Reklama

Między suszą a powodzią

2015-10-21 08:50

Z prof. Kazimierzem Banasikiem rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 43/2015, str. 36-37

Grzegorz Boguszewski
Prof. Kazimierz Banasik wykładowca w SGGW w Warszawie, prezes Stowarzyszenia Hydrologów Polskich

O efektach długoletniego niedoceniania gospodarki wodnej z prof. Kazimierzem Banasikiem rozmawia Wiesława Lewandowska

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Od kilkudziesięciu lat mówi się w Polsce o ujemnym bilansie wodnym, czyli o niedostatku wody, wręcz o stepowieniu niektórych rejonów kraju, a od pewnego czasu pojawił się problem nadmiaru wody, czyli powodzie. Powinniśmy zatem po prostu przyzwyczaić się do życia między suszą a powodzią?

PROF. KAZIMIERZ BANASIK: – Niestety, tak. To, że mamy mało wody, wynika głównie z warunków klimatycznych i wiedzieliśmy o tym znacznie wcześniej, niż zaczęto mówić o globalnym ociepleniu klimatu. Na terenie Polski mamy opady niewysokie, a więc nasz problem polega na tym, że prawie 90 proc. w bilansie wodnym kraju stanowią właśnie wody z opadów, tylko ok. 13 proc. to wody napływające rzekami, głównie z Czech, Ukrainy i Białorusi.

– Powinniśmy być zatem dobrze przysposobieni do wykorzystywania wody z opadów...

– Powinniśmy. Wydaje się jednak, że w naszym kraju, mimo widocznie narastającego problemu, zbyt mało uwagi poświęca się dbaniu o tzw. zasoby odnawialne, czyli właśnie o tę wodę z opadów odpływającą rzekami. W skali roku opady wynoszą 600-610 mm, z czego aż trzy czwarte paruje. Z międzynarodowych badań wynika, że już w połowie lat 90. ubiegłego wieku roczna średnia europejska zasobów wody przypadająca na jednego mieszkańca była trzy razy większa od polskiej, a średnia światowa 4,5 razy wyższa!

– Skąd się bierze ten nasz niepokojąco niski wynik?

– Z niskich opadów i dużego parowania, co z kolei wynika z tego, że Polska znajduje się na pograniczu klimatów: polarnego, morskiego, śródziemnomorskiego i kontynentalnego. W podobnej, jednak nieco lepszej, sytuacji są Niemcy. Obecnie tylko Malta i Belgia (z uwagi na większą gęstość zaludnienia) mają gorsze wskaźniki niż Polska. Z powodu przyrostu zaludnienia od lat 90. minionego wieku zapewne pogarszają się też ogólnoświatowe wskaźniki, a w związku z wielką migracją ludności do Europy w perspektywie najbliższych dziesięcioleci pogorszą się również europejskie. Już dziś trzeba by temu odpowiednio przeciwdziałać.

– Skoro w Polsce od dawna stwierdzamy kiepski bilans wodny, to znaczy, że niewiele zrobiono, aby go poprawić...

– Rzeczywiście, jedynym wyjściem w naszej sytuacji klimatycznej powinno być magazynowanie wody w okresach, kiedy mamy jej nadmiar, po to, by ją wykorzystać np. w okresie suszy. Magazynowanie wody w zbiornikach może też ograniczać skutki powodzi. Niestety, tego rodzaju zbiorników retencyjnych mamy zbyt mało.

– Nie budowano ich z uwagi na niewielkie do niedawna zagrożenie powodziami?

– Powodzie były zawsze, tyle że z uwagi na małą gęstość zaludnienia na terenach zalewowych nie tak zauważalnie niszczycielskie. Powódź w 1997 r. nie poczyniłaby we Wrocławiu wielkich szkód, gdyby nie to, że po wojnie zbudowano tam wielkie osiedla mieszkaniowe właśnie na terenach nadodrzańskich polderów zalewowych, sądząc, że powodzi tam nie będzie, ponieważ poprzednia była w 1903 r... Wtedy to zbudowano tam system małych zbiorników retencyjnych, a na terenach przylegających do Odry po prostu nie osiedlano się. Później, niestety, coraz bardziej lekceważono możliwość powodzi. Tymczasem stale powinniśmy zakładać, że zawsze może zdarzyć się tzw. powódź stuletnia, a może nawet tysiącletnia. Złudne są przekonania, że obronią nas wyższe, mocniejsze wały przeciwpowodziowe...

– Jak więc ujarzmić ten „chwilowy” nadmiar wody?

– Przede wszystkim trzeba przyjąć, że powodzie, jak zawsze, będą występować. Trzeba nauczyć się żyć z powodzią, czyli roztropnie redukować jej niszczycielskie skutki.

– Gdy pewien znany polityk powiedział, że przede wszystkim trzeba wykupić polisę ubezpieczeniową, to był to koniec jego popularności i kariery...

– Niefortunnie powiedział to akurat w obliczu klęski wielkiej powodzi, dlatego ludzie poczuli się dotknięci. Prawdą jest jednak, że mieszkańcy terenów szczególnie zagrożonych powodzią powinni się ubezpieczać. Niestety, często wychodzą z założenia, że w przypadku wielkiej katastrofy nieubezpieczeni mogą zawsze liczyć na pomoc państwa. Moim zdaniem, tego rodzaju pomoc, w pewnym zakresie, powinna dotyczyć wszystkich, bez względu na to, czy się dobrowolnie ubezpieczyli, czy też nie.

– Wydaje się, że nie musiałoby być wielu tego rodzaju indywidualnych tragedii, gdyby działania państwa uprzednio nie dopuszczały do osiedlania się na terenach zalewowych, gdyby wspierały projekty budowy odpowiednich zbiorników retencyjnych. Czy nie można dziś wreszcie jasno powiedzieć, że doszło do ogromnych zaniechań, bezmyślności, wręcz do działania na szkodę obywateli?

– Jak najbardziej. Przez całe wielolecia gospodarka wodna nie była – i nadal nie jest – postrzegana jako ważna dziedzina życia. Ten bardzo ważny dział gospodarki narodowej od 1970 r. nie ma odpowiedniego centralnego urzędu, jest ulokowany w Ministerstwie Środowiska, w którym dziś rozpatruje się przede wszystkim problemy związane z ekologią środowiska, w tym także ekologią polskich wód, ale kwestie hydrologiczne znajdują się na marginesie urzędowych zainteresowań. Dość powiedzieć, że obecnie w ministerstwie problemami wodnymi zajmuje się weterynarz... Nie da się już ukryć, że sprawy gospodarki wodnej są w Polsce traktowane po macoszemu.

– Dlatego problemy związane z brakiem wody – lub z jej okresowym i nieokiełznanym nadmiarem – będą narastać, nawet mimo spadku liczby ludności?

– Tak, ponieważ z góry zakłada się, że nie ma żadnego problemu ani nawet potrzeby myślenia o nim.

– Dopóty, dopóki jest jeszcze woda w kranie?

– Otóż to! Troszeczkę zaczęliśmy się bać tego lata, ale nie dlatego, że zabraknie wody w kranach wielkich miast. Duże aglomeracje są jak na razie dobrze zabezpieczone, nawet przy niskich przepływach w rzekach. W tym roku okazało się, że problemem może być zwiększony pobór energii elektrycznej w związku ze wzmożoną pracą urządzeń chłodniczych – zaczęło brakować wody do chłodzenia turbin w elektrowniach cieplnych.

– I okazało się, jak bardzo brakuje odpowiednich zbiorników magazynujących wodę?

– Okazało się, jak dalece nie przewidziano tego, co nie jest przecież trudne do przewidzenia. Jesteśmy wciąż skazani na doraźne ratowanie sytuacji, co zawsze niesie straty. Na przykład zrzucanie wielkich ilości podgrzanej wody do rzek – przy niskich poziomach niesie ze sobą groźbę katastrofy ekologicznej. Jeśli te problemy nie zostaną wreszcie kompleksowo rozpatrzone – zarówno przez hydrotechników, jak i ekologów – to wkrótce znajdziemy się naprawdę w ślepym zaułku!

– Właściwie dlaczego do tej pory nie ma tego rodzaju kompleksowego spojrzenia?

– Dlatego, że sprawy najważniejsze, fundamentalne i trudne są głęboko chowane, nikt się nie chce nimi zajmować. Wystarczyło obserwować tegoroczną kampanię wyborczą... A problemów wody nie da się rozwiązać tak, jak się gasi pożar! Wprawdzie np. powódź z 1997 r.uświadomiła wszystkim, że powodzie naprawdę się zdarzają i potem rozwiązano – m.in. dzięki pomocy Banku Światowego – kilka lokalnych kłopotów związanych z przepustowością Odry. Największy problem polega wciąż na tym, że nawet tam, gdzie już podjęto jakieś inwestycje hydrotechniczne, to trwają one niewyobrażalnie długo. Jedna z ważniejszych budów – zbiornik Świnna Poręba na Skawie jest już na ukończeniu, ale budowa trwała 35 lat!

– Z czego wynika ta ślamazarność?

– Studentom mówię, że chcemy trafić do Księgi rekordów Guinnessa. A tak naprawdę to wygląda jak jakiś sabotaż... Podobne inwestycje w innych krajach – miałem sposobność zaobserwować to w Szwajcarii – np. od modelu zapory do finału w naturze, trwają ok. 3 lat.

– A w Polsce w dodatku wciąż jest ich za mało. O ile za mało?

– W Polsce nie ma w tej dziedzinie – podobnie zresztą jak w wielu innych – całościowej wizji. Pojawiają się głosy, że skoro powodzie są nieuniknione, to po co w nie inwestować... Nawet wobec narastającego prawdopodobieństwa suszy trudno przebić się z twierdzeniem, że przez budowę zbiorników stwarza się możliwość przechwytywania wody w czasie wielkich przepływów, co nie tylko redukuje skutki powodzi, ale też może pomóc złagodzić skutki suszy. Pojemność obecnie istniejących w Polsce zbiorników w stosunku do objętości rocznego odpływu stanowi zaledwie 6 proc. W większości krajów europejskich wskaźnik ten wynosi od 10 do 20 proc. Gdybyśmy więc mieli 2 razy więcej zbiorników, moglibyśmy znacząco poprawić naszą sytuację – zredukować zagrożenie w okresach powodzi i suszy.

– A to jest zupełnie nieosiągalne?

– Osiągalne, jeśli w budżecie państwa przeznaczy się więcej pieniędzy na gospodarkę wodną. To prawda, że w kraju ciągle mamy ważniejsze problemy... Gospodarka wodna pilnie potrzebuje przynajmniej bliższego rozpoznania. Problem wody wymaga naprawdę poważnego potraktowania i perspektywicznego ujęcia.

– W historii Polski już próbowano go rozwiązywać. W dekadzie gierkowskiej był „Program Wisła"...

– Z „Programu Wisła” chyba nic nie wyniknęło; projektowano budowę kolejnych zbiorników, zakładano poprawę jakości wody. Tymczasem jakość wody jeszcze do początku lat 90. była w Polsce tragiczna, poprawiła się potem głównie dlatego, że podupadł przemysł, ale także dlatego, że sporo zainwestowano w oczyszczalnie ścieków. A co do inwestycji hydrotechnicznych, to prawdę powiedziawszy, budowę wielu dzisiaj istniejących zbiorników zakończono już w okresie gomułkowskim – w 1968 r. oddano do użytku największy polski zbiornik w Solinie, 2 lata później drugi co do wielkości zbiornik we Włocławku (który produkuje darmową energię elektryczną). W latach 60. powstał też Zalew Zegrzyński i tzw. Jezioro Żywieckie.

– Z biegiem lat narastał opór ekologów przeciwko tego rodzaju ingerencji w naturę. Może dlatego nie podejmowano wielkich projektów hydrologicznych?

– Być może, w każdym razie był to dobry pretekst, by nic nie robić. Tymczasem, gdy w latach 90. minionego wieku, po wcześniejszych wielkich protestach ekologów, w końcu oddano do użytku długo budowaną zaporę czorsztyńską i zaraz potem przyszła wielka powódź, to jej skutki o połowę zredukował właśnie zbiornik w Czorsztynie. Opowiadano mi, że także zbiornik goczałkowicki został oddany do użytku tuż przed powodzią, co sprawiło, że uniknięto strat, dzięki czemu zwróciły się koszty jego budowy.

– Strat, które mogły być, a ich nie było, nikt dziś nie chce liczyć, Panie Profesorze!

– A szkoda! Warto zapytać, co by było poniżej zbiornika w Czorsztynie, gdyby go tam nie było w 1997 r.?!

– Co nam dzisiaj bardziej grozi: brak wody czy jej nadmiar?

– Jedno i drugie jest jednakowo groźne. Powodzie przychodzą nagle i nie jesteśmy w stanie z dużym wyprzedzeniem przewidzieć ich, susze łatwiej przewidzieć – i wiemy, że będą narastać – a zatem możemy i powinniśmy się zawczasu w jakiś sposób zabezpieczać. Susze są mniej dotkliwe w wielkich aglomeracjach niż w małych miejscowościach, gdzie zaopatrzenie w wodę może stwarzać poważne problemy.

– Dlaczego?

– Dlatego, że wodę pobiera się tam z małych ujęć, z malutkich cieków, często do ostatniej kropli, gdyż źle zaprojektowano liczbę odbiorców.

– Jak to możliwe?

– Dokumentacje hydrologiczne powinny wykonywać osoby kompetentne i zatwierdzać je powinny w urzędach również osoby o odpowiednich kwalifikacjach. Tak, niestety, często nie jest. W Prawie wodnym do niedawna istniał przepis wymagający, by dokumentację hydrologiczną, choćby na ujęcie wody, mogły sporządzać wyłącznie osoby mające uprawnienia zatwierdzone przez ministra, po zdaniu egzaminu przed specjalną komisją ministerialną. Tymczasem, prawdopodobnie za sprawą jakiegoś lobby, decyzją Trybunału Konstytucyjnego pewne artykuły Prawa wodnego zostały uchylone i obecnie każdy może sobie niemalże wykonywać dokumentacje hydrologiczne do inwestycji hydrotechnicznych... I dziś mamy już tego efekty: zdarza się, że na małych ciekach poniżej ujęcia wody nie płynie już ani kropla wody, mimo iż inne przepisy mówią nadal, że w cieku zawsze powinien pozostawać tzw. przepływ nienaruszalny, który zabezpiecza życie flory i fauny wodnej na całej jego długości.

– Zamiast płynącej spokojnie wody mamy wodę z mózgu, Panie Profesorze! Co zrobić, aby odwrócić sytuację, aby chociaż trochę poprawić stan hydrologiczny Polski?

– Potrzebna jest wyższa ranga gospodarki wodnej w administracji państwowej, powrót specjalistów oraz szerzenie świadomości o możliwych zagrożeniach, głównie w związku z powodziami. Wiedzieć więcej, robić więcej i lepiej.

* * *

Prof. Kazimierz Banasik
wykładowca w SGGW w Warszawie, prezes Stowarzyszenia Hydrologów Polskich

Tagi:
polityka gospodarka Polska

Złote kurki z gazem

2018-12-11 12:41

Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 50/2018, str. 12-13

Historia jak z literatury gatunku political fiction, ale to nie fikcja, lecz do bólu realna polityka. Są w niej sprzedajni, lub tylko nieroztropni, politycy wysokich szczebli, zachodni biznesmeni i rosyjscy oligarchowie, szczwani lobbyści, szpiedzy oraz bardzo wpływowi dobrzy koledzy z KGB i Stasi

Wojciech Boguszewski

Schyłek lat 90. ubiegłego wieku, rosyjska wojna w Czeczenii przeradza się w zbrodnię wymykającą się regułom gry wojennej, rosyjskich żołnierzy osobiście zagrzewa do boju nowy przywódca narodu – Władimir Władimirowicz Putin.

Putin jeszcze długo będzie w Czeczenii robił, co mu się podoba, a najbardziej zagorzali zachodni krytycy rosyjskiego bestialstwa w Czeczenii – kanclerz Niemiec Gerhard Schröder oraz premier Finlandii Paavo Lipponen – osobiście i szybko przyczyniają się do ocieplenia stosunków z Rosją; w 2000 r. Putin gości w Niemczech, a w 2001 – w Finlandii, gdzie jest przyjmowany, jakby nic złego się nie działo.

Gdy wkrótce pojawia się pomysł zbudowania Gazociągu Północnego na dnie Bałtyku, obydwaj panowie – Schröder i Lipponen – będą już wysoko opłacanymi lobbystami tego kontrowersyjnego przedsięwzięcia.

Metody łamania przeciwników

W 2006 r. powstaje spółka AG Nord Stream z siedzibą w Szwajcarii – jest to konsorcjum niemieckich spółek E.ON i BASF oraz rosyjskiego Gazpromu – a jej dyrektorem generalnym zostaje na całe 10 lat niejaki Matthias Warnig, związany z Gazpromem, z Bankiem Rosija. Nie jest tajemnicą, że w latach 1974-89

Warnig był funkcjonariuszem Stasi, policji bezpieczeństwa NRD. Wówczas to w Dreźnie współpracował z Putinem, który w drezdeńskiej placówce KGB był oficerem wywiadu. Dziwnym zbiegiem okoliczności obaj panowie podjęli niezwykle sprawną współpracę przy projekcie Nord Stream.

Początkowo był to pomysł budzący wiele sprzeciwów oraz wątpliwości, ale wkrótce wszystko zaczęło iść jak po maśle. Jens Hovsgaard w książce pt. „Szpiedzy, których przyniosło ocieplenie” stawia tezę, że to właśnie dzięki doświadczeniom wyniesionym z komunistycznych służb – dzięki przemyślnie przebiegłym działaniom – Putinowi i jego przyjaciołom z dawnych lat udało się przełamać największe opory wobec Nord Stream.

Najważniejsza była akceptacja Berlina, jako że rurociąg ma przebiegać przez wody terytorialne Rosji i Niemiec. Z kanclerzem Schröderem nie było kłopotu, wszak już od dawna był przyjacielem Putina.

Umowa między Rosją a Niemcami została podpisana 2 tygodnie przed niemieckimi wyborami parlamentarnymi we wrześniu 2005 r., po których Schröder przestał być kanclerzem. Wkrótce objął niezwykle lukratywne stanowisko przewodniczącego rady nadzorczej konsorcjum powołanego do budowy gazociągu. Mimo pewnych dyskusji, wątpliwości i niesmaku, który pozostał po przejściu czołowego niemieckiego polityka na pozycję lobbysty, ideę budowy gazociągu po dnie Bałtyku poparła także jego następczyni – kanclerz Angela Merkel.

Od Wyborgu w obwodzie kaliningradzkim do Lubomina w Niemczech w dnie Bałtyku wyryto więc rów o długości 1222 km, w którym ułożono gazociąg. Prace trwały od 2010 do 2012 r.

Jako że tylko odcinki końcowe przebiegają przez wody terytorialne Rosji i Niemiec, a większość gazociągu musi być położona w strefach ekonomicznych Finlandii, Szwecji i Danii, spółka Nord Stream musiała uzyskać zgodę tych trzech krajów. Odpowiednie podchody polityczno-biznesowe prowadzono przez kilka lat. Znamienne jest to, że z góry założono, iż z Polską, Litwą, Łotwą i Estonią tego rodzaju uzgodnienia byłyby niemożliwe, więc ominięto wody terytorialne tych krajów.

Caryca Dagmara wraca do Petersburga

Danii bardzo zależy na ociepleniu nie najlepszych od 2002 r. – po zgodzie duńskich władz na organizację Kongresu Czeczeńskiego w Kopenhadze, co zaowocowało wezwaniem Putina do bojkotu przez Rosjan wszystkiego, co duńskie – stosunków z Rosją, łakomie patrzy na nieprzebrane możliwości eksportu duńskich towarów do tego ciągle wygłodniałego kraju.

W 2003 r. podczas kolejnej konferencji Unia-Rosja duński premier Anders Fogh Rasmussen przekazuje prezydentowi Putinowi specjalny podarunek – duńska firma odrestauruje dziedziniec Pałacu Zimowego według szkiców carycy Dagmary, Dunki z pochodzenia, która była żoną cara Aleksandra III.

Caryca Dagmara, która żyła w XIX wieku, ma do odegrania znaczącą rolę w przełamywaniu lodów między Rosją i Danią w XXI wieku, a zwłaszcza wpłynie na powodzenie projektu Nord Stream. Dagmara zmarła w 1928 r. w Danii i tam została pochowana, teraz – podkreśla Putin – na specjalne życzenie narodu rosyjskiego odbędzie się ponowny pochówek carycy w petersburskiej katedrze Piotra i Pawła. Uroczystość odbywa się w 2006 r., jej koszty ponoszą Duńczycy.

Jednak do ponownego otwarcia się Rosji na Danię dochodzi dopiero, gdy rząd Larsa Lokke Rasmussena udziela zgody na przeprowadzenie gazociągu Nord Stream przez duńskie wody terytorialne. Ożywia się handel rosyjsko-duński, wielki biznes się cieszy, jest obietnica wielkich dostaw rosyjskiego gazu – miliard metrów sześciennych rocznie przez 20 lat – jednak niektórzy duńscy politycy przypominają swym entuzjastycznie nastawionym kolegom, że Rosja używa energii jako broni, że w każdej chwili może zakręcić kurki, jak to niedawno było na Ukrainie.

Dania udziela swej zgody jako pierwsza i w gruncie rzeczy bez debaty publicznej, w cieniu gabinetów politycznych i dyskretnego lobbingu. W tej sprawie w Finlandii dochodzi do pięciu wielkich debat publicznych, a w Szwecji odbywają się trzy takie debaty oraz otwarta debata parlamentarna.

Największe dyskusje Nord Stream budzi w Szwecji, gdzie pada więcej pytań o wpływ gazociągu na ekosystem Bałtyku, o niebezpieczeństwa związane z toksycznymi pozostałościami po II wojnie światowej. Ostatecz-

nie jednak kończy się na podpisaniu zgody, do czego walnie przyczynia się minister spraw zagranicznych Carl Bild, który wcześniej przez wiele lat zasiadał w zarządzie wielkiej spółki naftowej i zachował sporą część jej akcji.

W Finlandii podobną rolę odgrywa wpływowy Paavo Lipponen, dawny premier tego kraju, obecnie suto opłacany przez Gazprom lobbysta Nord Stream.

Jak Klondike

Wydaje się, że zainteresowani widzą tylko korzyści. Przymykają oko na to, że wszelkie badania środowiskowe, ocena ewentualnych niebezpieczeństw prowadzone są jednostronnie przez Rosję lub pod jej kontrolą (m.in. duńska firma, u której zamówiono tego rodzaju badania, jest związana interesami z Gazpromem).

Do dziś nie wiadomo, czy i jak usunięto z dna Bałtyku wojenne pozostałości broni chemicznej i biologicznej. Nie oszacowano szkód poczynionych przez budowę gazociągu środowisku naturalnemu wód i dna Bałtyku. Wystarczyło zapewnienie Rosji, że wszystko odbyło się bez przeszkód, że dochowano szczególnej staranności, bo przecież w budowie uczestniczyła znakomita Flota Bałtycka, a bezzałogowe batyskafy układały instalacje. A i sama Rosja nie przedstawiła ekspertyz dotyczących rosyjskich wód terytorialnych.

Mimo szumu wywołanego przez media, mimo pytań o korupcyjne podłoże, o brak rzetelnych analiz przyrodniczo-środowiskowych, o geopolityczne konsekwencje gazociągu Dania, Finlandia i Szwecja właściwie bez większych problemów podejmują decyzję umożliwiającą Putinowi ekspansję na Zachód.

Rosyjski przywódca dobrze wie, jak się dziś zdobywa Zachód. Wie, że w istocie przy podejmowaniu pozytywnej decyzji o przeprowadzeniu Nord Stream wszystkich zaślepia to, iż – jak mówi jeden z zainteresowanych zachodnich potentatów biznesowych – Rosja jest jak Klondike.

Jednym z założeń prezydentury Putina jest postawienie rosyjskiej gospodarki na nogi, co, jego zdaniem, będzie możliwe tylko przy potraktowaniu ogromnych rosyjskich złóż ropy naftowej i gazu ziemnego jako podstawowego narzędzia polityki nie tylko gospodarczej, ale przede wszystkim zagranicznej.

Z pewnością sam Władimir Władimirowicz i jego najbliższe otoczenie nie posiadają się z radości. A Europa Zachodnia – zdaniem jej czołowych polityków – nie ma powodu do jakichkolwiek obaw, bo za pomocą Nord Stream z Rosją połączył ją dozgonnie obopólny złoty interes. Wierzy, że będzie miała dużo taniego gazu i że nikt nigdy nie zakręci tych złotych kurków z gazem.

Gorączka gazu

Nie minęło pięć lat od uroczystego odkręcenia wielkiego kurka z gazem w niemieckim Lubominie, a już pojawia się ciąg dalszy – Putin swoimi sposobami przekonuje zachodnich polityków, że budowa Nord Stream 2 to po prostu konieczność. Ten gazociąg ma biec równolegle do poprzedniego. Budowa ma być zakończona już w 2019 r.

Historia się powtarza. Tym razem jednak Zachód otrząsa się błyskawicznie z oburzenia na Rosję, decyzja o nowym gazowym układzie z Rosją zapada już w niespełna dwa lata po aneksji Krymu. Bo tu nie chodzi o politykę, lecz o czysty biznes – zapewniają czołowi europejscy politycy.

Przed budową Nord Stream trudnością polityczną była sprawa Czeczenii; wielu zachodnich polityków jeszcze wtedy uważało, że nie godzi się robić interesów z kimś, kto dopuszcza się masowej zbrodni na ludności cywilnej. Dziś to brzmi jak bajka dla grzecznych dzieci.

Tym razem sprawy toczą się szybciej, choć według podobnego scenariusza. Zgody poszczególnych krajów są wydawane niemal automatycznie, a szwedzki rząd tłumaczy tę obecną uległość tym, że prawo krajowe i międzynarodowe nie daje mu możliwości odrzucenia takiego wniosku.

Podczas gdy kraje zachodnie są pewne, że robią złoty interes, uzależniając się w ogromnym stopniu od dostaw rosyjskiego gazu, Polska, kraje bałtyckie i Ukraina mogą się obawiać najgorszego. Rosja już zapowiada, że tranzyt przez Ukrainę może być utrzymany pod warunkiem zawarcia nowego, korzystniejszego dla niej kontraktu. Jednakże w skrajnym przypadku już w 2019 r. może nawet zaprzestać przesyłania gazu rurociągiem ukraińskim, bo przecież Europa Zachodnia będzie dostatecznie zaopatrzona drogą bałtycką.

A może będzie realizowany jeszcze gorszy scenariusz – ostrzega zachodnich kolegów premier Mateusz Morawiecki podczas hamburskiej konferencji nt. przyszłości stosunków transatlantyckich – bo „jeżeli okaże się, że ukraiński system przesyłu gazu jest już niepotrzebny, to co powstrzyma Putina przed wmaszerowaniem do Kijowa? (...) Teraz jest zależny od przesyłu gazu przez Ukrainę i musi się liczyć z ogromnymi reperkusjami skutków takiej decyzji, bo ten przesył to główne źródło zasilania rosyjskiego budżetu. Jeżeli powstanie Nord Stream 2, nie będzie już od tego zależny”. Europa Zachodnia ani polskich obaw, ani polskich przestróg nie traktuje serio. A tymczasem słowa przestrogi polskiego premiera już się sprawdzają, bo oto Rosja zablokowała ukraińskie porty w Mariupolu i Biedriańsku na Morzu Azowskim. Nasuwa się pytanie, czy Bałtyk nie podzieli kiedyś losu Morza Azowskiego...

Wokół Nord Stream 2 toczy się wielka gra energetyczno-geopolityczna, w której Rosja – być może tylko tymczasowo – gra w jednym zespole z upojonymi zwycięstwem krajami Europy zachodniej. Po stronie polskiej i ukraińskiej do tej gry włączają się Stany Zjednoczone, które nie wykluczają możliwości podjęcia działań zmierzających do powstrzymania lub „podminowania” budowy Nord Stream 2. Amerykański sekretarz stanu Mike Pompeo zadeklarował w Brukseli współpracę z Kijowem w tej sprawie. Oświadczył, że Stany Zjednoczone, w przeciwieństwie do krajów zachodnioeuropejskich, „nigdy nie zaakceptują aneksji Krymu przez Federację Rosyjską”. Ponadto zagroził dalszymi sankcjami wobec Rosji.

Tymczasem na wodach terytorialnych Niemiec i Finlandii trwa układanie nowych rur. Ułożono już pierwsze 100 km, o czym z wielką satysfakcją poinformował w październiku br. rzecznik Nord Stream 2.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Katedra Notre Dame: wielkie organy cudem uniknęły zniszczenia

2019-04-17 21:16

azr (KAI/LeFigaro/FranceMusique) / Paryż

Zabytkowe tzw. wielkie organy cudem ocalały podczas poniedziałkowego pożaru w katedrze Notre Dame w Paryżu. Monumentalny instrument, którego część piszczałek pamięta czasy średniowieczne, nie został zalany w czasie gaszenia pożaru, nie spłonął, ani też nie stopił się pod wpływem wysokich temperatur.

wikipedia.org

Zabytkowy instrument, składający się z 5 klawiatur, 109 tonów i ok. 8000 piszczałek ocalał podczas poniedziałkowego pożaru. Teraz muzycy z całego świata mobilizują się na wypadek, gdyby organy należało zdemontować z uszkodzonej świątyni i poddać kosztownej renowacji. Jak opisuje jeden z organistów paryskiej katedry, Vincent Dubois, który uczestniczył w wizji lokalnej po ugaszeniu pożaru, „cała struktura, nastawa organowa, piszczałki i konsole zostały dotknięte pożarem w bardzo niewielkim stopniu”. Znajdujący się pod zachodnią rozetą instument, choć był zagrożony w razie zawalenia się wież, został uratowany, m.in. dzięki temu, że ogromne wysiłki straży pożarnej zostały włożone w ostudzenie temperatury północnej wieży, której zawalenie się mogłoby mieć tragiczne skutki dla całej budowli. „To prawdziwy cud, że woda nie dostała się do środka” - mówi drugi z organistów, Olivier Latry. Wielkim szczęściem jest też fakt, że ołowiane piszczałki, których konstrukcja może wytrzymać do 350 stopni Celsjusza nie stopiła się.

Pytany o przyszłość instrumentu, Dubois nakreśla dwa możliwe scenariusze. Jeśli konstrukcja katedry okaże się na tyle stabilna, że rozpocznie się jej odbudowa, organy należy zabezpiczyć na czas prac i przewidzieć sesje muzyczne, ponieważ instrument ten nie może zbyt długo pozostawać nieużywany. Jeśli natomiast budowla okaże się zbyt niestabilna, wówczas monumentalny instrument trzeba będzie zdemontować.

W katedrze Notre Dame w Paryżu organy były obecne od początku jej istnienia, choć początkowo były niewielkim instrumentem. Słynne „wielkie organy” zostały skonstruowane w XIII w. i rozbudowane w kolejnm stuleciu. Obecny instrument do dziś posiada kilka piszczałek z czasów średniowiecznych. To świadczy o najwyższej trosce, jaką przez wieki otaczano instrument, jego konserwację i modernizację. Ocalały podczas Rewolucji Francuskiej, a kolejny etap swojej rozbudowy zawdzięczają m.in. architektowi Viollet-le-Duc, który polecił ich unowocześnienie. Po raz ostatni poddano je kompletnej renowacji w latach 2011-2014.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Diecezja zielonogórsko-gorzowska: Jubileusze kapłańskie

2019-04-18 14:14

kjk

Jubileusze kapłańskie w roku 2019

episkopat.pl
Otaczajmy modlitwą kapłanów-jubilatów

Wyjątkowe jubileusze w bieżącym roku obchodzą:

ks. prałat Zdzisław Chlewiński (Paradyż) - 65-lecie kapłaństwa

ks. Stanisław Horodecki (parafia Wniebowzięcia NMP w Szprotawie) - 60-lecie kapłaństwa

o. Jeremiasz Truś OFMCap (parafia św. Antoniego w Nowej Soli) - 60-lecie profesji zakonnej

ks. kan. Aleksander Walkowiak (parafia św. Mikołaja w Głogowie) - 50-lecie kapłaństwa


Jubileusze 25-lecia kapłaństwa obchodzą:

ks. Jacek Błażkiewicz (rezydent w parafii św. Wojciecha w Międzyrzeczu)

ks. kan. Piotr Bortnik (proboszcz parafii i kustosz sanktuarium w Rokitnie)

ks. Dariusz Chmist (proboszcz parafii św. Stanisława Kostki w Różankach)

ks. Andrzej Fiołka (proboszcz parafii Podwyższenia Krzyża Świętego w Gralewie)

ks. Artur Godnarski (rektor kościoła Maryi Gwiazdy Nowej Ewangelizacji w Gubinie)

ks. Waldemar Grzyb (rezydent w parafii św. Wojciecha w Gorzowie Wlkp.)

ks. kan. Wojciech Jurek (ekonom diecezjalny)

ks. Grzegorz Kniaź (proboszcz parafii św. Szymona i Niepokalanego Poczęcia NMP w Liworno we Włoszech)

ks. Adam Lewandowski (proboszcz parafii Wniebowzięcia NMP w Sokolej Dąbrowie)

ks. Wojciech Miłek (dyrektor Instytutu bpa Wilhelma Pluty w Gorzowie Wlkp.)

ks. Andrzej Nowakowski (proboszcz parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa w Lubięcinie)

ks. kan. Dariusz Orłowski (proboszcz parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa w Wilkanowie)

o. Piotr Paradowski OFMConv (parafia św. Franciszka z Asyżu w Zielonej Górze)

ks. Dariusz Siuda (proboszcz parafii św. Antoniego z Padwy w Bobrówku)

ks. Krzysztof Tomaszewicz (proboszcz parafii Narodzenia NMP w Lipkach Wielkich)

ks. kan. Robert Węglewski (proboszcz parafii Matki Bożej Gromnicznej w Kożuchowie)

ks. Leszek Wilk (proboszcz parafii Narodzenia NMP w Skąpem)

Czcigodnym Księżom Jubilatom życzymy błogosławieństwa Chrystusa – Najwyższego Kapłana oraz nieustannej opieki Pani Cierpliwie Słuchającej z Rokitna

Redakcja i Czytelnicy Niedzieli - Aspektów

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem