Reklama

Post scriptum do filmu „Bogowie”

2014-11-04 15:17

Z prof. dr. hab. n. med. Marianem Zembalą rozmawia Anna Wyszyńska
Niedziela Ogólnopolska 45/2014, str. 26-27

Archiwum SCCS
Prof. dr hab. n. med. Marian Zembala, prof. dr hab. n. med. Zbigniew Religa, prof. dr hab. n. med. Andrzej Bochenek

Z prof. dr. hab. n. med. Marianem Zembalą, kardiochirurgiem, transplantologiem - dyrektorem Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu - rozmawia Anna Wyszyńska

ANNA WYSZYŃSKA: - Kontakt z filmem zaczyna się od jego tytułu. Czy nie sądzi Pan Profesor, że tytuł „Bogowie” prowokuje?

PROF. DR HAB. N. MED. MARIAN ZEMBALA: - W pierwszym momencie tytuł jest szokujący, ale wystarczy chwila spokojnej analizy. W chrześcijaństwie nie ma liczby mnogiej: „bogowie”. Klucz tkwi też w sekwencji rozmowy głównego bohatera z komisją etyczną, kiedy pada oskarżenie: „Zachowujecie się jak bogowie, nie jesteście władcami życia, nie macie prawa”. To oskarżenie ostatecznie okazuje się nieprawdziwe. Od początku pracy nad filmem prowadziliśmy z jego autorami dialog na temat tytułu, bo spodziewaliśmy się różnych reakcji. Ale po premierze, która odbyła się w Zabrzu, jeden z księży biskupów powiedział: „Dobrze, że ten tytuł jest, on prowokuje pozytywnie”.

- Jak przyjęli film uczniowie i współpracownicy prof. Religi? To przecież wasza historia.

- Prof. Jacek Moll powiedział, że wzruszyła go dokładność inscenizacyjna. Słyszałem, jak Krysia Czaja, instrumentariuszka, szepnęła w czasie pokazu: „Jeszcze tylko brakuje koca w gabinecie profesora”. Po czym na ekranie pojawił się gabinet, a w nim taki sam koc. Autorzy filmu skrupulatnie studiowali zdjęcia i nagrania. Był u nas wtedy lekarz rezydent z Niemiec, który miał niezłą kamerę, dzięki czemu tworzyliśmy dokumentacje wszystkich zabiegów. Twórcy filmu pieczołowicie wykorzystali ten materiał i to trzeba im oddać. Nie jest to film z serii: jak najmniej zainwestować, by jak najwięcej zebrać.

- Czy jest to film historyczny?

- Film ma kilka płaszczyzn. W zaproszeniu do księży biskupów na premierę napisaliśmy, że film jest osobistą i społeczną refleksją o sensie i potrzebie czynienia dobra dla potrzebującego bliźniego. Przypomina o zagrożeniach, jakie niesie współczesny świat, który zbyt łatwo i zbyt często poddaje się trudnościom, apatii i beznadziei, zamiast mobilizować, wskazywać rozwiązania zachowujące w codziennym życiu zasady Dekalogu. Tak odbieram ten film.

- Wojewódzki Ośrodek Kardiologii w Zabrzu miał trudny start. Na ekranie oglądamy budynek w stanie surowym, w którego wykańczanie angażują się lekarze i pielęgniarki. Czy wtedy nauczył się Pan układać glazurę?

- Wcześniej. Po piątym roku studiów wyjechałem do ówczesnych Niemiec Zachodnich, aby trochę zarobić. Było to wśród studentów dość powszechne. Tam nauczyłem się, że najważniejsze są poziomica i plastikowe krzyżaki, którymi oddziela się płytki. W szpitalu szło nam to lepiej niż robotnikom.

- Wkrótce potem Zabrze stało się sławne z powodu transplantacji serca. Czy pamięta Pan pierwszych pacjentów?

- Pierwszy był pacjent z moich rodzinnych Krzepic. Znałem go dobrze, prowadził dużą hodowlę, niezwykle pracowity człowiek. Zmarł w szóstej dobie po transplantacji z powodu niewydolności nerek, zaburzeń krzepnięcia krwi, niewydolności wielonarządowej. Kolejnym był pacjent spod Wrocławia, który żył 31 dni. To był chory, który już swobodnie chodził po szpitalu; szukaliśmy dla niego miejsca na rehabilitację. Podejrzewaliśmy, że przyczyną śmierci był wirus - okazało się, że to była infekcja cytomegalii, której ani my, ani nawet Niemcy wówczas nie identyfikowali. Natomiast następny pacjent żył z przeszczepionym sercem 7 lat.

- Czy był to dyrektor, który w filmie wsparł finansowo ośrodek?

- To był dyrektor, ale nie ten ze scenariusza filmowego. Po operacji był twórcą pierwszej grupy naszego wolontariatu. Mieliśmy też pacjenta chłopaka, który po przeszczepie był przez mamę trzymany pod kloszem, ale potem stał się bohaterem dyskotek. Wrócił do nas z powikłaniami, ale w końcu zginął. Była też 17-latka, ambitna uczennica, olimpijka. Mówiła, że leki, które przyjmowała po przeszczepie, zaburzały jej koncentrację, chowała je do szuflady. Miała ciężki odrzut, nie udało się jej uratować. Ale pamiętajmy, że w drugiej dziesiątce operowanych byli pacjenci, którzy z przeszczepionym sercem żyli 22-24 lata.

- Film zdobył nagrody na festiwalu w Gdyni, zbiera świetne opinie w Internecie. Czy dlatego, że mocno angażuje emocje widza?

- Tak bardzo angażuje, że niedawno otrzymałem SMS-a od mojego pacjenta, który napisał, że jego uzależniony od alkoholu brat po obejrzeniu filmu powiedział, iż spróbuje leczenia jeszcze raz. Życzę, żeby mu się udało, bo trzeba walczyć. Ten film jest także o tym.

- Prawie 30 lat temu asystował Pan w Zabrzu przy pierwszym przeszczepie serca. Co było potem?

- Prof. Zbigniew Religa, który stworzył i rozpoczął program transplantacji serca w Polsce, po piątym przeszczepie oddał mi jego prowadzenie. Był wtedy na szczycie sławy i wykorzystał kredyt, który dawała mu jego pozycja, by rozpocząć nowy program - budowy polskiego sztucznego serca. Poza tym stał się kamieniem, który uruchomił lawinę zmian. Przypomnijmy scenę, kiedy prof. Moll na konferencji w Polanicy przestrzega doc. Religę: „Musisz uważać!”. Chodziło o to, aby nie narażał się środowisku profesorskiemu. Na tę konferencję przyjechał z Kapsztadu dr Marius Barnard, sławny kardiochirurg, brat prof. Christiaana Barnarda, który dokonał pierwszej na świecie udanej transplantacji serca. Ten sukces bardzo nas ekscytował. Ale kiedy młody kolega zadał prelegentowi pytanie, jego przełożony później go ofuknął: „Jak się jeszcze raz odezwiesz, to cię wyrzucę”.

- I to jest autentyczne?

- To jest autentyczne, bo młodzi mieli tylko słuchać. Natomiast Religa dopuścił nas do najtrudniejszych operacji, pozwolił się rozwijać i w konsekwencji jego uczniowie zasilili kliniki kardiochirurgii w kraju. Kolejna sprawa: w latach 80. i na początku lat 90. ubiegłego wieku pod względem śmiertelności okołozawałowej Polska była w ogonie Europy. Prof. Stanisław Pasyk, którego postać także jest obecna w filmie, opracował inwazyjną metodę leczenia zawału serca i stworzył w Zabrzu pierwszą pracownię hemodynamiczną. Później, dzięki sieci takich pracowni, udało się uratować tysiące chorych. Zabrzański program leczenia zawałów serca, zapoczątkowany w 1985 r. jako drugi w Europie, stał się podstawą dzisiejszego sukcesu w walce z zawałem i jego skutkami w całym kraju.

- Czy budynek, który oglądamy na ekranie, nadal istnieje?

- Film nakręcano w innym obiekcie, natomiast nasz „matecznik”, czyli budynek „A”, istnieje i funkcjonuje nadal. Z czasem powstały kolejne budynki: „B” z oddziałami dla chorych, „D” - który mieści kardiologię dziecięcą i transplantologię, oraz „C” - gdzie będzie nowoczesne centrum kliniczno-naukowe transplantacji płuc i serca oraz leczenia mukowiscydozy. Najnowszy jest budynek „R” - Park Technologii Medycznych Kardio-Med Silesia, czyli nowoczesny obiekt naukowo-badawczy, gdzie - jak to się dzieje w ośrodkach na świecie - będą realizowane programy badawcze we współpracy z kliniką. Do użytku zostanie oddany w maju przyszłego roku. Aktorzy z filmu „Bogowie” powiedzieli, że przyjadą na otwarcie.

* * *

Prof. dr hab. n. med. Marian Zembala urodził się w 1950 r. w Krzepicach k. Częstochowy, tutaj ukończył szkołę podstawową i średnią. Studia medyczne (wydział lekarski) ukończył z wyróżnieniem we Wrocławiu i poświęcił się kardiochirurgii, pracując u boku takich mistrzów, jak prof. dr hab. n. med. Wiktor Bross we Wrocławiu, czy szkoląc się w renomowanych ośrodkach zagranicznych - w USA, Niemczech, Wielkiej Brytanii. Ponad 4 lata spędził w Holandii, gdzie w latach 1980-85 był - z jego inicjatywy - realizowany program bezpłatnego operowania polskich dzieci z wrodzonymi wadami serca. Powrócił do kraju w roku 1985, aby wspólnie z prof. Zbigniewem Religą i dr. Andrzejem Bochenkiem otworzyć zabrzańską kardiochirurgię. Uczestniczył w pierwszym w Polsce pomyślnym przeszczepie serca, wykonanym przez prof. Religę. Wykonał z powodzeniem pierwszą w Polsce transplantację serca u dziecka, pierwszą transplantację płuc oraz pierwszą transplantację serca i płuc. Od 30 lat pracuje w Zabrzu, gdzie stworzył wiodący ośrodek kardiologiczno-kardiochirurgiczny dla dzieci i dorosłych. Od 20 lat jest jego dyrektorem.

Prof. Marian Zembala jest uznanym autorytetem kardiochirurgicznym w kraju i na świecie, cenionym za niezależność sądów i opinii, bardzo duże doświadczenie zawodowe oraz etyczne postępowanie.

* * *

Dr n. med. Agata Dydoń, kardiolog, ordynator Oddziału Kardiologii Polskiej Grupy Medycznej w Częstochowie

Jako studentka miałam zajęcia z prof. Zbigniewem Religą, zdawałam u niego egzamin. Zapamiętałam go inaczej, niż jest przedstawiony w filmie: zrównoważony i elegancki, kulturalny pan, który miał nam wiele do przekazania. Drugi ciekawy wątek to kontrast między prof. Religą a konserwatywnymi profesorami w warszawskiej klinice, gdzie na propozycję zastosowania zabiegów wykonywanych już na świecie usłyszał: „Dopiero jak ja odejdę na emeryturę...”. Sam prof. Religa pozwolił rozwijać się młodym lekarzom i samodzielnie wykonywać operacje. Dzięki temu wykształcił wielu uczniów. Ja, po specjalizacji z kardiologii w Śląskim Centrum Chorób Serca w Zabrzu, wróciłam do Częstochowy i widziałam potrzebę utworzenia ośrodka kardiologii, w którym zawały leczy się nowocześnie, w którym pacjenci mają dostęp do zabiegów kardiochirurgicznych. To było możliwe dzięki uczniom prof. Religi, którzy kierują teraz Śląskim Centrum Chorób Serca - dzięki prof. Marianowi Zembali i innym znakomitym specjalistom mamy w Częstochowie w pełni rozwiniętą nowoczesną kardiologię.

Reklama

Maciej Trzmiel, dyrektor Zespołu Szkół Ekonomicznych w Częstochowie

Nasi uczniowie uczestniczyli w specjalnym pokazie filmu „Bogowie” z udziałem prof. Mariana Zembali. Ta propozycja była wynikiem wizyty Profesora w naszej szkole w czerwcu br. w ramach cyklu „Kontrolowane gadu-gadu”. To wtedy Profesor zaprosił nas na film. Ważne, że uczniowie zobaczyli, jak wiele determinacji i uporu wykazali prof. Religa i jego zespół, aby osiągniąć cel i jak ważne było dla nich ratowanie pacjenta. Film jest lekcją o wartościach w życiu człowieka, o tym, że w każdym zawodzie trzeba dążyć do perfekcji i nie poddawać się zwątpieniu. Zawiera również przesłanie o tym, jak ważna jest pokora. Film i wprowadzenie prof. Mariana Zembali były dobrą i mądrą lekcją, dlatego wręczyliśmy Profesorowi naszą statuetkę „Oskarek Ekonomika” w kategorii „dobry człowiek”.

Patryk Koczyba - uczeń, pacjent po przeszczepie, wolontariusz Fundacji SCCS

Film świetnie opowiada o trudnym starcie polskiego programu transplantacji serca - jak prof. Religa zaczynał, jak walczył o szpital i o możliwość robienia przeszczepów serca. Mógł wyjechać za granicę, bo miał takie propozycje, a jednak został. Bardzo dokładnie przedstawiono sytuację pacjenta po przeszczepie. Leczenie, opatrunki - to wygląda tak jak na ekranie. Wiem, bo 4,5 roku temu przeszedłem w Zabrzu taką operację. Teraz przygotowuję się do matury. Jestem wolontariuszem Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu i uczestniczę w spotkaniach popularyzujących ideę transplantacji. Tak się w to wkręciłem, że trudno by mi było obejść się bez tych wyjazdów i spotkań.

(Not. A.W.)

Tagi:
wywiad film kultura

Mural patriotyczny: sztuka czy manifest?

2019-10-14 15:09

Centrum Myśli Jana Pawła II, KAI / Warszawa

Centrum Myśli Jana Pawła II, instytucja kultury m.st. Warszawy zaprasza na debatę, podczas której uczestnicy poszukają odpowiedzi m.in. na pytanie: czy murale patriotyczne mogą być piękne? Spotkanie jest otwarte dla publiczności i odbędzie się we wtorek 15 października o godz. 18.00 w siedzibie organizatora przy ul. Foksal 11.

youtube.com

Jak zauważa Sebastian Frąckiewicz, autor książki „Żeby było ładnie. Rozmowy o boomie i kryzysie street artu w Polsce” – murale z żołnierzami wyklętymi, upamiętniające rocznice powstań (głównie powstania warszawskiego) i murale kibicowsko-patriotyczne opanowały polskie miasta i wyparły ze ścian klasyczne graffiti oparte na literach.

Zdaniem Frąckiewicza, wszystko wskazuje na to, że możemy mówić o narodzeniu się nowego miejskiego folkloru i nowego rodzaju sztuki, z własnymi kanonami i elementami obowiązkowymi. W większości przypadków murale tworzone przez środowiska kibicowskie, patriotyczne i konserwatywne nie mają ambicji artystycznych, ani nawet estetyzujących. Można odnieść wrażenie, że nie idzie tu o sztukę, tylko wyraźne manifestowanie w przestrzeni siebie i swoich poglądów. To niemal powrót do korzeni graffiti, dla którego zaznaczanie terenu było jedną z podstaw działań.

Podczas spotkania nastąpi szukanie odpowiedzi na pytania związane z rolą społeczną, estetyczną i artystyczną murali patriotycznych. Co popularność tego typu murali mówi o naszym społeczeństwie i jego wrażliwości estetycznej? Gdzie szukać przypadków pięknych murali patriotycznych? Dlaczego mural jako narzędzie oddziaływania cieszy się taką popularnością wśród środowisk dążących do upowszechniania wartości patriotycznych?

W spotkaniu wezmą udział:

Mariusz Libel - współtwórca grupy artystycznej Twożywo. Realizuje projekty z pogranicza poezji konceptualnej i grafiki: grafikę użytkową, murale i akcje społeczno-artystyczne w przestrzeni miejskiej i wirtualnej. Jest laureatem Paszportu „Polityki” (2006) w kategorii sztuki wizualne;

Ewa Gorządek – historyk sztuki, szefowa działu sztuk wizualnych CSW Zamek Ujazdowski w Warszawie, kuratorka wielu wystaw polskich oraz zagranicznych;

Marcin Budziński – absolwent gdańskiej ASP, na co dzień zajmuje się grafiką użytkową w studiu Wakeuptime, twórca licznych murali patriotycznych w Gdańsku;

Marcin Napiórkowski – semiotyk, wykładowca w Instytucie Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego. Prowadzi autorski blog „Mitologia współczesna”. Publikuje w "Tygodniku Powszechnym", "Krytyce Politycznej", "Więzi", "Znaku" i "Gazecie Wyborczej".

Spotkanie poprowadzi Ewa Kiedio.

Debata odbywa się w ramach projektu Zmień perspektywę, dofinansowanego ze środków Programu Wieloletniego NIEPODLEGŁA na lata 2017-2022 w ramach Programu Dotacyjnego „Niepodległa”.

Partnerzy: Dom Spotkań z Historią, Dom Kultury Śródmieście, Kwartalnik Aspiracje, Europejska Fundacja Edukacji Audiowizualnej Disce.

Patroni medialni: KAI, RADIO PLUS, Gość Niedzielny

Debata jest częścią projektu realizowanego przez Centrum Myśli Jana Pawła II w ramach programu „Odpowiedzialność za dobro wspólne” upamiętniającego pierwszą pielgrzymkę papieża do Polski. Projekt rozpoczęła kwiatowa instalacja artystyczna „Ustrojenie” w Łazienkach Królewskich (sierpień 2019). Zwieńczeniem będzie realizacja muralu przy ul. Górczewskiej na Woli oraz performance w wykonaniu artystów z Warszawskiego Centrum Pantomimy.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Siła modlitwy

2019-10-01 13:55

Beata Pieczykura
Niedziela Ogólnopolska 40/2019, str. 10-11

Ma moc większą od bomby atomowej. Jest najpotężniejszą bronią znaną ludziom wszystkich czasów, także w XXI wieku. To nie slogan – mówią ci, którzy doświadczyli siły modlitwy różańcowej. Dzięki niej niektórzy wciąż żyją

stock.adobe.com

Chwycili za różaniec, a sam Bóg uczynił cud we właściwym czasie. Zaufali, są pewni, że On wie, co robi. Wojownicy Maryi opowiadają o cudownej ingerencji Boga w swoim życiu.

Ocalony i nawrócony

Wielkiej siły modlitwy różańcowej, która ratuje od samobójstwa i kompletnie zmienia życie, doświadczył Marcin. Przez 15 lat pił i zrobił w życiu wiele złych rzeczy. Któregoś dnia, w 1. rocznicę śmierci swojej ukochanej babci, postanowił pójść trzeźwy na jej grób. Pamiętał, że babcia przez całe życie odmawiała Różaniec, głównie w jego intencji, więc zabrał ze sobą ten sznurek paciorków.

– W drodze na cmentarz próbowałem odmawiać Różaniec, choć właściwie nie wiedziałem jak, bo zapomniałem po I Komunii św. – opowiada Marcin. – Miałem omamy, jakbym widział diabła, który namawiał mnie, żebym się powiesił. W tym amoku zwątpiłem we wszystko i poszedłem na pole. Wiedziałem, że tam jest takie miejsce, gdzie są schowane sznury. Szukałem gorączkowo powroza, ale nie mogłem go znaleźć. To mi uświadomiło, że ta modlitwa ma wielką moc. Jestem pewny, że dzięki Różańcowi nie odebrałem sobie życia. Oszołomiony wróciłem na cmentarz i modliłem się, jak umiałem. Wtedy postanowiłem świadomie i dobrowolnie iść na terapię odwykową. Najpierw przez 3 miesiące byłem na oddziale detoksykacyjnym, a potem na oddziale odwykowym. Tam, po 15 latach, przystąpiłem do spowiedzi generalnej. Spowiednik powiedział mi, jak odmawiać Różaniec. Po powrocie do normalnego życia było mi ciężko, ale najważniejsze było to, aby „nie popłynąć”. Moją siłą i pomocą stał się Różaniec. Tak pozostało do dziś. Otrzymałem tyle łask – nie piję już 10 lat, a od 2 lat odmawiam Nowennę Pompejańską, jedną za drugą, zwłaszcza za kapłanów. Wierzę, że we współczesnym świecie najskuteczniejszą bronią jest Różaniec.

54 dni do szczęścia

Niełatwe życie odebrało jej radość i pokój serca, wszystko przestało mieć sens. Pracowała po 12 godzin dziennie, także w soboty i niedziele. Zaczęło jej szwankować zdrowie, pojawiły się konflikty w niedawno zawartym małżeństwie. Nie miała czasu dla przyjaciół, więc powoli ich traciła. Nie widziała wyjścia z tej sytuacji, a z całego serca pragnęła zmiany. – Wtedy przyjaciółka powiedziała mi, że Różaniec ma moc zmienić to wszystko – wspomina Magdalena. – Pomyślałam sobie: czemu nie, i postanowiłam spróbować. Byłam tak zdesperowana, że zdecydowałam się odmawiać Nowennę Pompejańską – każdego dnia przez 54 dni nie rozstawałam się z różańcem. Walczyłam ze sobą, z czasem, ze zniechęceniem. Wytrwałam. Dziś wiem jedno – niezależnie od tego, co by się działo, Bóg zawsze wyciągnie rękę, bo nie odmawia Matce Jezusa. Jestem szczęśliwa, wszystko powoli wraca do normy. Różaniec totalnie odmienił moje życie.

Potężniejszy od kul

Zenon różaniec otrzymał w dniu I Komunii św. i nie rozstaje się z nim do dziś. Od wielu lat modli się na nim codziennie. O trudnych dniach i modlitwie wbrew nadziei tak dziś mówi:

– Pamiętam, jak wiosną 1945 r. pijany radziecki żołnierz chciał rozstrzelać mojego ojca Jana. Mama klęczała na podwórku, na śniegu, przy ul. Paderewskiego w Grudziądzu, płakała i głośno odmawiała Różaniec, a my, dzieci, razem z nią. Baliśmy się. Po chwili przyszedł pułkownik, przełożony żołnierza, który trzymał ojca pod bronią, i zażądał dokumentów. Wtedy okazało się, że ojciec nie jest Niemcem. Pułkownik oddał ojcu dokumenty i powiedział mu, że jest niewinny. Potem znowu rosyjscy żołnierze zabrali ojca na przesłuchanie i uwięzili w piwnicach jednego z domów w Owczarkach k. Grudziądza. Długo nie wracał. Mama i ja poszliśmy tam. Cudownym trafem ojca właśnie zwolnili. Po wyzwoleniu Grudziądza całą rodziną wróciliśmy do domu – był zniszczony, ale stał. Jestem pewny, że codzienna modlitwa różańcowa naszej wieloosobowej rodziny ocaliła ojca od czerwonego zniewolenia i śmierci. Dlatego pytam młodych: Czy odmówiłeś Różaniec choć jeden raz? Może teraz weźmiesz go do ręki i będziesz się na nim modlić... To piękna przygoda spotkać Boga w tajemnicach rozważanych we wspólnocie Kościoła lub osobiście w domu, szpitalu, drodze, gdziekolwiek jesteście...

* * *

Powiedzieli o Różańcu

„Czepił się chłop Różańca jak tonący liny. Ale czegóż dzisiaj uchwycić się można, kiedy wszystko tak szybko się zmienia, przemija? Czegóż uchwycić się można w tym świecie, gdzie tempo przemian i zmian oszałamia, onieśmiela, ogłupia? Różańca babci, matki, swojego Różańca. Tego samego Różańca, co wczoraj, dziś i jutro. Najprostszego, jak prosta jest miłość. Uchwycić jego rytm, wejść w ten rytm, żyć tym rytmem – to uratować i ocalić siebie” – o. Jan Góra OP

„Nie ma w życiu problemu, którego by nie można rozwiązać z pomocą Różańca” – s. Łucja z Fatimy

„Różaniec jest modlitwą maluczkich i pokornych, ale też modlitwą najwznioślejszych duchów w Kościele; jest modlitwą teologów, doktorów, myślicieli i świętych” – kard. Stefan Wyszyński

„Jesteśmy szczęściarzami. Bo mamy Różaniec. Bo się możemy uczepić tajemnic, które dokonały największych rewolucji w dziejach świata. Bo się możemy dać wciągnąć w te tajemnice. Zresztą, czy nie są to też nasze tajemnice? Pełne radości i bólu, światła i chwały. Może dlatego modlitwa różańcem staje się wciąż, tak jak niegdyś, początkiem wielu rewolucji, w naszym życiu i życiu całej ludzkości” – ks. Rafał J. Sorkowicz SChr

„Różaniec to nie wypracowanie teologiczne. Odmawiany w chorobie, w trudnej podróży, w oczekiwaniu na wyniki badań, przed drzwiami egzaminatora – jest najmądrzejszą modlitwą” – anonim z internetu

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Krzyżyk z drewna wraku „Titanica” sprzedany za 11600 euro

2019-10-21 21:14

ts / Wiltshire (KAI)

Na aukcji w Wielkiej Brytanii sprzedano krzyż, wyrzeźbiony z drewna pochodzącego z wraku legendarnego „Titanica”. Jak poinformowały media brytyjskie, prosty, 13-centymetrowy krzyżyk, sprzedano 19 października w Wiltshire w pobliżu kurortu Bath. Nabywca zapłacił za niego 10 tys. funtów (około 50 tys. zł). Dom aukcyjny oczekiwał, że będzie to cena około 12-18 tys. funtów.

F.G.O. Stuart (1843-1923)/pl.wikipedia.org

Krzyżyk wyrzeźbiono w zakładzie Samuela Smitha. Był on członkiem załogi statku SS „Minia”, który po katastrofie zbierał na swój pokład zwłoki zmarłych pasażerów. Członkowie załogi zbierali także wyrzucone przez morze przedmioty, w tym części wraku z drzewa dębowego. Z tego drzewa Smith wyrzeźbił później krzyżyk, upamiętniający ponad 1500 ofiar zatopionego „Titanica”. Do czasu aukcji znajdował się on w posiadaniu potomków byłego marynarza.

Luksusowy parowiec „Titanic”, swego czasu największy statek świata, podczas swego pierwszego rejsu z Wielkiej Brytanii do Nowego Jorku w kwietniu 1912 r. zderzył się z górą lodową i zatonął. Przedmioty z wraku odkrytego w 1985 r. osiągają wysokie ceny na aukcjach.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem