Reklama

Księża na księżyc

2013-12-03 15:58

Czesław Ryszka
Niedziela Ogólnopolska 49/2013, str. 38

ARKADIUSZ FILIPOWSKI

Któż nie pamięta ataków na księży wkrótce po odzyskaniu wolności w 1990 r.? Lewicowe partie i gazety wsparte głosami tzw. katolewicy atakowały duchownych, strasząc Polaków „państwem rządzonym przez proboszczów”. Chodziło wówczas o to, aby Kościół katolicki nie skorzystał z owoców przemian, by np. nie domagał się przyznania mu programu telewizyjnego czy dziennika. O co chodzi dzisiaj spadkobiercom komunistycznego dziedzictwa dążącym do zamknięcia ust kapłanom?

Przypomnę, że głosami posłów SLD, z poparciem PO i części PSL, postanowiono ukrócić „mieszanie się Kościoła do polityki”. Zawiązana nieformalnie koalicja partii Tuska i Millera 22 listopada br. skierowała do dalszych prac w komisji nadzwyczajnej nowelizację Kodeksu wyborczego, zakazującą agitacji politycznej w kościołach. Konkretnie, do art. 108 Kodeksu, który zabrania „prowadzenia agitacji wyborczej m.in. na terenie urzędów administracji rządowej i samorządowej, sądów, jednostek wojskowych, a także zakładów pracy, jeśli w swym sposobie i formie zakłóca ona normalne funkcjonowanie tych zakładów”, SLD chce dodać zapis, aby agitacja była zakazana również „na terenie kościołów i w miejscach kultu religijnego innych związków wyznaniowych”. Kapłan, który się do tego nie zastosuje, zapłaci grzywnę 1,5 tys. zł.

Poseł Dariusz Joński z SLD wyjaśnił z mównicy sejmowej, że jego partia zdecydowała się na przygotowanie tego projektu pod wpływem apeli wiernych, którzy „mają dość polityki w kościołach”. Jerzy Urban lepiej by tego nie uzasadnił, zwłaszcza że zapis o zakazie „agitacji wyborczej” jest tak ogólny, iż będzie można za nią uznać praktycznie wszystko.

Reklama

A miało nie być rewolucji światopoglądowej. Tak obiecywał Donald Tusk w rządowym exposé w 2007 r. Jak się okazuje, Platforma, pomagając SLD „uwolnić polski Kościół od polityki”, spłaca obecnie rozmaite zobowiązania zaciągnięte względem radykalnej lewicy. Ta zaś, wzorem Marksa, Engelsa i Lenina, idzie na całość, uważając podobnie jak Marks, który w liście do Engelsa z września 1869 r. pisał o duszpasterstwie księży katolickich: „Te psy kokietują robotników”. Pochodzący z ducha Marksa i Lenina stalinizm ukuł slogan o „agitacji politycznej prowadzonej z ambony”. Kropka w kropkę chce się wpisać ten slogan do ustawy, aby dyskryminować kapłanów, czyhać na nich z magnetofonami, pisać anonimy do prokuratury czy na policję, tam zaś będą je analizować pod kątem złamania absurdalnych przepisów. W donosicielstwie jeszcze wielu Polaków nie wyszło z wprawy, a szef MSW nie ukrywa, że pragnie silnej policji. Czy znowu władza chce niepokornych kapłanów mordować?

Ta inicjatywa ustawodawcza jest wyjątkowo haniebna, ponieważ obecną wolność zawdzięczamy w dużej mierze niezłomnym kapłanom, o bł. Jerzym Popiełuszce nie wspominając. Ale jak znam życie, znajdą się katoliccy celebryci w Sejmie i poza nim, którzy będą opowiadać, że na kazaniach powinno się prowadzić ewangelizację, a nie zajmować się tematami społecznymi. Niestety, są wśród nich ci członkowie PO i PSL, zapewne w większości katolicy, którzy, popierając ten absurdalny projekt nowelizacji, są nie tylko hipokrytami, ale, używając słów Lenina: to wyjątkowo „pożyteczni idioci”.

Konstytucja w art. 25 mówi o autonomii, niezależności Kościoła katolickiego od państwa. Podobnie sprawę ujmuje konkordat. SLD widzi to inaczej: Kościół ma być oddzielony od państwa, ale nie państwo od Kościoła. Czyli na forum publicznym państwo ma panować nad Kościołem: może go ograbić (Komisja Majątkowa), zniesławiać (pedofilia), wykluczać (multipleks dla TV Trwam), upominać i pouczać (list marszałka Senatu Bogdana Borusewicza do abp. Józefa Michalika).

Jan Paweł II w encyklice „Centesimus annus” podkreślił, że „…nauczanie i upowszechnianie nauki społecznej wchodzi w zakres misji ewangelizacyjnej Kościoła i stanowi istotną część orędzia chrześcijańskiego, ponieważ ukazuje jego bezpośrednie konsekwencje dla życia społeczeństwa i czyni codzienną pracę i walkę o sprawiedliwość elementem świadectwa o Chrystusie Zbawicielu”.

Wniosek: Kościół musi z całą mocą bronić osób prześladowanych, uciskanych, wykluczanych, zniewalanych, demoralizowanych, poniżanych, skrajnie ubogich, słabych, chorych, marginalizowanych, oszukiwanych… Kościół musi przypominać zwolennikom laicyzmu, że ci, którzy wykluczają z historii Boga i Jego prawa, tworzą historię wrogą człowiekowi. Dlatego księża nie mogą milczeć, gdy podejmuje się próby tworzenia etyki bez Boga, relatywistycznej, sytuacyjnej, materialistycznej i degradującej człowieka.

Niestety, jako świeccy katolicy nie jesteśmy bez winy, cierpiąc na patriotyczną i kościelną zaćmę, pozwalając w Sejmie na polityczną hucpę, patrząc obojętnie, jak jedna grupa niepoważnych posłów chce wysłać duchownych na księżyc, a inna – ateistów domaga się zdjęcia krzyża z sali plenarnej.

* * *

Czesław Ryszka
Pisarz i polityk, publicysta „Niedzieli”, poseł AWS w latach 1997 – 2001, w latach 2005-11 senator RP;
www.ryszka.com

Tagi:
ksiądz

Reklama

Fala nienawiści wobec chrześcijan po próbie zamordowania księdza. Ordo Iuris zawiadamia prokuraturę

2019-06-19 14:49

Fotolia.com

Po brutalnym ataku na księdza we Wrocławiu, w Internecie pojawiło się wiele komentarzy pochwalających to przestępstwo i nawołujących do nienawiści ze względu na wyznanie. Nie spotkały się one z żadną reakcją administracji stron, na których zostały zamieszczone, m.in. portali „Gazety Wyborczej” i „Gazety Wrocławskiej” oraz Facebooka i Twittera. Instytut Ordo Iuris zawiadomił w tej sprawie Prokuraturę Okręgową we Wrocławiu.

Ks. dr Ireneusz Bakalarczyk został ugodzony nożem rano 10 czerwca w drodze na Mszę w kościele na wrocławskim Piasku. Po tym wydarzeniu na portalach internetowych „Gazety Wyborczej” i „Gazety Wrocławskiej”, a także na Facebooku i Twitterze pojawiły się komentarze naruszające prawo, w tym pochwalające popełnioną zbrodnię, co stanowi przestępstwo z art. 255 § 3 Kodeksu karnego. Mowa m.in. o agresywnych komentarzach takich jak: „szkoda ze ten klecha nie zdechl”, „jak padnie to pójdzie do bozi, więc i społeczeństwo wygrywa i koleś w sukience”, „klecha, tłusty pasożyt dostał kosą” oraz „Dobry s... to martwy s…” (pisownia oryginalna).

Pojawiły się również inne komentarze nawołujące do nienawiści ze względu na wyznawaną religię katolicką, co wyczerpuje znamiona przestępstwa z art. 256 K.k. We wpisach znieważano także chrześcijan. Stanowi to przestępstwo z art. 257 k.k. Ponadto komentujący dopuszczali się wielokrotnej obrazy uczuć religijnych zakazanej w świetle art. 196 k.k. Istotne jest, że łamiące prawo wpisy pojawiły się na portalach, gdzie istnieje nadzór ze strony administratora.

Komentarze pochwalające czyny zabronione i nawołujące do nich nie wpisują się w zakres wypowiedzi chronionych wolnością wyrażania poglądów. W ramach europejskiego systemu praw człowieka, art. 10 Konwencji o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności oraz orzekający na jego podstawie Europejski Trybunał Praw Człowieka przyznają zakres ochrony wolności wypowiedzi, który nie może naruszać godności osoby ludzkiej oraz innych gwarantowanych w prawie międzynarodowych wolności, w tym wolności sumienia i wyznania. W podobny sposób granice wolności wyrażania poglądów określił również polski Trybunał Konstytucyjny, m.in. w wyroku z 6 października 2015 r.

„Komentarze po ataku na księdza to przykłady przestępstw z nienawiści wobec chrześcijan. W ostatnim czasie w Polsce odnotowaliśmy wiele tego typu przypadków, a liczba zgłoszeń od osób pokrzywdzonych do Instytutu systematycznie wzrasta. Jesteśmy przekonani, że zdecydowana reakcja prokuratury oraz Policji pozwoli ustalić i ukarać sprawców tych niedopuszczalnych wpisów umieszczonych w Internecie z nienawiści” – skomentował adw. dr Bartosz Lewandowski, Dyrektor Centrum Interwencji Procesowej Ordo Iuris.

„Należy z całą stanowczością wyciągnąć konsekwencje wobec osób łamiących prawo poprzez pochwalanie przestępstw i nawoływanie do nich. Tolerowanie i akceptacja wypowiedzi jednoznacznie nawołujących do nienawiści i pochwalających przestępstwa buduje atmosferę przyzwolenia dla aktów przemocy” – zaznaczył dr Tymoteusz Zych, Wiceprezes Ordo Iuris.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Zwłoki z bijącym sercem

Z doktorem nauk medycznych o. Jackiem Marią Norkowskim, dominikaninem, rozmawia Mateusz Wyrwich
Niedziela Ogólnopolska 24/2011, str. 14-15

AR

Mateusz Wyrwich: - W medycynie za moment śmierci niegdyś uznawano chwilę, kiedy doszło do „nieodwracalnej utraty czynności oddychania i zatrzymania akcji serca”, jak pisze Ojciec we wstępie do swojej książki. A dzisiaj?

Dr n. med. o. Jacek Maria Norkowski OP: - W części państw nadal uznawana jest tradycyjna definicja śmierci. W większości jednak przyjmuje się nową, neurologiczną definicję śmierci, opartą na koncepcji śmierci mózgowej. Podstawowym kryterium jest tu stwierdzenie głębokiej śpiączki i bezdechu. Do tego dochodzą jeszcze inne warunki, m.in.: znana jest przyczyna śpiączki; wystąpiło pierwotne lub wtórne uszkodzenie mózgu; wszelkie działania lekarskie zmierzające do ratowania pacjenta są bezowocne z uwagi na upływ czasu i zmiany, jakie zaszły w organizmie. Tak naprawdę jednak, odchodząc od klasycznych kryteriów, lekarz orzeka o śmierci na podstawie ustawy i przepisów. To one określają, co świadczy o śmierci pnia mózgu. Czyli - brak odruchów w obrębie głowy, takich jak: reakcja źrenicy na światło, odruch kaszlowy i wymiotny oraz oczno-mózgowy. Drugą natomiast próbą, jaką stosuje się w tym przypadku, jest badanie bezdechu. Decyzję zaś o tym, czy ktoś żyje, czy nie, podejmuje komisja, która składa się z trzech lekarzy.

- A zatem, paradoksalnie, można powiedzieć, że na podstawie ustawy i orzeczenia administracyjnego uznajemy kogoś za zmarłego, tymczasem ludzie ze śpiączki wychodzą. Według najnowszych badań, ok. 70 proc. chorych może być z niej wybudzanych przy zastosowaniu hipotermii. Natomiast kontrola bezdechu... może powodować u chorego śmierć.

- Właśnie, badanie bezdechu ma służyć postawieniu diagnozy, a tymczasem to badanie nie jest obojętne dla pacjenta. Wręcz przeciwnie - może być bardzo szkodliwe. Doprowadza bowiem do zapaści krążenia mózgowego. Może też spowodować zatrzymanie akcji serca. Ale przede wszystkim uszkadza mózg. Paradoksalnie więc, żeby stwierdzić uszkodzenie mózgu, de facto najpierw się go uszkadza, a później stwierdza, że... jest uszkodzony! Przy czym oficjalnie celem tego badania jest stwierdzenie, czy ten bezdech jest rzeczywisty. A więc: Czy chory będzie próbował oddychać? Czy będziemy widzieli jakieś skurcze mięśni klatki piersiowej i nadbrzusza, co by świadczyło o tym, że ośrodek oddechowy w mózgu działa? A jeśli działa, to uznajemy, że mózg nie jest martwy. Jeśli natomiast bezdechu nie ma, zakładamy, że mózg jest uszkodzony bądź martwy. Jednak w rzeczywistości ośrodek oddechowy nie działa wskutek niedokrwienia i wskutek niskiego poziomu hormonów tarczycy. A zatem to badanie, według wielu specjalistów, jest kompletnie niemiarodajne.

- Dlaczego więc staje się ono podstawą do przyjęcia, że człowiek nie żyje, mimo iż kryteria diagnostyczne są niemiarodajne i sama definicja jest podejrzana?

- Trudno powiedzieć. Bez wątpienia jednak znaczący jest kontekst powstawania tej definicji: pierwsza transplantacja, przeszczep serca, którego dokonał w 1967 r. Christiaan Barnard. Trzeba było zalegalizować śmierć dawcy serca. Wówczas to komisja na Harwardzie sporządziła raport tzw. „Ad hoc”, inaczej zwany „Raportem Harwardzkim”, w którym znajduje się jedno znamienne zdanie: „(...) Naszym zadaniem jest zdefiniowanie nieodwracalnej śpiączki jako śmierci człowieka”. Tymczasem jest to zdanie całkowicie nienaukowe, bo nie formułuje się tak zadań dla zespołu naukowego. Jest to natomiast zdanie świadczące o arbitralnym założeniu, że coś takiego jak „nieodwracalna śpiączka” można uznać za śmierć człowieka. To może być tylko postulatem, bo tak naprawdę nie wiemy, jaka ta śpiączka jest. Nieodwracalność nie jest kategorią empiryczną. W Japonii po społecznej dyskusji uznano, że jeśli ktoś nie ma pozytywnego wpisu do „Karty dawcy”, nie wolno u niego przeprowadzać badania bezdechu ani podejmować żadnych innych działań w kierunku stwierdzenia śmierci pnia mózgu.

- A jak ta sytuacja wygląda w Polsce?

- Uważam, że w Polsce powinna zostać wycofana domniemana zgoda na oddawanie organów. Należy ją zastąpić wyrażeniem na to zgody. Powinna być również, jak w Japonii, pytana o to rodzina. Tam, jeśli nie ma wyraźnej zgody rodziny, nie wolno przystępować do badania bezdechu, ponieważ to uszkadza mózg pacjenta. To jest taki program minimum. Tymczasem w Polsce, i nie tylko, badanie bezdechu robi się często bez zgody rodziny. Kontekst tego „badania” jest przy tym wyjątkowo ponury: ogromny nacisk na to, by zwiększać liczbę „pobrań” do transplantacji. Często wręcz stosuje się leki, które podwyższają ciśnienie i zmniejszają krzepliwość krwi, żeby polepszyć ukrwienie narządu, który chce się pobrać. Tymczasem leki te równocześnie powodują wzmożenie krwotoku do mózgu chorego, u którego istnieje podejrzenie krwotoku bądź nawet istnieje pewność, że ten krwotok ma miejsce.

- A zatem szkodzi się pacjentowi, a troszczy się o narządy dla biorcy. Inaczej mówiąc, mamy do czynienia z ustawowym zabijaniem człowieka?

- Można powiedzieć, że to, co komisja stwierdza, to niedokrwienie mózgu, a nie śmierć człowieka. A sama operacja pobrania narządu wiąże się już z odebraniem życia pacjentowi.

- Czyli dajemy życie jednemu za cenę odebrania życia innemu...? Istnieje opinia, że pojęcie śmierci mózgowej jako śmierci człowieka wprowadzano pod naciskiem transplantologów, bo jest to - mówiąc brutalnie - wielki biznes. Lecząc człowieka, np. robiąc mu dializę, można „stracić” kilkadziesiąt czy kilkaset tysięcy dolarów, a na jego śmierci można zarobić dwa miliony dolarów...

- To prawda, dializowanie kosztuje więcej niż zrobienie operacji przeszczepu. Dlatego też systemy ubezpieczeniowe również popierają przeszczepy z uwagi na cięcie kosztów. Oczywiście, wielu biorców twierdzi, że czuje się znacznie lepiej po przeszczepie nerki i nikt nie może negować, że tak może być. Niemniej jednak nie można tu wprost mówić o ratowaniu życia. To jest bardziej zmiana sposobu leczenia pacjenta.

- Istnieje wśród lekarzy pojęcie „zwłoki z bijącym sercem”. Co to brutalne pojęcie oznacza?

- Oficjalnie w dokumentach transplantatu mówi się, że z chwilą stwierdzenia śmierci mózgowej respirator wentyluje zwłoki. Krew ciągle jeszcze przepływa, serce człowieka bije. W tym czasie dwukrotnie zbiera się trzyosobowa komisja lekarska. I jeśli podpis zostanie złożony przez trzeciego lekarza z komisji, to w tym momencie... „umiera człowiek”. W sensie prawnym, bo w jego ciele nic się nie zmienia. Lecz w sensie prawnym ciało pacjenta, któremu przysługują wszystkie prawa obywatela, zmienia się w zwłoki, które są własnością państwa. Zwłoki z bijącym sercem.

- Z czego to wynika? Z upadku moralności?

- To czysty utylitaryzm. To jest myślenie, że z tego człowieka już pewnie nic nie będzie. Najwyżej będzie on gdzieś uciążliwym pacjentem w jakimś hospicjum, a tak to „pomożemy wielu potrzebującym ludziom”. I „przy okazji” pozbędziemy się kłopotów. Myślę, że jest to decydujący moment, na którym opiera się także zgoda społeczna na tę praktykę. Przy czym - u podstaw tej zgody często leży niewiedza. Ludzie nie wiedzą o tym, że ponad połowę pacjentów, u których stwierdza się śmierć pnia mózgu, można wyleczyć przy zastosowaniu hipotermii. Podam tu przykłady rzekomo beznadziejnych przypadków, gdzie stwierdzono śmierć mózgową, a ludzie żyją. Jak choćby u nas: dwudziestoletnia już Agnieszka Terlecka, której nie dawano szans na życie, a dzięki uporowi rodziców żyje i w zeszłym roku zdawała maturę. Lekarze stwierdzili śmierć pnia mózgu. Tymczasem jej ojciec zorientował się, że są jakieś szanse wyleczenia w klinice prof. Talara, i wymógł zmianę diagnozy. Któryś z lekarzy zmienił słowo „śmierć” pnia mózgu na słowo „stłuczenie” pnia mózgu. W związku z tym można było zabrać dziewczynę z tego szpitala i przewieźć do innego, bo zwłok nie wolno przewozić do innego szpitala. Zwłok z bijącym sercem również. Agnieszkę wybudzono po pięciu dniach, a z czasem całkowicie wróciła do zdrowia - do świata żywych. Inny przykład - to przypadek Zachariasza Danlopa z USA, który słyszał, jak komisja orzeka, że nie żyje. Zrządzeniem Bożej Opatrzności na jego „pogrzebie” było dwoje pielęgniarzy, jego kuzynostwo. Dokonali prostych badań dotykowych i stwierdzili, że „zmarły” żyje. Wymogli wycofanie „zwłok” z kolejki dawców. Danlop został wybudzony po kilku dniach, a po kilku miesiącach zrehabilitowany. Inny przypadek - Val Thomas z USA, której już miano pobierać narządy, a tymczasem ona się wybudziła i zaczęła mówić. Dziś robi się z nią wiele filmów dokumentalnych, no bo kiedy zwłoki... zaczęły mówić, to oczywiste, że robi się z nimi filmy...

- Śmierć mózgowa zatem ustawia człowieka w magazynie części zamiennych?

- Tak. Po to diagnozuje się śmierć mózgową, by człowiek stał się dawcą. Śmierć mózgową w Polsce diagnozuje się bardzo wcześnie, a oddech może wrócić czasami po kilku dniach. Dlatego tak szybkie diagnozowanie śmierci mózgowej jest niczym nieuzasadnione z punktu widzenia praw pacjenta. Nie wolno nie dać mu szansy na poprawę stanu zdrowia i od razu ogłaszać jego śmierć. Nie mówiąc już o tym, że to śmiercią w ogóle nie jest. Koncepcja śmierci mózgowej jest zupełnie nienaukowa i wyraźnie dopasowywana do transplantologii. Transplantolodzy żyją misją czy świadomością, że pomagają ludziom, ale nie lubią myśleć o tym, co się dzieje z dawcą. Jest całkiem spora grupa lekarzy, którzy uważają, że dawcy mogą odczuwać ból, chociaż nie na normalnym poziomie, i dlatego należy ich znieczulać. Inni twierdzą, że nie jest to konieczne, że wystarczy dać środki zwiotczające, które spowodują, że nie będzie skurczów mięśni. To jest konieczne „technicznie”, bo te „zwłoki” uciekłyby ze stołu. Taki człowiek bez znieczulenia wiłby się z bólu, kręcił. Jego reakcje byłyby tak silne, że nie można by było „spokojnie” pobierać jego narządów. Trzeba go więc sparaliżować, spowodować zwiotczenie jego mięśni... Moim zdaniem, takie pobieranie narządów to jest swoista eutanazja. W 2004 r. na Kongresie Lekarzy Katolickich w Rzymie papież Jan Paweł II podsumował dyskusję i powiedział, że człowiek nigdy nie staje się ani roślinką, ani zwierzęciem, że zawsze jest umiłowanym dzieckiem Bożym, na którym spoczywa wzrok jego Stwórcy.

O. Jacek Maria Norkowski OP jest autorem wyjątkowo ważnej książki „Medycyna na krawędzi. Ewolucja definicji śmierci człowieka w kontekście transplantacji narządów”. Ta niecodzienna książka ukazała się na rynku w ubiegłym miesiącu, lecz już teraz wiadomo, że może stać się początkiem ogólnonarodowej dyskusji na temat tego, czy państwo ma prawo decydować o naszej śmierci.
O. Jacek Maria Norkowski OP jest absolwentem Akademii Medycznej w Poznaniu. Po ukończeniu studiów medycznych wstąpił w 1982 r. do zakonu. W 1989 r. przyjął święcenia kapłańskie. W latach 90. odbył staż w centrum bioetycznym Pope John XXIII Medical-Moral Research and Education Center w Bostonie. Zaowocowało to dalszymi studiami podjętymi w Rzymie i zakończonymi na Uniwersytecie Angelicum obroną licencjatu poświęconego tematowi tzw. mózgowych kryteriów śmierci człowieka. Przed dwoma laty na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu obronił pracę doktorską z tego zakresu

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Abp Skworc: Maksymilian Kolbe to święty, który łączy narody i społeczeństwa

2019-06-24 13:54

lk / Warszawa (KAI)

O. Maksymilian Kolbe to święty, który łączy narody i społeczeństwa – powiedział abp Wiktor Skworc podczas prezentacji książki „Życie jako dojrzenie do świętości” poświęconej świętemu franciszkaninowi, która odbyła się w poniedziałek w Sekretariacie Konferencji Episkopatu Polski.

KEP

Autor książki o. Zdzisław Kijas OFMConv. podjął pracę nad opisaniem życia św. Maksymiliana Kolbego z innej perspektywy niż autorzy dotychczasowych publikacji na temat świętego franciszkanina.

„Skupię się zatem na wewnętrznym życiu Maksymiliana, na jego potencjalnych napięciach, tęsknotach czy pragnieniach. Nie będę natomiast pisał o jego podróżach apostolskich i misyjnych, mniej interesować mnie będzie jego wzniosła pobożność maryjna, o której napisano już tysiące stron” – wyjaśnił o. Kijas we wprowadzeniu do książki.

Co skłoniło autora do skupieniu się na duchowej stronie życia św. Maksymiliana? „Fascynacja osobą. To był jeden z nas, żył w czasach trudnych, na przełomie wieków, miał bardzo mało spokoju, by żyć normalnie, a przecież potrafił tworzyć pokój w sytuacjach, które na pozór pokojowe nie były” – powiedział podczas prezentacji w Sekretariacie Episkopatu Polski.

Jak stwierdził, określenia świętości są różne, a jednym z nich jest umiejętność podejmowania mądrych decyzji w trudnych sytuacjach, sytuacjach granicznych. - To nie przychodzi łatwo, do świętości trzeba dojrzewać – powiedział, dodając, że właśnie taki wymiar miała świętość w życiu o. Maksymiliana. Ową decyzją graniczną, która doprowadziła go do świętości, była decyzja ważąca na jego losie: oddanie życia za Franciszka Gajowniczka w obozie Auschwitz-Birkenau.

O. Kijas podkreślił, że praca nad książką była swoistym „mocowaniem się z Maksymilianem”, odkrywaniem sytuacji w których się znajdował. A były to sytuacje niełatwe, pełne lęku i niepokojów, jak życie na misji, później konieczność powrotu do kraju, opuszczenie klasztoru, aresztowanie. – Ale on nie popadał w depresję, widział cały czas nowe okazje do działania, które podejmował, aby wzrastać duchowo – zauważył autor.

„Maksymilian odkrył, że jego najważniejszym miejscem dojrzewania do świętości stał się paradoksalnie właśnie obóz koncentracyjny, który dla innych był miejscem śmierci” – dodał o. Kijas OFMConv.

Obecny na prezentacji abp Wiktor Skworc, przewodniczący Komisji Duszpasterstwa KEP powiedział, że zawsze interesowała go asceza życia o. Maksymiliana Kolbego, właściwa dla życia zakonnego. Sam jednak późniejszy święty o swojej ascezie niewiele mówił. Opierał się na fundamencie modlitwy, postu i osobistych wyrzeczeń.

Zdaniem abp. Skworca, o. Maksymilian Kolbe to święty, który łączy narody i społeczeństwa. Przewodniczący Komisji Duszpasterstwa KEP przypomniał, że po beatyfikacji i kanonizacji o. Kolbego nastąpiła m.in. szczególna łączność między osobą świętego a społeczeństwem i Kościołem w Niemczech.

Powstało wiele parafii pod jego wezwaniem, ale również dwa wielkie dzieła: Maximilian-Kolbe-Werk, które w imieniu Episkopatu Niemiec udzielało pomocy w Polsce ofiarom obozów koncentracyjnych. Drugie dzieło, powstałe nieco później, to wspólna Fundacja Maksymiliana Kolbe, której celem jest propagowanie idei pojednania narodów polskiego i niemieckiego - i temu procesowi pojednania niewątpliwie o. M. Kolbe patronuje – ale też szerzenie tej myśli w odniesieniu do innych narodów niepojednanych w Europie, jak choćby na Bałkanach.

Prezes Wydawnictwa „Bratni Zew” o. Andrzej Zając OFMConv. podkreślił, że „Życie jako dojrzenie do świętości” to książka szczególna dla oficyny franciszkańskiej. Autor wprawdzie nie odwołuje się wprost do duchowości św. Franciszka, ale niewątpliwie wskazuje na łączność między polskim świętym a postacią „Biedaczyny z Asyżu”. Książka o. Zdzisława Kijasa może posłużyć jako swoisty przewodnik duchowy, a na pewno będzie fascynującą lekturą dla każdego, kto szuka świętości.

O. Zdzisław Józef Kijas OFMConv., "Życie jako dojrzewanie do świętości. Maksymilian Maria Kolbe", Wydawnictwo "Bratni Zew", Kraków 2019.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem