Reklama

Historia

Chciałbym, żeby wszyscy wrócili do domu

Niedziela Ogólnopolska 36/2013, str. 24-25

[ TEMATY ]

historia

Mateusz Wyrwich

MATEUSZ WYRWICH: - Lata stalinizmu w Polsce to dla badacza okres niezwykle wymagający. Z pozoru łatwy, bo jest dostęp do niemal wszystkich dokumentów. W rzeczywistości jednak niezwykle utrudniony, bo żyją jeszcze oprawcy, którzy uważają, że tylko wypełniali rozkazy. I starają się w tych badaniach, mniej lub bardziej bezpośrednio, przeszkadzać...

DR HAB. KRZYSZTOF SZWAGRZYK: - Ten czas to jedna z naszych największych białych plam. Są to lata 1944-56, czyli okres instalowania władzy komunistycznej w Polsce, a zarazem największego terroru. To jest czas, w którym, w moim przekonaniu, polskiemu społeczeństwu przetrącono w sposób ostateczny kręgosłup. Komuniści dokończyli dzieła hitlerowców i bolszewików. Straty, które wówczas poniósł nasz naród, były niezwykle dotkliwe i nie wydaje mi się, aby były do odrobienia.

- Oprócz publikacji z zakresu komunizmu podejmuje Pan inne inicjatywy związane z tym okresem. Bodaj pierwszą z nich była prezentowana we Wrocławiu w roku 1998 wystawa „Winni? Niewinni?”. Można było na niej obejrzeć fotografie zbrodniarzy komunistycznych. Oprawcom wystawa bardzo się nie spodobała. Za to cieszyła się ogromną frekwencją. Wędrowała po kraju, zaś w samym tylko Wrocławiu, w ciągu czterech miesięcy jej trwania, odwiedziło ją kilkanaście tysięcy osób.

- Wyszedłem z założenia, że siedem lat po upadku komunizmu jest wystarczającym czasem, żeby wreszcie móc pokazać ludzi, którzy doprowadzili do śmierci setki, tysiące Polaków. Wydawali wyroki śmierci, pracując albo w Urzędzie Bezpieczeństwa, albo w wojskowym wymiarze sprawiedliwości. Pamiętam, jak wówczas bardzo wiele mediów, głównie krytykując wystawę, używało argumentu, że nie powinno się prezentować wizerunków oprawców, ponieważ to… piętnuje tych funkcjonariuszy. A przecież są już starzy i wykonywali służbę w państwie uznanym na arenie międzynarodowej. Nie mieli zresztą wcześniej postawionego żadnego zarzutu, więc całą sprawę należy pozostawić wymiarowi sprawiedliwości.

- Doszło do kuriozalnej sytuacji, że musiał Pan zasłonić oczy zbrodniarzom.

- Rzeczywiście, to był niezwykle ciekawy element tego wydarzenia. Pracowałem wówczas w Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu we Wrocławiu. Organizowałem tę wystawę w ramach obowiązków służbowych. Na kilka dni przed jej odsłonięciem dostaliśmy informację z Warszawy, w której zawarto sugestię, aby zwrócić się w sprawie wystawy do Generalnego Inspektora Danych Osobowych - Władysława Kuleszy, aby mieć potwierdzenie, że wszystko jest zgodne z prawem. I otrzymaliśmy stamtąd odpowiedź, która przyszła już po otwarciu wystawy, że w świetle ówczesnego prawa pokazanie portretów zbrodniarzy może organizatorów narazić na konsekwencje. A były tam oprócz zdjęć takie informacje, jak: imię i nazwisko ubowca, sędziego czy prokuratora, data urodzenia i przebieg kariery zawodowej. Nie zgadzałem się z tą osobliwą interpretacją prawa dlatego, że ci ludzie pełnili funkcje publiczne, byli funkcjonariuszami państwa, a więc ich dane nie podlegają utajnieniu. Jednocześnie uznałem, że jeśli pokazanie wizerunku może narazić Komisję na konsekwencje prawne, to nie ma innego wyjścia, jak zasłonić oczy czarnym paskiem wszystkim funkcjonariuszom, prokuratorom i sędziom. A wśród prezentowanych na wystawie oprawców byli m.in.: sędzia Bronisław Ochnio, który wydał kilkadziesiąt wyroków śmierci; sędzia Włodzimierz Ostapowicz - ten ma ponad dwieście wyroków śmierci na swoim sumieniu; prokurator Filip Badner (Barski), kierujący w latach czterdziestych i później, pięćdziesiątych, najpierw prokuraturą w Rzeszowie, a następnie we Wrocławiu, odpowiedzialny za ogromną skalę represji.

- Kolejny etap Pańskiej działalności to decyzja o poszukiwaniu ofiar komunizmu. Co było inspiracją?

- Kiedy powstał IPN, wielu historyków w Polsce, w tym również ja, uznało, że jest to doskonała instytucja, aby ten zbrodniczy okres komunistyczny rozliczyć. Najlepszym zaś sposobem była publikacja dokumentów niedostępnych przed rokiem 1989. Nie mogliśmy się przy tym pogodzić z taką sytuacją, że kilkadziesiąt lat po wojnie nie znamy pełnej liczby ofiar komunizmu. Do dzisiaj zresztą nie wiemy, jaka faktycznie jest liczba ofiar. Nie znamy z imienia i nazwiska tych zamordowanych czy to potajemnie, czy też skazanych na karę śmierci i straconych. Rozbieżności między danymi szacunkowymi są ogromne. Nie znamy też do dzisiaj miejsc pochówku ofiar. O ile ta sytuacja była zrozumiała do roku 1989, o tyle trudno nam się z tym pogodzić blisko ćwierć wieku od upadku komunizmu. Wiadomo było, że na cmentarzu Osobowickim we Wrocławiu leżą ofiary komunizmu, ale nie było wiadomo, gdzie i jakie. W roku 2003 zapoczątkowaliśmy więc prace badawcze. Pierwszą ofiarą komunizmu, którą udało nam się odnaleźć, był kapitan Włodzimierz Pawłowski ps. Kresowiak, założyciel i dowódca dolnośląskiej organizacji niepodległościowej o nazwie „Rzeczpospolita Polska Walcząca”. Podczas kolejnych prac na tym cmentarzu udało nam się wydobyć kilkaset ciał, a zidentyfikować blisko trzysta. Później prowadziliśmy też prace na Opolszczyźnie w poszukiwaniu części ofiar zbrodni dokonanej na żołnierzach Henryka Flamego. Następnie w Szczecinie, gdzie ekshumowano i rozpoznano żołnierzy grupy „Boa”. I wreszcie w zeszłym roku rozpoczęliśmy prace w jednym z najbardziej zagadkowych miejsc na warszawskich Powązkach.

- Gdzie na „Łączce” albo inaczej - w kwaterze „Ł” na grobach ofiar komunizmu pochowani zostali zbrodniarze. Funkcjonariusze reżimu, którzy wydawali decyzje o ich zamordowaniu, m.in. Julia Brystgierowa, Roman Kryże. Jak Pan sądzi - dlaczego?

- Myślę, że był to typowy przykład wzorowania się na sowieckich, tak jak hitlerowcy, metodach zacierania śladów. Sami komuniści swój system polityczny uważali za wieczny. Pewnie więc wychodzono z założenia, że jeśli zostaną tam pochowane osoby tak bardzo zasłużone dla systemu komunistycznego, to nikt nie śmie zapytać o to miejsce. Jednak trzeba też dodać - i ja staram się to podkreślać - że na „Łączce” czy w polu w pobliżu „Łączki” są pochowani nie tylko ludzie zasłużeni dla komunistów. Nie, są tam też lekarze, inżynierowie, lotnicy. I chciałbym, byśmy o tym pamiętali. Inaczej skrzywdzimy tych ludzi.

- Przygotowanie takiej pracy poszukiwawczej to z pewnością ogromne przedsięwzięcie organizacyjne...

- Ogromne. We Wrocławiu wydobyliśmy 299 szczątków. Blisko 80 proc. udało nam się zidentyfikować. Mogliśmy już powiedzieć, że jest to pewien sukces. Ale wiedzieliśmy też, że tego typu poszukiwania ekshumacyjne i identyfikacyjne nie mają szans powodzenia bez stworzenia zespołu interdyscyplinarnego, składającego się z przedstawicieli różnych dziedzin wiedzy. I tego, co zawsze podkreślam - pasji. Bo to nie jest praca, którą się da wykonywać od 8.00 do 16.00 i później o niej nie myśleć. Bez pasji nie jest ona do udźwignięcia, nawet na krótki czas. Udało się nam wtedy powołać zalążek takiego zespołu. Dziś mogę powiedzieć, że od ponad roku mamy zespół składający się z historyków, antropologów, archeologów, biologów, genetyków, medyków sądowych. Połączenie wiedzy i umiejętności wszystkich tych specjalistów daje nam podstawy do tego, żeby z powodzeniem poszukiwać ofiar komunizmu i je identyfikować. To, że mamy kolejne miejsca, gdzie ujawniamy szczątki, to, że mamy kolejne nazwiska zidentyfikowanych osób, jest potwierdzeniem, że metoda, którą przyjęliśmy, jest słuszna. I tak należy dalej postępować. Ale praca tych ludzi wymaga ogromnych przygotowań logistycznych.

- Spory udział w Waszych pracach mają wolontariusze.

- Muszę przyznać, że wszędzie tam, gdzie jedziemy poszukiwać ofiar terroru komunistycznego, zgłasza się do nas wielu wolontariuszy. Jedni chcą popracować kilka godzin, inni - kilka dni. Jak choćby w Białymstoku, gdzie zgłosiło się ponad dwadzieścia osób. W tym roku w Warszawie mieliśmy kilkudziesięciu wolontariuszy. Przybyli nie tylko z Polski, głównie z Warszawy, ale również z zagranicy. Byli tacy, którzy brali specjalnie urlopy, żeby popracować na „Łączce”. Zgłaszają się do nas ludzie o różnych profesjach. Mieliśmy m.in. kleryka, studentów, urzędników. Byli Polacy z Anglii, Norwegii, Niemiec. Ludzie w różnym wieku - od 15 do 70 lat. To piękne, wzruszające i budujące, bo zadaje kłam lansowanemu przez niektóre media poglądowi, jacy to jesteśmy źli, niezainteresowani historią, niesolidarni itp. Nieprawda. Jeżeli Polacy uznają, że jakaś sprawa jest rzeczywiście ważna, że jest to sprawa o znaczeniu ogólnopolskim, to dają dowody nieprawdopodobnego poświęcenia i zaangażowania. Przykład „Łączki” właśnie o tym świadczy. Praca trwała tam kilkanaście godzin dziennie. W upale albo deszczu - w tym roku w maju w Warszawie niemal dwa tygodnie padało.

- Cały czas trwa kampania mediów lewicowych i liberalnych przeciwko ludziom, którzy walczyli o niepodległość kraju. Nasila się w okolicach Święta Niepodległości, rocznicy Powstania Warszawskiego czy Dnia Żołnierzy Wyklętych. Również w czasie Waszych prac...

- Zauważyłem, że od lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku próbuje nam się wmówić, iż powracanie do polskiej historii jest czymś wstydliwym, o czym nie powinno się w ogóle mówić. Jeśli już mamy powracać do naszej historii, to tylko w kategorii naszej odpowiedzialności za rzekome zbrodnie popełnione na Żydach, Niemcach i nie wiem jeszcze jakie. Zwróćmy uwagę, że od dłuższego czasu mamy taki przekaz historii w mediach populistycznych: jeżeli my, Polacy, tak bardzo upieramy się mówić o polskiej historii, to pamiętajmy, że ponosimy odpowiedzialność za zbrodnie tamtego okresu, czy to z czasów wojny, czy komunizmu. Odrzucam ten sposób narracji. A działalność, którą możemy realizować w IPN, jest konkretnym dowodem na to, że spraw w naszej historii niewyjaśnionych jest bardzo wiele i obowiązkiem państwa jest doprowadzenie do takiej sytuacji, że wszystkie rozdziały tej historii będą opisane, zbadane, udokumentowane i zamknięte. To, co teraz robimy, a więc poszukiwanie ofiar terroru komunistycznego, jest powinnością państwa wobec swoich obywateli. Uważam, że wszyscy oni powinni zostać odnalezieni i mieć godny pochówek. Przez lata byli bezimienni. Teraz powinni jako bohaterowie wrócić do swoich nazwisk i do swoich domów. Reakcja społeczeństwa pokazuje, że wbrew temu, co twierdzą media głównego nurtu, istnieje nadal ogromne zainteresowanie tym, by nasze działania były prowadzone, a ich efekty opublikowane. Myślę, że przed nami jeszcze wiele lat pracy i nie widzę możliwości, aby jakakolwiek instytucja była w stanie przerwać poszukiwania ofiar komunizmu. Wydaje mi się, że w tej chwili poszły one tak daleko, że ich zahamowanie nie jest możliwe. Sądzę, że nawet ci, którzy są przeciwko IPN i naszym działaniom, nie odważą się otwarcie wystąpić przeciwko otwieraniu grobów.

- Jakie jeszcze poszukiwania czekają Was w najbliższym czasie?

- Jak wspomniałem, w ubiegłym roku prowadziliśmy badania na Opolszczyźnie, szukając szczątków żołnierzy Henryka Flamego. I do nich wracamy. Podobnie we Włodawie - tu będziemy szukać prochów Edwarda Taraszkiewicza „Żelaznego”. Przed nami też badania w Gdańsku - w poszukiwaniu Danuty Siedzikówny „Inki”. Również prace w drugiej nekropolii - na cmentarzu Służewskim przy ul. Wałbrzyskiej w Warszawie, gdzie chowano pomordowanych w więzieniu na Mokotowie. Doszła nam też analiza materiałów, które zgromadziliśmy podczas prac poszukiwawczych na „Łączce”, i w tej chwili pracujemy nad tym, żeby znaleźć skuteczną metodę na to, aby móc rozpocząć trzeci etap prac na Powązkach, a więc wydobyć jeszcze około 90 szczątków ofiar komunizmu, które tam pozostały. Już wiemy, że one tam są…

* * *

Krzysztof Szwagrzyk - doktor habilitowany, autor i współautor wielu znakomitych książek dotyczących historii najnowszej. Pracownik IPN we Wrocławiu, pełnomocnik Prezesa Instytutu Pamięci Narodowej ds. poszukiwań miejsc pochówku ofiar terroru komunistycznego.

2013-09-02 13:05

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

W Argentynie zmarł pułkownik Władysław Dąbrowski, weteran spod Monte Cassino

2020-03-23 08:06

[ TEMATY ]

historia

śmierć

Magdalena Wojtak

Za kilka miesięcy obchodziłby setne urodziny, w 2020 r. w lutym otrzymał tytuł pułkownika. Zmarł Władysław Dąbrowski, jeden z ostatnich żołnierzy walczących m.in. pod Monte Casino.

- Pułkownik Władysław Dąbrowski przeszedł cały szlak bojowy 2. Korpusu Polskiego gen. Władysława Andersa. Walczył m.in. w bitwach o Monte Cassino, Anconę i Bolonię. W tym roku skończyłby 100 lat - mówi bernardyn o. Jerzy Jacek Twaróg z Polskiej Misji Katolickiej w Argentynie. Polscy zakonni byli w stałym kontakcie ze zmarłym, który ostatnie lata swojego życia spędził w Polskim Domu Spokojnej Starości im. św. Jana Pawła II. w Buenos Aires.

- Z uwagi na sytuację związaną z koronawirusem i wytyczne państwa argentyńskiego nie wiemy nawet co z uroczystościami pogrzebowymi - relacjonują dla KAI polscy bernardyni.

Władysław Dąbrowski z rąk generała Stanisława Śliwy – prezesa Zarządu Krajowego Związku Piłsudczyków Rzeczypospolitej Polskiej oraz generała Dywizji, pilota Mieczysława Walentynowicza otrzymał rangę pułkownika.

W niedawnym wywiadzie dla KAI Major Władysław Dąbrowski przed apelował do wszystkich Polaków, aby nigdy nie zdradzili swojej ojczyzny. - Nie przelękliśmy się komunizmu, szliśmy za bardzo dobrym przywódcą - św. Janem Pawłem II. Nie dajmy się kupić innym systemom - mówił KAI Władysław Dąbrowski.

- Trzeba pilnować demokracji, za dużo krwi wylaliśmy już za ojczyznę. Polacy nie jedno wytrzymali, nie jednego się nie bali. Z tych pięknych kart historii, które są naszym udziałem, trzeba zawsze wyciągać wnioski. Musimy szanować i kochać swoje państwo, tak jak miłowali je moi koledzy ginący choćby pod Monte Cassino. Oni prosili, aby ich pochować głowami skierowanymi w stronę Polski - opowiadał.

Władysław Jan Dąbrowski urodził się w miejscowości Czyszki w powiecie samborskim, woj. lwowskie, w rodzinie osadnika wojskowego. W 1941 roku został deportowany wraz z rodziną w głąb ZSRR, trafił do łagrów w rejonie Nowosybirska. Pracował w tajdze przy wyrębie lasów. Podczas deportacji stracił większą część rodziny. Po ogłoszeniu amnestii dla Polaków w styczniu 1942 r. zgłosił się jako ochotnik do formującej się na terenie ZSRR Armii gen. Władysława Andersa. Został skierowany do służby w artylerii.

Wraz z jednostkami 2. Korpusu Polskiego został przetransportowany w grudniu 1943 r. drogą morską na teren Włoch. Następnie w składzie macierzystego pułku przeszedł cały szlak bojowy 2. Korpusu Polskiego w kampanii włoskiej. Walczył z Niemcami m.in. w bitwach o Monte Cassino (odznaczony pamiątkowym Krzyżem Monte Cassino nr 3764), Anconę i Bolonię.

W 1945 r. za zasługi wojenne został odznaczony Brązowym Krzyżem Zasługi z Mieczami. W 1946 r. w ramach wycofywania 2. Korpusu Polskiego z Włoch znalazł się na Wyspach Brytyjskich. Bezpośrednio po zdemobilizowaniu ze służby w Polskich Siłach Zbrojnych, w dniu 24 czerwca 1947 r. podjął decyzję o wyjeździe do Argentyny. Nie mogąc powrócić do zajętego po zakończeniu II wojny światowej przez sowietów Wołynia, pozostał na stałe na emigracji.

CZYTAJ DALEJ

Kalwaria Pacławska: coraz więcej łask za pośrednictwem o. Wenantego Katarzyńca

2020-03-29 21:55

[ TEMATY ]

o. Wenanty Katarzyniec

www.wenanty.pl

O. Wenanty Katarzyniec, w tle kościół w Czyszkach, miejsce pracy o. Wenantego

- Po przeniesieniu doczesnych szczątków Sługi Bożego do kościoła, wiele osób zaczęło doznawać ogromu łask za jego przyczyną – powiedział kustosz sanktuarium w Kalwarii Pacławskiej o. Krzysztof Hura na zakończenie Dni Modlitw o beatyfikację o. Wenantego Katarzyńca. Centralnej Mszy św. przewodniczył abp Adam Szal. Ze względu na ograniczenia związane z epidemią, obchody były w całości transmitowane w internecie.

W homilii abp Szal przypomniał jak wielkim szacunkiem i nabożeństwem darzył Eucharystię o. Wenanty. Mówił o jego posłudze ministranckiej, życiu szkolnym, kleryckim i kapłańskim. Zwrócił uwagę, że jeśli tylko mógł, o każdej pełnej godzinie spieszył przed Najświętszy Sakrament.

– Kiedy został skierowany do parafii Czyszki koło Lwowa, również tam dał się poznać jako kapłan Eucharystii. W opinii, która została napisana przez ojca Karola, jest ukazany jako człowiek zjednoczony z Bogiem właśnie przez Eucharystię. Nic więc dziwnego, że władze zakonne, doceniając szlachetną postawę ojca Wenantego, stosunkowo młodego zakonnika obrały za mistrza nowicjatu – mówił kaznodzieja.

Metropolita przemyski podkreślił, że o. Katarzyniec żył Eucharystią, według słów zapisanych w swoich notatkach: „Chrystus utajony w ołtarzu jest najlepszym naszym przyjacielem. Tutaj, pod postacią chleba, Pan Jezus zostaje z nami ustawicznie dzień i noc, nigdy nas nie opuszcza. Tutaj z Chrystusem najściślej się jednoczymy, tutaj siłę czerpiemy przeciw pokusom, tu pociechę znajdujemy w cierpieniach naszych”.

Hierarcha stwierdził, że słowa te są aktualne także w obecnej sytuacji i zachęcał do szukania pocieszenia u Pana Boga. Zachęcał, aby mimo ograniczeń i stosując się do nakazów, wstępować do kościołów na osobistą adorację. Przypomniał też, że w razie braku możliwości spowiedzi, można wzbudzić w sobie żal doskonały, „porządkując swoje życie i serce, z postanowieniem, że najszybciej, gdy to będzie możliwe, skorzystamy z sakramentalnego pojednania z Panem Bogiem”.

Dni modlitw o beatyfikację o. Katarzyńca rozpoczęły się w piątek wieczorem, a kontynuowane były w sobotę i w niedzielę. W programie znalazły się nabożeństwa, konferencja i Msza św. Wszystkie te wydarzenia były transmitowane m.in. na antenie Radia FARA oraz w formie wideo na radiowym kanale YouTubie i Facebooku oraz na stronie kalwaryjskiego sanktuarium.

Sługa Boży o. Wenanty Katarzyniec był franciszkaninem konwentualnym. Urodził się 7 października 1889 r. w Obydowie koło Lwowa, a na chrzcie otrzymał imię Józef. Pochodził z ubogiej wiejskiej rodziny. Zmarł na gruźlicę płuc 31 marca 1921 r. w Kalwarii Pacławskiej. 26 kwietnia 2016 r. papież Franciszek wyraził zgodę na publikację dekretu o heroiczności cnót Sługi Bożego o. Wenantego, co formalnie zakończyło proces beatyfikacyjny. Po tym doczesne szczątki o. Wenantego przeniesiono do nawy bocznej kościoła w Kalwarii Pacławskiej.

CZYTAJ DALEJ

Biogram bp. Marka Mendyka - nowego biskupa świdnickiego

2020-03-31 12:35

[ TEMATY ]

Świdnica

bp Marek Mendyk

diecezja świdnicka

Episkopat.pl

Ojciec Święty Franciszek mianował bp. Marka Mendyka, dotychczasowego biskupa pomocniczego diecezji legnickiej, biskupem diecezjalnym w Świdnicy. Zastąpi on odchodzącego na emeryturę bp. Ignacego Deca. Decyzję Papieża ogłosiła we wtorek w południe Nuncjatura Apostolska w Polsce. Podajemy jego biogram, jak również biogram bp.

Bp Marek Mendyk urodził się 18 marca 1961 roku w Głuszycy koło Wałbrzycha, na terenie obecnej diecezji świdnickiej. W 1981 roku rozpoczął formację w Metropolitalnym Wyższym Seminarium Duchownym oraz studia na Papieskim Wydziale Teologicznym we Wrocławiu. W 1987 roku uzyskał stopień magistra teologii z zakresu teologii pastoralnej. Święcenia prezbiteratu przyjął 23 maja 1987 roku w archikatedrze wrocławskiej z rąk kard. Henryka Gulbinowicza. Po święceniach pracował jako wikariusz w parafii pw. św. Jerzego w Dzierżoniowie.

Następnie studiował w Instytucie Teologii Pastoralnej Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego w zakresie: katechetyka. Studia ukończył w 1995 roku obroną pracy doktorskiej pod tytułem: „Liturgiczny wymiar katechezy w świetle katechetycznych dokumentów Kościoła po Soborze Watykańskim II”. Po ustanowieniu przez papieża Jana Pawła II w 1992 roku diecezji legnickiej został inkardynowany do tej diecezji. Pełnił tam m.in. funkcję dyrektora Wydziału Katechetycznego Legnickiej Kurii Biskupiej i wykładowcy katechetyki na Papieskim Wydziale Teologicznym we Wrocławiu – studia w Legnicy.

W latach 2001-2005 był wicerektorem Wyższego Seminarium Duchownego ds. studiów, a w latach 2002-2006 – dyrektorem Diecezjalnego Centrum Edukacyjnego, od roku 2004 wchodził w skład Kolegium Konsultorów Diecezji Legnickiej, Rady Kapłańskiej oraz Kapituły Katedralnej. W diecezji pełnił również funkcję wizytatora ds. nauczania religii i koordynatora fundacji „Dzieła Nowego Tysiąclecia”. W 2008 roku został mianowany przez biskupa legnickiego diecezjalnym duszpasterzem osób niepełnosprawnych oraz opiekunem duchowym Młodzieżowej Orkiestry Diecezji Legnickiej i asystentem kościelnym Stowarzyszenia Rodziców i Przyjaciół Młodzieżowej Orkiestry „Sursumcorda” w Legnicy. Otrzymał godność prałata – kapelana honorowego Ojca Świętego.

24 grudnia 2008 r. papież Benedykt XVI mianował ks. prał. Marka Mendyka biskupem pomocniczym diecezji legnickiej. Święcenia biskupie przyjął 31 stycznia 2009 roku w katedrze legnickiej z rąk biskupa legnickiego Stefana Cichego. 31 marca 2020 roku został mianowany przez Ojca Świętego Franciszka biskupem świdnickim.

CZYTAJ DALEJ
E-wydanie
Czytaj Niedzielę z domu

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję