Reklama

Gospodarka

Ciszej nad łupkami

Zaczęło się jak w klasycznej bajce – z dalekiego świata nad Wisłę dotarli poszukiwacze wielkiego skarbu. A było to około roku 2006...

Niedziela Ogólnopolska 5/2014, str. 40-41

[ TEMATY ]

gospodarka

gaz

Jeremy Buckingham MLC / Foter.com / CC BY

W amerykańskim sektorze paliwowo-energetycznym rozkręcała się właśnie wielka rewolucja związana z odkryciem tam gazu w skałach łupkowych. Zachęcone lokalnym sukcesem firmy amerykańskie i kanadyjskie zaczęły skanować wszystkie kraje na świecie, by wytypować obszary warte uwagi. Godna zainteresowania okazała się także Polska. Wkrótce w świat poszła wieść o ukrytych w podlaskich i lubelskich formacjach łupkowych wielkich zasobach gazu. Zagraniczni eksperci szacowali, że Polska może mieć od 1,4 do 3,6 bln m3 gazu w łupkach!

Pod koniec 2007 r. pojawili się pierwsi chętni do bliższego rozpoznania polskich warunków geologicznych i inwestycyjnych. To sondowanie trwało kilkanaście miesięcy, coraz więcej firm pytało o polski rynek. Jednak potencjalnym inwestorom ciężko było się porozumiewać z urzędnikami, a polscy geologowie dysponowali wprawdzie sporą wiedzą na temat skał łupkowych, ale wiedzą „nienaftową”; wiedziano, gdzie dokładnie występują skały łupkowe, jaka jest ich budowa i charakterystyka, natomiast nawet nie zakładano, że może być w nich gaz… Uważano, że gaz z łupków to sprawa „czysto amerykańska”, w Polsce raczej nierealna.

Pęd do Polski

Reklama

W roku 2009 światowa koniunktura na gaz z łupków sięgnęła zenitu. USA stały się największym na świecie producentem gazu ziemnego, wyprzedzając Rosję. Gaz z łupków zmienił całą amerykańską gospodarkę, uniezależnił ją od importu gazu. Także w Polsce zaczęto wierzyć, że podobna samowystarczalność wcale nie musi być nierealnym celem.

Momentem przełomowym, który zmienił wszystko i obudził marzenia o możliwości polskiej rewolucji energetycznej, było wejście do Polski w 2009 r. największej firmy naftowej na świecie – ExxonMobil. Sprawa stała się bardzo głośna; wszystkie oczy w przemyśle naftowym na świecie i oczy polityczne w Polsce zwróciły się wówczas na polskie łupki.

W ciągu dwóch lat – 2009-10 – zagraniczne firmy nieomal tratowały się w pędzie do Polski. Pojawiło się wielu gigantów przemysłu naftowego; z tzw. wielkiej szóstki aż cztery zaangażowały się w Polsce. Po firmie ExxonMobil pojawiły się Conoco Phillips, Chevron oraz mniejsze, takie jak Marathon Oil, Talisman Energy. Najbardziej szokujące było to, że Polska, która nigdy nie była krajem naftowym, nagle zaczęła przyciągać największych naftowych potentatów.

Reklama

Rodzimy polski przemysł nie od razu zainteresował się nowym rynkiem gazowym, głównie dlatego, że nie specjalizował się w wydobyciu węglowodorów. W momencie największego łupkowego boomu, w 2011 r., PGNiG i Orlen miały już jednak we władaniu mniej więcej 20 proc. terenu objętego łupkowymi koncesjami.

Polska wydała łącznie 111 koncesji poszukiwawczych (najwięksi inwestorzy dostali ich po kilka). Objęto nimi 90 tys. km2, czyli 1/3 terytorium kraju. W maju 2011 r. amerykańska rządowa Agencja Informacji Energetycznej dolała oliwy do ognia, ogłaszając, że w polskich łupkach może tkwić nawet 5,3 bln m3 gazu – czyli tyle, żeby w pełni zaspokoić potrzeby kraju przez 300 lat.

Bardzo ciche porozumienie

W roku 2011 nasz polski entuzjazm łupkowy sięgał zenitu. O zagospodarowaniu nowego bogactwa narodowego mówiło się nie tylko w kategoriach bezpieczeństwa energetycznego kraju, ale wręcz w kategorii polskiej racji stanu. Nawet początkowo wstrzemięźliwi politycy przyłączyli się do chóru entuzjastów. Gazety donosiły o porozumieniu ponad podziałami. Jesienią 2011 r. jakoby doszło nawet do cichego porozumienia PO i PiS w sprawie ustawy o gazie łupkowym, która, jak deklarowano, „może zostać uchwalona jeszcze w tym roku”. Obie partie miały się ponoć zgodzić w sprawie konieczności dobrego zabezpieczenia interesów państwa.

Wyłączywszy zagorzałych ekologów, wszyscy liczyli na gazowe eldorado, które stanie się bodźcem rozwojowym dla wielu rejonów Polski. Inwestorzy zaś cierpliwie czekali, by w pewniejszych ekonomicznie warunkach móc prowadzić poszukiwania.

Dzięki rozwojowi wydobycia gazu łupkowego w ciągu najbliższych 10 lat w Polsce może powstać 155 tys. nowych miejsc pracy – szacował raport Instytutu Kościuszki – a branżami, które mogą potencjalnie najwięcej zyskać, będą: przemysł metalurgiczny, handel detaliczny i hurtowy, dostawa energii oraz produkcja maszyn. W pesymistycznym scenariuszu zakładano, że jeśli liczba odwiertów w ciągu 10 lat wyniesie 250 rocznie, to nowych miejsc pracy powstanie tylko ok. 120 tys. W optymistycznym miało być – 750 odwiertów rocznie i 190 tys. nowych miejsc pracy!

Tymczasem – jak się po 3 latach okazało – było to dzielenie skóry na niedźwiedziu. Zarówno optymistyczne, jak i pesymistyczne szacunki podawały liczby wręcz astronomiczne. Do końca 2013 r. wykonano w Polsce zaledwie 51 odwiertów eksplorujących skały łupkowe… Poszukiwania okazały się dla inwestorów ryzykownym ekonomicznie przedsięwzięciem. W trudnych geologicznie polskich warunkach nakłady inwestycyjne na jeden otwór szacowano na 50 mln zł, tak więc w grę wchodziły grube miliardy na jedną koncesję.

W ostateczności jednak to nie kwestie technologiczne i koszty związane z „trudnością polskich złóż” okazały się przeszkodą nie do przebrnięcia, lecz podejrzanie przedłużająca się inwestycyjna niepewność wynikająca z braku klarownych regulacji prawnych oraz przepisów podatkowych. Brakowało jasnego stanowiska i działania polskiego rządu w tej sprawie.

Gdy nad Wisłą rozwijało się polskie marzenie i snuto nawet polityczne plany co do wykorzystania wielkiego strumienia łupkowych pieniędzy, realność strumienia gazu malała. Dlatego głównie, że za marzeniami nie poszły stosowne działania administracyjno-prawne polskiego rządu. Potencjalni inwestorzy tracili werwę. Bynajmniej nie z powodu domniemania niedostatku gazu w polskich łupkach, bo tego nie udało im się nawet dokładnie stwierdzić, ponieważ do rzetelnej oceny zasobów polskich łupków potrzebne jest wykonanie 200-300 odwiertów. Główną przeszkodą stała się raczej niemożność oszacowania opłacalności przyszłego wydobycia z powodu niejasnych warunków podatkowych.

Zabrakło dobrej woli

Już w 2007 r., kiedy rozpoczęło się wydawanie pierwszych koncesji na poszukiwanie gazu łupkowego, powstały dwa projekty ustaw regulujących wydobycie przygotowane przez poprzedni rząd PiS, rząd PO jednak nie uznał za stosowne, by się nad nimi pochylić. W 2012 r. PiS jako partia opozycyjna miał kolejny projekt ustawy, wzorowany na rozwiązaniach norweskich. Przewidywał on stworzenie nie tylko stabilnych i odpowiednio korzystnych warunków dla inwestorów, ale i mechanizmu umożliwiającego państwu czerpanie odpowiednich korzyści na „potężny, rosnący fundusz rozwojowy”. „Państwu chcemy zapewnić sprawiedliwy dochód, a firmom przejrzyste reguły i godziwe zyski” – mówił były wiceminister gospodarki Piotr Naimski.

Podobne nadzieje wyrażał wkrótce Donald Tusk, upatrując w strumieniu gazowych pieniędzy rozwiązanie problemu z przyszłymi emeryturami Polaków. Dopiero w 2013 r. rząd zapowiedział, że ustawa o wydobyciu węglowodorów, nieodstraszająca inwestorów, wejdzie w życie w 2015 r., a podatek od węglowodorów nie będzie pobierany do 2020 r. (aby zachęcić firmy do inwestycji w Polsce). To są jednak obietnice spóźnione o co najmniej 3 lata.

Winę za obecną złą sytuację w kwestii gazu łupkowego ponosi przede wszystkim premier Donald Tusk, który nie wykazał dobrej woli – mówi opozycja – oraz ministerstwa: finansów, spraw zagranicznych i skarbu. Zabrakło elementarnej koordynacji i pobudzenia prac resortowych, bo – jak mówią ludzie znający temat – to w tych resortach tkwi jakieś bardzo tajemnicze źródło oporu i niewytłumaczalnych komplikacji. Z niewyjaśnionych powodów rząd nie zdołał powołać pełnomocnika ds. łupków, dlatego też do dziś nie ma niezbędnych regulacji, a prace poszukiwawcze przedłużają się. Odwołano natomiast ministra środowiska – i to w czasie odbywającego się hucznie w Warszawie światowego Szczytu Energetycznego, któremu przewodniczył. Nowy minister zapowiedział niedawno, że w 2014 r. zostanie wykonanych aż 40 nowych wierceń!

Entuzjazm się skończył i nad polskimi łupkami zapanowała grobowa cisza. Cała sprawa wydawała się bardzo niejasna, politycznie i ekonomicznie zagmatwana. Od początku zapowiadano utrącenie polskiego wydobycia przez ekologów opłacanych przez Gazprom. Z czasem pojawiły się głosy o nieprzychylności niektórych krajów UE i wprost Komisji Europejskiej, która miała być wrogo ustosunkowana do polskiego wydobycia. Tymczasem okazało się, że to „strachy na Lachy” w porównaniu z bezczynnością i opieszałością polskiego rządu.

Nie ma gazu w polskich łupkach?

Wprawdzie Państwowy Instytut Geologiczny na początku 2012 r. obniżył początkowe oszacowanie zasobów o 90 proc., jednak inwestorzy wciąż są zainteresowani poszukiwaniem gazu.

Złym znakiem, ale bynajmniej nie kończącą wszystko katastrofą, było wycofanie się z Polski w 2012 r. firmy ExxonMobil. Początkiem końca nie jest nawet wycofywanie się kolejnych – Talisman Energy i Marathon Oil. Firmy te zrezygnowały po wykonaniu zaledwie kilku odwiertów poszukiwawczych i przeprowadzeniu na ich podstawie testów produkcyjnych, które wykazały, że produktywność poszczególnych otworów jest stosunkowo niska jak na standardy złóż łupkowych. Sam ExxonMobil podjął decyzję o wyjściu z Polski na podstawie zaledwie dwu odwiertów sondażowych.

Dla gigantów branży paliwowej polski projekt okazał się po prostu mniej perspektywiczny niż inne ich przedsięwzięcia poszukiwawcze (np. na Syberii, w obu Amerykach, Azji lub na Pacyfiku). Nie oznaczało to jednak w żadnym razie, że poszukiwania na terenie Polski straciły sens. Zdaniem geologów, na podstawie tak niewielkiej liczby odwiertów nie można wysnuwać skrajnych wniosków ani o gazowym eldorado, ani o braku gazu. Prawdą jest, że polskie łupki nie są łatwe, co nie znaczy, że nie kryją w sobie wielkich i opłacalnych zasobów.

Mimo że większość koncesjonariuszy ze spokojem podeszła do rezygnacji ExxonMobil i nie zmieniła swoich planów, to jednak z polskiego gazowego balonu powoli uchodziło już powietrze. Rosyjska prasa z satysfakcją donosiła, że rezygnacja koncernów z eksploracji złóż gazu łupkowego w Polsce jest też związana z „wysokimi kosztami wydobycia, wynoszącymi około 300 dolarów za 1000 m3, trzykrotnie wyższymi niż w USA i 10 razy wyższymi od kosztów wydobycia tradycyjnego gazu”.

Srogi raport NIK

Polityczne niedomówienia skończyły się dopiero po ogłoszeniu na początku roku 2014 raportu Najwyższej Izby Kontroli, który bardzo srogo ocenił starania rządu. Ani dla opozycji, ani tym bardziej dla łupkowej branży taka ocena nie była zaskoczeniem. Bezczynność rządu była widoczna gołym okiem.

Raport podaje, że pomimo dość rozległego terenu objętego koncesjami, prace poszukiwawcze były prowadzone tylko na niewielkiej jego części. Co więcej, wykonywane były z reguły z dużym opóźnieniem z winy niewłaściwego działania administracji publicznej.

NIK wytknął rządowi opóźnienie trwających od 2011 r. prac nad tworzeniem i nowelizacją prawa dotyczącego poszukiwania i wydobywania węglowodorów. Ostrzegał, że „dalsze ich przedłużanie może skutkować ograniczeniem przez przedsiębiorców skali prowadzonych bądź planowanych prac geologicznych oraz nakładów inwestycyjnych ponoszonych na taką działalność, a także zmniejszeniem z ich strony zainteresowania poszukiwaniem złóż gazu z łupków w Polsce”.

W raporcie podano zadziwiające konkrety: „W Departamencie Geologii i Koncesji Geologicznych sprawami dotyczącymi koncesjonowania poszukiwań złóż gazu z łupków zajmowały się w latach 2007-2012 jedynie trzy osoby”. Z tego powodu wszelkie decyzje wydawane były ze znacznym przekroczeniem terminów określonych w Kodeksie Postępowania Administracyjnego (średnio 132 dni przy wymaganych prawem 30). Ponadto „dopuszczano do nierównego traktowania wnioskodawców oraz do rozpatrywania wniosków niekompletnych oraz takich, które nie pozwalały w pełni na sprawdzenie wiarygodności ekonomicznej wnioskodawcy (…)”. Padły zarzuty dowolności postępowania i nierównego traktowania wnioskodawców, co może „świadczyć o wysokim zagrożeniu korupcją”.

Raport NIK wylicza jeszcze bardzo wiele innych zaniechań, głupot, nierzetelności, które sprawiły, że to kolejne polskie marzenie musiało się okazać „marzeniem ściętej głowy”. Z takich to prozaicznych powodów Polska być może nigdy nie dowie się, jak to z tym łupkowym gazem naprawdę było.

2014-01-29 07:58

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Obajtek: w 2022 r. rozpoczniemy produkcję paliwa wodorowego we Włocławku

2020-09-21 12:20

[ TEMATY ]

gospodarka

PKN Orlen

Daniel Obajtek, prezes PKN Orlen

Daniel Obajtek, prezes PKN Orlen

W 2022 r. PKN Orlen rozpocznie produkcję paliwa wodorowego we Włocławku - poinformował w poniedziałek na Twitterze prezes spółki Daniel Obajtek. Zaznaczył, że koncern chce budować pozycję regionalnego lidera technologii wodorowych.

"Już w 2022 r. rozpoczniemy produkcję paliwa wodorowego we Włocławku. Równolegle z inwestycjami wzmacniamy nasz udział w organizacjach branżowych. Poprzez współpracę z czołowymi ośrodkami badawczymi i wymianę wiedzy chcemy budować pozycję regionalnego lidera technologii wodorowych" - napisał Obajtek.

"Przystąpiliśmy do @H2Europe, organizacji zrzeszającej blisko 200 firm i ośrodków badawczych pracujących na rzecz rozwoju ogniw paliwowych i technologii wodorowych. Udział w stowarzyszeniu daje dostęp do transferu wiedzy oraz możliwość pozyskiwania środków na badania i rozwój #H2" - podał nieco wcześniej na Twitterze PKN Orlen.

W zeszłym tygodniu płocki koncern poinformował, że rozpoczął proces wyboru wykonawcy hubu wodorowego, który ma powstać we Włocławku. Docelowo będzie on mógł wytwarzać do 600 kg doczyszczonego wodoru na godzinę. Zakończenie inwestycji planowane jest w pierwszym półroczu 2022 r.

Jak podał PKN Orlen, przedsięwzięcie obejmujące instalację produkcyjną, infrastrukturę logistyczną oraz dystrybucyjną "jest istotnym elementem wspierającym realizację strategii neutralności emisyjnej koncernu w obszarze paliw alternatywnych".

Wyjaśniono, że docelowo hub wodorowy we Włocławku będzie mógł wytwarzać do 600 kg doczyszczonego wodoru na godzinę. Zakończenie inwestycji planowane jest w pierwszym półroczu 2022 r.

Hub wodorowy ma powstać na terenie włocławskiego zakładu Anwil z Grupy Orlen. W pierwszym etapie moce produkcyjne instalacji będą wynosiły ok. 170 kg na godzinę, ale - jak wskazał płocki koncern - jej konstrukcja modułowa pozwoli na elastyczne zwiększanie produkcji wraz ze wzrostem popytu. Spółka wyjaśniła, iż wodór, który już teraz wytwarzany jest we Włocławku w procesie elektrolizy, będzie doczyszczany do jakości paliwa transportowego metodą adsorpcji zmiennociśnieniowej - PSA.

Paliwo, na pierwszym etapie dystrybucji, będzie przeznaczone przede wszystkim dla transportu publicznego i towarowego. Koncern przypomniał, że podpisał już kilka porozumień z samorządami, w tym z Górnośląsko-Zagłębiowską Metropolią, Krakowskim Holdingiem Komunalnym i Miejskim Przedsiębiorstwem Komunikacyjnym w Krakowie oraz miastem Płock, będącymi potencjalnymi odbiorcami wodoru.

Jak wspomniał PKN Orlen, oprócz hubu wodorowego we Włocławku i podobnej inwestycji planowanej w Płocku, koncern rozwija również technologie wodorowe w biorafinerii Orlen Południe w Trzebini, gdzie rozpoczęcie produkcji wodoru w jakości paliwa transportowego planowane jest już w 2021 r. (PAP)

Autor: Marcin Musiał

mmu/ pad/

CZYTAJ DALEJ

Prezydent Polski Andrzej Duda odwiedził Wspólnotę Sant’Egidio

2020-09-25 19:23

[ TEMATY ]

prezydent

wspólnota

Rzym

Sant’Egidio

Wspólnota Sant’Egidio

Hołd wobec polskich męczenników w bazylice św. Bartłomieja i rozmowy z przedstawicielami Wspólnoty o ubogich, imigrantach, pokoju i wolności religijnej.

Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej, Andrzej Duda wraz z małżonką Agatą Kornhauser-Duda oraz delegacją składającą się m.in. z ministra spraw zagranicznych Zbigniewa Rau, odwiedził dziś bazylikę św. Bartłomieja na wyspie tyberyjskiej w Rzymie, będącą z woli Jana Pawła II sanktuarium Nowych Męczenników. Po oddaniu hołdu relikwiom św. Wojciecha, ewangelizatora Polski i pamiątkom przechowywanym w kaplicach poświęconych męczennikom nazizmu i komunizmu, prezydent Polski spotkał się z założycielem Sant’Egidio, Andreą Riccardim, jej przewodniczącym Marco Impagliazzo i niektórymi przedstawicielami Wspólnoty.

Wspólnota Sant’Egidio

Wspólnota Sant’Egidio

Wspólnota Sant’Egidio

Wspólnota Sant’Egidio

Wśród tematów rozmowy znalazły się wspólne zaangażowanie w obronie najsłabszych, zwłaszcza osób ubogich i starszych w trakcie pandemii, możliwe drogi pomocy imigrantom i uchodźcom, biorące pod uwagę trudną sytuację na Lesbos, takie jak korytarze humanitarne, a także działania na rzecz pokoju i promocji wolności religijnej.

Prezydent Duda podziękował Wspólnocie za pracę na rzecz osób najuboższych

w Warszawie i innych polskich miastach, doceniając bezinteresowne zaangażowanie wielu wolontariuszy i wyrażając nadzieję na bliższą współpracę pomiędzy Polską a Wspólnotą Sant’Egidio.

***

Wspólnota Sant’Egidio powstała w 1968 roku w Rzymie z inicjatywy Andrei Riccardiego i małej grupki licealistów. Dziś obecna jest w 73 krajach na wszystkich kontynentach. Należy do niej ponad 60 tysięcy osób. Wspólnota – gdziekolwiek jest – żyje tym samym duchem, opartym na modlitwie i czytaniu Słowa Bożego, przyjaźni z ubogimi i pracy na rzecz pokoju. Na całym świecie zaangażowana jest na rzecz osób w różny sposób ubogich: bezdomnych, samotnych osób starszych, dzieci ulicy w Afryce i Ameryce Łacińskiej, młodych wzrastających w Szkołach Pokoju, więźniów, migrantów i uchodźców. Prowadzi m.in. projekt korytarzy humanitarnych, pozwalający na bezpieczne przybycie do Włoch i sprawną integrację uchodźców. Wspólnota w Polsce działa w Warszawie, Poznaniu i Chojnie, a zaprzyjaźnione grupy inspirujące się jej duchowością także w innych miastach.

CZYTAJ DALEJ

Więźniowie nie mieli dokąd pójść, przygarnął ich Papież

2020-09-26 16:08

[ TEMATY ]

Franciszek

więźniowie

Ks. Tomasz Lubaś

Dzięki pomocy Papieża Franciszka i jego jałmużnika, w Rzymie powstał ośrodek, w którym więźniowie będą mogli odbywać resztę kary w warunkach aresztu domowego. Możliwość taka dają nowe rozporządzenia, które w obawie przed rozprzestrzenianiem się koronawirusa, starają się ograniczyć liczbę więźniów w zakładach penitencjarnych. W praktyce z możliwości tej mogli dotychczas korzystać jedynie ludzie posiadający własny dom lub rodzinę. Inni nadal musieli pozostać w więzieniu. Dotyczy to w szczególności obcokrajowców, którzy stanowią 40 proc. więźniów w Rzymie.

Dom o nazwie „Rozpoczynamy na nowo” prowadzą wspólnie rzymska Caritas oraz kapelani więzienni Wiecznego Miasta. Lokale użyczyły siostry ze zgromadzenia Córek Chrystusa Króla, a koszty niemal w całości pokrywa papieski jałmużnik. „Jest to – powiedział podczas inauguracji kard. Konrad Krajewski – dom nadziei, który otwiera przed wami drzwi do świata. Wychodząc stąd na nowo możecie rozpocząć wasze życie”.

Ośrodek gwarantuje nie tylko dach nad głową i wyżywienie, ale również ma pomóc byłym więźniom w rozpoczęciu nowego życia – powiedział ks. Benoni Ambarus, dyrektor rzymskiej Caritas.

„Nie dajemy jedynie miejsca do spania i wyżywienia. Przyjęcie musi być całkowite, z uwzględnieniem wszystkich ludzkich potrzeb. Chodzi tu zatem o pomoc w wypracowaniu nowych planów na życie, towarzyszenie w powrocie do społeczeństwa, aby nasi podopieczni po zakończeniu kary czy aresztu domowego mogli być w pełni samowystarczalni. Jest to piękny gest ze strony Papieża. W kontekście tego wszystkiego, co się teraz dzieje, my w tym ośrodku namacalnie możemy poczuć miłość Papieża“ – powiedział Radiu Watykańskiemu dyrektor rzymskiej Caritas.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję