Reklama

Petycja do prezes Trybunału Konstytucyjnego

Kłopot nie oznacza braku miłości

2018-05-16 11:24


Edycja łódzka 20/2018, str. III

Kamil Gregorczyk

Z s. Marią Pioskowik, salezjanką i dyrektorem Zespołu Opiekuńczo-Wychowawczego „Ochronka Bałucka”, rozmawia Anna Skopińska

Anna Skopińska: – Od wielu lat prowadzi Siostra ZOW „Ochronka Bałucka”, ma do czynienia z wieloma rodzinami, sytuacjami, które uczą pewnie życia – jeszcze do niedawna mówiło się o zabieraniu dzieci z rodzin, teraz już ten temat przycichł. Czy to oznacza, że pomoc społeczna faktycznie wspiera rodzinę?

S. Maria Pioskowik: – To szkoła mogłaby powiedzieć, w jakim stopniu pomoc społeczna towarzysząca rodzinie wspiera faktycznie tę rodzinę biologiczną. Przypuśćmy, że ma pani kilkoro dzieci i ma pani z nimi kłopoty. Bo przecież cudów nie ma – w każdym wychowaniu jest dużo miłości, ale miłość nie przeszkadza temu, by był kłopot, ani kłopot nie oznacza braku miłości. Wiadomo, że z jednym dzieckiem mogą być mniejsze, a z innym większe trudności.
W zwyczajnej, przyzwoitej rodzinie – mam tu na myśli jakiś standard życia i standard inteligencji – jeśli są wszystkie pozytywne wzorce w tej rodzinie: rodzice pracują, mają autorytet, dzieci są pod ich opieką, ale traktowane z wolnością i szacunkiem, to wiadomo, że w stosunku do jednego dziecka rodzicom wystarczy ich mądrość i ich miłość, i towarzyszenie w postaci dziadków, sąsiadów, kolegów czy przyjaciół, a innemu dziecku w tej standardowej, przyzwoitej rodzinie to nie wystarczy. Musi być jeszcze ktoś fachowy, kto będzie nim kierował: czy to w zachowaniu, czy podejściu do obowiązków, jakie ma dziecko, czyli do nauki.

– I tu wtedy powinna pojawić się ta interwencja z zewnątrz?


– Biorąc pod uwagę liczbę dzieci na stale przebywających w ZOW „Ochronka Bałucka” – 14 i to, że mimo, iż wspieramy się świeckimi pracownikami, przez 24 godziny na dobę jako siostry jesteśmy z tymi dziećmi – stanowimy taką większą rodzinę. Jednak zdajemy sobie sprawę, że przy niektórych dzieciach współpraca z wychowawcą ze szkoły, współpraca z pedagogiem ze szkoły czy z psychologiem daje pozytywne efekty. Bo daje nam to nieraz pewne nowe światło. Oni widzą to dziecko w innych warunkach, niż tylko domowych, tak jak my je widzimy. I są na pewno takie rzeczy, które dzieci powiedzą o sobie poza tym domem.
Do placówek, czy to instytucjonalnych czy rodzinnych, trafiają dzieci, których rodzina jest mało wydolna wychowawczo. Często z powodu nałogów. Może to być jakiś brak zdolności w zawiązywaniu więzi czy też inne wypaczenia, a już najbardziej, gdy w rodzinie występuje przemoc. Jakakolwiek.

– To takie dzieci z rysą?


– Z trudem osiąga się pozytywne efekty psychologiczne u dzieci, które są po przemocy. Choć przecież przechodzą różne terapie – w ramach rodziny biologicznej, którą się ratuje, czy też gdy są w pogotowiu opiekuńczym, zanim trafią do placówki. Także tu mają psychologa, korzystają też z terapii z zewnątrz. Przyznam, że najczęściej takie dzieci, jeśli przejdą dwie terapie, to opierają się już następnym. I ta rysa pozostaje. Choć to nie znaczy, że ten tata, który mnie bił, kopał, zamykał w szafce pod zlewem, nie będzie miał przebaczone. Po dwóch, trzech latach pobytu w placówce dziecko już nie pamięta albo nie chce pamiętać, co tata mu zrobił.
To magiczne słowo „tata” lub „mama” kojarzy mu się – mimo ukrytych gdzieś głęboko wspomnień – z kimś wspaniałym.
Wystarczy, że przyjdzie czysty, ogolony, nie musi nawet mówić „przepraszam”. I choć większe dziecko nie chce z nim mieszkać i nie czeka na żadną propozycję, to jednak liczy na spotykanie się, na otrzymanie doładowania do telefonu, na to, by móc wyjść, bo inni też wychodzą na parę godzin spaceru czy odwiedzin do dawnego domu.
Zawsze modlimy się za rodziców i mówimy dzieciom, że każdy człowiek, w każdej chwili, ma prawo stać się innym, lepszym. I modlimy się o to, by ci rodzice byli lepsi, by umieli skorzystać z tego, że dzieci są tu i starali się coś w swoim życiu zmienić. Wiadomo, że jak już dziecko jest 7 lat w placówce, to nie wierzy, że mama dobrze wykorzystuje czas dla scalenia rodziny, gdy ono jest „zaopiekowane” i ma dom w placówce, ale jak idzie do tego domu, to chce zobaczyć coś innego u tej matki i chwali się tym.

– Ale oprócz placówki jest też możliwość rodziny zastępczej. Siostra wiele razy powtarzała, że domy dziecka nie powinny istnieć, a powinna wzrosnąć liczba takich rodzin. To realne?

– Tak, choć na pewno nie da się funkcjonować całkiem bez domów dziecka, bo rodzina zastępcza nie zawsze wytrzyma napór tych trudności, które znosi dom dziecka. I może oddać dzieci do placówki...

– Zdarzają się takie sytuacje?


– Tak. Z podopiecznymi jednego z domów dziecka tak było. Praktycznie większość stanowiły dzieci z rodzin zastępczych. Były wśród nich takie, które przynamniej na początku jeszcze utrzymywały jakiś kontakt z oddanymi dziećmi, a inne nie. Teraz ustawa o pieczy zastępczej przewiduje, że dzieci do lat 10 mają trafić do rodzin zastępczych.
Wiadomo, że nie ma rodzin zastępczych dla wszystkich dzieci, więc trzeba wybrać. I te młodsze, które trzeba odebrać rodzinom, idą do rodzin zastępczych, a te starsze trafiają do domów dziecka. Rodzina zastępcza tak długo opiekuje się jednym dzieckiem, jak potrzeba, lub innym dotąd, dokąd z pomocą specjalistów daje sobie radę wychowawczo.
Do domów dziecka czasem trafiają dzieci z rodzin zastępczych spokrewnionych, gdzie już dziadkowie nie dają rady, i trafiają też z rodzin zastępczych, które sobie nie poradziły z dziećmi. A przecież ważne jest zapewnienie dziecku potrzeby przynależności. Dzieci, które są z jakiś powodów odesłane z rodzin zastępczych, czują się często drugi raz porzucone.

– Tamte rodziny zastępcze nie miały pomocy?


– Pomoc specjalistyczna na pewno była, bo po oddaniu dzieci nie wszystkie rodziny zastępcze ponownie mogły otrzymać kolejne młodsze dzieci pod swoją pieczę, co oznacza, że dokonywano weryfikacji. Natomiast problem ponownego oddania, bądź zabrania, i powierzenia go bez jego woli innemu środowisku u dziecka wyciska nowe piętno opuszczenia.
Zapewne to jest prawdą, że te dzieci w rodzinach zastępczych stwarzały różne trudne sytuacje wychowawcze, a bardziej jeszcze ich kontakty z rodzinami biologicznymi. To był wielki kłopot, gdy dzieci dorastały i zaczynały słuchać rodziców biologicznych, którzy mówili np.: Jak nie chcesz, to nie idź do szkoły. A rodzina zastępcza tego wymagała. Więc powstawał konflikt. Z tego wszystkiego najwięcej ucierpiały dzieci. Także wtedy, gdy dwójka sprawiała kłopot, a trzecie nie, to by nie rozdzielać rodzeństwa, zabierało się wszystkie do placówki. I te dzieci czuły żal. Trzeba było tam w placówce podejmować różne działania i szukać indywidualnych rozwiązań wychowawczych najlepszych dla dobra oraz rozwoju dziecka przez podtrzymywanie kontaktów bądź z rodziną naturalną czy zaprzyjaźnioną.

– Jest w sytuacji takich dzieci – opuszczonych, zastępczych – jakiś plus? Coś, co pokazuje, że rodzina biologiczna też ma szansę?

– Zanim w ramach „Ochronki Bałuckiej” powstał także dom dziecka, najpierw oprócz przedszkola socjalnego i świetlicy był tu hostel dla dzieci z rodzin znajdujących się w kryzysie. Taką formę dopuszczała wcześniejsza ustawa o placówkach opiekuńczo-wychowawczych. Matka, szkoła, pracownik socjalny w różnych trudnych sytuacjach mogli pozostawić zawsze za pisemną zgodą matki lub ojca dziecko pod naszą opieką. Na określony czas. Bywało, że kurator kierował do nas dzieci na 24 godziny przez przynajmniej 3 miesiące, ale jednocześnie mówił matce: Proszę w tym czasie zrobić to i to. Jeszcze nie była ona ograniczona w prawach do dziecka postanowieniem sądowym, tylko miała nadzór kuratorski. Ona przychodziła do dzieci, zawsze z nią się rozmawiało, przypominało o konieczności terapii. Szłyśmy nawet do domu i „szturchałyśmy”: Proszę zrobić to wszystko, bo inaczej zabiorą pani dzieci. Jak przychodziła trzeźwa, to dzieci nie mogły się nacieszyć, że ona jest. Przez ten czas pobytu dzieci w hostelu wielu rodzinom udało się zmienić coś ku dobremu, zrobić terapię, podjąć pracę, uporządkować mieszkanie i dzieci mogły – nadal przy nadzorze kuratora i pomocy pracowników socjalnych – powrócić do swoich domów. Dla drugiej części dzieci po takiej zmarnowanej przez rodziców szansie pozostawała już tylko placówka opiekuńczo-wychowawcza, ale byliśmy pewni, że wszystko, co dało się zrobić, było podjęte. W tej formie pracy poznałam wspaniałych kuratorów, dobrych pracowników socjalnych i wiem, że są ludźmi, którzy potrafią myśleć. I powiedzieć, co potrzeba rodzicom i podprowadzić ich gdzie trzeba, ale nic za nich nie robić. „Muszą sami złowić rybę”, bo inaczej na nic są rodzicielskie obietnice. I to jest ten plus, który jest w ustawie, że rodzina biologiczna ma być otoczona taką opieką, która byłaby tak pomocna, by dzieci nie musiały trafić do placówki.

– To pewnie musiałoby się zmienić też podejście pracowników socjalnych...


– Czasami trzeba stawiać pytania dość trudne rodzicom, np.: Pracuje pani za granicą, jest tu pani chwilę, więc powinna pani wokół placówki ciągle krążyć, częściej zachodzić, a kim jest ten pan za bramą? Wiem, że może to są mocne zapytania, ale trzeba je postawić, bo to tutaj jest jej dziecko pod moją opieką. I ona jest mi bliska. Jeśli osoba towarzysząca rodzinie będzie blisko dziecka i jego rodziny, to nawiąże z nimi więź i może oni czegoś się nauczą oraz uda się, że tej rodzinie nie trzeba będzie odbierać dzieci.
Czasem jednak, gdy rodziny nie dadzą sobie pomóc, dziecko trafia do pieczy zastępczej. Powinno być jednak zaplanowane działanie dla rodziny biologicznej – towarzyszenie, aby możliwie jednoznacznie dało się określić, czy jej zależy na dzieciach. A jeśli rodzina biologiczna się nie poprawi – zastosować proces adopcyjny dopóki dzieci są małe. A tu wszystko trwa i trwa. A kto oceni, czy ci rodzice „się cofną” i kiedy, i czy im przypadkiem nie jest wygodnie, że ktoś im wychowuje dziecko?

– Wychowuje ciocia i wujek w rodzinie zastępczej?

– Rodzina zastępcza nie może uzurpować sobie prawa do bycia rodzicami. Są rodziną: ciocią i wujkiem. Czasem nie wiadomo, z kim ma się wtedy dziecko liczyć. Czy z tymi kochającymi, co prawda, ale ciocią i wujkiem, czy z tym, do kogo mówi się „mamo” i „tato”? I to temu dziecku każe się ocenić, kto jest dla niego ważniejszy – czy ci, którzy stanowią prawidłową rodzinę i wychowują, czy mama i tata, którzy takiej rodziny mu nie stworzyli, a teraz tylko obiecują.

– Niedoskonałość zapisów? Jak i pewnie to odcięcie poniżej i powyżej 10 lat...


– A jeśli ono skończy 10 lat, to nie jest już dzieckiem? A jeśli chłopiec wytrwał w rodzinie biologicznej i ma 10-11 lat i towarzyszył zawsze swojej mamie, przyprowadzał ją pijaną do domu z knajpy, kładł ją spać i nikt temu dziecku dotąd nie mówił, że ma ją zostawić, nie opiekować się, bo ona się inaczej nie podźwignie, bo odmówiła terapii. I nikt nie wpadł na to, by on – jak miał 9 lat – pobył tymczasem np. w takiej formie hostelowej pod opieką świetlicy dopóki jego mama „przymuszona” nie zrobi terapii.
On jeszcze nie jest niczym skażony, jest kryształem! W takim okresie dzieciństwa, gdy sam mógł być jak rówieśnicy beztroski, całą swoją troskę przelał na matkę. I teraz, w rok później, gdy już tak dalej być nie może, nie ma szans trafić do rodziny zastępczej, bo nie ma dla niego miejsca. On musi trafić do domu dziecka, gdzie są dzieci też niektóre 10-letnie, ale już pokrzywdzone odrzuceniem rodziny biologicznej, zabraniem z rodziny zastępczej i zdeprawowane przykładem starszych, którzy już nauczyli się „korzystania z tego, że muszą sami o siebie zadbać”. Nie jestem za tym, żeby w wieku powyżej 15. roku życia młodzież przyjmować do domu dziecka, chyba że trzeba razem z młodszym rodzeństwem.

– A dochodzenie do dorosłości?

– Pod wieloma względami ścigamy Zachód, ale tam rodzice już 17-latkom zapewniają oddzielne mieszkania (nie uważam tego za dobrodziejstwo). U nas natomiast dla pełnoletniej, dobrej młodzieży z pieczy zastępczej czy to rodzinnej, czy instytucjonalnej, która chce wziąć swoją przyszłość we własne ręce, uczy się, pracuje, chce się usamodzielnić, nie ma możliwości zapewnienia skromnego lokalu do indywidualnego zamieszkania.

Tagi:
dzieci

Rodzicielskie warsztaty – czy warto?

2019-01-30 11:37

Rozmawia Katarzyna Krawcewicz
Edycja zielonogórsko-gorzowska 5/2019, str. VI

Z Anną Walczak o coraz popularniejszych szkoleniach dla rodziców, o wychowaniu i wspieraniu dziecka rozmawia Katarzyna Krawcewicz

©drubig-photo - stock.adobe.com

Katarzyna Krawcewicz: – Dzisiaj mamy wiele ofert różnych kursów czy szkoleń dla rodziców. Skąd taki popyt na te zajęcia?

Anna Walczak: – Rodzicom zależy na jakości relacji z dziećmi, by była ona pełna szacunku i wzajemnego zaufania i dlatego chcą rozwijać swoje umiejętności rodzicielskie. Rodzice szukają też na warsztatach wiedzy z zakresu wychowania dzieci oraz chcą się spotkać z innymi rodzicami, żeby wymienić się doświadczeniami. Taka forma spotkań warsztatowych temu służy. Jako prowadząca dostaję od uczestników informacje zwrotne po warsztatach i stąd wiem, że jest to dla nich również specjalny czas na refleksję. Mówią, że na co dzień są zabiegani i nie mają czasu pomyśleć, jakie działania czy sposób mówienia do dziecka służą jego rozwojowi. A przecież chcą zadbać o jakość kontaktu i relacji z dzieckiem, zbudować jego poczucie wartości, chcą po prostu, żeby sobie poradziło w życiu i żeby było szczęśliwe.
Często też rodzice mówią, że nie radzą sobie z własnymi emocjami. Martwią się np., że złoszczą się na dziecko, ale jednocześnie nie wiedzą, jak sobie poradzić ze swoją złością. I dlatego szukają pomocy – w różnej formie. A przede wszystkim szukają rozmowy. Ważny jest dla nich też ten specjalnie wygospodarowany czas, bo wtedy nie zajmują się dziećmi ani codziennymi obowiązkami, ale mogą spokojnie zastanowić się, jak chcą, żeby wyglądało ich rodzicielstwo.
Jesteśmy też bardzo niepewni i potrzebujemy, żeby ktoś nam powiedział, że jesteśmy wystarczająco dobrymi rodzicami.

– Jeszcze kilkadziesiąt lat temu takich zajęć nie było, a przynajmniej nie były one tak popularne i dostępne. Coś jest nie tak z dzisiejszymi rodzicami?


– Uczestnicy zajęć powtarzają, że nikt nie uczył ich bycia rodzicami. Nie chcą powtarzać tego, co robili ich rodzice. Mówią, że sami nie dostali od nich tego, co teraz chcieliby dać swoim dzieciom.
Nastąpiły zmiany w myśleniu, w kulturze, również zmiany w podejściu do dziecka. Zdaję sobie sprawę, że teraz będę mocno generalizować, jednak kiedyś powszechnie uważano, że rodzicielstwo polega na tym, żeby dziecku dać jeść, ubrać je odpowiednio, położyć spać o konkretnej godzinie. Emocje dziecka czy jego zdanie nie były brane pod uwagę. Brakowało rozmów i nie dbano o jakość relacji. Kiedyś rodzice koncentrowali się na tym, by mieć rację, a nie relację, przysłowiowe „dzieci i ryby głosu nie mają”.
Uczestnicy zajęć mówią, że w dzieciństwie brakowało im np. otwartości ze strony mamy czy taty, brakowało im rozumienia ich emocji. Wspominają, że gdy czegoś potrzebowali, nikt nawet nie wysłuchał ich potrzeby. Bo to nawet nie chodzi o realizację potrzeb, ale przede wszystkim o wysłuchanie. Dzisiaj coraz więcej rodziców chce brać pod uwagę potrzeby dzieci. Podkreślam, że potrzeby to nie zachcianki.
Kolejną sprawą, na którą kiedyś nie zwracano uwagi, jest wspieranie dziecka w byciu sobą. Odkrywanie, kim ono tak naprawdę jest.

– Kiedy przegląda się oferty warsztatowe, widać, że mają one różną formę.


– Można zapisać się na jednorazowy kilkugodzinny kurs, a można też przez pewien czas uczestniczyć w cyklicznych zajęciach. I w tym drugim przypadku już zaczyna tworzyć się pewna wspólnota, a nawet grupa wsparcia. Takie miałam doświadczenie, chociażby prowadząc ostatnio Szkołę dla Rodziców. Uczestnicy zaczęli dzielić się swoimi głębokimi przeżyciami. I nie chodziło już tylko o rodzicielstwo, zaczęli mówić o swoich osobistych trudnościach.
Wybierając natomiast krótszą formę, rodzice przychodzą nie tylko po wiedzę, ale też po konkretne narzędzia, np. co zrobić, żeby dziecko mnie słuchało, żeby ze mną współpracowało, żeby nie krzyczało. Chcą mieć też możliwość zadawania pytań, które rozwiewają różnorodne wątpliwości, chcą usłyszeć, jak inni rodzice radzą sobie z problemami, które pojawiają się w wychowywaniu dzieci.

– I takie narzędzia dostają?

– Na pewno zależy to od warsztatu. Ale ja osobiście coraz bardziej się przekonuję, że im lepiej dbam o siebie i swoje potrzeby, tym mniej potrzebuję konkretnych narzędzi do bycia dobrym rodzicem. Naprawdę muszę zacząć od siebie. Nawet nie jako mama. Najpierw jestem osobą, potem mamą. Moje potrzeby – nie przede wszystkim, ale również.

– Dzisiaj nie ma jednej koncepcji wychowawczej, a wiele z nich się wzajemnie wyklucza. Jak zatem wybrać dobre warsztaty?


– Czasami trzeba pójść na warsztaty po to, żeby się przekonać, że ta metoda nie jest dla mnie. Nie da się z góry przewidzieć pewnych rzeczy. Warto pytać znajomych, którzy w czymś brali już udział. A potem sprawdzać samemu, czy ta wiedza jest przydatna w mojej rodzinie. Jeżeli od razu mamy opory przed przyjęciem jakiejś koncepcji, to prawdopodobnie nie jest ona dla nas. Warto słuchać swojej rodzicielskiej intuicji.
Ja też musiałam wiele się nauczyć jako rodzic, chociaż jestem pedagogiem. I po latach doświadczeń wiem, że dzisiaj nie wybrałabym warsztatów, które koncentrują się tylko na zmianie zachowania dziecka, czyli takich: co zrobić, żeby dziecko przestało płakać, żeby szło spać o jednej porze itd. Nie poszłabym na warsztaty, które miałyby mnie nauczyć żelaznej konsekwencji w wychowywaniu dzieci. Wolałabym np. uczyć się, jak towarzyszyć dziecku, kiedy przeżywa trudne emocje. I tu wrócę do moich potrzeb – jeśli umiem się sobą zaopiekować, to wtedy łatwiej mi przyjrzeć się potrzebom mojego dziecka, mam w sobie chęć do bycia blisko niego. Mam czas na to, żeby usiąść przy nim i już nawet niekoniecznie coś mówić, tylko być. I nie potrzebuję uczyć się na pamięć metod, bo moja empatia pomoże mi tak naprawdę usłyszeć moje dziecko i to, czego ono potrzebuje. Pamiętajmy też, że warsztaty nie mają wzbudzać w nas poczucia winy ani sprawiać, że będziemy się kontrolować z ołówkiem w ręku, czy wykonaliśmy wszystkie zadania. Nie o to w tym chodzi.

– Z Katarzyną Piosik-Łobaczewską będziecie od lutego prowadzić różne spotkania rodzicielskie. Co to będzie?


– 8 lutego zapraszamy na Rodzicielską Mapę Marzeń – będziemy rozmawiać o tym, jak dbać i rozwijać kontakt z dzieckiem oraz o co chcemy szczególnie zadbać w tym kontakcie w bieżącym roku. 16 marca będzie warsztat „Jak zatroszczyć się o siebie, by być troskliwym rodzicem”, 13 kwietnia spróbujemy zrozumieć emocje dziecka, a 18 maja skupimy się na rodzicielskiej złości. Spotykamy się w Zielonej Górze, przy ul. Lisowskiego 7.
Zapisy przyjmujemy pod nr. tel. 792 031 010 lub e-mailowo: pedagog.ania@gmail.com .

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 1/2 2019

Czy naród żydowski współpracował z nazistami?

2019-02-15 18:37

Artur Stelmasiak

Przykład Hotelu Polskiego bardzo dobitnie ukazuje niezwykłą historię, jak polska Armia Krajowa wkracza do akcji, aby bronić Żydów przed Żydami. W tym miejscu kolaborujący z Gestapo Żydzi sprzedawali za grube pieniądze swoich rodaków.

Archiwum

Tak się składa, że warszawska redakcja tygodnika "Niedziela", w której pracuje, mieści się w dawnym budynku Hotelu Polskiego. Podczas II wojny światowej wydarzyła sie tu straszna i bolesna historia dla narodu Żydowskiego, bo w aferę Hotelu Polskiego zamieszani byli dwaj żydowscy kolaboranci Gestapo – Leon „Lolek” Skosowski i Adam Żurawin.

Zgodnie z zabiegami dyplomatów ze Szwajcarii i USA, części Żydów z getta warszawskiego zezwolono wydać paszporty, żeby mogli wyemigrować do Ameryki Południowej. Przesłane na przełomie 1942 i 1943 roku dokumenty nie trafiły jednak do ich właścicieli, a do rąk Skosowskiego i Żurawina. Sprzedawali ukrywającym się Żydom paszporty, których cena dochodziła nawet kilkuset tysięcy złotych za sztukę. Chętnych nie brakowało. Żydzi, którym udało się zakupić paszport, zostali internowani w Hotelu Polskim przy ulicy Długiej 29 w Warszawie. Oczywiście wszystko odbywało się pod bacznym okiem Niemców, którzy pewnie także czerpali profity z tego zyskownego procederu. Wiosną 1943 r. urządzili nalot na Hotel Polski i prawie wszystkich rozstrzelano. Później to miejsce traktowano jako pułapkę warszawskiego gestapo, które w ten sposób wywabiało Żydów z kryjówek po aryjskiej stronie, by ich zamordować w obozach zagłady.

Według Żydowskiego Instytutu Historycznego spośród ponad 2500 Żydów, którzy zgłosili się na Długą, przeżyło zaledwie 260 osób. "Lolkiem" i jego zbrodniczą działalnością zajęła się Armia Krajowa. Leon Skosowski został zabity 1 listopada 1943 roku przez żołnierzy kontrwywiadu Okręgu Warszawskiego AK. Tego dnia do Gospody Warszawskiej przy Nowogrodzkiej o godzinie 17-tej wkroczyło czterech żołnierzy polskiego podziemia uzbrojonych w pistolety i granaty. Zebranym kazano podnieść ręce do góry, a Lolka Skosowskiego zastrzelił podchorąży „Janusz”. Strzelał z bliska – AK chciało mieć pewność, że zlikwidowano tego groźnego agenta Gestapo.

Takich historii, gdy Żydzi współpracowali ze swoimi oprawcami można znaleźć więcej. Parafrazując skandaliczne słowa premiera Izraela Benjamina Netanjahu wypadałoby zapytać: Czy naród żydowski współpracował z nazistami? Odpowiedź jest oczywista. Naród Żydowski był ofiarą, a nie oprawcą, choć tak jak w każdym narodzie zdarzały się czarne charaktery. To nie Polacy, ani nie Żydzi byli oprawcami i zbrodniarzami w czasie II wojny świtowej. Oba narody były ofiarami zbrodniczego niemieckiego nazizmu. Oczywiście Żydzi byli brutalniej traktowani przez Niemców, ale nie jest to w żadnym wypadku wina narodu polskiego.

Przykład Hotelu Polskiego bardzo dobitnie ukazuje sytuację, jak polska Armia Krajowa wkracza do akcji, aby bronić Żydów przed Żydami. "W związku z ustaleniem tego ohydnego zbrodniczego procederu [afera hotelu Polskiego], szef kontrwywiadu AK Okręgu Warszawa, kpt. Bolesław Kozubowski, uzyskał od płk. Chruściela, późniejszego dowódcy Powstania Warszawskiego, zgodę na natychmiastowe zlikwidowanie całej szajki bez oczekiwania na wyrok sądowy, aby ratować jak największą liczbę kandydatów na tak organizowany przez Skosowskiego wyjazd do obozów zagłady" - czytamy we wspomnieniach podporucznika AK Janusza Cywińskiego ps. "Janusz", który wykonał wyrok na Skosowskim.

Kilkadziesiąt metrów od Hotelu Polskiego jest maleńka uliczka im. Bohaterów Getta. Często widzę tam kręcące się wycieczki z Izraela. Dlaczego nie widzę takich wycieczek stojących przed Hotelem Polskim? Przecież to miejsce mogłoby być ważną dla narodu Żydowskiego lekcją historii. Pewne jest także, że taka lekcja bardzo przydałby się premierowi Izraela.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Tomasz Kozłowski: obraz Matki Bożej Jasnogórskiej pochodzi z Bełza na Ukrainie

2019-02-17 09:13

pab / Warszawa (KAI)

O Madonnach dawnej archidiecezji lwowskiej mówił Tomasz Kuba Kozłowski z Domu Spotkań z Historią w Warszawie podczas prelekcji wygłoszonej w Muzeum Narodowym Ziemi Przemyskiej. Badacz historii Kresów przytoczył dzieje obrazów, które przez lata przyjmowały kult na terenie dawnej Rzeczpospolitej. Przypomniał, że czczony na Jasnej Górze słynny wizerunek Matki Bożej pochodzi z Bełza, znajdującego się obecnie na Ukrainie, zaledwie 4 km od granicy z Polską.

Prelekcja Tomasza Kozłowskiego byłą swego rodzaju pielgrzymką do dawnych miejsc kultu maryjnego na Kresach wschodnich. Rozpoczął od obrazu Matki Bożej Łaskawej z katedry lwowskiej. To przed jej obliczem król Jan Kazimierz 1 kwietnia 1656 r. złożył śluby, oddając Rzeczpospolitą pod opiekę Matki Boskiej, którą nazwał Królową Korony Polskiej. Wzorując się na tym wydarzeniu, prymas Polski kard. Stefan Wyszyński napisał tekst Ślubów Jasnogórskich, które episkopat Polski wraz z wiernymi złożył 26 sierpnia 1956 r.

Obecnie oryginał tego obrazu znajduje się w skarbcu na Wawelu, natomiast jego dwie wierne kopie przyjmują cześć w konkatedrze w Lubaczowie i w archikatedrze we Lwowie.

Następnie Kozłowski przedstawił obraz Matki Bożej Jasnogórskiej, który – jak przypomniał – pochodzi z Bełza, jednego z najstarszych grodów Ziemi Czerwieńskiej. – Książę Władysław Opolczyk w 1382 roku wywiózł, już wówczas słynący cudami obraz Czarnej Madonny, umieszczony na bełskim zameczku, na Jasną Górę. Od tego czasu kojarzymy go niemal wyłącznie z Częstochową i Jasną Górą – mówił. – Gdybyście przeprowadzili państwo ankietę na ulicach polskich miast, to nikt by nawet nie wpadł, że Czarna Madonna gdzieś z Kresów pochodzi – dodał.

– Jeszcze na początku XX wieku na ryngrafach, medalikach, pamiątkowych medalach umieszczano informację o bełskiej proweniencji obrazu Matki Bożej Częstochowskiej. Ale od roku 1951, odkąd Bełz nie znajduje się już w granicach Rzeczypospolitej, związek terytorialny Matki Bożej Częstochowskiej z tą częścią ziem dawnej Rzeczpospolitej, była nader rzadko przypominana – przyznał.

Prelegent przypomniał też legendę, według której namalowanie obrazu przypisuje się św. Łukaszowi Ewangeliście, który wizerunek Maryi miał wymalować na blacie stołu w Jej domu w Nazarecie. Dopiero potem obraz został przeniesiony do Konstantynopola, a potem na Ruś Halicką i do Bełza, a stąd wreszcie na Jasną Górę.

Koordynator programu Warszawska Inicjatywa Kresowa opowiedział także o Matce Bożej Sokalskiej, który był jednym z najstarszych wizerunków maryjnych czczonych w Polsce. Oryginalnie namalowany na desce cyprysowej na wzór obrazu częstochowskiego, powstał w latach 90. XIV wieku. Przed nim modlił się m.in. król Jan III Sobieski. 8 września 1724 r. obraz Matki Bożej Sokalskiej został ukoronowany. W 1843 r. oryginalny obraz spłonął w pożarze kościoła i zabudowań klasztornych. Oficjalna kopia została koronowana i obecnie znajduje się w Hrubieszowie, gdzie erygowano Sanktuarium Marki Bożej Sokalskiej.

Kozłowski mówił także o Jazłowcu, gdzie marmurowy posąg Matki Bożej koronowano w lipcu 1939 roku; klasztorze dominikanów w Podkamieniu, w którym przed wizerunkiem Matki Bożej Śnieżnej klękali polscy królowie i świątyni dominikanów w Czortkowie, gdzie znajdował się obraz Matki Bożej Różańcowej. Opowiedział także o wizerunku Matki Dobrej Drogi czczonej w Kochawinie koło Stryja oraz Matki Boskiej Łaskawej, będącej kopią Madonny Częstochowskiej, z kościoła ormiańskiego w Stanisławowie.

Wszystkie te obrazy cieszyły się dużym kultem do XX wieku. Najtragiczniejsza w skutkach była II wojna światowa. Po zmianie granic, wizerunki maryjne z dawnej archidiecezji lwowskiej zostały przewiezione do Polski i umieszczone w kościołach w różnych regionach kraju.

Spotkaniu towarzyszyła wystawa Stanisława Szarzyńskiego pt. „Pamięć i Wiara. Kościoły na Kresach dawnej Rzeczypospolitej”.

Organizatorami prelekcji byli: Muzeum Narodowe Ziemi Przemyskiej, Stowarzyszenie Pamięci Polskich Termopil i Kresów oraz Klub Inteligencji Katolickiej w Przemyślu.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 1/2 2019

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem