Reklama

Spróbowali życia kleryckiego

2015-04-28 15:52

A.D.
Edycja kielecka 18/2015, str. 7

TER
Klerycy na weekend

Zakończyła się wiosenna edycja projektu powołaniowego „Kleryk to... zostań nim na weekend i zobacz sam”. W dwóch turach: marcowej i kwietniowej uczestniczyło 59 uczniów szkół średnich, którzy jako „klerycy weekendowi” zamieszkali w murach Wyższego Seminarium Duchownego w Kielcach

Akcja powołaniowa kieleckiego WSD trwa już czwarty rok i przyniosła wymierne efekty w postaci piętnastu kleryków studiujących obecnie w seminarium, którzy zdecydowali się na kapłaństwo właśnie wskutek projektu powołaniowego. Jego pomysłodawcą i koordynatorem jest liturgista ks. dr Mirosław Kowalski, pomaga kleryckie Koło Powołaniowe.

31 uczestników skorzystało z projektu od 13 do 15 marca. Było ciekawie. Sobotni poranek (czyli cały dzień w pełni przeżyty w Seminarium) rozpoczęli od jutrzni o godz. 6.30. i modlitwy liturgią godzin. – Niektórzy w ogóle po raz pierwszy w życiu mieli w ręce brewiarz, było to dla nich duże przeżycie, podobnie jak pierwsze w życiu Nieszpory – uważa alumn Dominik Terczyński z Koła Powołaniowego „Quo Vadis”, koordynujący pobyt pierwszej tury. Program był bogaty: codzienna Msza św., spotkanie z rektorem ks. dr. Pawłem Tamborem, lekcja muzyki chóralnej, film powołaniowy i turniej tenisa stołowego czy zajęcia liturgiczne z ceremoniarzami.

Ważnym punktem była wizyta w Domu Dziecka przy ul. Pomorskiej i w Domu Księży Emerytów. Dla tej części grupy, która mieszka daleko od Kielc, zorganizowane było zwiedzanie bazyliki katedralnej ze skarbcem i najważniejszych kościołów kieleckich.

Reklama

Podczas trzydniowego pobytu uczestnicy projektu powołaniowego spotkali się także z bp. Janem Piotrowskim – uczestniczyli we Mszy św. z okazji drugiej rocznicy wyboru papieża Franciszka, w modlitwach w dwóch kaplicach Seminarium: św. Stanisława Kostki i św. Kazimierza, w zwiedzaniu Seminarium i odkrywaniu śladów błogosławionych, którzy żyli w jego murach.

W niedzielę – na zakończenie – chłopcy spotkali się z rektorem WSD – ks. Pawłem Tamborem, który celebrował Mszę św., z ks. Mirosławem Kowalskim – pomysłodawcą całego przedsięwzięcia i ojcem duchownym – ks. Adamem Wilczyńskim.

Uczestnikami marcowej edycji projektu powołaniowego byli głównie uczniowie szkół średnich, kilku było też z gimnazjum, w większości – ministranci i lektorzy. Aż siedmiu przyjechało z Łopuszna, czterech ze Strawczyna, trzech ze Stopnicy.

Z kolei od 10 do 12 kwietnia odbyła się kolejna tura projektu, z udziałem 28 uczestników – uczniów szkół średnich z całej diecezji. Przez trzy dni chłopcy mogli zakosztować kleryckiej codzienności: modlitwy, spotkań i wykładów z księżmi profesorami, działań charytatywnych, ale i rozgrywek sportowych oraz codziennych obowiązków, do których np. należy sprzątanie.

Uczestnikami kwietniowej edycji byli mieszkańcy głównie wiejskich parafii, np. Krzyżanowic, Łopuszna, Daleszyc, Mniowa (stąd była najliczniejsza grupa) czy Jędrzejowa (parafia Trójcy Świętej). Najliczniej tym razem reprezentowany był dekanat pińczowski.

– Z naszych obserwacji wynika, że chłopcy potrzebowali wspólnej modlitwy, co było widać np. podczas adoracji Najświętszego Sakramentu, chętnie uczestniczyli także w turnieju tenisa stołowego – mówi kleryk Dominik Terczyński.

W seminaryjnej kaplicy św. Stanisława odprawił dla nich Mszę św. bp Jan Piotrowski, wysłuchali także wykładu byłego rektora ks. Władysława Sowy. Odwiedzili Dom Dziecka „Dobra Chata” i Dom Księży Emerytów, gdzie była okazja poznać pracę wolontaryjną kleryków WSD.

Z uczestnikami projektu spotkał się także rektor Seminarium – ks. Paweł Tambor (sprawował dla nich Mszę św. w święto Miłosierdzia Bożego i mówił o powołaniu), odbyły się spotkania z ojcami duchownymi oraz prezentacja akcji powołaniowych Seminarium (do których kandydaci, zdaniem organizatorów, chętnie się włączają). Uczestnicy obejrzeli również film „Ziemia Maryi”. Grupą opiekował się alumn Daniel Zadorski.

Codzienność klerycką w kieleckim Seminarium poznało już w ten sposób ponad 400 osób.

Z kolei już 9 maja WSD zaprasza wszystkich chętnych w swoje mury w ramach „Drzwi otwartych”. Zwiedzanie i zajęcia tematyczne będą się odbywały w czterech blokach: wiara i modlitwa; sport; dzieła charytatywne; znani ludzie.

W maju i czerwcu Seminarium podejmie akcje powołaniowe w terenie, tzn. w czterech parafiach: w Książu Wielkim, Polichnie, Kroczycach, w Kielcach w parafia św. Wojciecha. W ramach spotkań z parafianami jest przewidziana m.in. Msza św. z kazaniem któregoś z księży profesorów, modlitwy powołaniowe, koncert zespołu „Kerygmat”, adoracja Najświętszego Sakramentu oraz wprowadzenie i uczczenie relikwii polskich świętych i błogosławionych.

Tagi:
klerycy

Reklama

Dotykając piątej Ewangelii

2019-05-28 13:40

Kl. Michał Stachyrak, kl. Wojciech Szular
Edycja przemyska 22/2019, str. 4-5

Archiwum kl. Michała Stachyraka i kl. Wojciecha Szulara
Stacja Getsemani

Jednym z najmocniejszych przeżyć podczas seminaryjnej pielgrzymki była dla nas obecność na Górze Oliwnej, gdzie znajduje się ogród i bazylika Getsemani. To miejsce, w którym Jezus kontemplował w wielkim smutku zbliżającą się Mękę i Śmierć. W bazylice znajduje się skała, na której Jezus miał modlić się do swego Ojca. Bardzo mocno wybrzmiało w naszych sercach ewangeliczne pytanie Chrystusa do swoich uczniów: „Tak oto nie mogliście jednej godziny czuwać ze Mną?” (Mt 26,40).

Droga Krzyżowa

Następnie, będąc w Jerozolimie, uczestniczyliśmy w Drodze Krzyżowej, która stała się dla nas wielkim przeżyciem, gdyż kroczyliśmy po tych samych ulicach, a nawet kamieniach, po których Jezus, dźwigając swój Krzyż, prowadzony był na mękę. Do wyjątkowości tego nabożeństwa przyczynił się gwar panujący na pobliskich straganach oraz tłum ludzi, między którymi trzeba było się przemieszczać. Zupełnie tak jak za czasów Chrystusa. W całym tym zgiełku wypatrywaliśmy na ścianach murów i kamienic niepozorne tablice z rzymskimi liczbami oznaczającymi stacje drogi krzyżowej, zupełnie ukryte. Trzeba było dołożyć wszelkich starań, aby rzeczywiście skupić się na rozważaniu Męki Pańskiej, gdyż panujące wokół warunki nie sprzyjały temu. Nabożeństwo Drogi Krzyżowej kojarzy się przeważnie z wyciszeniem, zadumą i kontemplacją. Tam natomiast wymaga ona umiejętności przebicia się przez twardy pancerz ulicznego tłoku.

Bazylika Grobu Pańskiego

Uwieńczeniem Drogi Krzyżowej było wejście do Grobu Pańskiego i zatrzymanie się w miejscu, w którym stał Krzyż Chrystusa. Dzisiaj miejsca te zabudowane są ogromną budowlą, zwaną Bazyliką Grobu Pańskiego. Brakuje słów, aby wyrazić przeżycia, jakie towarzyszą człowiekowi, gdy znajduje się w tym świętym miejscu. Obecność, dotknięcie tych szczególnych miejsc oraz możliwość modlitwy porusza serce, a pomimo tłumów człowiek wchodzi w osobistą kontemplację; na płaszczyźnie serca odbywa się intymna rozmowa z Jezusem Chrystusem, a świadomość, że to właśnie w tym miejscu dokonało się zbawienie świata, sprawia, że na nowo odżywa w nas wiara w Tego, który z miłości oddał za nas swe życie.

Kontemplować świętość

Kolejnego dnia naszej pielgrzymki okazało się, że w Ziemi Świętej pogoda zaskoczyła nawet wytrawnych pielgrzymów. Niska temperatura, silny wiatr i rzęsisty deszcz spowodowały, że nasze pielgrzymowanie napotkało na liczne przeciwności: począwszy od potoków wody płynących ulicami, aż do lokalnych podtopień terenów. Na szczęście grupa sprostała wymaganiom i w pełni zrealizowała zaplanowaną trasę.

Rozpoczęliśmy od Ein Karem – miejsca, gdzie Maryja nawiedziła św. Elżbietę i wypowiedziała „Magnificat”, znany w całym Kościele hymn uwielbienia Boga. Następnie nasze kroki skierowaliśmy ku kościołowi upamiętniającemu narodzenie św. Jana Chrzciciela. Dzień zakończyliśmy, odwiedziwszy Wieczernik, w którym odśpiewaliśmy hymn „O Stworzycielu Duchu”, oraz miejsce zaparcia się św. Piotra. Każdy z nas mógł kontemplować świętość miejsca, w którym Jezus ustanowił Eucharystię, będącą źródłem i fundamentem naszej wiary.

Nad Jordanem

Ostatni dzień pielgrzymki spędziliśmy w najniżej położonym obszarze na Ziemi. Zobaczyliśmy wówczas: Pustynię Judzką, miasto Jerycho (jego historia sięga 10 000 lat wstecz), Morze Martwe, siedzibę starożytnej wspólnoty żydowskiej, Qumran (całkiem niedawno odnaleziono tam najstarsze znane dziś zwoje z tekstami Pisma Świętego) oraz Betanię: dom Łazarza, Marii i Marty, gdzie Jezus dokonał cudu wskrzeszenia swojego przyjaciela. Do najistotniejszych wydarzeń tego dnia należy zaliczyć odnowienie przyrzeczeń chrzcielnych nad rzeką Jordan. To szczególny zwrot do początku naszej drogi chrześcijańskiej, gdyż ten sakrament był otwarciem się na działanie łaski Bożej dokonującej swoje dzieło w naszym powołaniu.

Umocnienie wiary

Niezatarty ślad w naszej pamięci zostawiło odczytywanie fragmentów Pisma Świętego, których akcja rozgrywała się w aktualnie odwiedzanym miejscu. Dzięki temu doświadczeniu, za każdym razem, gdy odczytujemy Ewangelię, przed oczyma wyobraźni staje nam rzeczywista sceneria. To pozwala lepiej zrozumieć kontekst geograficzny i historyczny danego wydarzenia, tak kluczowy w perspektywie przyszłej misji głoszenia Słowa Bożego. Od teraz czytanie Ewangelii już zawsze będzie wzbogacone o przeżycia, które zapisały się w naszych sercach na całe życie.

Przewodnikiem pielgrzymki był ks. Maciej Dżugan, którego wiedza historyczna, biblijna i umiejętność wzbudzenia w nas ducha modlitwy są godne podziwu.

Obecność w Ziemi Świętej jest dla nas ogromnym ubogaceniem pod względem zdobytej wiedzy i zobaczonych miejsc. Jednak największy jej walor to umocnienie wiary. To propozycja dla każdego, kto pragnie rozbudzić w swoim sercu żywą więź ze Zbawicielem.

Koniec części II.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Zwłoki z bijącym sercem

Z doktorem nauk medycznych o. Jackiem Marią Norkowskim, dominikaninem, rozmawia Mateusz Wyrwich
Niedziela Ogólnopolska 24/2011, str. 14-15

AR

Mateusz Wyrwich: - W medycynie za moment śmierci niegdyś uznawano chwilę, kiedy doszło do „nieodwracalnej utraty czynności oddychania i zatrzymania akcji serca”, jak pisze Ojciec we wstępie do swojej książki. A dzisiaj?

Dr n. med. o. Jacek Maria Norkowski OP: - W części państw nadal uznawana jest tradycyjna definicja śmierci. W większości jednak przyjmuje się nową, neurologiczną definicję śmierci, opartą na koncepcji śmierci mózgowej. Podstawowym kryterium jest tu stwierdzenie głębokiej śpiączki i bezdechu. Do tego dochodzą jeszcze inne warunki, m.in.: znana jest przyczyna śpiączki; wystąpiło pierwotne lub wtórne uszkodzenie mózgu; wszelkie działania lekarskie zmierzające do ratowania pacjenta są bezowocne z uwagi na upływ czasu i zmiany, jakie zaszły w organizmie. Tak naprawdę jednak, odchodząc od klasycznych kryteriów, lekarz orzeka o śmierci na podstawie ustawy i przepisów. To one określają, co świadczy o śmierci pnia mózgu. Czyli - brak odruchów w obrębie głowy, takich jak: reakcja źrenicy na światło, odruch kaszlowy i wymiotny oraz oczno-mózgowy. Drugą natomiast próbą, jaką stosuje się w tym przypadku, jest badanie bezdechu. Decyzję zaś o tym, czy ktoś żyje, czy nie, podejmuje komisja, która składa się z trzech lekarzy.

- A zatem, paradoksalnie, można powiedzieć, że na podstawie ustawy i orzeczenia administracyjnego uznajemy kogoś za zmarłego, tymczasem ludzie ze śpiączki wychodzą. Według najnowszych badań, ok. 70 proc. chorych może być z niej wybudzanych przy zastosowaniu hipotermii. Natomiast kontrola bezdechu... może powodować u chorego śmierć.

- Właśnie, badanie bezdechu ma służyć postawieniu diagnozy, a tymczasem to badanie nie jest obojętne dla pacjenta. Wręcz przeciwnie - może być bardzo szkodliwe. Doprowadza bowiem do zapaści krążenia mózgowego. Może też spowodować zatrzymanie akcji serca. Ale przede wszystkim uszkadza mózg. Paradoksalnie więc, żeby stwierdzić uszkodzenie mózgu, de facto najpierw się go uszkadza, a później stwierdza, że... jest uszkodzony! Przy czym oficjalnie celem tego badania jest stwierdzenie, czy ten bezdech jest rzeczywisty. A więc: Czy chory będzie próbował oddychać? Czy będziemy widzieli jakieś skurcze mięśni klatki piersiowej i nadbrzusza, co by świadczyło o tym, że ośrodek oddechowy w mózgu działa? A jeśli działa, to uznajemy, że mózg nie jest martwy. Jeśli natomiast bezdechu nie ma, zakładamy, że mózg jest uszkodzony bądź martwy. Jednak w rzeczywistości ośrodek oddechowy nie działa wskutek niedokrwienia i wskutek niskiego poziomu hormonów tarczycy. A zatem to badanie, według wielu specjalistów, jest kompletnie niemiarodajne.

- Dlaczego więc staje się ono podstawą do przyjęcia, że człowiek nie żyje, mimo iż kryteria diagnostyczne są niemiarodajne i sama definicja jest podejrzana?

- Trudno powiedzieć. Bez wątpienia jednak znaczący jest kontekst powstawania tej definicji: pierwsza transplantacja, przeszczep serca, którego dokonał w 1967 r. Christiaan Barnard. Trzeba było zalegalizować śmierć dawcy serca. Wówczas to komisja na Harwardzie sporządziła raport tzw. „Ad hoc”, inaczej zwany „Raportem Harwardzkim”, w którym znajduje się jedno znamienne zdanie: „(...) Naszym zadaniem jest zdefiniowanie nieodwracalnej śpiączki jako śmierci człowieka”. Tymczasem jest to zdanie całkowicie nienaukowe, bo nie formułuje się tak zadań dla zespołu naukowego. Jest to natomiast zdanie świadczące o arbitralnym założeniu, że coś takiego jak „nieodwracalna śpiączka” można uznać za śmierć człowieka. To może być tylko postulatem, bo tak naprawdę nie wiemy, jaka ta śpiączka jest. Nieodwracalność nie jest kategorią empiryczną. W Japonii po społecznej dyskusji uznano, że jeśli ktoś nie ma pozytywnego wpisu do „Karty dawcy”, nie wolno u niego przeprowadzać badania bezdechu ani podejmować żadnych innych działań w kierunku stwierdzenia śmierci pnia mózgu.

- A jak ta sytuacja wygląda w Polsce?

- Uważam, że w Polsce powinna zostać wycofana domniemana zgoda na oddawanie organów. Należy ją zastąpić wyrażeniem na to zgody. Powinna być również, jak w Japonii, pytana o to rodzina. Tam, jeśli nie ma wyraźnej zgody rodziny, nie wolno przystępować do badania bezdechu, ponieważ to uszkadza mózg pacjenta. To jest taki program minimum. Tymczasem w Polsce, i nie tylko, badanie bezdechu robi się często bez zgody rodziny. Kontekst tego „badania” jest przy tym wyjątkowo ponury: ogromny nacisk na to, by zwiększać liczbę „pobrań” do transplantacji. Często wręcz stosuje się leki, które podwyższają ciśnienie i zmniejszają krzepliwość krwi, żeby polepszyć ukrwienie narządu, który chce się pobrać. Tymczasem leki te równocześnie powodują wzmożenie krwotoku do mózgu chorego, u którego istnieje podejrzenie krwotoku bądź nawet istnieje pewność, że ten krwotok ma miejsce.

- A zatem szkodzi się pacjentowi, a troszczy się o narządy dla biorcy. Inaczej mówiąc, mamy do czynienia z ustawowym zabijaniem człowieka?

- Można powiedzieć, że to, co komisja stwierdza, to niedokrwienie mózgu, a nie śmierć człowieka. A sama operacja pobrania narządu wiąże się już z odebraniem życia pacjentowi.

- Czyli dajemy życie jednemu za cenę odebrania życia innemu...? Istnieje opinia, że pojęcie śmierci mózgowej jako śmierci człowieka wprowadzano pod naciskiem transplantologów, bo jest to - mówiąc brutalnie - wielki biznes. Lecząc człowieka, np. robiąc mu dializę, można „stracić” kilkadziesiąt czy kilkaset tysięcy dolarów, a na jego śmierci można zarobić dwa miliony dolarów...

- To prawda, dializowanie kosztuje więcej niż zrobienie operacji przeszczepu. Dlatego też systemy ubezpieczeniowe również popierają przeszczepy z uwagi na cięcie kosztów. Oczywiście, wielu biorców twierdzi, że czuje się znacznie lepiej po przeszczepie nerki i nikt nie może negować, że tak może być. Niemniej jednak nie można tu wprost mówić o ratowaniu życia. To jest bardziej zmiana sposobu leczenia pacjenta.

- Istnieje wśród lekarzy pojęcie „zwłoki z bijącym sercem”. Co to brutalne pojęcie oznacza?

- Oficjalnie w dokumentach transplantatu mówi się, że z chwilą stwierdzenia śmierci mózgowej respirator wentyluje zwłoki. Krew ciągle jeszcze przepływa, serce człowieka bije. W tym czasie dwukrotnie zbiera się trzyosobowa komisja lekarska. I jeśli podpis zostanie złożony przez trzeciego lekarza z komisji, to w tym momencie... „umiera człowiek”. W sensie prawnym, bo w jego ciele nic się nie zmienia. Lecz w sensie prawnym ciało pacjenta, któremu przysługują wszystkie prawa obywatela, zmienia się w zwłoki, które są własnością państwa. Zwłoki z bijącym sercem.

- Z czego to wynika? Z upadku moralności?

- To czysty utylitaryzm. To jest myślenie, że z tego człowieka już pewnie nic nie będzie. Najwyżej będzie on gdzieś uciążliwym pacjentem w jakimś hospicjum, a tak to „pomożemy wielu potrzebującym ludziom”. I „przy okazji” pozbędziemy się kłopotów. Myślę, że jest to decydujący moment, na którym opiera się także zgoda społeczna na tę praktykę. Przy czym - u podstaw tej zgody często leży niewiedza. Ludzie nie wiedzą o tym, że ponad połowę pacjentów, u których stwierdza się śmierć pnia mózgu, można wyleczyć przy zastosowaniu hipotermii. Podam tu przykłady rzekomo beznadziejnych przypadków, gdzie stwierdzono śmierć mózgową, a ludzie żyją. Jak choćby u nas: dwudziestoletnia już Agnieszka Terlecka, której nie dawano szans na życie, a dzięki uporowi rodziców żyje i w zeszłym roku zdawała maturę. Lekarze stwierdzili śmierć pnia mózgu. Tymczasem jej ojciec zorientował się, że są jakieś szanse wyleczenia w klinice prof. Talara, i wymógł zmianę diagnozy. Któryś z lekarzy zmienił słowo „śmierć” pnia mózgu na słowo „stłuczenie” pnia mózgu. W związku z tym można było zabrać dziewczynę z tego szpitala i przewieźć do innego, bo zwłok nie wolno przewozić do innego szpitala. Zwłok z bijącym sercem również. Agnieszkę wybudzono po pięciu dniach, a z czasem całkowicie wróciła do zdrowia - do świata żywych. Inny przykład - to przypadek Zachariasza Danlopa z USA, który słyszał, jak komisja orzeka, że nie żyje. Zrządzeniem Bożej Opatrzności na jego „pogrzebie” było dwoje pielęgniarzy, jego kuzynostwo. Dokonali prostych badań dotykowych i stwierdzili, że „zmarły” żyje. Wymogli wycofanie „zwłok” z kolejki dawców. Danlop został wybudzony po kilku dniach, a po kilku miesiącach zrehabilitowany. Inny przypadek - Val Thomas z USA, której już miano pobierać narządy, a tymczasem ona się wybudziła i zaczęła mówić. Dziś robi się z nią wiele filmów dokumentalnych, no bo kiedy zwłoki... zaczęły mówić, to oczywiste, że robi się z nimi filmy...

- Śmierć mózgowa zatem ustawia człowieka w magazynie części zamiennych?

- Tak. Po to diagnozuje się śmierć mózgową, by człowiek stał się dawcą. Śmierć mózgową w Polsce diagnozuje się bardzo wcześnie, a oddech może wrócić czasami po kilku dniach. Dlatego tak szybkie diagnozowanie śmierci mózgowej jest niczym nieuzasadnione z punktu widzenia praw pacjenta. Nie wolno nie dać mu szansy na poprawę stanu zdrowia i od razu ogłaszać jego śmierć. Nie mówiąc już o tym, że to śmiercią w ogóle nie jest. Koncepcja śmierci mózgowej jest zupełnie nienaukowa i wyraźnie dopasowywana do transplantologii. Transplantolodzy żyją misją czy świadomością, że pomagają ludziom, ale nie lubią myśleć o tym, co się dzieje z dawcą. Jest całkiem spora grupa lekarzy, którzy uważają, że dawcy mogą odczuwać ból, chociaż nie na normalnym poziomie, i dlatego należy ich znieczulać. Inni twierdzą, że nie jest to konieczne, że wystarczy dać środki zwiotczające, które spowodują, że nie będzie skurczów mięśni. To jest konieczne „technicznie”, bo te „zwłoki” uciekłyby ze stołu. Taki człowiek bez znieczulenia wiłby się z bólu, kręcił. Jego reakcje byłyby tak silne, że nie można by było „spokojnie” pobierać jego narządów. Trzeba go więc sparaliżować, spowodować zwiotczenie jego mięśni... Moim zdaniem, takie pobieranie narządów to jest swoista eutanazja. W 2004 r. na Kongresie Lekarzy Katolickich w Rzymie papież Jan Paweł II podsumował dyskusję i powiedział, że człowiek nigdy nie staje się ani roślinką, ani zwierzęciem, że zawsze jest umiłowanym dzieckiem Bożym, na którym spoczywa wzrok jego Stwórcy.

O. Jacek Maria Norkowski OP jest autorem wyjątkowo ważnej książki „Medycyna na krawędzi. Ewolucja definicji śmierci człowieka w kontekście transplantacji narządów”. Ta niecodzienna książka ukazała się na rynku w ubiegłym miesiącu, lecz już teraz wiadomo, że może stać się początkiem ogólnonarodowej dyskusji na temat tego, czy państwo ma prawo decydować o naszej śmierci.
O. Jacek Maria Norkowski OP jest absolwentem Akademii Medycznej w Poznaniu. Po ukończeniu studiów medycznych wstąpił w 1982 r. do zakonu. W 1989 r. przyjął święcenia kapłańskie. W latach 90. odbył staż w centrum bioetycznym Pope John XXIII Medical-Moral Research and Education Center w Bostonie. Zaowocowało to dalszymi studiami podjętymi w Rzymie i zakończonymi na Uniwersytecie Angelicum obroną licencjatu poświęconego tematowi tzw. mózgowych kryteriów śmierci człowieka. Przed dwoma laty na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu obronił pracę doktorską z tego zakresu

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kard. Kazimierz Nycz odprawił Mszę św. dla członków Zakonu Maltańskiego

2019-06-24 19:57

kos / Warszawa (KAI)

Mszą św. w katedrze polowej damy i kawalerowie Zakonu Maltańskiego uczcili w poniedziałek święto swego patrona – św. Jana Chrzciciela. Eucharystii przewodniczył kard. Kazimierz Nycz, metropolita warszawski. W czasie Eucharystii dziękowano m.in. za piętnaście lat służby ambasadorskiej Vincenzo Manno, ambasadora Zakonu Maltańskiego w Polsce, który kończy misję dyplomatyczną w naszym kraju.

Piotr Drzewiecki

– Gromadzimy się na modlitwie w intencji całego zakonu, w intencji realizacji wszystkich dzieł, którym damy i kawalerowie służą w swej odpowiedzialności, ale równocześnie modlimy się w intencji ambasadora Vincenzo Manno w 15 rocznicę jego posługi ambasadorskiej – powiedział kard. Nycz na początku Mszy św.

Homilię wygłosił bp Andrzej Dziuba, ordynariusz diecezji łowickiej. Hierarcha nawiązując do czytań z dnia mówił o powołaniu proroków Izajasza i św. Jana Chrzciciela oraz o charytatywnej działalności Zakonu Maltańskiego w Polsce oraz osobistej misji wieloletniego ambasadora Zakonu Vincenzo Manno. – Spoglądamy na cztery piękne powołania. Powołanie Izajasza, Jana Chrzciciela, Zakonu Maltańskiego i jednego z członków tego zakonu. To były piękne i owocne lata dla Zakonu Maltańskiego w Polsce – podkreślał.

Hierarcha życzył damom i kawalerom Zakonu Maltańskiego w Polsce, aby pamiętali o swej dewizie: Tuitio Fidei et obsequium pauperum (Obrona wiary i służba ubogim).

Eucharystię koncelebrowali ks. Aleksander Seniuk, rektor kościoła Sióstr Wizytek oraz ks. Jan Dohnalik, kanclerz Kurii Ordynariatu Polowego w Polsce. We Mszy św. uczestniczyło liczne grono dam i kawalerów maltańskich.

Po Komunii świętej Jerzy Baehr, prezydent Związku Polskich Kawalerów Maltańskich podziękował ambasadorowi Vincenzo Manno za jego działalność na rzecz rozwoju Zakonu w Polsce i dobrą współpracę z damami i kawalerami zakonu.

Biskup polowy uhonorował ambasadora Manno medalem „W służbie Bogu i Ojczyźnie”, ustanowionymi z okazji setnej rocznicy powołania Biskupstwa Polowego w Polsce.

Głos zabrał także ambasador Vincenzo Manno, który ze wzruszeniem mówił o pracy w naszym kraju. Jak podkreślił jest jedynym przedstawicielem korpusu dyplomatycznego w Polsce, którego służba trwa nieprzerwanie od czasów przywrócenia w Polsce urzędu prezydenta w 1989 r. Powiedział, że szczególne więzi łączyły go z prezydentem Lechem Kaczyńskim, podziękował też swoim współpracownikom, biskupowi polowemu za możliwość sprawowania w katedrze polowej Mszy św. w święto patronalne Zakonu oraz swojej małżonce Elżbiecie. Manno przywołał też kilka inicjatyw, które podjął jako ambasador Zakonu Maltańskiego m.in. wizytę prezydenta Kaczyńskiego na Malcie i zorganizowanie wystawy na Zamku Królewskim w Warszawie, poświęconej historii zakonu.

Zakon Maltański jest najstarszym zakonem rycerskim wywodzącym się ze wspólnoty mniszej, która w poł. XI wieku utworzyła w Jerozolimie szpital i przytułek dla pielgrzymów przybywających do Ziemi Świętej.

Pierwotnie wspólnotę rycerzy nazywano Rycerzami Św. Jana od imienia patrona - Św. Jana Jerozolimskiego (stąd joannici). Następne nazwy - Zakon Rodyjski, a potem Maltański - brały się od terytoriów, jakimi dysponowali w swojej historii. Pełna nazwa jest następująca: Suwerenny Wojskowy Zakon Szpitalników św. Jana z Jerozolimy, Rodos i Malty. Powszechnie używa się nazwy Zakon Maltański. Na czele Zakonu stoi książę i wielki mistrz. Obecnie władzę tymczasową pełni Giacomo Dalla Torre del Tempio di Sanguinetto.

Działalność szpitalnicza i dobroczynna na rzecz chorych wyróżnia działania Zakonu od początku jego istnienia, aż do czasów współczesnych. Tradycja szpitalnicza i rycerska ukształtowały charakter posługi Zakonu, której dewizą stały się słowa Tuitio fidei et obsequium pauperum (z łac. Obrona Wiary i Służba Ubogim). Realizowana jest ona przez charytatywną pracę kawalerów i dam zakonu w ramach pomocy humanitarnej, medycznej i innych działań społecznych. Zakon utrzymuje stosunki dyplomatyczne z państwami – obecnie jest ich ok. 110 i ma status stałego obserwatora przy 12 organizacjach międzynarodowych, m.in. ONZ, UNESCO, FAO.

Polska wznowiła po kilkudziesięciu latach przerwy stosunki dyplomatyczne z Zakonem 6 lipca 1990 r.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem