Reklama

Odbić się od dna

2013-08-05 13:36

Iwona Galińska
Niedziela Ogólnopolska 32/2013, str. 40-41

Dominik Różański

W Polsce ok. 2-3,5 mln osób nadużywa alkoholu, w tym 600-900 tys. jest uzależnionych. Co najgorsze, liczby te ciągle rosną

W 1937 r. spożycie alkoholu nie było większe niż 0,7 l w przeliczeniu na jednego mieszkańca. W latach 50. XX wieku liczba ta gwałtownie wzrosła do 3-4 l. W latach 80. - 7 l, w 90. - 10 l. Najgorsze lata to 1979-80. Na jednego mieszkańca przypadało 8,5 l 100-procentowego alkoholu. Potem nastąpił lekki spadek, aż do lat 90. Obecnie wynosi ok.10 l 100-procentowego alkoholu na jednego mieszkańca. Trzeba zaznaczyć, że ponad 70 proc. alkoholu wypijanego to wódka. Osiem razy częściej uzależniają się mężczyźni. Najwięcej piją między 20. a 30. rokiem życia. Rośnie także liczba pijących kobiet. Jeszcze niedawno nie przekraczała 3 proc. alkoholików, teraz osiągnęła pułap 8-10 proc. Najwięcej kobiet pije między 30. a 40. rokiem życia.

Codziennie próg trzeźwości przekracza blisko 3 mln ludzi, a 4-5 mln pije intensywnie.

Alkoholik kojarzy nam się przeważnie z brudnym menelem o czerwonej twarzy i zataczającym się chodzie. Nic bardziej mylnego. Nałóg nie wybiera i może dotknąć każdego, od profesora uniwersytetu, sędziego, lekarza aż do bezdomnego zbieracza butelek. Tak jak przy każdym uzależnieniu, nie wiadomo, kiedy wpadamy w nałóg. Granica jest bardzo płynna. Zwykle zaczyna się niewinnie. Topimy smuteczki, popijając drinka. „Przecież nie zaszkodzi mi mały kieliszek czegoś mocniejszego” - myślimy. Oczywiście, że nie można popadać w przesadę, ale jeżeli ów przysłowiowy kieliszek staje się codziennym rytuałem, powinno się w naszej głowie zapalić czerwone światełko. Nawet nie zauważymy, kiedy zwiększymy codzienną dawkę alkoholu i wkrótce okaże się, że bez wypicia kilku drinków dziennie nie możemy egzystować. A potem zaczyna się już równia pochyła. Brak kontroli nad piciem, niemożność zrezygnowania z kolejnych kieliszków, niedostrzeganie negatywnych konsekwencji picia. A wszystko to przy usilnym wmawianiu sobie, że przecież nie jest się pijakiem, zachowuje się kontrolę picia i w każdej chwili można z tej przyjemności zrezygnować. To typowe błędne koło, w jakie wpada alkoholik. Sam sobie nie pomoże. Jedynie profesjonalna terapia jest w stanie wyciągnąć go z dna. Alkoholizm to ciężka, śmiertelna, przewlekła choroba. Psychiczne i fizyczne uzależnienie. Alkoholik musi zerwać z postępowaniem w myśl zasady: jakoś to będzie lub: samo się ułoży. Jeżeli nie dokona się gruntownej analizy swego postępowania, nie poszuka rozwiązania trudności, jeżeli nie wyrobi się poczucia odpowiedzialności za swoje czyny - nie będzie dobrze.

Reklama

Mówi Maria

- Mąż pierwszy raz upił się, gdy miał 7 lat - mówi Maria. - Wypił resztki alkoholu, które goście zostawili w kieliszkach. Później przyszły lata młodzieńcze, życie w artystycznej bohemie. Tam piło się ostro, nie trzeźwiejąc przez kilka dni. Szybko przyszło uzależnienie i niemożność życia bez alkoholu. Były nawet wymuszone okresy abstynencji, ale takie bytowanie polegało jedynie na czekaniu na chwile, kiedy będzie mógł się napić. Wtedy dopiero rozpoczynało się życie. Mąż stawał się innym człowiekiem - wesołym, błyskotliwym, aktywnym. Jako młoda dziewczyna nie zdawałam sobie sprawy, w jaki związek wchodzę. Myślałam naiwnie, że moja wielka miłość potrafi się zmienić. Próbowałam wszystkich sposobów - kilkakrotne leczenie w ośrodkach, wszywanie esperalu czy antikolu, wstyd przed ludźmi, gdy przedpołudniami wracał do domu, zataczając się. Na szczęście nie był agresywny, taki alkoholik gawędziarz, ale codzienne życie z nim było gehenną. Dzień zrównywał się z nocą, przez nasz dom przechodziły tabuny ludzi. Stół ciągle zawalony butelkami. Gdy przychodził okres trzeźwienia, wyłaniał się inny koszmar. Majaki, lęki, depresja. Były chwile, podczas których mąż, myśląc, że wchodzi do morza, chciał skakać z czwartego piętra, albo ogarnięty lękiem trzymał mnie kurczowo za rękę i nie mogłam się od niego ruszyć ani na krok. Zaczęłam zaniedbywać moją pierwszą pracę po studiach. W końcu zostałam zwolniona. Zajęłam się opieką nad mężem. Zaczęłam sama popijać. Wstydziłam się taszczyć pijanego mężczyznę w porach, gdy ludzie wychodzili z pracy. A on w okresach trzeźwości był jakby nieobecny, drażliwy, milczący i czekający tylko na moment uwolnienia. W końcu znalazłam się w takim dołku psychicznym, że sama potrzebowałam fachowej opieki. Moje odejście przypieczętowały jeszcze zdrady męża. Odeszłam. On po kilku latach takiego życia zmarł na wylew.

Mówi Barbara

- Już kilkadziesiąt lat żyję z alkoholikiem - mówi Barbara. - Mąż jest sędzią, obecnie na emeryturze. Pił niemal od zarania, a że bardzo dobrze znosił alkohol, nie miał żadnych ograniczeń. Dokąd był zobligowany terminami w sądzie, wszystko wydawało się pod kontrolą. Nigdy nie pił poza domem. Na osiedlu sąsiedzi wiedzieli o jego nałogu, ale on nie miał wstydu, gdy w biały dzień zarył twarzą w trotuar. Prawdziwy dramat zaczął się, gdy przeszedł na emeryturę. Teraz już mógł pić kiedy chciał i ile chciał. Jest agresywny. Zdarza się, że demoluje mieszkanie, a ja wzywam policję, która niewiele może zrobić, bo męża chroni immunitet. Widzę postępujące zmiany w jego zachowaniu, rozumowaniu. To nie ten sam człowiek, kiedyś błyskotliwy, analityczny. Teraz zachowuje się jakby miał „wyprany mózg”. Życie z nim to piekło. Samotność, niepewność jutra, beznadziejność sytuacji towarzyszą mi na co dzień.

Kulawy Stasiek

Kulawego Staśka wszyscy znali w kamienicy. Nie wiadomo dlaczego przylgnęła do niego taka ksywka. Był cukiernikiem. Miał rodzinę, którą bardzo kochał. W tym domu piło się „od zawsze”. Dziecko zostało poczęte w oparach alkoholu i w takiej atmosferze je wychowywano. Pozornie wszystko się jakoś układało - do czasu choroby kulawego Staśka. Miał marskość wątroby, chore serce, ale nadal pił. W końcu wyrzucono go z pracy. Chodził opuchnięty, czerwony, z puszką piwa w ręku przesiadywał na osiedlowej ławce. Któregoś dnia jego Ewcia wyrzuciła go z domu. Zamieszkał na klatce schodowej. Sąsiedzi pomagali mu jak umieli. Załatwili leczenie i miejsce w ośrodku dla bezdomnych. Ale on po kilku dniach zjawił się ponownie na schodach. - Nigdzie nie pójdę - dowodził - muszę widzieć, jak Karolinka rośnie i czy moja Ewcia nie ma innego faceta. Już nie pił. Jego organizm nie tolerował alkoholu. Co pewien czas karetka zabierała go do szpitala. Wracał znów na schody. Któregoś razu nie wrócił. Umarł.

Trzy dramaty opowiedziane w skrócie, zdawałoby się, wszystko dzieli, jednoczy jedynie wódka i tragedie uwikłanych w te historie ludzkich losów. Rozpad rodzin, degradacja osobowości zarówno dziecka wychowywanego w takich warunkach, jak i osób dorosłych. Choroby psychiczne i fizyczne, które niszczą uzależnionych. Oprócz popularnej, a śmiertelnej marskości wątroby, chorób serca, nadciśnienia tętniczego, chorób nerek, trzustki aż po zmiany w mózgu. Amerykański profesor psychiatrii Jose Javier Miguel-Hidalgo mówi o zmniejszeniu gęstości neuronów w części kory czołowej mózgu u alkoholików. U takich osób „dokonuje się uszkodzenie kory oczodołowo-czołowej, a powoduje to nieumiejętność korzystania ze zdobytych wcześniej doświadczeń przy podejmowaniu decyzji i wykonywaniu zadań oraz zaburza umiejętność adaptacji do nowych warunków środowiskowych”.

Alkoholizm u kobiet

Coraz popularniejsze w dzisiejszych czasach staje się uzależnienie od alkoholu u kobiet. Jest to wynik równouprawnienia. Kobiety niemal we wszystkim chcą się upodobnić do mężczyzn. W piciu alkoholu także. Wypady z koleżankami do klubów lub samotne przesiadywanie w barze to popularny sposób spędzania czasu wśród młodych, aktywnych zawodowo kobiet. A trzeba pamiętać, że wypicie sześciu piw dostarcza organizmowi tyle alkoholu, co wypicie pół litra wódki. Tylko że organizm kobiety inaczej reaguje na alkohol. Czynniki biologiczne, psychologiczne i społeczne różnią picie mężczyzn i kobiet. Kobiety szybciej doznają szkód somatycznych takich jak uszkodzenia wątroby. Zmiany hormonalne wynikające z cyklu menstruacyjnego wpływają na większą toksyczność alkoholu w organizmie. Stężenie takiej samej porcji alkoholu u kobiety jest o 40 proc. większe.

Uwarunkowania psychologiczne powodują, że kobiety częściej piją z powodów emocjonalnych związanych z sytuacją domową. Czują się osamotnione w rodzinie, często przeżywają tzw. syndrom opuszczonego gniazda, nie mają możliwości samorealizacji. Skumulowanie kilku negatywnych zjawisk prowadzi do permanentnego zmęczenia, rozdrażnienia, kłopotów ze snem, stanów depresyjnych czy lękowych. Aby te objawy zniwelować, sięgają po alkohol.

Kobiety znacznie częściej niż mężczyźni przeżywają z powodu alkoholizmu - i to dużo większe - poczucie wstydu i winy. Oskarżają się, że nie poradziły sobie z rolą matki i żony. Są przez środowisko szybciej odrzucane i napiętnowane. Alkoholiczki umierają czterokrotnie częściej niż pijący mężczyźni i żyją o piętnaście lat od nich krócej.

Szukanie pomocy

Alkoholik sam sobie nie pomoże. Jeżeli chce odbić się od dna, musi szukać specjalistycznej pomocy. Na szczęście zaniechano leczenia antikolem i esperalem. Taki straszak zaszyty pod skórą niewiele dawał. Alkoholicy wydłubywali spod skóry preparat albo go zapijali. Było to bardzo niebezpieczne. Toksyna, która uwalniała się w organizmie, stawała się zabójcza. Niszczyła nerki, wątrobę, trzustkę, serce, układ pokarmowy znacznie szybciej i intensywniej niż podczas zwykłego picia. A poza tym - alkoholik czekał jedynie na chwile, kiedy będzie mógł się spokojnie napić.

Obecnie dla uzależnionych szuka się pomocy u psychoterapeutów. W ramach terapii działają grupy wsparcia. Na mityngach klubów AA uzależniony poznaje na nowo siebie, wyzbywa się lęku, który odgradza go od zewnętrznego świata. Najważniejsza w terapii jest silna motywacja. Musisz wiedzieć, dlaczego chcesz rozstać się z nałogiem. Uświadomić sobie, kto czy co jest tego powodem. Podczas kuracji trzeba więcej czasu poświęcić sobie. Przyglądać się swoim zachowaniom, uczuciom, opiniom tak, aby były one przemyślane. Terapeutka Zofia Sobolewska zwraca uwagę, że na kurację przychodzą do niej ludzie mający hedonistyczne nastawienie do życia. Hołdują zasadzie, że przyjemne życie to udane życie, i aby doświadczyć tej przyjemności, muszą pić. - Trzeba dostrzec inne wartości - zauważa. - To w ich realizacji poszukuje się satysfakcji, która może być odroczona w czasie, poprzedzona wysiłkiem czy cierpieniem. Dlatego uczestnicy mityngów szukają wsparcia duchowego. Bardzo pomocne jest odniesienie do religii, Kościoła. Dużą popularnością cieszy się Ośrodek Apostolstwa Trzeźwości prowadzony przez Zakon Braci Mniejszych Kapucynów w Zakroczymiu. To właśnie tam zgłaszają się grupy samopomocowe i współuzależnione (rodziny). Nie poprzez terapię, ale poprzez dni skupienia, trwające każdego tygodnia od czwartku do niedzieli, umacniają swoje działanie, dzięki odnajdywaniu siły wyższej. Uczą się tolerancji, bo do ośrodka trafiają innowiercy i tacy, dla których wiara jest sprawą odległą. W miarę uczestnictwa w dniach skupienia początkowa niesprecyzowana siła wyższa przybiera postać Boga, Jezusa. Apostolstwo Trzeźwości w ramach rekolekcji zaprasza do siebie terapeutów z zewnątrz, posiadających dorobek naukowy. Takie dochodzenie do trzeźwości przynosi efekty. Nawet gdy następuje załamanie i powrót do picia, jest silna motywacja duchowa, aby po raz kolejny podnieść się i rozpocząć walkę o trzeźwość.

Różne są drogi zerwania z nałogiem. Najważniejsze, aby znaleźć w sobie siły do zerwania z dotychczasowym trybem życia. W krętej drodze do trzeźwości napotyka się na liczne trudności. Mówi o tym jeden z uczestników grupy wsparcia i radzi, aby „co jakiś czas przyjrzeć się swojemu trzeźwieniu i wprowadzić do niego nowe elementy. Gdy tego nie zrobimy, sprawy, które sprawiały nam dotychczasową radość, zaczynają denerwować, a w miejsce spokoju i pogody ducha pojawia się niepokój i frustracja. Trzeźwienie staje się ciężarem nie do udźwignięcia. Jesteśmy smutni, apatyczni, nic nam się nie chce. Stąd blisko do powrotu do starych wzorców, zachowań i picia”. Autor tej wypowiedzi w ramach terapii wysłał zgłoszenie do Studium Pomocy Psychologicznej dla nieprofesjonalistów i zaczął organizować turystykę abstynencką. Założył Sekcję Turystyczną przy Katowickim Oddziale Federacji Klubów Abstynenckich. Zaczął realizować swoje pasje - wyprawy w góry, na żagle. Uważa, że powrót do natury może być formą pomocy ludziom z problemami alkoholowymi.

Gdy wpadnie się w alkoholizm, odbicie od dna jest trudne i mozolne. Prowadzi przez wiele wyrzeczeń i cierpień. Ale w końcu na nowo odkrywa się świat, odbudowuje więzi rodzinne i zrzuca okowy niewoli. Znów stajesz się wolnym człowiekiem.

Reklama

Czy mogą istnieć parafie bez księży?

2019-06-24 17:55

vaticannews / Torreglia (KAI)

Czy mogą istnieć parafie bez księży? To pytanie staje się coraz bardziej aktualne w wielu krajach europejskich. Pochylają się nad nim również uczestnicy 69. Tygodnia Duszpasterskiego organizowanego aktualnie w Torreglia we Włoszech. Tytuł spotkania brzmi: „Parafia bez księży. Od kryzysu powołań do odnowionej misyjności świeckich”.

pixabay.com

Temat zrodził się z obiektywnej obserwacji rzeczywistości: we Włoszech jest coraz mniej księży i tym samym wzrasta ilość parafii, gdzie ich brak. Uczestnicy spotkania podkreślają, że nie może istnieć wspólnota chrześcijańska, która nie spotyka się wokół Eucharystii. Wspólnota bowiem ze swej istoty opiera się zarówno na Eucharystii, jak i na słowie oraz na miłości. Te trzy rzeczy trzeba widzieć łącznie. I nawet jeśli będzie mniej Mszy odprawianych z powodu niedoboru księży, to wspólnota chrześcijańska nie przestanie istnieć. Parafie nie stanowią już swoistych, pojedynczych wiosek. Trzeba będzie je łączyć, aby optymalizować „siły kapłańskie”. Wtedy wierni będą mieli okazję doświadczyć bardziej Kościoła misyjnego. Kościoła, który wychodzi poza siebie.

"Chcemy uświadomić, że wybór opcji z łączeniem parafii czyni Kościół bardziej misyjnym, bardziej uczestniczącym, szczególnie jeżeli chodzi o podejmowania współodpowiedzialności przez osoby świeckie. Społeczność żyje bardziej zakorzeniona w Kościele lokalnym. To jest nasza wizja. Nie chodzi bynajmniej o łatanie dziur. Ale dowartościowanie darów i posług, które im przynależą poprzez chrzest, kapłaństwo, poprzez małżeństwo. Mamy wiele racji, dla których bardziej trzeba angażować świeckich we wspólnocie chrześcijańskiej. Powtarzam, nie chodzi o łatanie dziur, czynienie ze świeckich kogoś w rodzaju «półksięży», czy «małych księży»” - powiedział bp Domenico Sigalini, specjalista w dziedzinie teologii pastoralnej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Bp Milewski: nie ma zgody na antychrześcijańskie działania

2019-06-25 21:15

eg / Garlino (KAI)

Potrzebna jest nasza wyraźna niezgoda na antychrześcijańskie akty i działania – powiedział bp Mirosław Milewski w Garlinie w diecezji płockiej. Przewodniczył tam rocznicowej Eucharystii w 25. rocznicę zbudowania kaplicy w tej miejscowości.

episkopat.pl

Bp Mirosław Milewski w kazaniu powiedział, że każdy jubileusz, to czas spojrzenia wstecz, czas podsumowań, ale też potrzeba dziękczynienia i obietnica, że w kolejnych latach wierni będą w tej wspólnocie podtrzymywać swoją wiarę. Bo Jezus chce, aby iść Jego śladami. Dla kogoś, który na poważnie traktuje swoje chrześcijaństwo, to jedyna możliwa droga.

Biskup pomocniczy diecezji płockiej zwrócił też uwagę na potrzebę opamiętania w codziennym życiu. Dlatego w kościołach całej Polski śpiewano w niedzielę suplikację „Święty Boże, Święty Mocny…”, żeby przeprosić za zło: za znieważanie Najświętszego Sakramentu, kpiny z katolickiej Mszy św., za „tęczowe” aureole wokół Matki Bożej z Dzieciątkiem, za niszczenie krzyży i ołtarzy w kościołach, za przemoc fizyczną wobec księży.

- Te haniebne akty są coraz częstsze. Wydaje się, że ich celem jest zepchnięcie przestraszonych katolików do katakumb. Potrzebna jest nasza wyraźna niezgoda na takie antychrześcijańskie akty i działania. Nigdy nie możemy godzić się na to, aby barbarzyńcy szargali nasze święte obrzędy i przedmioty. Módlmy się o opamiętanie za tych, których zdławiło zło, ale także w miarę naszych możliwości, protestujmy przeciwko aktom profanacji – zaapelował bp Milewski.

Parafia Grudusk prawdopodobnie powstała w XI wieku. Nosi wezwanie św. Apostołów Piotra i Pawła. Jej proboszczem jest ks. kan. Tadeusz Wołowiec. Kaplica pw. Matki Bożej Częstochowskiej w Garlinie zbudowana została w tej parafii w latach 1990-1994.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem