Reklama

Niedziela Sandomierska

Obficie darzy łaskami

W 1891 r., krótko przed swoją śmiercią, dominikanin, historyk i kronikarz - o. Sadok Barącz - ormianin z pochodzenia, opublikował pokaźnych rozmiarów księgę pt. „Cudowne obrazy Matki Najświętszej w Polsce”. To niezwykły przewodnik, z którego pomocą odbyć można wędrówkę po wszystkich ważniejszych miejscach kultu maryjnego i oglądać je takimi, jakimi nawiedzane były przez naszych pradziadów.

Niedziela sandomierska 20/2013, str. 4-5

[ TEMATY ]

Matka Boża

Maryja

Rafał Staszewski

Matka Boża Janowska

Ojciec Barącz był badaczem skrupulatnym i płodnym literacko. Spod jego pióra wyszło blisko trzydzieści różnych prac historycznych. Ta, poświęcona słynącym łaskami wizerunkom Matki Bożej, to ostatnie większe dzieło, które ukończył. Na kartach księgi znalazły się m.in. opisy sanktuariów położonych dziś w granicach Diecezji Sandomierskiej. W maju - miesiącu szczególnie poświęconym Maryi, warto przywołać to, co przed ponad 120 laty zanotował o nich autor.

U Matki Pocieszenia

Piękna, barokowa świątynia w Bogorii, od dawien dawna przyciągała wiernych z całej okolicy. A wszystko za sprawą słynącego niezwykłymi znakami obrazu Matki Bożej Bogoryjskiej, zwanej też Matką Pocieszenia.

Gdy w 1620 r. Krzysztof z Podłęża Podłęski ufundował w założonej przez siebie osadzie Bogoria pierwszy kościółek, do opieki nad nim sprowadził z Krakowa kanoników regularnych. Jeden z zakonników, o. Justus Pomorski, przywiózł ze sobą niewielki wizerunek Maryi, malowany przez znanego z nazwiska artystę - Jana Sochera.

Reklama

Pierwsze cuda dokonane za Jej wstawiennictwem datowane są na 1646 r. Zakonnicy prowadzili rejestr niezwykłych znaków. Najwięcej odnotowano ich na przełomie XVII i XVIII stulecia. Później wpisów było mniej, lecz nie można wykluczyć, że zawiniła tu staranność dokumentujących.

Specjalnie powołana komisja kościelna, nie uznała cudów za dostateczne. Mimo to do miejscowego kościoła ściągać zaczęły rzesze pielgrzymów. Tak jest do dziś.

Kilka lat temu cudowny obraz został z inicjatywy ks. proboszcza Andrzeja Wierzbickiego poddany gruntownej konserwacji. 29 sierpnia 2010 r. bp Krzysztof Nitkiewicz, uroczyście nałożył korony na skronie Madonny i Dzieciątka.

Reklama

A oto co napisał o obrazie o. Barącz: „W kościółku niemieckim obraz Matki Boskiej, dawniej cudami wsławiony. Teraz, gdy kto szczerze się modli, szczególnie podczas wystawiania Najświętszego Sakramentu, oblicze Maryi raz blade, raz rumiane wydaje się”. Czy tak jest? Najlepiej sprawdzić samemu.

Trzy koronacje

8 września 1904 r., zjechał do Tarnobrzega, w asyście licznych duchownych bp Józef Sebastian Pelczar. Kościelny dostojnik przewodniczył uroczystościom koronacji obrazu Matki Bożej Dzikowskiej.

Jego początki sięgają XVII wieku. W jaki sposób wizerunek przedstawiający Świętą Rodzinę, znalazł się w Dzikowie? Prawdopodobnie zanim tu trafił, odbył długą wędrówkę. Przez siedem lat znajdował się w rękach mieszkającej na Wołyniu rodziny Białkowskich, której ofiarował go nieznany z nazwiska „towarzysz pancerny”. Kiedy Białkowscy przeprowadzili się z Kresów do centralnej Polski, przekazali wizerunek dziedzicom Dzikowa - Janowi Stanisławowi Tarnowskiemu i jego żonie Zofii z Firlejów.

Najpierw wisiał na ścianie jednej z komnat. Był to jednak czas, gdy rezydencja dzikowska intensywnie się rozbudowywała. Podczas tych prac, zwinięto go któregoś dnia w rulon i schowano do skarbca. Tradycja głosi, że gdy zobaczył obraz, goszczący u Tarnowskich opat klasztoru cystersów w Koprzywnicy Mikołaj Zielopolski, rzekł do hrabiny, by godniejsze mu umieszczenie znalazła. Pobożna pani Zofia, przenieść kazała wizerunek do zamkowej kaplicy i zawiesić go w ołtarzu. Niedługo potem dziać się zaczęły w Dzikowie rzeczy nadzwyczajne, które przypisywano orędownictwu Matki Najświętszej. Znaków było tak wiele, że biskup krakowski Andrzej Trzebnicki, wysłał do zamku specjalną komisję, by dokładnie je zbadała. Jej sprawozdanie zdecydowało o tym, że hierarcha, specjalnym dekretem ogłosił obraz cudownym.

O. Barącz przytacza całą listę niezwykłych zdarzeń, sprawionych siłą wstawiennictwa Matki Bożej Dzikowskiej. Pojawiająca się jasność nad kaplicą, czy rozliczne uzdrowienia chorych (w tym samych Tarnowskich), to jeszcze nic w porównaniu z opisanymi przypadkami powrotu zmarłych do życia. Takiej łaski dostąpić miał niejaki Jan z Miechocina, dziecko kobiety nazwiskiem Fabrowa, czy Walenty Witek, którego w 1689 r. martwego z wody wyciągnięto. W chwili gdy ormiański zakonnik pisał swe dzieło o cudownych obrazach, skroni Dzieciątka i Matki Bożej z Dzikowa (przeniesionej w 1678 r. do kościoła), nie zdobiły jeszcze korony. Uroczyste ich nałożenie w 1904 r., było pierwszym w historii tarnobrzeskiego sanktuarium. Dwukrotnie - w roku 1927 i 1959 korony padały łupem złodziei. Po każdym takim zdarzeniu następowała rekoronacja. Ostatniej dokonał w 1966 r. Prymas Tysiąclecia, kard. Stefan Wyszyński.

Janowska Pani

„Jest wolą Boską, ażeby się tu chwała Jego - na tym miejscu - i pamiątka moja odprawiała” - takie słowa wypowiedzieć miała sama Matka Boża do skromnego bednarza Wojciecha z Rudy koło Janowa Lubelskiego, któremu ukazała się jesienią 1645 r. Od tamtej chwili ziemia janowska słynąć zaczęła łaskami, skrupulatnie zapisywanymi przez dominikanów, sprowadzonych tu za sprawą Jana Sobiepana Zamoyskiego. Opiece zakonników powierzony został obraz, ofiarowany wcześniej przez Zamoyskiego dla kapliczki, wzniesionej na miejscu objawień. Obraz ten, koronowany ćwierć wieku temu przez kard. Franciszka Macharskiego, do dziś przyciąga rzesze pielgrzymów.

O. Sadok Barącz pisząc o tym miejscu, zacytował fragment głośnej księgi „Morze łaski Bożej” Piotra Pruszcza, wydanej po raz pierwszy w roku 1662, a więc tuż po tym, jak Maryja ukazała się Wojciechowi Boskiemu (takie nosił nazwisko). Warto przytoczyć ten opis, bo niezwykle jest malowniczy: „w dzierżawie Zamojskiego, półszósty mil od Zamościa jest zjawienie Najświętszej Panny tym sposobem: Bednarz jeden, stateczny człowiek, łowiąc ryby, zobaczył światłość zstępującą z nieba, na grunt będący przy ulicy, ku rzece idący, którą światłość i Rudnicy widzieli i mieszczany obwieścili, co potem przysięgą na komisji zesłanej stwierdzili i kościółek tamże zbudowali, gdzie Pan Bóg wielkie dobrodziejstwa czyni”.

Sporo tych dobrodziejstw nazbierało się przez lata. Spośród cudów opisanych niegdyś przez zakonników, najbardziej bodaj wstrząsająca jest historia zmarłego dziecka ze wsi Kocudza, które przywieziono w trumience, by pochować je na parafialnym cmentarzu. Przed złożeniem do grobu ofiarowano je Matce Bożej i wtedy nagle maleństwo zaczęło dawać znaki życia. Zdarzenie to z roku 1654 upamiętnione zostało nawet na malowidle wiszącym niegdyś w prezbiterium janowskiego kościoła.

Przed jubileuszem

Podobnego kalibru zdarzenia działy się też w Sulisławicach. Sanktuarium to świętowało w 2010 r. niebagatelną rocznicę 400-lecia obecności cudownego obrazu Matki Bożej Bolesnej. W roku bieżącym obchodzona będzie z kolei setna rocznica koronacji wizerunku.

Niewielką ikonę przywiozła ze sobą branka wojenna Dorota Ogrufina, jako jedyną pamiątkę z rodzinnego domu na Rusi. Dziewczynę wziął do niewoli podczas wyprawy moskiewskiej Wespazjan Rusiecki, szlachcic z podsandomierskiego Suliszowa. Z czasem wydano ją za kościelnego z Sulisławic Macieja Pracla. Przed śmiercią Dorota ofiarowała obraz do świątyni.

Bardzo szybko rozeszła się wieść o jego niezwykłej mocy. Łaskami słynął już w czasie potopu szwedzkiego. Kiedy wojska nieprzyjaciela pojawiły się w okolicy, miejscowy proboszcz zakopał ikonę, by nie padła łupem żołnierzy, jako że (podaję za o. Barączem) zdobiły ją klejnoty wartości 25 tys. złotych reńskich. Uznać je należy chyba za dziękczynne wota.

Ormiański historyk wśród cudów, które dokonały się w Sulisławicach, wymienia przypadek Krystyny Wojciechowej - dziewczynki „rażonej powietrzem”: „już była umarła i dół wykopał jej grabarz, ale matka jak zaczęła błagać opieki Panny Najświętszej, tak do życia wróciła”. W 1726 r. utonęło dziecko kąpiące się w sadzawce w niedalekich Wojcieszycach. Początkowo ludzie nie mogli znaleźć ciała. Zwrócono się o pomoc do Maryi. Dziecko wypłynęło martwe. Wtedy wierni zaczęli modlić się z wiarą i ufnością o łaskę życia dla niego. Na oczach wszystkich obecnych dokonał się cud. Szczęśliwi rodzice mogli zabrać swoją pociechę do domu.

Są również odnotowane przypadki cudownych uzdrowień jakie miały miejsce w ostatnich latach m.in. odzyskanie wzroku przez Władysławę Kwiatek z Czaplowa (1996 r.), uratowanie życia ciężko choremu, trzyletniemu Piotrusiowi Garncarzowi z Trzykos (1999 r.), czy uzdrowienie 2, 5-letniej Wioletki Urbańskiej z Małej Bukowej (2004 r.), cierpiącej na blokadę nerek, z którą nie mogli poradzić sobie lekarze.

Koronacja obrazu Matki Bożej Sulisławskiej była do czasu wizyty bł. Jana Pawła II w Sandomierzu najliczniejszym religijnym zgromadzeniem w historii tej okolicy. 8 września 1913 r. uczestniczyło w niej około pół miliona wiernych, ale są też przekazy mówiące o liczbie dwukrotnie większej. Tłumy, które ściągnęły wówczas do Sulisławic były tak ogromne, że w całej wsi zabrakło wody w studniach.

Skarb klasztornego kościoła

Ostatnim przystankiem wędrówki po miejscach łaskami słynących będzie Klimontów. Mało kto już dzisiaj, poza może samymi mieszkańcami urokliwego miasteczka, pamięta, że kiedyś było ono znanym ośrodkiem maryjnego kultu. Cudami wsławił się obraz Matki Bożej z Dzieciątkiem, umieszczony w kościele klasztornym dominikanów, wybudowanym przez Jana Zbigniewa Ossolińskiego.

O. Barącz pisząc o Klimontowie, po raz kolejny sięga do XVII wiecznego dzieła Piotra Pruszcza: „Tam jest obraz Matki Najświętszej, nie wielki, w Moskwie malowany, a ztamtąd przez fundatora przeniesiony i bractwu Różańca św. za wielki i kosztowny klejnot darowany. Jest greckiej postaci, przez smagławą, wdzięczną rumianość na twarzy i wejrzenie bardzo miłe, wielce pobudzający do nabożeństwa”.

Od razu nasuwa się tu analogia do wizerunku Pani Sulisławskiej. Obydwa zostały przywiezione z wyprawy moskiewskiej i w tym samym mniej więcej czasie za ich sprawą dziać się poczęły niezwykłe znaki. Dla ochrony przed nawałą szwedzką, obraz z Sulisławic zakopano, klimontowski wywiózł i przechował przeor klasztoru dominikanów.

Potem historia poszła jednak w dwóch różnych kierunkach. Zaważyły na tym być może nie najszczęśliwsze losy klimontowskiego klasztoru, który od pierwszych lat XX wieku stał praktycznie opustoszały. W Sulisławicach kult trwał i rozwijał się, tu znacznie przygasł, choć do dziś nie brak takich, którzy darzą wielką czcią obraz Matki Klimontowskiej.

2013-05-16 13:19

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

O prawdziwej pobożności maryjnej

2020-08-12 08:35

Niedziela Ogólnopolska 33/2020, str. 25

[ TEMATY ]

Matka Boża

Bożena Sztajner/Niedziela

Tego roku 16 lipca był deszczowy. To jednak nie z powodu przemoknięcia i wychłodzenia organizmu przeszedł mnie dreszcz.

CZYTAJ DALEJ

Chrześcijaństwo jest wymagające

2020-08-05 07:20

Niedziela Ogólnopolska 32/2020, str. 14-15

[ TEMATY ]

chrześcijaństwo

chrześcinie

Karol Porwich

Bycie chrześcijaninem nigdy nie było i nie jest łatwe. Ono wciąż zobowiązuje i stawia przed nami nowe wyzwania. Dzisiaj, podobnie jak w pierwszych wiekach chrześcijaństwa, wiara wymaga od nas odwagi w jej wyznawaniu i dzieleniu się nią z innymi.

Trudno być wyznawcą Chrystusa, gdy widzi się przed sobą katowski nóż islamskiego bojownika, ale również niełatwo żyć po chrześcijańsku, gdy ma się przed oczami kolorowe billboardy, perspektywy doczesnych sukcesów i niezmierzone bogactwo rozrywki oddalone o kilka kliknięć myszką. Te dwa światy wydają się bardzo odległe, w rzeczywistości jednak powoduje to, że każdy chrześcijanin staje przed tym samym wyzwaniem: stawiać Boga na pierwszym miejscu. Świadectwo wiary jest zadaniem dla wszystkich chrześcijan.

Własne wyobrażenie wiary

To nie jest tak, że nagle bycie chrześcijaninem stało się dziś trudniejsze; że zaczęło wymagać podjęcia spraw, którymi dawniej chrześcijanie nie musieli się zajmować, czy rozwiązywania dylematów, których nie mieli nasi ojcowie. To raczej kwestia tego, że dzisiaj człowiek z dużą łatwością odrzuca odpowiedzialność za swoje życie przed Bogiem. Współczesny człowiek jest przekonany, że wszystko zależy od jego subiektywnej oceny. Posunięty do skrajnych konsekwencji indywidualizm lansuje ideę, według której każdy staje wobec własnej prawdy, a to prowadzi do zaprzeczenia właściwego obrazu prawdziwego Boga.

Wielu chrześcijan deklaruje się jako wierzący, ale żyje na sposób pogański. Tacy chrześcijanie są święcie przekonani, że to jest „właściwe” życie po Bożemu. Dlaczego? Ponieważ mają oni własne wyobrażenie wiary i po swojemu ją przeżywają. Są chrześcijanami, ale zachowują swoje własne nawyki, sposób myślenia, swoje obyczaje. Swoje bycie wierzącymi oceniają tak, jak ocenia je świat, mierzą taką samą miarą, jak mierzy świat. A przecież punkt widzenia świata jest zupełnie przeciwny punktowi widzenia Chrystusa. Miara świata jest zupełnie inna niż miara Chrystusowa.

Nie można być chrześcijaninem i jednocześnie uważać życie za nieszczęśliwy los, a życiowe przeciwności za zły urok. Nie można być chrześcijaninem i jednocześnie uważać chorobę za przekleństwo. Nie można być chrześcijaninem i jednocześnie uważać, że wszystko w moim życiu zależy ode mnie. Nie można być chrześcijaninem, a drugiego człowieka uważać za śmiecia, za środek produkcji lub przyjemności. Nie można być chrześcijaninem, gdy traktuje się przykazania Boże i naukę Kościoła jak kulę u nogi. Bycie chrześcijaninem zobowiązuje, bo chrześcijaństwo jest wymagające!

Świat zniewala, a Chrystus wyzwala

Chrześcijaństwo jest jak nowe, młode wino, które stale fermentuje. „Nikt nie wlewa młodego wina do starych worków skórzanych. (...) Młode wino wlewa się do młodych worków skórzanych!” (Mk 2, 22) – uczy Jezus. Kto zamyka chrześcijaństwo w ciasne ramki ludzkich poglądów czy przyzwyczajeń, wtedy staje się ono dla niego uciążliwe, staje się nieznośne. Bycie chrześcijaninem to nie jest sprawa rodzinnej tradycji, uczuć, ale sprawa przekonania, sprawa traktowania, inaczej niż inni, danego ci w prezencie życia. Postacie świata i chrześcijaństwa są nie do pogodzenia. Świat opiera się na egoizmie, a Chrystus na altruizmie; świat jest zachłanny, natomiast Chrystus wielkoduszny; świat jest naładowany zmysłowością, tymczasem Chrystus jest opromieniony czystością; świat jest przykładem pychy, za to Chrystus jest przykładem pokory; świat jest uzbrojony w przemoc, a Chrystus w cierpliwość; świat zniewala, natomiast Chrystus wyzwala; świat jest robaczywy na skutek dziedzictwa grzechu pierworodnego, tymczasem Chrystus jest wzorem nowego, młodego, pełnego świeżości człowieka.

Nie można pogodzić skarlałego życia ze zdrowym wzrostem. Nie można chrześcijaństwa wcisnąć w ramy tego świata, tak jak orła nie można zamknąć w klatce. Orzeł albo ją rozwali, albo zginie. Albo chrześcijaństwo ustrzeże się światowej trucizny, albo świat zagłuszy chrześcijaństwo, bo jak dziś widzimy, taki ma cel. „Świat będzie was nienawidził – mówił już św. Augustyn w V wieku. – Świat niszczy, ale nie zniszczy, walczy, ale nie zwalczy. Przeciw żołnierzom Chrystusa wysyła dwie armie: schlebia, aby zwieść, trwoży, aby załamać”.

Zazdroszczę tym, którzy wierzą

Być chrześcijaninem znaczy przyznawać się do Chrystusa, który powiedział o sobie: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem” (J 14, 6). „Przyznając się do Chrystusa – powiedział św. Jan Paweł II w 1984 r. do młodzieży szwajcarskiej – przekonacie się, że prawda was wyzwala (...). Przyznając się do Chrystusa, macie udział w życiu, które zwyciężyło wszelką beznadziejność i zwątpienie, a nawet śmierć. (...) Chrystus jest jedyną drogą alternatywną wobec licznych błędnych dróg tego naszego świata”.

Oriana Fallaci, włoska dziennikarka i pisarka, deklarująca się jako „chrześcijańska ateistka”, napisała: „Chrześcijaństwo jest doprawdy wyzwaniem nie do odparcia, imponującym zakładem człowieka ze sobą samym, zazdroszczę tym, którzy wierzą”.

Wiara przeżywana, wyznawana i praktykowana pomaga człowiekowi żyć, radować się i cierpieć. Wiara jest podstawą, trwałym gruntem prawdziwej rzeczywistości, na którym można oprzeć całe swoje życie.

CZYTAJ DALEJ

Abp Hoser dla „Niedzieli”: potrzeba nam miłości ojczyzny na wzór bohaterów Bitwy Warszawskiej

„Bolszewizm zatruł zachodnią cywilizację, a jego pochodną są wszystkie dzisiejsze ideologie” - mówi w wywiadzie dla Tygodnika „Niedziela” abp Henryk Hoser.

O cudownym zwycięstwie w 1920 r., bohaterskiej śmierci ks. Ignacego Skorupki, zjednoczeniu Polaków ponad podziałami i białej plamie w historii, jaką była przez lata była Bitwa Warszawska, z biskupem seniorem diecezji warszawsko-praskiej i wizytatorem apostolskim parafii w Medjugorie, rozmawia Magdalena Wojtak.

Sto lat temu na przedmieściach Warszawy nastąpił cud. Bolszewicy zaczęli się wycofywać, a plan podbicia przez nich serca Europy "po trupie Polski" legł w gruzach. Jak powinniśmy patrzeć na to wydarzenie? 

Abp Henryk Hoser SAC: - To był potrójny cud - jedności narodowej, wspólnoty modlitwy oraz działań militarnych. Zwycięstwo w Bitwie Warszawskiej zawdzięczamy ogromnej mobilizacji całego społeczeństwa, które szturmowało niebo i odpowiedziało na apel biskupów, aby stanąć w obronie ojczyzny. 19 czerwca 1920 r. stolicę zawierzono Najświętszemu Sercu. Episkopat Polski na czele z prymasem kard. Edwardem Dalborem, na Jasnej Górze z inicjatywy trzy tygodnie przed kulminacyjnym atakiem bolszewików ponowił ten akt, zawierzając Najświętszemu Sercu Pana Jezusa całą Polskę. W świątyniach miały miejsce całodzienne adoracje. Od 6-15 sierpnia odbywała się ogólnopolska krucjata modlitewna w intencji ojczyzny odmawiana w formie nowenny.
W stolicy trwały czuwania modlitewne, a z kościołów w kierunku pl. Zamkowego wyruszały procesje pokutno-błagalne. Lud Warszawy zawierzał się Matce Bożej Łaskawej, Strażniczce Polski i patronce stolicy. Modlono się także przed relikwiami św. Andrzeja Boboli.

Jaką rolę w obliczu bolszewickiej ekspansji odegrał Kościół? 

- Polscy biskupi w liście do narodu, papieża Benedykta XV oraz Konferencji Episkopatów Świata prosili o pomoc i modlitwę w intencji zagrożonego nawałą bolszewicką państwa. Pisali, że jeżeli Polska zginie, klęska grozi całemu światu, który zaleje nowy potop - potop mordów, nienawiści, pożogi i bezczeszczenia Krzyża. Pisali, że bolszewizm jest wykwitem wszelkich zasad negacji, które godzą w rodzinę, religię, system społeczny oraz ubóstwianą przez siebie wiedzę. 

14 sierpnia 1920 r. na polach walk w Ossowie, gdzie zginął z krzyżem w ręku ks. Ignacy Skorpuka, sowieci zobaczyli na niebie jasną postać. Nazajutrz Matka Boża objawiła się także w Wólce Radzymińskiej. 

- Uczestnikom Bitwy Warszawskiej, jak relacjonowali bolszewiccy jeńcy, objawiła się Matka Boża. W nocy widzieli wielką postać Maryi na tle stolicy, która ochraniała płaszczem Warszawę, a wystrzeliwane w Jej kierunku pociski odbijały się.
Od tego momentu nastąpił przełom w Bitwie Warszawskiej. Rosjanie zaczęli panikować i wycofywać się. Siły ludzkie były zbyt słabe, aby sprostać wrogowi. Objawienie się Matki Bożej załamało morale Armii Czerwonej, a skuteczne okrążenie bolszewików przez polskie wojsko od strony Wieprza przechyliło szalę zwycięstwa. Cud dokonał się 15 sierpnia 1920 r. w Święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Przepowiednia Lenina, aby po trupie Polski bolszewicy dostali się serca Europy była o krok od spełnienia się. W Wyszkowie czekali już komunistyczni komisarze: Feliks Dzierżyński, Julian Marchlewski i Feliks Kon. Nie mogli doczekać kapitulacji stolicy i przejęcia władzy. Po zwycięstwie bolszewików triumfalnie planowani wjechać do Warszawy, a sowieckim żołnierzom obiecano dwudniowy rabunek stolicy Polski. Kraje europejskie nie miały świadomości zagrożenia i wykazywały się wobec naszego kraju niechętną postawą, próbowały nawet dogadać się z bolszewikami. Czesi na przykład chcieli zatrzymać pociągi z zakupioną przez nasz rząd amunicją. 

Klęska Polaków wydawała się nieunikniona. 

- Tak, ale wydarzył się cud zjednoczenia narodu polskiego. Mimo wszelkich sporów i waśni, które miały miejsce wówczas na scenie politycznej, wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, że niepodległa ojczyzna jest najwyższą wartością. Zjednoczono się wobec nadchodzącego zagrożenia. Dokonała się powszechna mobilizacja. Młodych chłopców powoływano do wojska i wysyłano na front. Powstała Armia Ochotnicza, na czele z gen. Józefem Hallerem, która wydała odezwę do narodu zachęcającą do dobrowolnego wstępowania w szeregi armii. 
 

Bohaterem wojny polsko-bolszewickiej stał się młody, 27-letni kapłan, duszpasterz Legii Akademickiej. 

- Swoją ostatnią Mszę Świętą ks. Ignacy Skorpuka przed wyruszeniem na front sprawował w cmentarnej kaplicy na warszawskim Kamionku. Stamtąd wraz z młodzieżą, wśród której byli liczni uczniowie Gimnazjum im. Władysława IV, wyruszył do Ossowa. Tam z krzyżem w ręku zginął od bolszewickiej kuli. 

Według świadków tego wydarzenia kapłan śpiewał pieśń ku czci Matki Bożej, a w testamencie ks. Skorupka pisał: ,,Dług za szkołę spłacam swym życiem. Za wpojoną mi miłość do Ojczyzny – płacę miłością serca... Proszę mnie pochować w albie i stule...”. 

- Młodzież, która brała udział w walkach 1920 r. była wychowywana w wielkim patriotyzmie. Bój był wzmacniany uformowanym duchem tych młodych ludzi. 
 Wychowanie patriotyczne odgrywa bardzo dużą rolę. Wierność własnym korzeniom, a więc własnej historii, tożsamości jest gwarantem przetrwania. Powinniśmy uczyć się nie tylko na błędach naszej przeszłości, ale także umieć dostrzegać wiele dobra dokonującego się na przestrzeni dziejów, poczynając od chrztu Polski, który był początkiem polskiej państwowości. Dzisiaj potrzeba nam miłości ojczyzny na wzór bohaterów Bitwy Warszawskiej. Musimy pamiętać, że wolność i suwerenność nie są nam dane raz na zawsze. Powinniśmy umieć stanąć ponad wszelkimi podziałami, które rozdzierają polskie społeczeństwo i bronić ojczyzny poprzez sprawnie działające państwo, które zapewnia suwerenność kraju. 

Księże Arcybiskupie, dziś nie zagraża nam komunizm, ale inne ideologie, które uderzają w życie i rodzinę. Jak się bronić przed nimi? 

- Żyjemy w epoce postmodernizmu, która odchodzi od racjonalizmu i kieruje się różnymi ideologiami mającymi neomarksistowskie korzenie. To tworzenie nowoczesnego człowieka, który ma być pozbawiony tożsamości i pamięci historycznej. Widać dziś dewaloryzację człowieka, zwłaszcza słabego i bezbronnego. Potrzeba dziś wrócić do dobrze pojętej antropologii, która bierze pod uwagę nie tylko ciało, ale i duszę. Zauważmy, że zwycięstwem bolszewizmu okazał się pakt Ribbentrop-Mołotow i czwarty rozbiór naszego kraju, który został podzielony przez ateistycznych przywódców. Bolszewizm zatruł zachodnią cywilizację, a jego pochodną są wszystkie dzisiejsze ideologie. 

Przez wiele lat Bitwy Warszawskiej nie można było nazywać „Cudem nad Wisłą”. Cenzura miała wpływ na wypaczanie obrazu tego wydarzenia? 

- Oczywiście. Przez wiele lat Bitwa Warszawska była białą plamą w społecznej świadomości. W czasach komunizmu w szkołach nie mówiło się o klęsce bolszewików pod Warszawą. Akcentowano układ ryski i dowodzono, że to Lenin upomniał się o granice Polski.

Jednak miejscowa ludność pamiętała o historycznym zwycięstwie polskiego oręża. Już dekadę później zaczęły powstawać w stolicy kościoły będące wotum za Cud nad Wisłą.

Wśród wiernych była ogromna potrzebna budowania tych świątyń stanowiących wdzięczności narodu za ocalenie przed bolszewikami w Bitwie Warszawskiej. Konkatedra Matki Bożej Zwycięskiej na Kamionku, kościół Chrystusa Króla na Bródnie oraz kościół Matki Bożej Zwycięskiej w Rembertowie powstały z potrzeby serca warszawiaków i dzięki ich ofiarności. 

W Radzyminie powstaje także świątynia, wotum wdzięczności za życie i pontyfikat Jana Pawła II i zwycięską Bitwę Warszawską. Pod budowę tego kościoła wmurowywał Ksiądz Arcybiskup kamień węgielny.

- Jan Paweł II w czerwcu 1999 r. na Cmentarzu Żołnierzy Polskich 1920 r. w Radzyminie powiedział, że ma wielki dług wobec bohaterów „Cudu nad Wisłą”. Sanktuarium, któremu patronuje papież-Polak ma przypominać, że Karol Wojtyła urodził się w roku Bitwy Warszawskiej i wiele zawdzięcza Polakom broniącym ojczyzny w 1920 r. Świątynia ta powstaje na polach bitwy polsko-bolszewickiej, gdzie miały miejsce krwawe walki. Diecezję warszawsko-praską papież szczególnie zobowiązał do kultywowania pamięci o "Cudzie nad Wisłą". Dlatego też należy pamiętać o innym ważnym miejscu, jakim jest Ossów. 

Tutaj poznamy nie tylko historię wojny polsko-bolszewickiej? 


- Nieopodal grobów bohaterów 1920 r. znajduje się tablica poświęcona polskim oficerom, dowódcom oddziałów walczących w Bitwie Warszawskiej, zamordowanym potem w 1940 r. w Katyniu przez Rosjan. W Ossowie powstała także aleja pamięci, gdzie upamiętniani są ci, którzy zginęli w 2010 r. w katastrofie smoleńskiej w drodze na uroczystości 70. rocznicy zbrodni katyńskiej. To wyraz naszego szacunku do historii i tych tragicznych wydarzeń. 

 Z abp. Henrykiem Hoserem SAC rozmawiała Magdalena Wojtak. 

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję