Reklama

Wiadomości

Miłość ci wszystko wybaczy

Hanki Ordonówny nikomu nie trzeba przedstawiać. Przedwojenna pieśniarka kabaretowa i aktorka, prawdziwa gwiazda dwudziestolecia międzywojennego i jedna z najważniejszych postaci warszawskiej socjety ma w swojej biografii wiele wciąż mało znanych kart

Niedziela Ogólnopolska 47/2014, str. 44-45

[ TEMATY ]

sztuka

ludzie

kultura

Ze zbiorów Muzeum Kinematografii w Łodzi

Hanka Ordonówna

Wojenne losy jednej z naszych największych gwiazd dwudziestolecia międzywojennego wymagają uzupełnienia. Wesoły świat polskich przedwojennych kabaretów i niezapomnianych piosenek runął z chwilą wybuchu II wojny światowej. We wrześniu 1939 r. Ordonówna zakłada mundur strzelca podhalańskiego, zabiera ze sobą akompaniatora akordeonistę i razem z Mieczysławem Foggiem i innymi artystami śpiewa dla rannych żołnierzy na Dworcu Gdańskim w Warszawie. Niedługo potem zadenuncjowana jako angielski szpieg zostaje aresztowana przez gestapo i umieszczona na Pawiaku. Po kilku tygodniach, schorowana, zostaje wypuszczona i w lutym 1949 r. wyjeżdża do Kowna. Jej mąż hrabia Michał Tyszkiewicz przyjął obywatelstwo litewskie i dzięki temu razem mogą udać się do Wilna. Tam Hanka koncertuje przez dwa miesiące w Teatrze Polskim na Pohulance i w „Lutni”. Kochana przez wilnian, piosenkami przekazuje aluzje do wojennej Warszawy i nosi żałobę po tym mieście.

Tułacze dzieci

Po wkroczeniu Armii Czerwonej Ordonka nie przyjmuje obywatelstwa sowieckiego, przez co podpada NKWD. Michał Tyszkiewicz, uwięziony przez sowieckie służby pod zarzutem szpiegostwa, z wileńskich Łukiszek trafia na Łubiankę. Ordonówna jedzie za nim do Moskwy, by być bliżej, pomóc w potrzebie i spróbować wydobyć go z więzienia. W czerwcu 1941 r. także ona zostaje aresztowana. Wydarzenia te ciekawie opisuje Tadeusz Wittlin w wydanej dopiero w 1990 r. w Warszawie książce „Pieśniarka Warszawy. Hanka Ordonówna i jej świat”. Jak tysiące Polaków, Ordonka przewożona jest w bydlęcym wagonie. Deportowani przez Stalina tylko dlatego, że byli Polakami, jechali po czterdzieści, pięćdziesiąt osób w każdym wagonie, wszyscy razem: starcy, kobiety, mężczyźni i dzieci. Pozbawieni jedzenia, karmieni tylko kipiatkiem (wrzątkiem) i mikroskopijną ilością chleba. Doskwierały im wszy, które niosły tyfus, ludzie chorowali i umierali. Chorzy nie byli zabierani z wagonów, trupy również. Ludzie dusili się od fetoru rozkładających się ciał. Wagony były zamykane od zewnątrz, potrzeby załatwiano przez dziurę w podłodze. W takich nieludzkich warunkach dojechali do łagru w Uzbekistanie. Tam czekał na nich kolejny krąg dantejskiego piekła - katorżnicza praca. Ordonówna musiała pracować przy budowie drogi, dosłownie tłuc na niej kamienie. W książce „Tułacze dzieci”, napisanej w 1948 r. w Bejrucie, Ordonka (pod pseudonimem Weronika Hort) opisuje podobną sytuację: „Czy chory, czy zdrowy, musiał iść co dzień do roboty - i choć ja na przykład miałam sprawkę lekarską, nic to nie pomagało i z temperaturą 39 wyganiano mnie na pracę. Mieszkaliśmy po 18 osób w jednej izbie bez szyb i nieopalanej. Spaliśmy na gołej ziemi i robactwo nas strasznie żarło”. Ordonówna w ciężkim stanie, z odnowioną gruźlicą, na którą pierwszy raz zapadła w 1937 r., ląduje w łagrowym szpitalu. Tam życie ratuje jej rosyjska lekarka, też więźniarka, która ponad miarę przedłuża jej czas pobytu w szpitalu i karmi niedostępnym wtedy mlekiem.

Po podpisaniu układu Sikorski-Majski wielu polskich więźniów mogło opuścić gułag. Na wolność wychodzi też Hanka Ordonówna i dociera do Armii Polskiej gen. Władysława Andersa w Tockoje. Tam organizuje żołnierski teatr i wystawia jasełka dla żołnierzy, pisze też dla nich własne teksty. Wojskowy lekarz postanawia przenieść ją do Taszkientu, gdzie klimat jest łagodniejszy. Tam Ordonka pomaga polskim uchodźcom, zdobywa dla nich prowiant, leki i kwatery. I najważniejsze - nie przejmując się swoim nadwątlonym zdrowiem, poświęca się sprawie polskich sierot, wyszukuje je w sowieckich sierocińcach i miejscach zesłań. Organizuje sierociniec dla wielu polskich dzieci i zostaje jego kierowniczką. Opiekuje się dziećmi zabiedzonymi, przeraźliwie wychudłymi i wyniszczonymi chorobami, dla których jedyną pomocą była opieka polskiego wojska gen. Andersa. Dowódca udziela Ordonównie wszelkiego wsparcia. Opieka nad sierotami nie jest łatwa, bo nawet dzieci maleńkie, pięcioletnie - jak opisana w „Tułaczych dzieciach” Kaziunia czy trochę starszy Krzysztof - to dzieci nad miarę nieufne i podejrzliwe. „Wytyczną życia było zdobycie jedzenia za wszelką cenę - pisze Hanka. - Kradzieży ani oszustwa nie poczytywano już w regulaminie dzieci-tułaczy za grzech. Litość została wyeliminowana, solidarność podniesiona do zenitu, instynkt był ich przewodnikiem”. Słowa o dzieciach kreślone są tu bardziej realistyczną kreską niż we wspomnieniach sybiraków, którzy wtedy byli mali. Jeżeli uświadomimy sobie ogrom ich cierpień, może łatwiej będzie zrozumieć. Na przykład Bobiś, chłopiec ze szlacheckiej rodziny, pamiętał, jaką gehennę z powodu pochodzenia przeszła jego mama. „Grafinia, grafinia - przedrzeźniały ją sowieckie kobiety - na tiebie! - i dawały jej do roboty najgorsze brudy: czyszczenie kloacznych dołów i wynoszenie kału”. Basia straciła oboje rodziców. Wspomina: „Któż mógł przeczuć, że któregoś dnia przyjdzie rozbestwiona sowiecka banda, wywlecze za włosy babkę staruszkę i matkę i poderżnie im gardła z takim spokojem, z jakim kucharka podrzyna kury. Że ojca uderzą polanem w głowę, śmiejąc się, aż mózg rozpryśnie się na wszystkie strony. Natie, pamieszczyki (właściciele ziemscy) - krzyczeli. Z rąk tej dziczy wyrwał ją wówczas stary fornal i tak jedyna ocalała”.

Reklama

Dobry maharadża

Dzięki unikalnej pod względem dokumentacyjnym książce „Tułacze dzieci” dowiadujemy się, że pewnego dnia niespodziewanie pojawiła się sposobność wywiezienia polskich sierot z Rosji. Ordonówna dostała telefoniczną wiadomość, że do Aszchabadu - stolicy Turkmenistanu przyjeżdża ekspedycja Czerwonego Krzyża, która ma przywieźć trzy wagony żywności, lekarstw i odzieży dla dzieci, i która ma też zgodę na wyjazd do Indii pięciuset jej podopiecznych i pięćdziesięciu opiekunek. Pierwszym punktem zbiórki napływających zewsząd dzieci był sierociniec we Wrewskoje blisko Taszkientu. Mieścił się w dużej szopie ogrzewanej drewnianym piecykiem stojącym pośrodku. Stamtąd dzieci zostały pod przewodnictwem Ordonki przetransportowane do stolicy Turkmenistanu. W Aszchabadzie Hanka miała skontaktować się z kierownikiem polskiej placówki. Jakie było jej zdziwienie, gdy okazał się nim Michał Tyszkiewicz, jej mąż (w książce - pan Michał). Od niechętnych bolszewików wymusił on lokum dla dzieci w hotelu „Kołchoźny” i pomógł przygotować je do dalszej wędrówki. Dwieście odrobinę odkarmionych pociech ruszyło do Persji - Iranu w marcu 1942 r. Przez pustynie i wysokie góry, po krótkim postoju w Badżigiranie konwój ciężarówek ruszył przez Persję. Tam spotkała ich burza piaskowa. W Meszhedzie goszczeni byli w perskim sierocińcu, urządzili polsko-perskie ognisko. Obdarowani zostali przez konsula amerykańskiego, konsulostwo brytyjskie i polskiego biskupa. W pełnej przygód drodze do Indii spotkali bandytów rekrutujących się z perskich żołnierzy, zbiegłych ze swoich oddziałów. Na szczęście ci nic złego im nie zrobili. W Nukundi dzieci przesiadły się do pociągu łączącego Indie z Persją. W Delhi na stacji czekały już stoły z darami: zabawkami, słodyczami, napojami i owocami oraz „topi” - tropikalnymi hełmami. W dalszej podróży dzieci przeżyły małą inwazję małp, co skończyło się zabawnymi popisami tych czczonych w Indiach zwierząt. W Bombaju oczekiwał ich na peronie polski konsul w towarzystwie miejscowej Polonii. Po krótkim powitaniu przewieziono dzieci samochodami do Bandry, miejscowości kuracyjnej, oddalonej o 10 km od Bombaju. Tam utworzono obóz przejściowy. Morze, przez niektóre dzieci widziane po raz pierwszy, było przedmiotem nieustannych zachwytów. Dzieci rozpoczęły zwykłe życie; zorganizowano naukę, chore dzieci wywieziono do znanego sanatorium Bel-Air położonego w górach, gdzie był najbardziej sprzyjający dla Polaków klimat.

Pomoc w Indiach polskie dzieci zawdzięczają maharadży Jamowi Sahebowi Digvijay Sinhji, który przewodniczył Radzie Książąt Indyjskich i reprezentował wtedy Indie w ONZ. Lubił Polskę, ponieważ, gdy jako młody chłopak mieszkał ze swoim stryjem w Szwajcarii, przyjaźnił się tam z Ignacym Janem Paderewskim. Był dobrym i hojnym maharadżą. Zbudował dla dzieci w Jamnagarze nowoczesne osiedle, w którym były szkoły, szpital i boisko. Jam Saheb, przyjazny i serdeczny, kazał nazywać się „Babu” - ojcem polskich dzieci.

Z Bejrutu do Alei Zasłużonych

Polskie sieroty na długo zapamiętały też swoją nauczycielkę i wychowawczynię, która uczyła ich piosenek patriotycznych i śpiewała „Miłość ci wszystko wybaczy”. Dawała z siebie wszystko, najpierw ratując dzieci od Sowietów, a potem przywracając ich zdrowie duchowe i fizyczne. Tymczasem jej słabe siły i filigranowa sylwetka oraz ogromny wysiłek spowodowały jeszcze jeden nawrót gruźlicy. Najpierw Ordonka próbowała się leczyć tam, gdzie dzieci, w Panchgani, ale było to niewystarczające, czuła się coraz gorzej. W końcu Michał Tyszkiewicz wywiózł ją z Indii, najpierw do Iranu, a później do Palestyny. Tam ta kobieta o niezłomnej duszy dała jeszcze pięćdziesiąt koncertów dla polskich żołnierzy. W ostatnich latach życia zamieszkała w Bejrucie, w Libanie. Tam napisała książkę „Tułacze dzieci”, pod pseudonimem, gdyż bała się, że jej treść wpędzi do więzień bezpieki jej rodzinę lub przyjaciół pozostawionych w kraju. Pisała też wiersze i wspomnienia oraz malowała obrazy. Po otrzymaniu wiadomości o zwycięstwie pod Monte Cassino napisała piosenkę „Aż dojdziemy”, nawiązując do znanego powiedzenia gen. Andersa: „Może nie wszyscy, ale dojdziemy”. Do końca życia pozostała z mężem. Zmarła na gruźlicę 9 września 1950 r., mając 48 lat. Prosiła, żeby pochować ją na cmentarzu polskich uchodźców w Bejrucie, obok żołnierzy, dla których śpiewała. W 1989 r. jej prochy sprowadzono do Polski i złożono w Alei Zasłużonych na Powązkach.

2014-11-18 14:33

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Stary – znaczy piękny

2020-07-14 09:42

Niedziela Ogólnopolska 29/2020, str. 40-41

[ TEMATY ]

historia

kultura

Starowiśnicki kościół od strony południowej

Przyznaję, że nie znałam starowiśnickiego kościoła. Z okazji 500-lecia jego trwania przybyłam, zobaczyłam i się nim zachwyciłam.

Miłośnicy sztuki zapewne znają tutejszy zamek – siedzibę kolejnych pokoleń Kmitów, a potem Lubomirskich. Zdecydowanie mniej osób wie, że nieopodal stoi zabytkowy kościół św. Wojciecha BM. Świątynia, jej wyposażenie i wystrój aż się proszą, aby przy planowaniu zwiedzania Bochni czy Nowego Wiśnicza uwzględnić czas na nawiedzenie tego pięknego domu Bożego.

Teraźniejszość i przeszłość

Górujący nad okolicą budynek sakralny uświadamia, że w tym miejscu od wieków Polacy wyznawali wiarę w jednego Boga, a historia budowy świątyni, jej dzieje i wyposażenie pokazują, że choć czasy były różne, to zawsze znaleźli się wierni, którzy starali się, aby ich kościół był piękny. Przez ostatnie dwie dekady działano pod kierunkiem obecnego proboszcza – ks. Ryszarda Kołodzieja, który wspomina, że przed laty ówczesny ordynariusz diecezji tarnowskiej – bp Wiktor Skworc, gdy skierował go na probostwo do Wiśnicza Starego, stwierdził, że będzie miał tam pracy na kilkadziesiąt lat. Proboszcz miał zauważyć, że może nie zdążyć przed emeryturą...

Gdy patrzę na odnowiony kościół, na odrestaurowane wnętrze, to dochodzę do wniosku, że proboszcz w szybkim tempie wykonał zleconą przez hierarchę pracę. Ksiądz Ryszard wspomina: – Parafianie chętnie zaangażowali się w remonty. Pozyskiwaliśmy środki ze wszystkich możliwych źródeł. Szukaliśmy wsparcia i pisaliśmy wnioski. Zauważa, że jak się chwyciło bakcyla, to już potem szło. I stwierdza: – Dbałość o nasz kościół nas zintegrowała.

Murowana świątynia, której budowę rozpoczął w 1520 r. Piotr IV Kmita, stanęła na miejscu wcześniejszego kościoła, a z jego patronem wiąże się znana tu od wieków legenda, jakoby św. Wojciech zatrzymał się w tym miejscu, w drodze z Czech do Prus. Miejscowi nadal wskazują studnię, z której miał pić wodę przyszły patron Polski. Pierwsze zapiski o tutejszej wspólnocie pochodzą z 1326 r. – z Rejestrów Świętopietrza, z których zostały wymienione najstarsze parafie diecezji krakowskiej. Sam Piotr IV Kmita to postać znana w historii Polski nie tylko kolejnym pokoleniom tutejszych mieszkańców. Dość przypomnieć, że do dziś przy wejściu do katedry wawelskiej stoi pomnik upamiętniający fundatora starowiśnickiego domu Bożego.

Niemi świadkowie

Późnogotycki kościół z renesansowymi detalami zdecydowanie wyróżnia się pośród zachowanych z tej epoki budowli sakralnych nietypowym rozwiązaniem wnętrza, w którym nie ma wydzielonej przestrzeni dla prezbiterium. Gdy przed laty pracę magisterską o świątyni pisał ks. Jerzy Krzywda, postawił on śmiałą, ale uzasadnioną tezę, że fundator mógł tym rozwiązaniem nawiązać do późnogotyckiej Sali Władysławowskiej na zamku królewskim w Pradze. Osobiście bardziej zainteresowałam się niespotykanymi w wiejskich kościołach lożami – kaplicami, które znajdują się po bokach nawy. W tych lożach zasiadali w czasie nabożeństw fundator, jego rodzina i goście. Nietypowo, bo nie z samego przodu, tuż przy ołtarzu głównym, ale bliżej parafian, jednakże ponad nimi, na wysokości chóru. Dziś loże i kaplice są pięknie odrestaurowane, odnowione freski z późniejszych wieków przyciągają uwagę. Proboszcz przyznaje, że renowacja uczyniła te miejsca pięknymi.

Na szczególne zainteresowanie zasługuje także znajdujące się na ścianie północnej, obok ołtarza głównego, przyścienne, rzeźbione w piaskowcu renesansowe tabernakulum.

Pochodzący ze Starego Wiśnicza red. Kazimierz Olchawa, współautor książki 500 lat kościoła w Starym Wiśniczu (1520 – 2020) i jego fundator Piotr IV Kmita, w opisie tabernakulum z XVI wieku, zauważa: „Dziś jest ono niemym świadkiem czasów Piotra IV Kmity i jego fundacji. Świadczy o tym napis umieszczony na górnym fryzie «Ecce Panis Angelorum MDXXXXIIII» (1544), a pod nim w tarczy herbowej inicjały «PK», czyli Piotr Kmita”. Z kolei ks. Krzywda w swej pracy zauważył: „Tabernakulum starowiśnickie trzeba postawić w szeregu czołowych zabytków rzeźby renesansowej w Polsce”. W swojej analizie poszczególnych elementów tabernakulum, stwierdził: „Można powiedzieć, że mamy w tym rzeźbiarskim przecież dziele wszystkie sprowadzone do architektury renesansowe zauroczenia się antykiem bez manieryzmu...”.

Ksiądz Kołodziej, zapytany, co z tych zabytkowych elementów świątyni on sam szczególnie ceni, bez chwili namysłu odpowiada: – Taką perełką jest dla mnie rzeźba Święta Anna Samotrzeć. Figura, wyeksponowana w kaplicy Matki Bożej Nieustającej Pomocy, to jeden z najstarszych elementów w tutejszym kościele.

Znaki wiary

Kolejne wieki trwania świątyni to zachodzące w niej zmiany. Ślady poszczególnych epok łatwo odnaleźć zarówno w wyposażeniu sakralnego budynku, w obrazach, rzeźbach, zmieniających się ołtarzach, jak i w polichromii. Miłośnik i znawca różnych nurtów w sztuce będzie miał okazję odkrywać w starowiśnickiej świątyni cenne znaki z przeszłości.

Na szczególną uwagę zasługuje wyeksponowany w ołtarzu głównym obraz Adoracja Najświętszej Maryi Panny namalowany przez Jana Matejkę i Floriana Cynka. Warto podkreślić, że przedstawiony na obrazie św. Wojciech ma twarz Matejki. Związany z Nowym Wiśniczem malarz umieścił w dolnej części obrazu informację: „Komponował i o ile mógł poprawił, a głowy przerobił – Jan Matejko”.

– Ten kościół to jest epokowe dzieło – stwierdza ks. Ryszard Kołodziej. Zauważa, że budujący świątynię dla oddania czci Bogu i z myślą o kolejnych pokoleniach parafian Piotr IV Kmita miał też zapewne swoje powody, których my dzisiaj możemy się tylko domyślać. Równocześnie kapłan kieruje moją uwagę na wejście prowadzące na chór. Podkreśla: – Tymi schodami kolejne pokolenia mężczyzn ze Starego Wiśnicza wchodzą na chór, gdzie mają wyznaczone miejsca na czas odprawianych nabożeństw. Proszę zobaczyć, jak nierówne i wytarte stopnie. To dowód obecności parafian, pamiątka dla kolejnych pokoleń. Chociaż... trzeba przyznać, że ciężko po tych wydeptanych schodach chodzić – zauważa, jak na gospodarza przystało, duszpasterz.

Z omodlonego przez wieki kościoła wyszłam ubogacona jego pięknem, na które składają się m.in. rzeczowe znaki wiary pochodzące z kolejnych epok, dowody szczodrości fundatorów, postawy służących tu, zaangażowanych kapłanów i związanych z parafią przez wieki wiernych wyznawców Chrystusa. W tym miejscu można się uczyć dziejów Kościoła i historii naszej ojczyzny.

CZYTAJ DALEJ

Orzech pozdrawia pielgrzymów 40. PPW

2020-08-06 11:15

Agnieszka Bugała/Niedziela

Specjalne pozdrowienia dla pielgrzymów przekazał ks. Stanisław „Orzech” Orzechowski. Po raz pierwszy w historii uczestniczy jako pielgrzym duchowy w Pieszej Pielgrzymce Wrocławskiej na Jasną Górę.

- Tym razem nogi odmówiły mi posłuszeństwa, ale jestem duchowo ze wszystkimi pielgrzymami. Czuję doskonale łączącą nas więź. Teraz wiem, jak czas pielgrzymkowy przeżywają uczestnicy duchowi. Byłem od początku tworzenia się wrocławskiej pielgrzymki, jestem i dalej będę tu z Wami – mówił Orzech w rozmowie z dziennikarzem Niedzieli.

Odwiedziliśmy dzisiaj specjalnie ks. Orzechowskiego, żeby pokazać mu materiał filmowy, który udało nam się zebrać do tej pory z trasy pielgrzymki. Orzech obejrzał wywiad z bp Jackiem Kicińskim, „belgijkę” oraz świadectwa pielgrzymów. Bardzo współczuł tym, którzy zmokli na trasie i widać było ten błysk w oku, kiedy rozmawialiśmy o różnych etapach wędrówki.

Wspominał też jak uczył się organizacji pielgrzymki na przykładzie Warszawy, jak miał okazję się spotkać i porozmawiać z bł. ks. Jerzym Popiełuszko podczas pielgrzymki ludzi pracy. Dzisiejsze spotkanie było dobrą okazją, żeby nagrać specjalne pozdrowienia dla wszystkich pielgrzymów 40. PPW na Jasną Górę. Zobaczcie:

CZYTAJ DALEJ

Śnieżka: modlitwa na szczycie w intencji ludzi gór z udziałem kard. Duki i Vaclava Klausa

2020-08-10 17:48

[ TEMATY ]

modlitwa

Ks. Waldemar Wesołowski

Już po raz 39. w liturgiczne wspomnienie św. Wawrzyńca 10 sierpnia odbyła się na Śnieżce, szczycie Karkonoszy, międzynarodowa modlitwa w intencji ludzi gór. Przewodniczył jej kard. Dominik Duka z Pragi, a homilię wygłosił biskup legnicki Zbigniew Kiernikowski. W spotkaniu wziął udział b. prezydent Republiki Czeskiej Vaclav Klaus.

Msza św. przy istniejącej tu od ponad 300 lat kaplicy poświęconej św. Wawrzyńcowi odprawiona została z udziałem pielgrzymów z Polski, Czech i Niemiec. Wśród koncelebransów obecny był legnicki biskup senior Stefan Cichy, były opat norbertanin o. Michael Josef Pojezdny oraz grono księży z Polski i Czech.

Nie mogło zabraknąć także organizatora i inicjatora tego wydarzenia Jerzego Pokoja oraz emerytowanego prezydenta i premiera Republiki Czeskiej Vaclava Klausa, który podczas swojej prezydencji, a także po jej zakończeniu co roku uczestniczył w tych spotkaniach. Licznie reprezentowani byli ludzie gór: przewodnicy, ratownicy górscy, funkcjonariusze Karkonoskiego Parku Narodowego, Straży Granicznej oraz podobnych służb ze strony czeskiej.

Przybyłych powitał proboszcz parafii Karpacz ks. Paweł Oskwarek. Kard. Duka zwrócił uwagę, że w tym modlitewnym spotkaniu na sposób duchowy uczestniczą z tą wspólnotą nie tylko patron dnia św. Wawrzyniec, czy też przyzywany św. Wojciech, ale także abp Karel Otcenasek i św. Jan Paweł II, których w tym roku obchodzimy 100 lecie urodzin. Kardynał wspomniał też, że tę Mszę św. sprawuje w ornacie podarowanym przez Jana Pawła II dla katedry w Pradze.

Homilię wygłosił biskup legnicki Zbigniew Kiernikowski. Nawiązując do czytań, zwrócił uwagę, że często człowiek buduje swoje życie według tylko swojej wizji. Tymczasem na podobieństwo ziarna wrzuconego w ziemię, które musi obumrzeć, aby przynieść nowy plon, również takie działanie powinno dokonywać się w naszym życiu.

- Chrystus, który jest tym ziarnem które wpadło w ziemię, obumarł dla siebie, żebym i ja tego się uczył, że jest mi to potrzebne, abym uczył się żyć z drugim człowiekiem w pokoju, jedności, ale i we mnie musi coś obumierać. Muszę być otwarty na drugiego człowieka. Dobrze że tu, na tym szczycie, narody polski, czeski i niemiecki, które tu przybywają, są takim znakiem pod imieniem św. Wawrzyńca, który nie bronił swego życia, ale je oddał, wiedząc, że jest to jedyny sposób, aby dokonało się dzieło Boże – mówił biskup legnicki.

Na zakończenie zabrał głos Jerzy Pokój, ratownik górski i b. szef Grupy Karkonoskiej Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, dziękując wszystkim za uczestnictwo w spotkaniu modlitewnym. Zaprosił także na jubileuszowe 40. spotkanie za rok.

Uroczystość zakończyła się w Kotle Łomniczki modlitwą osób związanych z pracą w górach, przy symbolicznym cmentarzu „Ofiarom gór”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję