Reklama

Smoleńsk w Warszawie

2015-03-31 15:11

Wojciech Dudkiewicz
Edycja warszawska 14/2015, str. 4-5

Materiały prasowe
Zdjęcia do filmu "Smoleńsk"

Zdjęcia do filmu „Smoleńsk” Antoniego Krauze o katastrofie Tu-154 wkraczają w decydującą fazę. Zakończą się jeszcze w kwietniu. Premiera filmu już w październiku, z półtorarocznym spóźnieniem
Plenery w większości są w Warszawie (lub pod Warszawą), czyli tu, gdzie rozgrywało się wiele prawdziwych scen dramatu z 2010 r. Krakowskie Przedmieście, okolice Pałacu Prezydenckiego, Muzeum Narodowego, Pałacu w podwarszawskich Radziejowicach, wnętrza Pałacu Kultury i Nauki

Nie było filmu, który byłby tak atakowany, zanim rozpoczęto zdjęcia, nakręcono pierwsze sceny, zanim wyznaczono datę premiery. – Chyba żaden film nie miał tak rozbudowanego czarnego PR, zanim został zakończony – mówi Maciej Pawlicki, producent i jeden z kilku scenarzystów filmu. – I żaden nie miał tak wielu gorliwców, którzy chcieliby mu zaszkodzić. A do tego mających pretensję, że nie ufa się Putinowi i kwestionuje jego wersję wydarzeń.

Ale częściowo można to zrozumieć: wszak film powstaje nie w ciszy studia, planu, pleneru, ale na oczach ludzi, proszonych o datki na jego dokończenie.

Na planie, w plenerze

Ci, którzy pracują przy filmie, doskonale wiedzą, że prawie wszystko w związku z nim może się zdarzyć. Niekoniecznie wszystko, co złe, bo – mimo wielu przeciwności losu – interes się kreci, kamery chodzą, a reżyser, aktorzy i statyści uwijają się na planie jak w ukropie.

Reklama

Plenery w większości są w Warszawie (lub pod Warszawą), czyli tu, gdzie rozgrywało się wiele prawdziwych scen dramatu z 2010 r. Krakowskie Przedmieście, okolice Pałacu Prezydenckiego, Muzeum Narodowego, Pałacu w podwarszawskich Radziejowicach, wnętrza Pałacu Kultury i Nauki.

Na dziennikarzach obecnych na planie spore wrażenie zrobiła scena dziejąca się w Sejmie (w tej roli wystąpił PKiN), gdy Ewa Błasik (w tej roli Aldona Struzik) łamiącym się głosem oskarża rząd o bierność w sytuacji, gdy szkaluje się pamięć jej zmarłego pod Smoleńskiem męża, dowódcy sił powietrznych.

Wrażenie robi skrupulatność reżysera. W jednej ze scen filmowi prezydenci Lech Kaczyński i Micheil Saakaszwili idą korytarzem w parlamencie w Gruzji (w tej roli także wnętrza PKiN). Polak jest bez krawata. Nagle Antoni Krauze przerywa zdjęcia. Czy Lech Kaczyński nie miał wtedy krawata. Trzeba to sprawdzić. Na zdjęciach z tamtych wydarzeń widać, że nie miał. Można grać dalej.

Zaczynali mając tylko co dziesiątą złotówkę w budżecie. Tak w ogóle się nie robi, na ogół prace zaczyna się, gdy ma się domknięty budżet. Tym razem nie był, a czy będzie – zależy od wpłat. W końcu marca brakowało jeszcze 1,5 mln zł.

Kluczowa scena

W filmie wykorzystano formułę fabularnej rekonstrukcji prawdziwych wydarzeń, zastosowaną przez Antoniego Krauze w „Czarnym Czwartku”. Główną bohaterką jest dziennikarka prywatnej telewizji. Podczas pracy nad relacją z wydarzeń w Smoleńsku porzuci przekonanie, iż był to tragiczny, ale jednak wypadek.

Część ekipy filmowców pracowała przy poprzednim filmie Krauzego – głośnym „Czarnym Czwartku”, opowiadającym o dramacie grudnia 1970 r. i popularnym serialu „Czas honoru”. Muzykę – jak w przypadku „Czarnego...” skomponuje Michał Krauze, a główne role, prezydenta Lecha Kaczyńskiego i jego małżonki, zagrają doświadczeni aktorzy: Lech Łatocki i Ewa Dałkowska.

Warszawa gra siebie i nie siebie, bo np. historyczną scenę wiecu przed gruzińskim parlamentem w 2008 r. w Tbilisi nakręcono na dziedzińcu Muzeum Narodowego w Warszawie. Trwała wtedy rosyjska agresja, zatrzymana dzięki zorganizowanej przez Lecha Kaczyńskiego wyprawie czterech przywódców państw naszego regionu. Antoni Krauze podkreśla, jak ważna to scena.

– Nie tylko ja, ale już chyba prawie wszyscy oceniają ją jako jeden z głównych powodów śmierci prezydenta Lecha Kaczyńskiego – mówi w jednym z wywiadów. – To moment, w którym wreszcie, po pokonaniu licznych przeszkód, delegacja polska z Lechem Kaczyńskim oraz prezydentami Litwy, Estonii i Ukrainy i premierem Łotwy, dotarła po długiej i wyczerpującej podróży do Tbilisi. Było to bezpośrednim powodem powstrzymania Rosjan, którzy zajęli już wtedy Gori i byli 60 kilometrów od stolicy.

Z przytupem

Praca wre, na planie „Smoleńska” aż wszystko furczy. Lech Łotocki nie ma na razie czasu na rozmowy. Czas będzie po zakończeniu zdjęć. Późno? – No, to niech będzie pojutrze, kochany, a jeszcze lepiej popojutrze – mówi. Bo jutro skoro świt zdjęcia w Radziejowicach, wróci do domu pewnie po północy, a pojutrze próby w teatrze, bo film sobie, a codzienne życie aktora teatralnego sobie.

Inna rzecz, że Lech Łotocki oszczędnie gospodaruje wypowiedziami. Był wywiad w tygodniku, a potem długo, długo nic. Zajęty człowiek i świadomy tego, co o udziale w filmie Krauzego myśli tzw. środowisko. Dominuje instynkt stadny; a skoro przewidziany do roli prezydenta Kaczyńskiego Marian Opania odmówił z tzw. przytupem, to dlaczego nie odmówił on? – W środowisku dużo się o tym mówi, są i tacy, którzy nie dopuszczają w ogóle myśli, że można przyjąć rolę w tym filmie – mówił tuż po castingu – na którym odtworzył przemówienie Lecha Kaczyńskiego na słynnym wiecu w Tbilisi – i przyjęciu oferty reżysera. – Ucząc się tego tekstu, zdałem sobie sprawę z tego, jak ważny to tekst, ile zostało tam poruszonych wątków, jak bardzo aktualne są tamte słowa i jak niewygodne dla niektórych.

Tamta scena umocniła w nim chęć wzięcia udziału w przedsięwzięciu. – Nie można tragedii smoleńskiej zostawić, zapomnieć o niej, wmawiać sobie, że wszystko jest OK – twierdzi. – Bo nie jest. I ten mój sprzeciw był też mocnym impulsem do przyjęcia roli w przedsięwzięciu apelującym o prawdę.

Bez gotowej odpowiedzi

Na miejscu katastrofy w Smoleńsku zjawia się zagadkowy dyplomata. Widać, że odgrywa istotną rolę, dyryguje Rosjanami, zabiera zdjęcia zrobione na miejscu katastrofy. Ta postać nie jest fikcyjna, w tej historii odegrała niewyjaśnioną dotychczas rolę.

– To człowiek na usługach służb specjalnych, kto wie czy nie sowieckich, prawdopodobnie szara eminencja całego tego zdarzenia – mówi o tajemniczej postaci i o swojej roli w filmie Jerzy Zelnik. – Jest tajemniczy, zdaje się poruszać trybami tej całej tragedii.

Film – jak zaznacza aktor – nie stawia jednak żadnej ostatecznej tezy. Mówi o okolicznościach, atmosferze, o bardzo bolesnych sprawach, nie dając gotowej odpowiedzi. – Trzeba mieć odwagę mówić o takich sprawach. Każdy naród powinien mieć taką odwagę o sobie mówić. Tragedia smoleńska to jest temat ogromnie ważny dla Polaków. Zginęła elita polska, a my wciąż nie mamy odpowiedzi, dlaczego.

Czy widz wyjdzie z kina umęczony? – Na pewno mocno poruszony. To mogę zagwarantować – zaznacza Maciej Pawlicki. Finał filmu wciąż jest niewiadomą, jest kilka różnych wersji tego zakończenia. – Jeszcze ciągle nad tym się zastanawiamy.

Tym bardziej, że zawsze może jeszcze się zdarzyć coś istotnego, co trzeba będzie uwzględnić w filmie. – Film naprawdę powstaje na montażu. Wiadomo, że kończy się Tragedią Smoleńską. Ustalenie kolejności scen, ostatnie efekty, wreszcie dobór scen składających się na puentę – to wszystko przed nami.

Ciąg dalszy

Zdjęcia rozpoczęto na Krakowskim Przedmieściu w trzecią rocznicę katastrofy, od scen tzw. uciekających, dokumentując wydarzenia pod Pałacem Prezydenckim. Ale potem była prawie dwuletnia przerwa spowodowana brakiem funduszy. Nikt nie wiedział, kiedy nastąpi ciąg dalszy. Nastąpił, bo widać, ze film jest potrzebny.

Trudności film napotykał od początku – odmowy aktorów, odmowa współfinansowania przez Polski Instytut Sztuki Filmowej – często lekką ręką rozdający dotacje, na tak wątpliwe produkcje, jak „Pokłosie” i „Ida”. Powielane po wielokroć wypowiedzi minister kultury Małgorzaty Omilanowskiej, że problem nie tkwi w niepożądanym temacie, ale rzekomo w scenariuszu filmu i frontmena z „Wyborczej”, nazywającego fabularyzowanymi tezami zespołu Antoniego Macierewicza. Ale wszystko to, uważa Maciej Pawlicki, tylko umocniło ekipę Antoniego Krauzego. – Niepowodzenia, trudności – np. że ktoś odmawia, coś się nie udaje, np. uzyskać jakiegoś pozwolenia – nie deprymują nas, są twórcze – podkreśla Maciej Pawlicki. – Bo nagle okazuje się np., że znajdujemy lepszego aktora, do jakiejś roli, lepsze rozwiązanie itp. Stąd poczucie, że ktoś nas prowadzi – i chyba nawet wiemy, kto.

To, co ekipie filmowej mogłoby wydawać się przeszkodą, nie jest nią, lecz jest wytyczoną drogą – ocenia Pawlicki. – Tę drogę musimy dopiero przejść, kawałek po kawałku, ona dopiero przed nami się rozwija – mówi. – I okazuje się, że ona jest już ułożona, a my ten film zrobimy lepiej niż sądziliśmy. My pomysły, po prostu, mamy gorsze od tych, które ma Opatrzność na ten film, my poznajemy je stopniowo.

Tagi:
film

USA: kasowy sukces antyaborcyjnego filmu „Nieplanowane”

2019-08-19 12:50

rk (KAI) / Los Angeles

„Unplanned”(Nieplanowane) – film o nawróconej aborcjonistce Abby Johnson, która niegdyś kierowała jedną z największych amerykańskich klinik aborcyjnych, bije rekordy popularności w USA. Mimo nieprzychylnego nastawienia dystrybutorów i wielu krytyków filmowych, pełnometrażowa produkcja okazała się nie tylko hitem kasowym, lecz tytuł ten już w pierwszym tygodniu sprzedaży zajmuje pierwsze miejsce wśród filmów DVD oferowanych przez sklep Amazon.

unplannedfilm.com

W filmie, który w Polsce zobaczyć będzie można w kinach jesienią tego roku, występuje Ashley Bratcher w roli szefowej teksańskiej filii aborcyjnego giganta Planned Parenthood. Produkcja kosztowała 6 mln dolarów, a po 19 tygodniach wyświetlania jej w 1500 kinach w USA zarobiła prawie 19 mln dolarów. Dochodzą do tego nieobjęte statystyką zyski z pokazów za granicą.

Tymczasem sukces kinowy przełożył się także na sprzedaż filmu w formie DVD. Od ubiegłego tygodnia, kiedy ukazał się w formie wideo, dotąd sprzedano około 225 tys. jego kopii. Można go nabyć też na dysku Blu-ray oraz obejrzeć za pomocą streamingu na Amazon Prime Video.

Film pokazywany jest też w kinach Kanady, Wielkiej Brytanii, Filipin oraz krajach latynoamerykańskich. Planowana jest jego dystrybucja w Pakistanie.

Wyświetlanie film niejednokrotnie napotykało na trudności. Największą miało być przyznanie kategorii „R” – stosowanej wobec filmów z obrazami przemocy i seksu – przez stowarzyszenie filmowców Motion Picture Association of America.

Opisana w filmie i książce historia Abby Johnson dowodzi, iż liczne czuwania modlitewne obrońców życia przed klinikami aborcyjnymi mają olbrzymi sens. Bohaterka przeszła niemal wszystkie szczeble kariery w największej proaborcyjnej organizacji na świecie. W pewnym momencie zrezygnowała z pracy i stała się gorącą obrończynią życia. Przełom nastąpił w chwili, gdy na obrazach ultrasonograficznych zobaczyła, jak nienarodzone trzynastotygodniowe dziecko broni się przed aborcją. „Widziałam, jak to dziecko walczyło o życie” – wspominała Johnson, dziś członkini grupy „Koalicja dla Życia”. Johnson zaapelowała do działaczy pro-life, by się nie poddawali, i zawsze byli tak obecni, żeby mogło to „odmienić serca zwolenników aborcji”.

Autorka w swej książce opowiada także o osobistej tragedii, gdy, mimo stosowania środków antykoncepcyjnych, dwukrotnie poddała się aborcji, zabijając swoje nienarodzone dzieci. Organizacja Planned Parenthood bezskutecznie próbowała sądownie zabronić swej byłej pracownicy mówienia o swoich doświadczeniach na stanowisku dyrektorskim.

Johnosn założyła organizację „And Then There Were None” (I nie było już nikogo). Pomaga też byłym pracownikom klinik aborcyjnych w trudnym procesie przejścia z pracy dla „przemysłu aborcyjnego” do normalnego funkcjonowania na co dzień. Ci, którzy zdecydują się odejść z pracy w klinikach aborcyjnych, otrzymują pomoc prawną i finansową. Osobom takim zapewniona jest także duchowa opieka ze strony kapłanów, pastorów czy duchownych różnych wyznań i religii.

Reżyserami i autorami scenariusza są Cary Solomon i Chuck Konzelman.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Lech Dokowicz podczas spotkania „Polska pod Krzyżem”: Polacy, nawróćcie się, póki jest czas!

2019-09-14 14:43

ks. an / Włocławek (KAI)

"Polacy, nawróćcie się, póki jest czas!” – zaapelował dziś Lech Dokowicz, jeden z organizatorów odbywającego się we Włocławku spotkania ewangelizacyjnego „Polska pod Krzyżem”. Wygłosił on konferencję pt. „Odrzucenie Krzyża i walka duchowa w współczesnym świecie”.

Archiwum Lecha Dokowicza
Żyjemy w czasach, w których większość ludzi rodzi się dla piekła, a nie dla nieba – mówi Lech Dokowicz

Dokowicz przytoczył świadectwo swojego życia wspominając, że przez 20 lat pędził los emigranta. „Przebywałem w Stanach Zjednoczonych w środowisku filmowców. Poddany byłem inicjacji satanistycznej, zły duch dawał mi obietnice, co mogę zyskać, jeśli opowiem się za nim. Ale moja matka modliła się 17 lat o moje nawrócenie i w jeden dzień przeżyłem nawrócenie, przyjęła mnie wspólnota Kościoła katolickiego, poczułem moc modlitwy, bo modlili się za mnie nieznani ludzie” – rozpoczął swoją konferencję Dokowicz.

Wskazywał, że nie ma ważniejszego pytania niż to, gdzie trafimy po śmierci: do życia wiecznego czy do wiecznego potępienia. Opowiadając o pracy nad poszczególnymi filmami, mówił o wezwaniu, jakie Bóg stawia wobec człowieka. „Nakręciłem pierwszy film o prześladowaniu chrześcijan w krajach muzułmańskich. Jaką łaską jest, że każdego dnia możemy pójść do kościoła, każdego dnia możemy poprosić kapłana o spowiedź, każdego dnia karmić się Ciałem Pańskim. Wielu z nas tego nie docenia, bo ta ziemia utkana jest krzyżami, kapliczkami, świątyniami” – mówił współorganizator wydarzenia.

Lech Dokowicz nawiązał też do kryzysu, jaki przeżywa Kościół w związku z czynami pedofilskimi, jakich dopuścili się niektórzy duchowni. „Trzeba to wypalić, ale trzeba też zrozumieć, ze zły duch chce oddzielić ludzi od kapłanów, to jest wojna przeciw kapłanom, bo jak ludzie odwrócą się od kapłanów, to nie ma sakramentów. Dlatego musimy otoczyć modlitwą kapłanów, stanąć przy nich. To jest zadanie dla nas świeckich” – apelował Dokowicz.

Organizator "Polski pod Krzyżem" mówił też o ochronie życia. „Pojechaliśmy do Holandii i chcieliśmy rozmawiać z lekarzami, którzy zabijają ludzi starszych. Naszym celem był tzw. ojciec chrzestny eutanazji. Pracował na oddziale noworodków, jak rodziło się chore dziecko, sam podejmował decyzję o jego życiu lub śmierci. Okazało się, że w domu tego człowieka odbywały się satanistyczne rytuały, cały dom pełen był satanistycznych obrazów. On do końca nie zrozumiał, kim jesteśmy, wypowiedział zdania, dzięki którym wielu zrozumiało czym jest eutanazja. To jest ciemność, to jest coś, co sprawia, że w momencie odchodzenia ze świata, gdy człowiek mógłby odjąć decyzję o powrocie do Boga, nie daje się na to szansy” – wyjaśniał prelegent.

Jako receptę na walkę ze złem Dokowicz podał modlitwę. „Dlaczego się nie modlisz, dlaczego modlitwa nie jest na pierwszym miejscu?” - pytał prelegent wskazując, że obrońcy życia w Ameryce całą dobę modlą się. "Po 10 latach pracy przed klinikami w USA, w stanie Nowy Jork zamknięto połowę klinik aborcyjnych i uratowano życie wieczne wielu osób - wskazywał.

„Co mówi nam Pan Bóg? Nasze działania muszą wypływać z doświadczenia modlitwy, z kolan, musimy pełnić Jego wolę, a nie realizować swoją” – mówił Dokowicz. „Wielu myśli o grzechach przeciwko życiu. Zabijanie nienarodzonych jest w oczach Boga tak potworne, że woła o pomstę do nieba, a to znaczy, że nie będzie pokoju w żadnym narodzie, dopóki będą trwały takie czyny. Jeśli znajdą się ludzie, którzy zniosą te przepisy o aborcji, Bóg pobłogosławi tak, że będziemy płakać ze szczęścia. Ustanawiający prawa aborcyjne mają krew na rękach i stoją nad przepaścią piekła” – podkreślił prelegent.

„Po 1989 r. wielu Polaków porzuciło życie duchowe, przestali modlić się z dziećmi przy ich łóżeczkach, wybrali materializm. Jeżeli dzieci nie są tak wychowywane, nie ma przekazu wiary w domach, żeby ochronić ich przed pokusami, to dzieje się to, co widzimy. Ludzie zaczęli traktować grzech jako zabawę, przyjemność, nic groźnego. Potrzeba więc nawrócenia. Polacy, nawróćcie się, póki jest czas!” – apelował Dokowicz. Zachęcał do zawierzenia się Maryi i stanięcia pod krzyżem. „Będziemy patrzeć w stronę krzyża Pana przez pryzmat życia, by zanieść to, co trudne, ale też i prosić, żeby móc zmartwychwstać”.

Organizator spotkania podziękował Panu Bogu za to, że po „wielkiej pokucie” i „różańcu do granic”, pomimo trudności doszło do spotkania we Włocławku. Za decyzję wsparcia i organizacji wydarzenia podziękował też biskupowi włocławskiemu Wiesławowi Meringowi.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Diecezjalna Pielgrzymka Mężczyzn do sanktuarium w Międzyrzeczu

2019-09-21 16:29

Kamil Krasowski

Panowie i wikariusze naszej diecezji, podobnie jak pogoda, nie zawiedli. 21 września licznie uczestniczyli w VII Diecezjalnej Pielgrzymce Mężczyzn do sanktuarium Pierwszych Męczenników Polski w Międzyrzeczu. Hasło spotkania brzmiało: "Współpracownicy Pana".

Karolina Krasowska
W pielgrzymce uczestniczyli nie tylko dorośli, ale również ci nieco młodsi mężczyźni

Pielgrzymkę rozpoczęła Jutrznia ku czci Męczenników Międzyrzeckich we wsi Święty Wojciech. Po niej mężczyźni udali się z relikwiami Pierwszych Męczenników Polski do sanktuarium w Międzyrzeczu, gdzie zostały dla nich przygotowane konferencja i świadectwa. Głównym punktem spotkania była Msza św. pod przewodnictwem i z homilią ks. Waldemara Szlachetki ze Szkoły Nowej Ewangelizacji w Poznaniu.

Zobacz zdjęcia: VII Diecezjalna Pielgrzymka Mężczyzn do sanktuarium Pierwszych Męczenników Polski w Międzyrzeczu

- Kościół potrzebuje nas takimi, jacy jesteśmy, świadomi własnych słabości i grzechów, gotowi do tego, by się nawracać, kruszyć serce, by rozwalić komorę celną, czymkolwiek ona jest - mówił ks. Szlachetka. - Dla kapłana komora celna to może być dobre probostwo, wymarzony wikariat, może jakiś awans; dla ludzi świeckich może nią być to zaangażowanie, w którym już jesteś - jakaś relacja, to wszystko, co nie Jezus, ale sami sobie zbudujemy.

- Bycie w Kościele to powołanie, to wielka łaska służby. I Jezus dzisiaj do każdego z nas mówi: "Pójdź za Mną". Chciej ty również bracie pójść dzisiaj za Jezusem bezkompromisowo,  czyli pójść i powiedzieć: "Oto jestem" - dodał kapłan.

Po Mszy św. każdy z uczestników mógł wpisać się na listę, deklarując w ten sposób modlitwę za naszych kapłanów, a także spróbować wyśmienitej grochówki podczas wspólnej agapy.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem