Reklama

Tajemnice Powstania Warszawskiego

2013-08-07 14:15

Z Katarzyną Utracką rozmawia Wojciech Dudkiewicz
Edycja warszawska 32/2013, str. 5, 8

Marcin Żegliński

WOJCIECH DUDKIEWICZ: - Czy wiemy już wszystko o Powstaniu? Czy są jeszcze takie jego tajemnice, które będzie lub nie będzie można nigdy rozwiązać?

KATARZYNA UTRACKA: - Jest jeszcze wiele spraw nierozstrzygniętych, nie opracowanych, nie zbadanych, albo wymagających weryfikacji, czy ponownego zbadania. A przyczyna jest dość oczywista: czasy PRL nie sprzyjały badaniu Powstania. Kilkadziesiąt lat po jego wybuchu i upadku, które mogły być spożytkowane na badania, zostało bezpowrotnie straconych. Poumierali ludzie, zginęły dokumenty itd. Sprawy były wtedy nie tylko przemilczane, ale także wykoślawiane. Te aspekty, które - mimo wszystko - doczekały się opracowań, miały ideologiczne konotacje. Musiały pasować do oficjalnego postrzegania Powstania.

- Wiele jeszcze pracy przed historykami?

- Tak i to pracy wszechstronnej, opartej na dogłębnych kwerendach archiwów polskich, niemieckich i rosyjskich. Takie badania jeszcze przed nami. Szczególnie utrudniony jest dostęp do archiwów rosyjskich. Bazujemy często na pracach historyków, robionych niejako przy okazji. Natomiast do dogłębnego zbadania tych archiwów jeszcze daleko.

- Wśród tajemnic Powstania z pewnością jest to, kiedy Niemcy dowiedzieli się, że Powstanie wybuchnie. Są na ten temat różne opowieści.

- Niemcy oczywiście wiedzieli, że coś się szykuje. Przecież mieli swoich agentów, wtyczki. Wywiad, kontrwywiad niemiecki działał bardzo sprawnie. Informacje, że szykuje się coś większego, docierały do nich. Ale nie wiedzieli, co dokładnie się szykuje i jakie rozmiary to przyjmie. Gdy 1 sierpnia zobaczyli wzmożony ruch na ulicach Warszawy - pierwsze potyczki, miały miejsce długo przed godziną W - chociażby na Żoliborzu już przed godz. 14, potem w Śródmieściu, na Woli - więc szybko się zorientowali, co się święci. I efektu zaskoczenia nie było. Dowództwo AK uważało, że godz. 17 to czas wzmożonego ruchu na ulicach, dlatego działania powstańców umkną uwadze Niemców. Okazało się inaczej. Wielu warszawiaków wracało właśnie z pracy, wielu nie miało pojęcia o Powstaniu. Najpewniej, gdyby wybuchło np. nad ranem, efekt zaskoczenia byłby większy.

- Już pierwszego dnia Powstania część - ok. jednej czwartej powstańców wycofało się z Warszawy. Decyzje podejmowali - według niektórych relacji - dowódcy oddziałów. To przez lata budziło kontrowersję. Czy to jest zagadka dla historyków?

- To nie była samodzielna decyzja dowódców oddziałów - choć także nie dowódcy powstania, płk. Antoniego Chruściela „Montera” - lecz dowództwa obwodów. Oddziały z Ochoty, Żoliborza, części Mokotowa, wyszły na rozkaz komendantów obwodów. Chcieli przegrupować swoje siły, dozbroić się w broń, amunicję ze zrzutów i wrócić do Warszawy. Temat został niedawno na nowo podjęty, ale nie jest to wielka tajemnica. W każdej publikacji na temat Powstania ta sprawa jest poruszana.

- Kolejna kontrowersja jest taka, że dowódca AK gen. Tadeusz Bór-Komorowski chciał kończyć Powstanie już w chwilę po jego wybuchu.

- Nie ma tu większej kontrowersji, bo w związku z tym, że powstanie miało trwać kilka dni - dokładnie dwa-trzy dni, góra tydzień - nikt nie spodziewał się, że potrwa aż tak długo. Dłuższe trwanie walk dla wszystkich było zaskoczeniem - i dla żołnierzy i dla cywilów, ale także dla dowódców. Udało się zdobyć jakieś pojedyncze obiekty, sporą część Śródmieścia, Starówki, ale obiekty strategiczne, jak lotniska, dworce, mosty, to wszystko zostało w rękach nieprzyjaciela. To decydowało o niepowodzeniu Powstania. Dowódcy już w pierwszych dniach wiedzieli, że los Pwstania został przesądzony już na początku. Myślano o kapitulacji, ale wciąż była nadzieja na pomoc Zachodu, czy Armii Czerwonej, która stanęła pod Warszawą. A o dalszym trwaniu Powstania zadecydowała postawa ludności cywilnej, jej wielkie poparcie, niemalże euforia z nagle wybuchającej wolności. Rozmowy na temat kapitulacji trwały już od początku września. Zerwano je, gdy ruszyła ofensywa Armii Czerwonej.

- Czy pojawiają się nowe dokumenty, które mogą pomóc w rozwiązaniu zagadek Powstania Warszawskiego?

- Wbrew pozorom dokumentów dotyczących Powstania Warszawskiego, a niekoniecznie dobrze zbadanych, zachowało się sporo i historycy wciąż mają nad czym pracować. Pojawiają się też nowe dokumenty. Kilka lat temu do Muzeum Powstania Warszawskiego trafiła tzw. skrytka z ul. Filtrowej - gdzie była ostatnia siedziba dowódcy Powstania. W czasie remontu przy ul. Filtrowej znaleziono archiwum komendy okręgu. Dokumenty są co prawda sprzed Powstania, ale sporo mówią o przygotowaniach do niego. Rzucają nowe światło na organizację konspiracji warszawskiej.

- Wiemy, kim był przeciętny powstaniec? Pamiętamy zdjęcia kilkunastoletnich małych chłopców w wielkich hełmach.

- Taki bywa stereotyp powstańca. Opracowujemy biogramy powstańców - zamierzamy, we współpracy z IPN, wydać wielki słownik powstańców - dlatego wiemy, że to nie byli tylko mali chłopcy. Średnia wieku powstańca to 20-21 lat. Oczywiście byli też młodsi, ale sporo było powstańców w sile wieku. Nie zawsze byli przy tym warszawiakami. Sporo było ludności napływowej, uciekinierów, m.in. z Wielkopolski, którzy tu ukrywali się, a w sierpniu 1944 r. chwycili za broń.

- Co jest największą, niezbadaną tajemnicą Powstania?

- Może nie tyle największa tajemnicą, ale najbardziej zaniedbanym tematem wydaje się ludność cywilna. Życie codzienne warszawiaków, którzy byli ogarnięci powstaniem i musieli się jakoś w tym znaleźć, jest nieopisane. Każdego dnia walczyli o przetrwanie. Gdy rozmawiałam z powstańcami, wielu z nich podkreślało, że to mieszkańcy Warszawy, ludność cywilna, są prawdziwymi bohaterami tamtych wydarzeń. Bo oni, powstańcy, mieli co jeść, gdzie spać. Ten temat wymaga zbadania.

- Nie ma publikacji na ten temat?

- Jedna książeczka brytyjskiej historyk Joanny Hanson, sprzed kilkudziesięciu lat, nie czyni wiosny. Gromadzimy ankiety, zbieramy materiały nie tylko o powstańcach, ale także o cywilach. Chodzi nam szczególnie np. o tych, którzy zginęli w rzezi na Woli, gdzie w parę dni zamordowano 40 tys. ludzi. Mordowano kobiety, starców, dzieci, niemowlęta. Prowadzimy kwerendy w tej sprawie. Dobrze byłoby uczcić, a choćby zawołać po imieniu, przywrócić ich pamięć, bo często nie mają nawet swoich nagrobków.

Tagi:
historia Warszawa powstanie

Reklama

Zamek Królewski w Warszawie - Czekając na światło

2019-12-13 18:47

WOK

ZAMEK KRÓLEWSKI W WARSZAWIE

WOK

CZEKAJĄC NA ŚWIATŁO

niedziela 21 grudnia 2019 r. godz.19.00

Program: Jan Sebastian Bach – Kantaty:

Herz und Mund und Tat und Leben, BWV 147

Ärgre dich, o Seele, nicht, BWV 186

Marzena Michałowska – sopran

Piotr Olech – alt

Aleksander Kunach – tenor

Tomas Kral – bas

Zespół Wokalny WOK

Krzysztof Kusiel Moroz (kier. art.)

Musicae Antiquae Collegium Varsoviense

(na instrumentach historycznych)

Marcin Sompoliński – dyrygent

Fenomen Jana Sebastiana Bacha z perspektywy stuleci jest trudny do przecenienia – zarówno w kontekście artystycznego absolutu jego twórczości o charakterze iście kanonicznym, jak i w sferze spójności dzieła z kalendarzem liturgicznym. Jako kantor był odpowiedzialny za oprawę nabożeństw, czego najwspanialszym owocem są właśnie kantaty.

Herz und Mund und Tat und Leben (Serce, usta, czyny, życie) powstała w pierwszym roku sprawowania przez Bacha funkcji kantora w lipskim kościele św. Tomasza (a de facto w czterech świątyniach lipskich, bo odpowiadał za oprawę muzyczną nie tylko w Thomaskirche, ale też w Nikolaikirche, Neue Kirche i Peterskirche (1723-50). Jego obowiązkiem było komponowanie kantat na każdą z niedziel oraz święta kościelne. W efekcie do naszych czasów dotrwało 209 kantat (pięć pełnych roczników kalendarza liturgicznego). Szacuje się, że to raptem 2/3 całego dorobku w tym zakresie.

Herz und Mund und Tat und Leben jest częścią pierwszego cyklu, skomponowaną na święto Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny. Pierwotnie została wykonana w 1716 r. w Weimarze, następnie bardzo przerobiona zyskała ostateczną formę właśnie w Lipsku. Do historii muzyki, wręcz całego muzycznego dziedzictwa naszej cywilizacji wpisała się finałowym chórem Jesus bleibet meine Freude. Wielu zalicza go do pereł Bachowskiej sztuki. Dziesięcioczęściowa kantata, przeznaczona na małą orkiestrę, chór i solistów, w twórczości Bacha należy do grona utworów najczęściej wykonywanych i najgłębiej dotykających tematyki maryjnej. Wynika to z ujęcia Matki Bożej w całej liturgii protestanckiej, w której jest Ona zdecydowanie mniej święcona niż w katolicyzmie. Tu zyskała właściwe miejsce z racji zapowiedzianego nadejścia Pana.

Ärgre dich, o Seele, nicht (Nie gorsz się duszo ma) to kantata skomponowana na siódmą niedzielę po zesłaniu Ducha Świętego. Pierwotnie zabrzmiała w Weimarze (Adwent, 13 grudnia 1716 r. – zaginiona), by po znacznym rozbudowaniu wybrzmieć w ostatecznej wersji w Lipsku, 11 lipca 1723 r. Biorąc pod uwagę fakt, że dotyczy ona w swej finalnej wersji innego okresu kalendarza liturgicznego, oczywista jest zmiana tekstu z Pierwszego Listu do Koryntian i Ewangelii Mateuszowej na tekst Salomona Francka i Paula Speratusa. Źródła tekstu części: 2., 4. ,7., 9. i 11. nie znamy. W tej kantacie Bach pozwolił sobie na otwarcie dzieła formą ronda (tytułowy chór) i znacznie rozbudował pierwszych sześć części (wykonywanych tradycyjnie przed mszą); w pozostałych chętniej odwołuje się do homofoniczności i śpiewu solowego z towarzyszeniem continuo. To właśnie ta kantata wywarła wielkie wrażenie na Albercie Schweitzerze, biografie Jana Sebastiana Bacha, który w sposób szczególny ukochał arię (a de facto duet) Laß, Seele, kein Leiden – uznał ją za oddychającą dionizyjską radością.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Dzieją się cuda

2019-06-12 09:02

Jolanta Marszałek
Niedziela Ogólnopolska 24/2019, str. 20-21

Od kilku miesięcy w parafii pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu znajdują się relikwie św. Szarbela z Libanu. I dzieją się cuda. Ludzie doznają wielu łask, także uzdrowienia. Jedną z uzdrowionych jest Barbara Koral – żona Józefa, potentata w branży produkcji lodów, i matka trójki dzieci. Cierpiała na raka trzustki, po którym nie ma śladu. 17 maja br. publicznie podzieliła się swoim świadectwem

Wikipedia

W październiku ub.r. wykryto u mnie nowotwór złośliwy trzustki – opowiada Barbara Koral. – Przeżyłam szok. Ale głęboka wiara i ufność w łaskawość Boga wyjednały mi pokój w sercu. Leżałam w szpitalu w Krakowie przy ul. Kopernika, nieopodal kościoła Jezuitów. Dzieci i mąż byli ze mną codziennie. Modliliśmy się do Jezusa Przemienionego za wstawiennictwem św. Jana Pawła II oraz św. Szarbela. Zięć Piotr przywiózł od znajomego księdza płatek nasączony olejem św. Szarbela. Codziennie odmawialiśmy nowennę i podczas modlitwy pocierałam się tym olejem. Czułam, że mając św. Szarbela za orędownika, nie zginę – wyznaje.

Przypadek beznadziejny

Operacja trwała ponad 6 godzin. Po otwarciu jamy brzusznej większość lekarzy odłożyła narzędzia i odeszła od stołu, stwierdziwszy, że przypadek jest beznadziejny. Jednak profesor po kilku minutach głębokiego namysłu wznowił operację. Usunął raka. Operacja się udała.

– Byłam bardzo osłabiona – opowiada p. Barbara – tym bardziej że 3 tygodnie wcześniej przeszłam inny zabieg, również w pełnej narkozie. Nic nie jadłam i czułam się coraz słabsza.

W trzeciej dobie po operacji chora dostała wysokiej gorączki, dreszczy. Leżała półprzytomna i bardzo cierpiała. – Momentami zdawało mi się, że ktoś przecina mnie piłą na pół. Zwijałam się wtedy w kłębek i modliłam cichutko do Pana Boga z prośbą o pomoc w cierpieniu i ulgę w niesieniu tego krzyża.

Lekarze robili, co mogli. Podawali leki w zastrzykach, kroplówkach, by wzmocnić chorą. Nic nie działało. Pobrano krew na badanie bakteryjne. Okazało się, że jest zakażenie bakterią szpitalną, bardzo groźną dla organizmu. Zdrowe osoby zakażone tą bakterią mają 50-procentową szansę na przeżycie. Chorzy w stanie skrajnego wycieńczenia są praktycznie bez szans.

Zawierzenie Bogu

– Rozmawiałam z Bogiem – opowiada p. Barbara. – Pytałam Go, czy po tym, jak wyrwał mnie ze szponów śmierci w czasie operacji, teraz przyjdzie mi umrzeć. Prosiłam z pokorą i ufnością: „Panie Jezu, nie wypuszczaj mnie ze swoich objęć. Uzdrów mnie, kochany Zbawicielu”. Całym sercem wołałam w duchu: „Jezu, zawierzam się Tobie, Ty się tym zajmij!”.

W tym czasie parafia pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu, do której należy rodzina Koralów, czekała na relikwie św. Szarbela (relikwie pierwszego stopnia – fragment kości). Przywiózł je z Libanu poprzedni proboszcz – ks. Andrzej Baran, jezuita, który był tam na pielgrzymce wraz z kilkoma parafianami. Zawieźli też spontanicznie zebraną przez ludzi ofiarę dla tamtejszych chrześcijan. Wiadomo bowiem, że św. Szarbel jest szczególnie łaskawy dla tych, którzy modlą się za Liban. Relikwie, zgodnie z pierwotnym przeznaczeniem, miały trafić do ks. Józefa Maja SJ w Krakowie. On zgodził się przekazać je do Nowego Sącza i osobiście je tam w styczniu br. zainstalował.

Interwencja św. Szarbela

– W dniu, w którym pojechałem po relikwie do Krakowa – opowiada ks. Józef Polak, jezuita, proboszcz parafii pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu – wstąpiłem do naszej WAM-owskiej księgarni, żeby nabyć jakąś pozycję o św. Szarbelu, bo przyznam, że sam niewiele o nim wiedziałem. Wychodząc z księgarni, spotkałem Józefa Korala z córką. Wiedziałem, że p. Barbara jest bardzo chora. Opowiedzieli mi, że wracają ze szpitala i że sytuacja jest bardzo poważna. Relikwie miałem ze sobą od dwóch godzin. Niewiele się zastanawiając, poszliśmy na oddział.

– W pewnym momencie usłyszałam głos męża – opowiada p. Barbara. – Bardzo mnie to zdziwiło, bo przecież był u mnie przed chwilą i razem z córką poszli do kościoła obok szpitala na Mszę św. Po chwili zobaczyłam męża i córkę. Już nie byli przygnębieni i smutni. Twarze rozjaśniał im szeroki uśmiech. Razem z nimi był ksiądz proboszcz Józef Polak. Przyniósł ze sobą do szpitala relikwie św. Szarbela...

Ksiądz wraz z obecnymi odmówił modlitwę do św. Szarbela. Następnie podał chorej do ucałowania relikwiarz. – Już w trakcie modlitwy nie czułam bólu – wyznaje p. Barbara. – Stałam się bardziej przytomna. Kiedy ucałowałam kości św. Szarbela, nie myślałam, czy to będzie uzdrowienie – ja byłam tego pewna. Nie mam pojęcia, skąd się wzięła ta pewność.

Święty kontra bakterie

– Gdy wchodziłem do szpitala – opowiada ks. Polak – wiedziałem, że na oddziale jest jakieś zakażenie. Podałem p. Barbarze relikwiarz do ucałowania. Zobaczyła to pielęgniarka. Wyjęła mi relikwiarz z ręki, spryskała go jakimś środkiem i włożyła pod wodę. „Co pani robi?” – zapytałem. „Muszę to zdezynfekować”. „Ale on nie jest wodoszczelny” – wyjaśniłem, nie wiedząc, że chodzi jej o to, by zewnętrzne bakterie się nie rozprzestrzeniały. To był koniec wizyty.

Następnego dnia rano okazało się, że na oddziale bakterii już nie było. To był kolejny „cud” św. Szarbela. Badania z krwi potwierdziły, że również chora nie ma w sobie bakterii. Lekarze w zdumieniu patrzyli na wyniki. Dla pewności powtórzyli badania.

– Byłam zdrowa – opowiada p. Barbara. – Powoli zaczęłam nabierać siły i radości życia. Cała moja rodzina i przyjaciele, którzy byli ze mną w czasie choroby, którzy wspierali mnie modlitwą i dobrym słowem, są wdzięczni św. Szarbelowi. Błogosławimy go za to, że się mną zajął, że uprosił dla mnie u Boga Wszechmogącego łaskę uzdrowienia. Bogu niech będą dzięki i św. Szarbelowi!

Wiara w orędownictwo

W parafii pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu w trzecie piątki miesiąca o godz. 18 odprawiana jest Msza św. z modlitwą o uzdrowienie, następnie mają miejsce: adoracja, błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem, namaszczenie olejem św. Szarbela i ucałowanie relikwii świętego. Wielu ludzi przychodzi i prosi o jego wstawiennictwo. Św. Szarbel jest niezwykle skutecznym świętym, wyprasza wiele łask, pokazuje, że pomoc Boga dla ludzi, którzy się do Niego uciekają, może być realna. – Nie ma jednak żadnej gwarancji, że ten, kto przyjdzie do św. Szarbela, będzie natychmiast uzdrowiony – przyznaje ks. Józef Polak. – Czasami to działanie jest inne. Łaska Boża działa według Bożej optyki, a nie naszych ludzkich życzeń. Święci swoim orędownictwem mogą ludzi do Kościoła przyciągać i to czynią, także przez cuda. Wystarczy popatrzeć, jak wiele osób uczestniczy w Mszach św. z modlitwą o uzdrowienie.

* * *

Ojciec Szarbel Makhlouf

maronicki pustelnik i święty Kościoła katolickiego. Żył w XIX wieku w Libanie

23 lata swojego życia spędził w pustelni w Annaja. Tam też zmarł.

Po pogrzebie o. Szarbela miało miejsce zadziwiające zjawisko. Nad jego grobem pojawiła się niezwykła, jasna poświata, która utrzymywała się przez wiele tygodni. Łuna ta spowodowała, że do grobu pustelnika zaczęły przybywać co noc rzesze wiernych i ciekawskich. Gdy po kilku miesiącach zaintrygowane wydarzeniami władze klasztoru dokonały ekshumacji ciała o. Szarbela, okazało się, że jest ono w doskonałym stanie, zachowało elastyczność i temperaturę osoby żyjącej i wydzielało ciecz, którą świadkowie określali jako pot i krew. Po umyciu i przebraniu ciało o. Szarbela zostało złożone w drewnianej trumnie i umieszczone w klasztornej kaplicy. Mimo usunięcia wnętrzności i osuszenia ciała zmarłego dalej sączyła się z niego substancja, która została uznana za relikwię. Różnymi sposobami próbowano powstrzymać wydzielanie płynu, ale bezskutecznie.

W ciągu 17 lat ciało pustelnika było 34 razy badane przez naukowców. Stwierdzili oni, że zachowuje się w nienaruszonym stanie i wydziela tajemniczy płyn dzięki interwencji samego Boga.

W 1965 r., pod koniec Soboru Watykańskiego II, o. Szarbel został beatyfikowany przez papieża Pawła VI, a 9 października 1977 r. – kanonizowany na Placu św. Piotra w Rzymie. Kilka miesięcy przed kanonizacją jego ciało zaczęło się wysuszać.

Od tej pory miliony pielgrzymów przybywają do grobu świętego, przy którym dokonują się cudowne uzdrowienia duszy i ciała oraz nawrócenia liczone w tysiącach.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Historyczny triumf Polek

2019-12-13 20:36

Zespół wPolityce.pl

Marlena Karwacka i Urszula Łoś wygrały sprint drużynowy podczas zawodów o Puchar Świata w kolarstwie torowym w australijskim Brisbane. Drugie miejsce w zmaganiach mężczyzn w tej konkurencji zajęli Krzysztof Maksel, Mateusz Rudyk i Maciej Bielecki.

wPolityce.pl/youtube TEL-KAB Telewizja Kablowa Pruszków
Urszula Łoś

Karwacka i Łoś, rekordzistki Polski (32,791), miały najlepszy czas w kwalifikacjach (33,189), a w pierwszej rundzie wygrały z Ukrainkami Ołeną Starikową i Liubow Basową. W finale Polki minimalnie zwyciężyły Rosjanki Jekaterinę Rogową i Anastazję Wojnową, choć obu parom zapisano jednakowy wynik - 33,029.

Z kolei Rudyk, Bielecki i Patryk Rajkowski kwalifikacje zakończyli na czwartej pozycji, a w pierwszej rundzie Biało-czerwoni, już z Makselem w miejsce Rajkowskiego, okazali się lepsi od zespołu z Trynidadu i Tobago. W finale uzyskali 45,408 i byli wyraźnie słabsi od Japończyków, do których stracili prawie dwie i pół sekundy.

Wcześniej w wyścigu drużynowym Daria Pikulik, Nikol Płosaj, Katarzyna Pawłowska i Łucja Pietrzak miały ósmy czas kwalifikacji, ale w pierwszej rundzie uległy reprezentantkom Francji. Zostały sklasyfikowane na ósmej pozycji. Zwyciężyły Australijki, które w finale pokonały ekipę Nowej Zelandii.

W rywalizacji mężczyzn w tej konkurencji również najlepsi okazali się reprezentanci gospodarzy, a drugie miejsce zajęła Nowa Zelandia. Polacy nie startowali.

Zawody w Brisbane to przedostatnia runda o PŚ. Ostatnia odbędzie się w kanadyjskim Milton 24-26 stycznia.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem