Reklama

Widziane z Brukseli

Unijny bilans

2014-05-13 13:04

Mirosław Piotrowski
Niedziela Ogólnopolska 20/2014, str. 41

inyucho / Foter / CC BY

Żaden polski rząd w ciągu 10 lat obecności Polski w Unii Europejskiej nie odważył się dotąd przedstawić realnego bilansu zysków i strat. Mechaniczne zestawienia liczb, składki członkowskiej i rzekomo otrzymanych unijnych subwencji są przysłowiowym wierzchołkiem góry lodowej na oceanie półprawd i kłamstw. W jego odmętach giną ogromne kwoty, bezszelestnie drenujące nasz budżet, jak chociażby sześć i pół miliarda euro zdeklarowane przez premiera Donalda Tuska na ratowanie Grecji i innych unijnych bankrutów, a także trzysta milionów euro wpłaconych ekstra do unijnego budżetu przez Polskę w grudniu ubiegłego roku, aby ratować niedopinający się unijny budżet. Skoro tylko w 2012 r. z tytułu tzw. rabatu brytyjskiego, czyli za Wielką Brytanię, wpłaciliśmy ponad dwieście milionów euro, to robiąc bilans, powinniśmy tę kwotę pomnożyć przez dziesięć. Mało kto liczy straty z tytułu opłat celnych, które dawniej wpływały do polskiego budżetu, a teraz 75 proc. tej kwoty przekazujemy Unii. Przyjęcie limitów połowowych, mlecznych, cukrowych i innych zniszczyło naszą konkurencyjność i doprowadziło do likwidacji wielu miejsc pracy. Wliczone do bilansu zysków pięć miliardów euro unijnych dotacji na modernizację polskiej kolei w większości przepadnie. Fakt ten sprytnie się przemilcza. Ogromne bezrobocie utrzymujące się na poziomie kilkunastu procent, przy bezprecedensowej fali niespotykanej dotychczas emigracji, skłania do pytania: skoro oficjalnie jest tak dobrze, to dlaczego realnie jest tak źle? Sztandarową laurką unijnej propagandy sukcesu są odcinki budowanych dróg, mosty, czyli infrastruktura. Jak jednak podkreślają ekonomiści, z każdego euro przeznaczonego na polskie drogi trzy czwarte wraca do krajów starej Unii poprzez zagraniczne firmy realizujące u nas lukratywne kontrakty. Nie słychać, aby ktoś interesował się losem wielu polskich firm podwykonawczych, które zbankrutowały. Napływające unijne środki to tak naprawdę nasza składka członkowska przełożona z polskiej kieszeni do unijnej, a stamtąd przesłana z powrotem do Polski. Koronnym argumentem euroentuzjastów jest twierdzenie, że obserwowane zmiany w Polsce „robią wrażenie”. Nic dziwnego, gdyż przy każdej unijnej inwestycji widnieją symbole Unii Europejskiej i informacja, skąd pieniądze na jej realizację napłynęły. Jednakże w miejscach zamkniętych kopalń, stoczni, zburzonych cukrowni nie widać szyldu z informacją: „tu istniał zakład, który zlikwidowano na żądanie UE”. Upamiętnienie tych faktów za pomocą widocznej informacji i symbolu Unii byłoby pierwszym krokiem do wyrównania unijnego bilansu, przynajmniej w sferze emocji i wrażeń.

* * *

Mirosław Piotrowski
Poseł do Parlamentu Europejskiego, profesor WSKSiM i KUL, kierownik Katedry Historii Najnowszej KUL, założyciel i kierownik Europejskiego Instytutu Studiów i Analiz

Tagi:
polityka Unia Europejska

Reklama

Polityka rolna musi być sprawiedliwa

2019-10-29 12:48

Rozmawia Piotr Grzybowski
Niedziela Ogólnopolska 44/2019, str. 40-41

O polityce rolnej, dotacjach i zadaniach europejskiego rolnictwa z Januszem Wojciechowskim – już wkrótce komisarzem UE do spraw rolnictwa, rozmawia Piotr Grzybowski

European Union 2019

PIOTR GRZYBOWSKI: – Przede wszystkim – serdecznie gratulujemy nominacji na funkcję komisarza do spraw rolnictwa Unii Europejskiej.

JANUSZ WOJCIECHOWSKI: – Bardzo dziękuję, choć myślę, że gratulacje należą się głównie państwu polskiemu, które objęło bardzo istotny obszar odpowiedzialności Unii Europejskiej, którym jest rolnictwo – niesłychanie ważne dla całej Europy, ale szczególnie dla Polski.

– Wspólna polityka rolna została zapoczątkowana ponad 50 lat temu, jako jeden z kluczowych obszarów, którymi zajmuje się UE. Dlaczego w dalszym ciągu jest potrzebna?

– Powróćmy do czasów Konrada Adenauera, Charles’a de Gaulle’a czy Amintore Fanfaniego, ówczesnego premiera Włoch. Ci politycy, przywódcy europejscy mieli wizję i wyobrażenie tego, co jest potrzebne Europie. Wiedzieli, że potrzebne jej jest prowadzenie wspólnej polityki rolnej, ponieważ europejska społeczność musi mieć zabezpieczenie żywnościowe. Europa potrzebuje pewności, że wyżywi się sama, że nie będzie zdana na import żywności. Poza tym rolnictwo to nie jest tylko kwestia żywności, to także troska o środowisko czy krajobraz. Jest to po prostu strategicznie ważna sprawa. Dlatego rozpoczęto realizację wspólnej polityki rolnej i ona się sprawdziła mimo wcześniejszych różnych doświadczeń i słabości. To jest polityka, która zakończyła się sukcesem, aczkolwiek zagrożeń jest wiele. Europejskie rolnictwo jest w trudnej sytuacji i nie od razu jest możliwe osiągnięcie oczekiwanych rezultatów.

– Funkcja, którą Pan lada moment obejmie, jest jedną z kluczowych w Komisji Europejskiej. Dlaczego jest tak ważna?

– Dyrekcja Generalna ds. Rolnictwa i Rozwoju Obszarów Wiejskich zarządza prawie 1/3 budżetu, a więc są to ogromne pieniądze – w granicach 400 mld euro na 7 lat. Poza tym to również kwestia bezpieczeństwa – polityka bezpieczeństwa. Mówimy zwykle o bezpieczeństwie obronnym – żeby nas nikt nie napadł, o bezpieczeństwie politycznym, energetycznym, klimatycznym – żebyśmy np. nie zamarzli w zbyt chłodnym klimacie. Musimy też jednak pamiętać o bezpieczeństwie żywnościowym – żeby nikt nie umarł z głodu. Polityka rolna to właśnie zabezpieczyła. Bez wsparcia, bez pomocy, która jest udzielana na poziomie unijnym, europejskie rolnictwo nie mogłoby istnieć. W wielu krajach dopłaty rolnicze stanowią dużą część dochodu rolników. W krajach takich jak Finlandia rolnictwo w ogóle by nie istniało, gdyby nie dopłaty unijne. Dlatego tak ważne jest prowadzenie wspólnej polityki rolnej. To jest ogromna rola osób ją realizujących. Dzięki wspólnej polityce rolnej i ogromnemu wsparciu w ogóle mamy rolnictwo.

– Wspomniał Pan o budżecie, który jest największym z przewidzianych na ten dział Komisji Europejskiej. W jakim kierunku będzie on realizowany?

– W swoim wystąpieniu w Parlamencie Europejskim mówiłem o tym, że europejskie rolnictwo musi być bardziej konkurencyjne, innowacyjne, bardziej zielone, nastawione na środowisko, a polityka rolna – bardziej skuteczna i bardziej sprawiedliwa. Rolnictwo konkurencyjne musi być rolnictwem wspieranym przez dotacje, a więc wszelkie pomysły, żeby ograniczać budżet UE, jeśli chodzi o rolnictwo, nie są dobre, ponieważ rolnictwo ma przed sobą ogromne wyzwanie. Ono musi być innowacyjne. Tu jest duże pole dla różnych badań naukowych, które przydadzą się rolnikom w konkretnej pracy. Bardzo się cieszę, że 10 mld euro ma być przeznaczone właśnie na badania naukowe w dziedzinie rolnictwa. Kolejną pozycją budżetową jest zielona polityka rolna, czyli przywiązywanie większej wagi do ochrony środowiska, do kwestii związanych z klimatem. To jest duża szansa akurat dla takich krajów jak Polska. Małe gospodarstwa mają możliwość dostać dodatkowe pieniądze, oczywiście pod warunkiem działania prośrodowiskowego.

– Nie tak dawno Zjednoczona Prawica w swojej kampanii wyborczej zapowiadała, że jednym z kluczowych elementów, o które będzie zabiegać w przyszłym budżecie unijnym, jest zwiększenie dopłat dla rolnictwa. Jak Pan widzi możliwość realizowania tego postulatu?

– Jesteśmy na dobrej drodze, choć – proszę mi wybaczyć – nie chcę o tym szczegółowo opowiadać, bo to jest kwestia m.in. różnego rodzaju politycznych i dyskretnych form negocjacji. Jest natomiast powszechna świadomość, że nie da się dalej uzasadniać tego, iż dopłaty do hektara są różne w różnych krajach członkowskich. Także w obrębie państw członkowskich tzw. Starej Unii. Nie ma żadnego uzasadnienia, że np. jeden rolnik dostaje 100 euro na hektar, a drugi 1000 euro. To trzeba ujednolicić. Krótko mówiąc, polityka rolna musi być sprawiedliwa. Mamy to wszystko policzone, wiadomo, o ile trzeba zwiększyć budżet UE, żeby można było wszystkim państwom członkowskim, które otrzymują zaniżone dopłaty, wyrównać dotacje do obecnego średniego poziomu europejskiego. Kwota rzędu niespełna 10 mld euro to zabezpieczy. Potrzebna będzie jednak batalia polityczna, żeby taką zgodę uzyskać, żeby wyrównanie dopłat było w miarę pełne.

– Wspomniał Pan, że jednym z Pańskich celów na nadchodzącą kadencję jest zwiększenie konkurencyjności rolnictwa. A jak to osiągnąć na rynku polskim?

– Ogromna szansa tkwi w produkowaniu żywności w zdrowy sposób, tzn. produkcji ekologicznej, w zgodzie z naturą, bez pseudonowoczesności. Rolnictwo, a zwłaszcza ta jego część, która się wiąże z hodowlą zwierząt, to nie może być taśma produkcyjna. Nie może być tak, że podstawą do prowadzenia hodowli zwierząt, które są surowcem dla przemysłu mięsnego, jest logika: im mniejszy koszt, tym większy zysk. To trzeba odrzucić. Rolnictwo ma na celu coś więcej niż tylko zarabianie pieniędzy. Rolnictwo ma do spełnienia pewną misję, którą jest troska o środowisko, o klimat, o dobrostan zwierząt. To jest zadanie europejskiego rolnictwa. Ja będę bardzo mocno stał na straży tych zasad.
W trakcie wysłuchania w europarlamencie wyjaśniałem jednak, że to nie może być realizowane na siłę, że rolnicy nie mogą być zmuszani do tego, by spełniali wyższe standardy środowiska, klimatu czy ochrony zwierząt. Muszą być do tego odpowiednio zachęcani, np. przez programy premiujące tych, którzy z własnej woli będą chcieli poprawiać dobrostan zwierząt, ograniczać emisję dwutlenku węgla itd. W tym obszarze jest bardzo wiele możliwości, a ich katalog cały czas się rozszerza. Naprawdę można robić dobre i ciekawe rzeczy przy wykorzystaniu do tego środków unijnych.

– Na światowym rynku żywności jest bardzo duża konkurencja. Czy są jakieś obszary, na których można by poprawić efektywność rolnictwa w Unii Europejskiej, w tym w Polsce?

– Myślę, że europejskie rolnictwo, jeśli chodzi o ilość produktów, nie ma szans w wyścigu z Ameryką Północną, Ameryką Południową czy częścią Azji. Europejskie rolnictwo jest zdecydowanie bardziej kosztowne. Z jednej strony – wyższe koszty pracy w Europie, wyższe koszty wynikające z różnych ograniczeń środowiskowych, klimatycznych stanowią spore obciążenie. Z drugiej jednak – jeżeli rolnictwo będzie odpowiednio wspierane, zwłaszcza w działaniach ekologicznych, to stworzy się wielka szansa dla niego w Europie, a jeszcze większa w Polsce. Któż, jeśli nie polskie rodzinne gospodarstwa jest lepiej przystosowany, żeby np. hodowlę świń prowadzić w cyklu zamkniętym? Własnego chowu prosięta, własne pasze do dokarmiania tych zwierząt i dostawa do najbliższych ubojni – nie 500 km, ale 50, powiedzmy, nie dalej... Tu naprawdę można zrobić dużo dobrego.

– Czy i w jakim stopniu polskie rolnictwo może czerpać z doświadczeń innych państw i jakie są przed nim wyzwania?

– Oczywiście, trzeba czerpać z doświadczeń wszystkich państw, które odnoszą jakieś sukcesy. Szansą polskiego rolnictwa jest to, że polityka rolna Unii Europejskiej będzie bardziej elastyczna, tzn. dostosowana do poszczególnych państw. Porównajmy sytuację w Polsce i w sąsiednich Czechach – podczas gdy u nas linia gospodarcza to mniej niż 10 ha, w Czechach to już ponad 130 ha. Oczywiste więc jest, że nie da się tutaj zastosować jednej koncepcji. Nie można mieć jednej terapii na różne choroby.
Jakie największe wyzwania stoją przed polskim rolnictwem? Myślę, że wykorzystanie szansy, która się wiąże z otwartym i pozytywnym nastawieniem do ochrony środowiska i klimatu. Jeżeli polscy rolnicy będą chcieli wykorzystać różne programy wpisane właśnie w tę ideę, to naprawdę może to zaowocować sukcesem.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Szatan posługuje się kłamstwem

2019-10-22 12:59

Z Abby Johnson rozmawiała Agnieszka Bugała
Niedziela Ogólnopolska 43/2019, str. 20-22

Chciała pomagać kobietom w nieplanowanej ciąży, które szukają wsparcia. Nie planowała zła, a jednak okazało się, że jest częścią fabryki zbrodni.
Z Abby Johnson – autorką książki „Nieplanowane” w najnowszym numerze Tygodnika "Niedziela" rozmawia Agnieszka Bugała

Archiwum prywatne Abby Johnson
Abby Johnson

AGNIESZKA BUGAŁA: – Kim jest dziś Abby Johnson?

ABBY JOHNSON: – Jestem żoną, matką ośmiorga dzieci. Na co dzień działam też na rzecz życia. Jeżdżę nie tylko po Stanach Zjednoczonych, ale po całym świecie. Opowiadam o tym, w jaki sposób moje życie się zmieniło, w jaki sposób Bóg radykalnie interweniował w moim sercu, by wyciągnąć mnie z kliniki aborcyjnej Planned Parenthood. Moja organizacja „I nie było już nikogo” pomogła jak dotąd 525 pracownikom klinik należących do przemysłu aborcyjnego. Działam też w ramach nowej inicjatywy non-profit ProLove Ministries, której zadaniem jest przygotowanie obrońców życia w zakresie działań marketingowych oraz innych wyzwań, które stawia przed tego typu organizacjami współczesny świat. Pan Bóg dał mi wiele, pobłogosławił i odmienił moje życie. Dlatego oddaję Mu chwałę, jak tylko potrafię, przez swoją działalność.

– Zanim to wszystko się stało i Bóg wkroczył w Twoje życie, pracowałaś w klinice aborcyjnej. Jak długo?

– Przez 8 lat, byłam dyrektorką placówki w Teksasie.

– Ile aborcji tak naprawdę wykonałaś swoim podpisem w dokumentach kwalifikujących pacjentki?

– W sumie przyłożyłam rękę do 22 tys. aborcji, włącznie z dwiema, które dokonałam na własnych nienarodzonych dzieciach.

– Czy przez 8 lat pracy w klinice Planned Parenthood nigdy nie przyszło Ci do głowy, że bierzesz udział w czymś złym? Tym bardziej że znałaś proliferów, którzy modlili się godzinami pod kliniką, rozmawiałaś z nimi, niektórych podziwiałaś...

– Pracowałam w Planned Parenthood nie z powodu cynizmu czy wyrachowania, ale dlatego, że naprawdę byłam przekonana, iż pomagam kobietom. Zresztą było to coś, co traktowałam jako rodzaj swojej misji. Myślałam tak, jak myśli wielu, że w niektórych sytuacjach po prostu nie ma innego wyjścia. Uznawałam, że aborcja jest złem, ale jednak czymś w rodzaju „mniejszego zła”, tzn. że można ją zastosować w jakiejś kryzysowej sytuacji. Kompletnie nie uświadamiałam sobie, że w ten sposób po prostu krzywdzę inne kobiety. Nie myślałam też o aborcji w kategoriach obiektywnego zła, podobnie zresztą jak wielu moich pracowników. Oni byli, i często są, przekonani, że pomagają kobietom.

– Czy zdarzyło się, aby któraś z kobiet, eskortowana do kliniki przez wolontariuszki, jednak zmieniła zdanie i nie dokonała zabiegu?

– Tak, czasami tak się zdarzało.

– W swojej książce opowiadasz o tym, jak bardzo szefowie klinik aborcyjnych dbają o to, aby do kobiety, która przyjeżdża na zabieg, nie zbliżył się nikt z przesłaniem pro-life. Mówisz o tym, jak izolowane są kobiety, które już zdecydowały się na aborcję. Dlaczego? Kliniki Planned Parenthood deklarują troskę o dobro kobiety, o jej prawo do decydowania o swoim życiu, a robią wszystko, aby kobieta nie zmieniła zdania i nie doszła do wniosku, że jednak chce urodzić...

– Problem, o który pytasz, zamyka się tak naprawdę w modelu biznesowym Planned Parenthood. Polega on po prostu na przekonywaniu kobiet do aborcji. Brutalnie rzecz ujmując: z tego jest kasa. I dlatego działają w czymś, co można nazwać systemem kwotowym – liczy się wysoka liczba aborcji. Planned Parenthood tnie zatem koszty, oszczędzając na wielu podstawowych rzeczach. Ich kliniki mają problemy z zachowaniem higieny, ze szkoleniem pracowników czy z zapewnieniem odpowiedniej ilości leków. Dochodzi tam do wielu nadużyć, ale mimo to stanowe departamenty zdrowia nie zamykają tych klinik. Planned Parenthood to zatem nie tylko aborcje, ale także narażanie kobiet na niebezpieczeństwa przy okazji rozmaitych badań, które tam przechodzą.

– Za ujawnianie tych faktów grożono Ci i stawiano Cię przed sądem?

– Oczywiście.

– Machina jest przerażająca. Mówisz o tym, że kobiety, które przyjeżdżają do kliniki Planned Parenthood w wyznaczonych dniach na zabieg aborcji, są przerażone, a stojący przy ogrodzeniu działacze pro-life wywołują swoją postawą dodatkowy szok. Jak powinni postępować ci, którzy chcą powstrzymać kobietę przed dokonaniem zabiegu?

– Nie ma jednego modelu, bo każdy przypadek kobiety zdecydowanej na dokonanie aborcji jest inny, ale przyznam Ci się, że w naszej klinice cieszyliśmy się, gdy protestujący pod nią przedstawiciele ruchów pro-life w bardzo radykalny sposób wywierali presję na kobiety. Myślę o rozmaitych transparentach czy osobach przebierających się za śmierć, z imitacją kosy w ręku. Nie twierdzę, że tego rodzaju działalność jest nieskuteczna, na pewno może trafić do pewnej grupy osób, ale akurat w przypadku kobiet, które podjęły już decyzję o aborcji, przyjechały w określonym dniu na umówiony zabieg i przechodziły wśród takich transparentów, nie odnosiło to oczekiwanego skutku. W ten sposób trudno było skłonić kobietę, by zmieniła swoją decyzję. Nie wspominając już o pracownikach klinik, a przecież zmiana ich myślenia też jest ważna. Wiele natomiast zmieniła praca Koalicji dla Życia, która zaczęła działać zupełnie innymi metodami. Starano się okazać tym kobietom troskę, miłość. Modlono się w ich intencji, a także w intencji nienarodzonych dzieci. Te metody wiele zmieniły. Widziałam to na własne oczy, gdy stałam po drugiej stronie barykady. Kobiety, gdy doświadczały dobra, czułości, znacznie częściej zmieniały zdanie i wycofywały się w ostatniej chwili. Trzeba być świadomym, że działacze pro-life, którzy decydują się stanąć przy wejściu do kliniki, wymagają specjalnego wyszkolenia. Tego typu działalności towarzyszy cały łańcuszek działań, które trzeba podjąć, by uratować kobietę i dziecko. Matka, która wybrała aborcję, musi otrzymać gotowe rozwiązanie, ścieżkę, którą zostanie poprowadzona, jeśli zdecyduje się urodzić. Ale najważniejsze jest to, by poczuła, że zostanie otoczona miłością. Że jej dziecko nie jest problemem, ale darem. Nie można zacząć od wpędzania jej w jeszcze głębsze poczucie winy, bo to już ją wypełnia całkowicie, ona się zmaga ze sobą, często czuje też nienawiść do samej siebie.

– W Polsce proliferzy wciąż próbują budzić opinię publiczną szokującymi obrazami abortowanych płodów na plakatach. Co myślisz o takich metodach?

– Nie jestem im przeciwna, uważam, że mogą one pokazać ludziom, iż aborcja jest okrucieństwem. Ale to nie jest dobra metoda, gdy próbujemy skłonić konkretne osoby do zmiany podjętej już decyzji o aborcji. Są pewne różnice między Polską a Stanami Zjednoczonymi. W Waszym kraju aborcja nie jest legalna, choć oczywiście, od tego zakazu są wyjątki i aborcja jest w Polsce wykonywana. Jednak nie jest to zjawisko tak powszechne jak w Stanach Zjednoczonych. W Polsce nie ma klinik specjalizujących się w aborcji. My mamy z tym do czynienia w wielu miastach. Dlatego stoimy na ulicach nie tylko po to, by uświadamiać społeczeństwo, że aborcja to zło, ale też po to, by wpłynąć na konkretne kobiety, które już wybrały aborcję. W ten sposób ratujemy życie dzieci. Stoimy pod ogrodzeniami klinik, modlimy się w intencji tych kobiet, ale też ludzi wykonujących aborcje. I to przynosi efekty. W takich sytuacjach plakaty ukazujące potworne skutki aborcji mogą być – na to wskazuje moje doświadczenie – nieskuteczne. Te kobiety są zdesperowane i rozbite wewnętrznie. Poszukują wsparcia, konkretnej pomocy. Gdy stoimy pod kliniką, staramy się okazać im takie wsparcie, dać realny wybór, którym jest rezygnacja z aborcji. Warto też dodać, że zwolennicy aborcji zdołali wmówić wielu osobom, iż zdjęcia dzieci po dokonanej aborcji są nieprawdziwe. Wiele osób w to wierzy, naprawdę.

– Jakie jest Twoje przesłanie dla Polski, która dba o ustawę z kompromisem aborcyjnym – czy jesteś za tym, aby aborcja była całkowicie zakazana?

– Aborcja to po prostu odebranie życia dziecku. Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla takiego czynu. Usprawiedliwieniem nie są także okoliczności poczęcia dziecka. To jest zło – koniec, kropka. Coś takiego nie powinno być legalne. Pamiętajmy też jednak, że jako obrońcy życia powinniśmy dbać o to, aby kobiety, które często w desperacji podejmują decyzję o aborcji, mogły zmienić zdanie i miały wtedy drogę wyjścia. Dlatego powinny otrzymywać od nas wsparcie duchowe, emocjonalne i gdy to jest potrzebne – także finansowe. Istnieje przecież podziemie aborcyjne, a to pokazuje, że sama prawna delegalizacja aborcji nie jest ostatecznym celem obrońców życia. To jeden ze środków.

– Wróćmy jeszcze na chwilę do tego dnia w 2009 r.: Jesteś dyrektorką w klinice aborcyjnej, w ciągu 8 lat podpisałaś 22 tys. zgód na aborcję i trzymasz właśnie głowicę USG, widzisz profil dziecka na ekranie... Dla Ciebie to były wstrząs, szok i początek przemiany. W tej chwili – jak sama przyznajesz – stałaś się nowym człowiekiem. Jak myślisz, dlaczego inni pracownicy klinik aborcyjnych, kiedy trzymają te same głowice i widzą te same obrazy twarzy dzieci, które za chwilę wessie kaniula, nie doznają szoku?

– Szatan posługuje się kłamstwem – jest w końcu ojcem kłamstwa – i chyba to jest najprostsza odpowiedź na Twoje pytanie. Kłamstwo, które Planned Parenthood serwuje swoim pracownikom, dotyczy misji tej organizacji. Tu chodzi o pomoc kobietom – słyszą pracownicy. Wiem, że może Ci być trudno w to uwierzyć, bo jesteś świadoma zła, które się tam dzieje, ale kiedy pracujesz w takim miejscu dzień po dniu, to taka indoktrynacja naprawdę sprawia, że się uodparniasz. Nie postrzegasz aborcji jako czegoś, co jest niedopuszczalne. Na szczęście Pan Bóg wyprowadził mnie z tego po wielu latach i sprawił, że nastąpił w moim życiu przełom. Zły planuje za nas zło, a my dajemy się nabrać i czynimy je, zwłaszcza że jest ukryte pod pozorem dobra.

– Ale przecież widzisz na ekranie USG, że dziecko w łonie się broni...

– Tak, ale pracowników klinik uczy się, że płód nie czuje bólu. Ja też w to wierzyłam i tego uczyłam innych.

– Abby, Twoja historia wydaje się niewiarygodna: Dziewczyna z dobrego domu, kochający rodzice, co niedzielę razem w kościele i nagle, zaledwie w ciągu kilku lat, masz na koncie dwie aborcje i decyzję, by pracować w klinice aborcyjnej, w której wspinasz się po drabinie kariery – od wolontariuszki po dyrektora. Czy dziś, po latach, umiesz odpowiedzieć na pytanie: Dlaczego?

– Tak, wiem, to zaskakujące, niewiarygodne, niespójne... Jeśli chodzi o to, dlaczego wybrałam pracę w klinice aborcyjnej, odpowiedź jest bardzo prosta: chciałam pomagać kobietom. Naprawdę chciałam. Nie interesowałam się wtedy problemem aborcji, nie miałam argumentów, by jasno powiedzieć: aborcja jest złem. Wydaje się to aż za proste, ale czasem zło jest efektem bardzo prostej decyzji, prostych pobudek, niekoniecznie skomplikowanych działań czy wielopiętrowych intryg. Kiedy dostałam propozycję wolontariatu w Planned Parnethood, byłam przekonana, że zajmę się czymś dobrym, że będę realizować misję. Ale jak wspomniałaś, sama byłam też klientką kliniki aborcyjnej. I to aż dwukrotnie...

– Nie zapytam o Twoje uczucia po dokonanych zabiegach, bo o nich opowiadasz w książce, zresztą cały świat Cię dziś pyta o te głębokie rany z przeszłości. Wydaje się jednak, że przyczyną Twoich decyzji był brak wsparcia...

– Nie cofnę czasu. Mogę o tym rozmyślać, opowiadać, dawać świadectwo, ale to są fakty i ja podjęłam decyzję o zabiciu dwójki moich dzieci. Jeśli Bóg, który wszystko może, wydobył z tego jakikolwiek okruch dobra, to taki, że bardzo dobrze rozumiem trudną sytuację kobiet, które podejmują takie decyzje. Nie obwiniam, naprawdę, za każdym razem wiem, co czują. Ja wtedy zostałam ze wszystkim sama. Mój ówczesny mąż, a niedługo potem były mąż – to było wtedy, gdy jeszcze nie byłam katoliczką – nie interesował się moją ciążą. Bałam się też powiedzieć o wszystkim rodzicom. Czułam się jak w pułapce i aborcja wydawała mi się jedynym dobrym rozwiązaniem. Wiem, że kobiety zostawione same z nieplanowaną ciążą myślą właśnie w ten sposób: aborcja to jest najlepszy wybór z możliwych, panaceum na wszystkie problemy. To, oczywiście, nieprawda... Aborcja to nie jest żaden wybór, ale najczęściej próba ucieczki zdesperowanej kobiety, która znalazła się pod ścianą. I stoi tam sama, bo mężczyzna, ojciec, uważa, że to jej problem. A skoro to jest problem, to musi go rozwiązać. W Ameryce kliniki aborcyjne przychodzą tu z zainteresowaniem, z marketingową troską, pochylają się nad kobietą i proponują jej pomoc.

– Uważasz, że odpowiedzialność za decyzje o usunięciu ciąży spoczywa również na bliskich kobiety?

– W pewnym sensie tak jest, przecież dziecko zawsze ma ojca... Musimy pamiętać o tym, by kochać swoich bliskich i okazywać im tę miłość, dawać poczucie bezpieczeństwa. Rodzice powinni rozmawiać ze swoją córką o aborcji, uświadamiać jej, że to zła opcja, tłumaczyć, że nigdy nie jest sama ze swoimi problemami. Z kolei synowi każdy rodzic powinien wytłumaczyć, że kobieta, gdy jest w ciąży, potrzebuje opieki i wsparcia, szczególnie gdy dochodzi do kryzysów w związku. Mężczyzna musi być po prostu prawdziwym facetem. Jeśli kobieta będzie się czuła kochana, będzie pewna, że ma wsparcie, że może liczyć na swojego męża, to nigdy – powtarzam: nigdy! – nie zdecyduje się na aborcję. I to jest praca, którą może wykonać każdy z nas, to jest to pierwsze działanie pro-life, już w domu. Każdy z nas jest albo ojcem, albo matką, mężem, żoną, przyjacielem, przyjaciółką, kolegą czy koleżanką, mamy wokół siebie ludzi, których nagle może przerosnąć rzeczywistość. Ważne, by w tych chwilach kobieta nie była sama. Decyzja o aborcji rodzi się w samotności i przerażeniu.

– Wkrótce w Polsce wejdzie na ekrany kin film „Unplanned” (Nieplanowane), który powstał na podstawie Twojej książki. Opowiada historię Twojego przejścia na „jasną stronę mocy”. Jesteś szczera do bólu, opowieść jest jak spowiedź. Nie bałaś się tak ogromnej konfrontacji z całym światem? Skąd wzięłaś siłę, aby tę konfrontację wytrzymać?

– Siłę czerpię z wiary. Kiedy ruszyły zdjęcia do filmu, trochę żartem powiedziałam mężowi, że to chyba nie jest możliwie, by przeżyć to wszystko jeszcze raz. Łatwo zostać głęboko zranionym, gdy odkrywasz się przed światem, bo choć film jest fabułą, to jednak powstał na podstawie mojej książki, w której opowiedziałam całą prawdę o sobie – o swoich przeżyciach, relacjach z bliskimi, drodze do przemiany. Moje życie to żywy dowód Bożej miłości, wiesz? Dowód, że Boże Miłosierdzie nie ma granic.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Boliwia: wiele rodzin nie ma co włożyć do garnka

2019-11-17 20:18

Ks. Szymon Zurek (Vaticanews) / Santa Cruz del Sierra (KAI)

W Boliwii kontekst Światowego Dnia Ubogich w tym roku jest zupełnie wyjątkowy. Trwający trzy tygodnie kryzys rządowy, spowodował zwiększenie niepokoju w społeczeństwie i masowe protesty. W kraju rośnie bieda i wiele rodzin nie ma co jeść. W pomoc potrzebującym aktywnie włączają się Caritas i inne organizacje kościelne.

Galyna Andrushko/pl.fotolia.com

Pokojowy, ale jednak protest, blokady, niemożność realizowania codziennych obowiązków, podjęcia pracy: wszystko to przyczyniło się do tego, że w peryferyjnych dzielnicach np. dwumilionowego miasta Santa Cruz de la Sierra, wiele rodzin nie ma co włożyć do garnka. Należałoby właściwie wskazać, że Dzień Ubogich trwa w tutejszych parafiach od ponad dwóch tygodni. Sąsiedzi organizują między sobą tzw. „olla común” czyli wspólne gotowanie, mając na względzie przede wszystkim te rodziny, którym nie starcza pieniędzy na zakup żywności. "Jest to piękne świadectwo solidarności między sąsiadami, bez względu na wyznanie wiary czy przekonania polityczne" – uważa pracujący tam polski kapłan ks. Szymon Zurek.

W parafiach grupy Caritas rozeznawały w tych dniach konkretne potrzeby najbardziej potrzebujących rodzin, by móc przygotować na Niedzielę Ubogich obiady i zanieść je do dzielnic. Np. w parafii św. Franciszka z Asyżu przygotowano ponad 450 porcji obiadów. W całe to dzieło byli zaangażowani członkowie wszystkich grup parafialnych: katechiści, grupa młodzieżowa, grupy muzyczne, lektorzy, animatorzy Kościelnych Wspólnot Podstawowych, Legion Maryi.

Ks. Zurek podkreślił, że w tym szczególnie trudnym czasie dla Boliwijczyków, możliwość podzielenia się z najbardziej potrzebującymi braćmi i siostrami, jest piękną okazją do praktykowania przykazania miłości, przelania wiary, którą żyją, która im dała tyle siły w trudnych dniach kryzysu, w konkretny czyn miłosierdzia.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem