swej sztuce „Bój bezkrwawy” przepowiada on rzeczy niezwykłe:

Ponieważ Pan was więcej umiłował aniżeli inne narody, dopuścił na was ten ucisk, abyście oczyściwszy się z grzechów waszych, stali się wzorem dla innych narodów i ludów, które niebawem odbiorą karę sroższą od waszej [...]. Wojna będzie powszechna na całej kuli ziemskiej i tak krwawa, że naród położony na południu granicy Polski wyginie w niej zupełnie [...]. W końcu wojna stanie się religijna. Walczyć będą dwa obozy: obóz ludzi wierzących w Boga i obóz ludzi niewierzących w Niego. Nastąpi wreszcie bankructwo powszechne i nędza, jakiej nikt nie widział, do tego stopnia, że wojna sama ustanie z braku środków i sił. Zwycięzcy i zwyciężeni znajdą się w równej niedoli i wtedy niewierni uznają, że Bóg rządzi światem [...]. Wy, Polacy, przez ucisk ten oczyszczeni i miłością wspólną silni, nie tylko będziecie się wzajem wspomagali, ale nadto poniesiecie ratunek innym narodom i ludom, nawet niegdysiejszym waszym wrogom. I tym sposobem wprowadzicie niewidziane dawno braterstwo ludów...

Ksiądz Markiewicz jest przekonany, że nadejdzie czas, kiedy Polacy będą żyli w zgodzie i harmonii. Ciekawe, że jego proroctwa wiążą się z polską kulturą i nauką (być może w nowym porządku chodzić będzie przede wszystkim o teologię, filozofię, duchowość). W tym kontekście przepowiada, że w nowej epoce język polski będzie wykładany na wielu uczelniach świata, a dzieła polskich poetów i pisarzy będą powszechnie znane i cenione:

Bóg wyleje na was wielkie łaski i dary, wzbudzi między wami ludzi świętych i mądrych i wielkich mistrzów, którzy zajmą poczytne stanowiska na kuli ziemskiej, języka waszego będą się uczyć na uczelniach na całym świecie.

Powyższe zapowiedzi miały być usłyszane przez kapłana wizjonera 3 maja 1863 r. w Przemyślu z ust nastoletniego chłopca nazywanego przez Markiewicza „Aniołem Polski”. Uczestnikiem i świadkiem tego spotkania miał być przyjaciel księdza, Józef Dąbrowski.

Istnieją jeszcze inne proroctwa, chyba już wprost autorstwa ks. Bronisława Markiewicza. Ciekawe, że nasz błogosławiony dalej podkreśla w nich rolę chrześcijańskiej kultury, która ma ożywiać Polskę i promieniować na świat.

Oto kilka z zapowiedzi ogłoszonych przez ks. Markiewicza:

Polacy stworzyli wielką literaturę, samodzielną i na wskroś katolicką, która odnawia świat, prowadzi go na nowe tory i podwyższa Kościół Boży. Literatura polska prędzej czy później będzie podstawą nauczania na wyższych uczelniach na całej kuli ziemskiej.

Polacy powinni wiernie trzymać się zasad chrześcijańskich nie tylko w życiu prywatnym, ale także w życiu publicznym.

Szukajmy najpierw Królestwa Bożego, wprowadźmy zasady katolickie w życie, a reszta będzie nam przydana. Wtedy wszystkie narody zwrócą uwagę na naszą literaturę, zaczną się uczyć naszej mowy w najsłynniejszych uczelniach, uczeni nasi zajmą najpoczytniejsze stanowiska na świecie, a narodowość nasza podniesie się do blasku nigdy przedtem nieznanego.

Bóg nas wybrał, abyśmy znowu ratowali ludzkość od nawały barbarzyństwa, już nie potężną prawicą bohaterów naszych, ale siłą słowa, piśmiennictwa i potęgą czynów mig nadprzyrodzonej we wszystkich stosunkach… Słychać między nami pytanie: Z kim Polacy mają się łączyć? Odpowiedź jest prosta: z Panem Bogiem i z tymi, co z Panem Bogiem trzymają…

Teresa Neumann

Kolejnym objawieniem mówiącym o jasnej przyszłości Polski jest tzw. proroctwo niemieckie. Wiadomo, że słynna niemiecka stygmatyczka Teresa Neumann (†1962) tuż po zakończeniu II wojny światowej spotkała się z grupą polskich oficerów, którzy nie byli pewni, czy powinni wracać do kraju, tym bardziej że krążyły pogłoski o bliskim wybuchu następnej wojny. Neumann oświadczyła, że gdyby kiedykolwiek doszło do trzeciej wojny światowej, to Polska ocaleje. Gdy żołnierze zapytali, dlaczego, odpowiedziała: „Ponieważ przez Polskę wkrótce zacznie pielgrzymować Matka Boska Częstochowska i weźmie wasz kraj w swą macierzystą opiekę”. Rzeczywiście tak było. W 1957 r. zaczęła pielgrzymować po całej Polsce ikona Matki Bożej Częstochowskiej… Skąd Teresa Neumann wiedziała o tym 10 lat wcześniej?

Wiemy, że proroctwa dotyczące losów Polski wizjonerka przekazała również biskupowi polowemu Józefowi Gawlinie, który wizytując Polaków w Niemczech, odwiedził słynną stygmatyczkę. Ta miała się do niego zwrócić ze słowami:

Wy, Polacy, macie do nas, Niemców, żal, bośmy was skrzywdzili. Macie rację. Ale przez to wyście już wszystko odpokutowali. Na nas, Niemców, przyjdzie jeszcze pokuta. Wy możecie czuć się spokojni. [...] Za wami wstawia się Czarna Madonna, która będzie chodzić po ziemiach polskich. Wam się już nic złego nie stanie.

Częstochowska Czarna Madonna zdaje się mieć do odegrania najważniejszą rolę w powojennej historii naszego narodu. Miało tak być przynajmniej na pierwszym etapie wypełniania się wśród nas wielkich proroctw z Nieba. Może dlatego prymas Wyszyński był przekonany o szczególnej roli wizerunku Matki Bożej Jasnogórskiej – nie tylko dla samej Polski, lecz również dla całego Kościoła. Wiemy, że właśnie Madonnie z Jasnej Góry przypisywał cud „zwycięstwa w Polsce”. Nasza ojczyzna jako jedyny kraj pozostający w strefie wpływów sowieckich zdołała zachować wolność Kościoła, a naród nie tylko nie odszedł od wiary, lecz także dorastał do jej wymagań. Nieprzypadkowo kard. Wyszyński rozdawał podczas Soboru Watykańskiego II hostie i obrazki z wizerunkiem Czarnolicej Królowej Polski, a zabiegając o ogłoszenie Maryi Matką Kościoła, widział Jej przedstawienie w ikonie jasnogórskiej.

Nie wiemy, czy Prymas Tysiąclecia znał prorocze słowa Teresy Neumann ani czy słyszał o Mancinellim. Chyba nie, inaczej wykorzystałby ich zapowiedzi w swoich licznych przemówieniach i homiliach. Istnieje raczej inna odpowiedź na pytanie o źródło głębokiego przekonania, że obraz Matki Bożej Częstochowskiej jest dany na współczesne czasy całemu Kościołowi i światu. Kardynał Wyszyński sam był prorokiem. I nie bójmy się tego słowa. W 1948 r. ta sama Teresa Neumann wygłosiła jeszcze jedną przepowiednię o świetlanej przyszłości naszego kraju. Według niej kiedyś „w języku polskim będą głoszone najmądrzejsze prawa i najsprawiedliwsze ustawy”. Ciekawe… Kolejny raz wracają echem treści znane nam z innych polskich proroctw.

Fragment książki „Duchowa misja Polski”.
Autorzy: Wincenty Łaszewski
Premiera: 30.08.2019
Ilość stron: 282
Wydawnictwo: Fronda

Patronat nad książką objął Tygodnik Katolicki "Niedziela".

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Belgia: Kelly jest zdrowa, ale chce eutanazji, czuje się brzydka

2019-10-18 18:16

Krzysztof Bronk/vaticannews / Leuven (KAI)

W Belgii na oczach mediów rozgrywa się kolejny dramat cywilizacji śmierci. Od siedmiu miesięcy o eutanazję ubiega się tam cierpiąca na depresję 23-letnia Kelly z uniwersyteckiego miasta Leuven. Jej historia przypomina przypadek 17-letniej Noe Pothoven z sąsiedniej Holandii, która w maju tego roku skorzystała z prawa do eutanazji.

Vatican News

Dolegliwości młodej Holenderki wiązały się doświadczeniem gwałtu. Flamandka Kelly jest ładna, ma rodzinę i narzeczonego. Cierpi na paraliżującą nieśmiałość. Kiedy patrzę w lustro widzę potwora – opowiada dziennikarzom. I jak wielu młodych w jej wieku twierdzi, że po prostu się sobie nie podoba.

O możliwości, które oferuje eutanazyjne prawo w Belgii poinformował ją psycholog. Na eutanazję czeka już siedem miesięcy, bo aby śmiertelny zabieg został wykonany, potrzebna jest pozytywna opinia dwóch psychiatrów i jednego lekarza ogólnego. Jej rodzice i rodzeństwo, w tym siostra bliźniaczka, dowiedzieli się o całej sprawie dopiero kilka dni temu.

Przypadek Kelly budzi w Belgii zrozumiałe kontrowersje. Z powodów psychicznych jest wykonywanych w tym kraju 2,4 procent wszystkich eutanazji. Statystycznie co trzecia osoba, która wnioskuje o wspomagane samobójstwo ze względu na cierpienie psychiczne, otrzymuje aprobatę psychiatrów.

Przypadek Kelly budzi kontrowersję, bo przedostał się do mediów. W pełnym świetle ukazuje on zwyrodnienie państwa, które zamiast podać cierpiącym pomocą dłoń, oferuje im pomoc w samobójstwie. Przypomnijmy, że kiedy pół roku temu w Holandii uśmiercono 17-letnią Noę, Papież Franciszek zareagował na jej zgon tymi słowami: „Eutanazja i wspomagane samobójstwo są porażką wszystkich. Odpowiedź, do której jesteśmy wezwani to nieporzucanie nigdy tych, którzy cierpią; nie poddanie się, ale objęcie troską i miłością, by przywrócić nadzieję”

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem