Reklama

Głos z Torunia

Człowiek musi tworzyć

Niedziela toruńska 18/2015, str. 5

[ TEMATY ]

człowiek

Archiwum Dominika

Wypowiadam tytuł: „Zakazana miłość”. – Czytaj dalej, czytaj – niecierpliwi się Dominik. Zaczynam czytać na głos pierwsze słowa jego powieści. Dominik słucha uważnie. Początek książki zna właściwie na pamięć i gdy przerywam na chwilę, z głowy podaje kolejne zdania. Milknę, słuchając opowieści autora.

„Zakazana miłość” to pierwszy tom sagi rodu Chevalier. Rzecz dzieje się we Francji w XI wieku. Rycerz Tomasz przybywa na raut do księcia Burgundii, gdzie poznaje księżniczkę Inez: zakochują się w sobie, choć jest ona przeznaczona innemu, księciu Rudolfowi, następcy tronu Normandii. O tej powieści opowiadał mi już ks. Karol Dąbrowski, proboszcz parafii w Przysieku. Dominik kończy już pisać drugi tom sagi. Pasjonuje się historią: uwielbia „Hrabiego Monte Christo”, książki Feliksa Konecznego, a „Pana Tadeusza” czytał tyle razy, że czasami potrafi odpowiadać, cytując obszerne fragmenty z tego dzieła. Uwielbia również sport. Pewnego razu wpadł na pomysł zorganizowania Pucharu Stolic: turniej piłki nożnej, w którym będą ze sobą rywalizowały kluby ze stolic poszczególnych państw. Opisał to w liście do Michała Listkiewicza, ówczesnego prezesa PZPN, który odpowiedział mu, że jest to świetna idea.

– Mam wiele pomysłów w głowie – opowiada Dominik – ale nie jestem w stanie wcielić wszystkich w życie. Gdy to mówi, jego dłonie mimowolnie wyginają się i zaciskają na oparciach fotela. Napręża nogi i kręci głową, wykrzywiając twarz; po chwili znów się uspokaja. Z trudem wypowiada słowa, lecz nie może powstrzymać emocji podczas opowiadania o swojej powieści.

Reklama

– Dominika pechowo wypisano ze szpitala z konfliktem serologicznym i narastającą żółtaczką. W 5. dobie życia znalazł się w szpitalu dziecięcym, gdzie przeprowadzono 2 transfuzje krwi, ale niedotlenienie było już tak głębokie, że nastąpiło uszkodzenie mózgu; medyczna nazwa to: dziecięce porażenie mózgowe. Od znajomych dowiedzieliśmy się o Instytucie Budowania Ludzkich Możliwości w Filadelfii. Udało nam się tam pojechać, gdy Dominik miał 7 lat – opowiadają jego rodzice. – Był 1989 r., z trudem wyjechaliśmy z Polski. Na miejscu Dominik, po wstępnych badaniach, otrzymał zestaw ćwiczeń fizycznych, w tym oddechowych, oraz rozwijania inteligencji, które wykonywane były po powrocie do Torunia. Dzięki pomocy młodzieży z oazy przy parafii pw. Matki Bożej Królowej Polski, której opiekunem wtedy był ks. Dariusz Aniołkowski, mogliśmy wykonać bardzo wymagający program fizyczny, w tym m.in. patterning cross, który pomagał w rozluźnianiu jego ciała oraz zwiększaniu koordynacji ruchów.

Tata Dominika po pierwszej wizycie pozostał w Stanach Zjednoczonych, aby zarobić pieniądze na następne wizyty, które miały odbywać się co pół roku. Pracował w firmie polskiego emigranta przy budowie domów w okolicy miasta Trenton – stan New Jersey oraz Filadelfii. – Bibliotekarka w Trenton umożliwiła mi kontakt z dziennikarzem miejscowej gazety – opowiada tata – a w konsekwencji napisanie artykułu na temat leczenia Dominika, na który odezwała się tamtejsza Polonia, wspierając nas finansowo. Dzięki tej pomocy i zarobionym dolarom Dominik mógł kontynuować leczenie i kilka razy latać do instytutu w Filadelfii. – Robiliśmy wszystko, co w naszej mocy, ale jest też wiele osób, bez których byśmy sobie nie poradzili – zaznacza mama Dominika. – Otrzymaliśmy też wsparcie z naszej kurii biskupiej, wówczas chełmińskiej, dzięki życzliwości bp. Mariana Przykuckiego – dodaje tata.

Dziś Dominik ma 32 lata. Przez 6 dni w tygodniu fizjoterapeuci prowadzą z nim zajęcia, próbując umożliwić funkcjonowanie w jak najbardziej sprawny sposób. Posiada również wszczepiony stymulator, który sam żartobliwie nazywa „pikusiem”: wysyła on impulsy do mózgu, uspokajając w ten sposób ciało i zapobiegając jego naprężaniu się. Dzięki temu Dominik może tworzyć.

Reklama

Proces pisania nie jest łatwy. Dominik wypowiada słowa, które jego tata zapisuje na komputerze. Jednym z jego największych marzeń jest, aby „Zakazana miłość” została kiedyś wydana. Nie pisze jednak tylko dla tego – tworzenie jest celem i szczęściem samym w sobie. Każdy człowiek musi przecież tworzyć, w ten czy inny sposób, najlepiej jak potrafi, pokonując wszelkie trudności.

Po raz kolejny milknę, słuchając autora.

2015-04-28 15:53

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Anna Rastawicka: kard. Stefan Wyszyński widział w każdym człowieku dziecko Boże

2020-07-07 12:01

[ TEMATY ]

wywiad

kardynał

śmierć

człowiek

ARCHIWUM

W każdym człowieku, również w tym odnoszącym się do Kościoła z nienawiścią, kard. Stefan Wyszyński widział Boże dziecko.

Miał przekonanie, że często ludzie, którym się wydaje, że walczą z Bogiem, w istocie walczą z jakimś Jego fałszywym obrazem a prawdziwego Boga zupełnie nie znają – mówi Anna Rastawicka, jedna z najbliższych współpracownic Prymasa Wyszyńskiego. Jak podkreśla w rozmowie z KAI, Prymas Polski był głosicielem Boga Miłosierdzia.

Maria Czerska (KAI): Wybrała Pani życie konsekrowane w instytucie świeckim. Czy postać Prymasa Wyszyńskiego miała wpływ na wybór tej drogi?

- Tak. Poznałam Księdza Prymasa jako dziecko – 14 września 1952 w kościele Matki Bożej Zwycięskiej na Kamionku udzielił mi sakramentu bierzmowania. Miałam 8 lat, gdyż w tym czasie do bierzmowania przystępowało się zaraz po pierwszej komunii świętej, a ja przyjęłam Pana Jezusa mając 7 lat. Przed bierzmowaniem baliśmy się, że Ksiądz Prymas będzie nas pytał z katechizmu. Ale on pytał tylko o imię jakie sobie wybraliśmy i tak przechodził od jednego dziecka do drugiego. Pamiętam jego wysoką, ciepłą postać. I ten majestat – to mi pozostało w sercu do dzisiejszego dnia.
Gdy miałam 13 lat zaczęłam uczestniczyć w młodzieżowych spotkaniach ruchu Rodzina Rodzin. Ruch prowadziła członkini Instytutu – ciocia Lila, czyli p. Maria Wantowska. Przychodziliśmy czasem do Księdza Prymasa na opłatek, czy „jajko”. Po maturze, miałam 18 lat, gdy p. Wantowska zabrała nas do Niepokalanowa na zakończenie roku pracy formacyjnej Rodziny Rodzin. Pamiętam, odtworzyła nam wtedy nagranie kazania kard. Wyszyńskiego z 1962 r. do lekarzy. Mówił, o potrzebie obrony Kościoła przez ludzi świeckich. Zapamiętałam taką myśl – Kiedyś chciano ukamienować Chrystusa a teraz lecą kamienie na Kościół. I nie ma kto by stanął i osłonił. Pomyślałam wtedy: „czy mogłabym coś lepszego zrobić z moim życiem, niż stanąć i próbować chociaż trochę osłonić?”. I tak podjęłam decyzję o wstąpieniu do Instytutu Świeckiego Pomocnic Maryi Jasnogórskiej, Matki Kościoła (obecnie Instytut Prymasa Wyszyńskiego).

- To był dopiero początek współpracy z kard. Wyszyńskim.

Już jako członkini Instytutu, po studiach polonistycznych na Uniwersytecie Warszawskim zaczęłam pracować w Sekretariacie Prymasa Polski na Miodowej. Oprócz mnie zatrudnione tam były jeszcze 4 osoby z Instytutu. Początkowo przygotowywałam dary dla grup, które przychodziły do Księdza Prymasa na audiencje. Nie było możliwości druku, więc organizowałyśmy przepisywanie tekstów kard. Wyszyńskiego, które wręczałyśmy uczestnikom wraz ze zdjęciami Prymasa. Protestował – „Dzieci, nie róbcie tego, nie dawajcie moich zdjęć…” – „Ale Ojcze, ludzie o to proszą”. Ostatecznie pozwolił.
Po kilku latach zaczęłam pomagać naszej założycielce, p. Marii Okońskiej, w opracowywaniu redakcyjnym kazań Księdza Prymasa. Maria Okońska miała głębokie przekonanie, że każde słowo kard. Wyszyńskiego trzeba ocalić, gdyż to jest mądrość nie na jedne pokolenie. Tymczasem on mówił zawsze z głowy, nigdy nie pisał kazań, chyba, że najważniejsze cytaty. Początkowo nagrywaniem zajmowały się członkinie Instytutu, później poproszono o to księdza kapelana, który wszędzie towarzyszył Księdzu Prymasowi. Te nagrania były spisywane a następnie – właśnie przez nas – opracowywane językowo. Dzięki temu mamy 67 autoryzowanych tomów maszynopisu. Każdy po kilkaset stron.
Jeśli chodzi o nagrania, część z nich znajduje się w Polskim Radiu, które pomagało nam utrwalić je cyfrowo. We własnym archiwum mamy ok. tysiąca nagranych kazań. Posiadamy też archiwum fotograficzne z tysiącami zdjęć robionych przez m.in. br. Cypriana Grodzkiego – franciszkanina z Niepokalanowa i innych fotografów, którzy towarzyszyli Księdzu Prymasowi podczas rozmaitych uroczystości.
Natomiast fotografie prywatne, w tym również fotografie z czasu uwięzienia, wszystkie poza małymi wyjątkami, zrobiła p. Maria Okońska. Kiedy dostała przepustkę i pierwszy raz jechała do Komańczy do uwięzionego Księdza Prymasa, właśnie br. Cyprian przyniósł jej na dworzec aparat i pokazał, jak ma go obsługiwać. I chociaż uważała, że jest człowiekiem a-technicznym i rzeczywiście nie miała talentu do tych spraw, otrzymała jakąś szczególną łaskę do tego zadania. Zrobiła ich ok. 10 tys. Są w zbiorach Instytutu.
Na początku lat 90. wspomniane autoryzowane kazania kard. Wyszyńskiego zaczęły ukazywać się w edycji „Dzieła zebrane kard. Wyszyńskiego”. Do tej pory wydane zostało 20 tomów. Teksty uporządkowane są chronologicznie. Zostało jeszcze wiele do zrobienia, gdyż jesteśmy dopiero w 1967 roku.

Powiedziała Pani w jednej z rozmów: „Pamięć o kard. Wyszyńskim wydaje mi się bardzo okaleczona”. Co okalecza pamięć o kard. Wyszyńskim? - Prymas w społecznej świadomości najczęściej kojarzony jest jako bohater drugiego planu z filmów o Janie Pawle II. Stojąca w tle monumentalna, pomnikowa postać, trochę przywodząca na myśl Inkwizycję. Nieustraszony obrońca Kościoła, pancerny kardynał gromiący swoim pastorałem komunistów. Tymczasem to był człowiek wielkiej dobroci, niezwykłej wrażliwości, który na swoich nieprzyjaciół potrafił patrzeć z miłością i wyrozumiałością, bo - jak mówił - tak właśnie patrzy na nas Bóg. To był człowiek, który z takim samym szacunkiem odnosił się do najniżej i najwyżej stojących w hierarchii społecznej ludzi. Ze współczuciem potrafił dostrzec z ambony, że płacze dziecko, bo wypadł mu z ręki miś. Kard. Wyszyński zwyciężał miłością. Był jednym z najpiękniejszych duchowo ludzi, jakich spotkałam. Niestety i on sam jako człowiek i jego nauczanie są bardzo mało znane. KAI: Jakie elementy tego nauczania zostały najbardziej zapomniane?

- Przede wszystkim szacunek dla o wielkiej godności każdego człowieka. „Dziwisz się, że Bóg ciebie miłuje, bo nie znajdujesz w sobie nic, co by było dla Niego do miłowania. Ale on znajduje. Bo on widzi w Tobie swoje dziecko” - tak nauczał. I takimi właśnie oczami starał się patrzeć na innych ludzi. Widział w nich Dzieci Boże.
Jeszcze jako kleryk, przed święceniami zapisał sobie postanowienie: „Miłosierdzie Boże na wieki wysławiał będę”. Prawda o Bogu Miłosierdziu była czymś bardzo mu bliskim, choć nie łączył tego z nabożeństwem polecanym przez św. siostrę Faustynę (trzeba pamiętać, że w czasach, gdy kierował Kościołem w Polsce Stolica Apostolska zakazała tego kultu).
Pewnego razu Ksiądz Prymas mówił konferencję o miłości nieprzyjaciół. Pamiętam - często o tym opowiadam, bo mnie to szczególnie urzekło - nie mogłam zrozumieć tego jak można kochać nieprzyjaciół. Był to czas, gdy Pierwszym Sekretarzem PZPR był pan Gomułka i rzeczywiście wiele zła wyrządził Kościołowi i samemu Księdzu Prymasowi. Może krzywdy bym mu nie zrobiła, ale kochać takiego człowieka? Po konferencji zebrałam się na odwagę i zapytałam – „Ojcze, a tego Gomułkę to ty też kochasz?”. Odpowiedział: - “Aniu, przecież Bóg go kocha. To co ja mam do powiedzenia?”.
Z komunistami rozmawiał z ogromną cierpliwością. Jedna z rozmów z Gomułką i Cyrankiewiczem trwała 11 godzin. Kiedy miał odejść Gierek, Ksiądz Prymas spotkał się z nim. Pojechał nawet do niego do domu, do Klarysewa. Potem Gierek to wspominał – „On ze mną rozmawiał, jak z człowiekiem”.
Nie wszyscy rozumieli sens Porozumienia rządem w 1950 r. Przecież komuniści byli obłożeni ekskomuniką. W Watykanie, w Sekretariacie Stanu pytano ze zdumieniem - Czy Prymas z diabłem rozmawia? Odpowiadał: „Z diabłem nie, ale z ludźmi będę rozmawiał”. Miał też głębokie przekonanie, że często ludzie, którym wydaje się, że walczą z Bogiem, w istocie walczą z jakimś fałszywym obrazem Boga, z wytworzonym przez siebie majakiem, „monstrum”, którego się boją, a które z prawdziwym Bogiem nie ma nic wspólnego. Prawdziwego Boga, który jest Miłością - nie znają. Uważał, że wciąż mają szansę - bo przecież w istocie nie odrzucają Boga, tylko Jego fałszywy obraz.
Zawsze z podziwem patrzyłam na jego umiejętność łączenia miłości i prawdy. Nie zamazywał jej, nie był ugodowy, łatwy dla swoich rozmówców. Widział błędy, piętnował je ale potrafił oddzielić błąd od człowieka. Prymas - o tym się bardzo mało mówi – zawsze podkreślał, że cały ład społeczny powinien opierać się o szacunek dla człowieka. Sam ustrój, forma rządów jest w gruncie rzeczy czymś wtórnym. Zwracał na to uwagę i po wojnie, gdy zaczynał się socjalizm i w roku 1980, gdy zdawało nam się wszystkim, że koniec socjalizmu jest już bliski i że to co po nim nastąpi będzie rajem na ziemi. Podkreślał, że istotą zmiany jest wewnętrzna przemiana człowieka. Bo nie chodzi o to, by pieniądze z kasy państwowej przeszły z rąk jednych złodziei w ręce drugich złodziei, a krążąca butelka wódki z rąk jednych pijaków w ręce drugich pijaków, tylko żeby przyszło „nowych ludzi plemię”. Żyjemy już 30 lat w wolnym kraju i wciąż przekonujemy się o prawdzie tych słów.

- Prymas Wyszyński w swoim nauczaniu społecznym bardzo podkreślał też wartość codziennej pracy. W jaki sposób on sam pracował?

- Miał wielką umiejętność pracy, co wiązało się też z umiejętnością dobrego wykorzystywania czasu. O tym też pisał w swoich postanowieniach przed święceniami - trzeba cenić każdą chwilę, bo każda chwila jest w życiu ważna. Fakt, że podołał tak ogromnej pracy, jaką miał do wykonania – wydaje się cudem. Był arcybiskupem Gniezna i Warszawy. To jest obecnie 5 diecezji: warszawska, warszawsko – praska, łowicka, gnieźnieńska i bydgoska. Oprócz tego był administratorem apostolskim Ziem Odzyskanych. Wszędzie tam bierzmował, udzielał święceń. Gdy się czyta „Pro Memoria” łatwo zobaczyć jak jego dzień był wypełniony co do minuty. Przechodził od jednego zajęcia do drugiego z ogromną sprawnością.
Rano na jego biurku leżał zawsze stos korespondencji. Po godzinie - wszystko było uporządkowane. Odpisywał zawsze na każdy list, nawet dziecku. Kiedy miał napisać np. list pasterski - po prostu siadał i pisał, wiedział, co ma napisać. Na palcach jednej ręki mogę policzyć sytuacje, w których wymknęła mu się uwaga: „O, tak bym poszedł na spacer, a muszę coś pisać...”. To, czego mu naprawdę brakowało, to czasu na spokojną adorację Eucharystyczną. Pamiętam, kiedyś zatrzymał się przy mnie w kaplicy i powiedział: “Jesteś szczęśliwa, że możesz się modlić. A ja muszę gonić od jednych ludzi do drugich…” Ofiarowywał to Bogu - “To dla Ciebie, Boże, idę do tych ludzi”.
Praca była jego modlitwą, służbą Bogu poprzez służbę bliźnim. Na tej służbie był cały czas. To było jego życie, które kochał. W czasie uwięzienia największym jego bólem było to, że nie może być w czynnej służbie - w głoszeniu Słowa, w katedrze, między kapłanami. Gdy był chory i nie mógł gdzieś pojechać - był bardzo nieszczęśliwy. Zwłaszcza, gdy nie mógł pojechać na Jasną Górę. Kiedyś - pamiętam - nie mógł uczestniczyć w jakiejś uroczystość Matki Bożej i żartobliwie narzekał - “Nie chciała mnie, nie chciała. Teraz będę siedział pod murkiem...”.
Kard. Wyszyński właściwie nie miał prywatnego życia. Sam mi kiedyś powiedział: “Wiesz, ja chyba naprawdę nie mam już nic swojego”. Odpoczywał 20 minut po obiedzie. Wtedy też zresztą najczęściej przeglądał prasę i czytał.

- Jakie książki czytał?

- Czytał bardzo dużo, jednocześnie kilka książek - coś z teologii, coś z socjologii, coś z literatury. To była cała jego rozrywka - nie chodził przecież do teatru, nie oglądał telewizji. Jego ulubione książki to „Trylogia” Sienkiewicza, ale bardzo lubił też Makuszyńskiego, Tołstoja, „Chłopów” Reymonta. Po śmierci kard. Wyszyńskiego uczestniczyłam w spotkaniu z Ojcem Świętym w Rzymie. W pewnym momencie papież się zamyślił i powiedział: „Prymas to odchodził jak Boryna…”

- Kard. Wyszyński mówił o szacunku i miłości do drugiego człowieka. W jaki sposób okazywał to w życiu codziennym?

- Np. przy stole. Ksiądz Prymas nie zajmował się tylko własnym talerzem, ale rozglądał się, czy komuś czegoś nie podać. Zachęcał do jedzenia. Był uważny. Potrafił dostrzec, że ktoś jest zmęczony, że źle się czuje. Martwił się tym. W sytuacji złego samopoczucia trzeba było się naprawdę dobrze maskować, żeby go nie niepokoić. Choć czasem przeciwnie - to mogła być szansa na wyciągnięcie Księdza Prymasa na wspólny spacer i chwilę odpoczynku. Ludzie pisali do niego z prośbą o pomoc w załatwieniu zagranicznych lekarstw - pomagał, gdy tylko mógł. Dzieci prosiły o znaczki watykańskie - gdy tylko znał adres dziecka, zawsze odpisywał. Do ludzi odwiedzających go odnosił się z taką samą uwagą i szacunkiem - czy to był prosty chłop czy ważny ambasador.
Znana jest opowieść człowieka, który kiedyś, jako młody chłopak odwiedził kard. Wyszyńskiego z grupą polonijną. Był najmłodszy z tego grona. Wszyscy zajęli miejsca a dla niego akurat zabrakło krzesła. Prymas to dostrzegł, poszedł do drugiego pokoju i przyniósł krzesło. Po latach ten chłopiec ufundował pomnik kard. Wyszyńskiego u stóp Jasnej Góry.

- Dobrze znany jest szacunek kard. Wyszyńskiego do kobiet, otwartość na kobiety w Kościele oraz troska o duchowość i duszpasterstwo kobiet. Jakie elementy nauczania i postawy Prymasa wobec kobiet są do odkrycia na nowo w Kościele w Polsce?

- Przede wszystkim Ksiądz Prymas patrzył na kobietę w perspektywie planu Boga. Uważał, że i kobieta i mężczyzna mają przed sobą zadania równie ważne, choć inne. Uważał, że mają być dla siebie pomocą, co nie umniejsza znaczenia żadnego z nich. Nie chodzi o to, by ze sobą konkurowali poprzez jakieś formy feminizmu czy maskulinizmu - lecz by się dopełniali.
Kard. Wyszyński patrzył na kobietę całościowo, z szacunkiem dla wszystkich wymiarów jej powołania. Bardzo doceniał duchowe i intelektualne możliwości kobiet. Był przekonany, że Bóg je bardzo hojnie wyposażył i należy z tego korzystać. Nigdy nie dyskwalifikował kobiet, nie sprowadzał ich roli jedynie do zadań domowych. Widział wartość tego, co wnoszą w życie społeczne i życie Kościoła. Miał też świadomość wagi duszpasterstwa kobiet i szczególnych potrzeb duchowych. Powtarzał, że odejście mężczyzn od Kościoła nie jest jeszcze największym dramatem, ale odejście kobiet – jest ostateczną katastrofą.
Warto przypomnieć, że Ksiądz Prymas miał też ciekawe i konkretne propozycje rozwiązań społecznych doceniających rolę kobiety. Był przekonany, że kobieta, która wychowuje dzieci powinna otrzymywać uposażenie porównywalne do tego, jakie można uzyskać pracując zawodowo, gdyż wypełnia najważniejsze zadanie dla narodu – przedłuża jego życie. Postulował stworzenie elastycznych rozwiązań, które umożliwiałyby połączenie macierzyństwa z pracą zawodową. Zawsze stawał po stronie kobiet i w obronie kobiet. Światłem na tej drodze była dla niego Matka Boża.
Myślę, że swój naturalny, prosty stosunek do kobiet wyniósł z domu rodzinnego. Bardzo kochał swoją matkę, miał trzy siostry rodzone i jedną przyrodnią. Wszystkie okazywały mu wielkie serce. Szczególnie bliski kontakt miał ze swoją siostrą Stanisławą. To z nią pojechał na Mszę świętą prymicyjną na Jasną Górę. Ostatnią Mszę świętą przed śmiercią odprawił też dla swoich sióstr, które odwiedziły go w rocznicę sakry biskupiej, 12 maja 1981 r.

- Czy w codzienności kard. Wyszyńskiego była Pani świadkiem szczególnych ingerencji Opatrzności?

- To, co było cudem – to pokój serca, który zachował mimo wszystkich trudnych okoliczności życia. I to, że podołał tej wielkiej pracy. Jako młody człowiek, podczas własnych święceń kapłańskich marzył o tym, aby litania do Wszystkich Świętych trwała jak najdłużej. Leżąc krzyżem na posadzce bał się, że gdy wstanie, to nie utrzyma się na nogach. Zakrystianin powiedział mu wtedy – „księże, z takim zdrowiem, to lepiej od razu na cmentarz…”. Ale już następnego dnia pojechał z siostrą na Jasną Górę, na prymicję – prywatną, bez żadnych uroczystości. Mówił – pojechałem, żeby mieć Matkę, żeby stanęła przy każdej mojej Mszy świętej.

- Jak na obecną sytuację w Kościele w Polsce należałoby patrzeć z perspektywy nauczania kard. Wyszyńskiego?

- Przede wszystkim – z nadzieją. Prymas zawsze ją miał. Mówił – nie ma kryzysu Kościoła, choć może być kryzys w Kościele. Uczył, że Kościół to żyjący Chrystus a Chrystus nie umiera i nie podlega kryzysom. Kiedy pytano z niepokojem – Eminencjo co teraz będzie? Odpowiadał: „Tylko Bóg na pewno będzie, a my w Nim”

CZYTAJ DALEJ

W sprawie drugiego ślubu Jacka Kurskiego

2020-07-28 12:29

[ TEMATY ]

komentarz

ślub

opinie

PAP

Niedawno w mediach pojawiła się informacja o ślubie kościelnym Pana Jacka Kurskiego. Chciałbym choć ogólnie odnieść się do niektórych zarzutów, które pojawiły się po tym fakcie, a do napisania tego artykułu skłoniły mnie rozmowy z ludźmi, którzy wyrażali swój niepokój, a także pewne prasowe tytuły, między innymi takie jak: „Być jak Jacek Kurski. Jak unieważnić ślub kościelny”.

Oczywiście z różnych komentarzy możemy się dowiedzieć, jakie ekspresowe tempo przybrał sam proces, a także jakie znajomości i ile pieniędzy trzeba mieć, aby uzyskać stwierdzenie nieważności małżeństwa. Mam świadomość, że nie da się w krótkim tekście opisać całej procedury kanonicznej, ale kilka jej wątków może rozwiać niektóre wątpliwości, które rodzą się także w ludziach wierzących. Moim moralnym obowiązkiem jest trzymanie się faktów, a więc od początku…

Pierwszą sprawą jest terminologia. Świeccy dziennikarze zachowali pewną dozę przyzwoitości, ujmując w cudzysłów sformułowanie „rozwód kościelny”. Ostatecznie czytelnik dowie się, że w Kościele nie ma rozwodów, ale pojęcie „unieważnienia małżeństwa” jest nagminnie nadużywane.

Prawda jest taka, że biskupi nie „unieważniają małżeństwa”, a sam proces dotyczy ewentualnego stwierdzenia nieważności małżeństwa, czyli czy zaistniała ważna umowa małżeńska, czy też na skutek jakiejś przyczyny lub przyczyn małżeństwo od samego początku nie było ważnie zawarte.

Biskup diecezjalny jest oczywiście pierwszym sędzią, ale w praktyce rzadko korzysta z tego przywileju i to kolegium sędziowskie zwane składem czy turnusem, po przeprowadzeniu całego dochodzenia, wydaje decyzję w postaci wyroku.

Sprawy o stwierdzenie nieważności małżeństwa zastrzeżone są dla kolegium składającego się z trzech sędziów (czasami są wyjątki od tej zasady: jeżeli w diecezji lub sąsiednim trybunale nie ma możliwości ustanowienia trybunału kolegialnego może orzekać sędzia jednoosobowy, będący duchownym, który jednak winien sobie dobrać dwóch asesorów; w Rocie Rzymskiej zdarza się, że sądzenie spraw o nieważność małżeństwa powierzone jest kolegium składającemu się z pięciu sędziów). Rozwodów kościelnych więc nie ma, nie istnieje pojęcie „unieważnienia” małżeństwa, ale każdy z małżonków po rozpadzie związku ma prawo do procesu i do zbadania ewentualnej nieważności małżeństwa.

Czas postępowania, czyli ile trwa proces?

Nie wiem na ile fakty mieszały się z plotkami w przekazach medialnych dotyczących Pana Kurskiego, ale w jednej relacji pisano o 2-letnim procesie, w innych o trochę krótszym.

Okraszone było to czasami obraźliwymi komentarzami, ile i komu trzeba zapłacić za przyśpieszenie procesu. Nie wiem czy 2 lata procesu to jest ekspresowe tempo. Jak powinno być i ile powinien trwać proces? Prawodawca kościelny podpowiada, aby „sprawy w trybunale pierwszej instancji nie przeciągały się powyżej roku”, sędziowie i trybunały mają zatem starać się jak najszybciej, ale z zachowaniem sprawiedliwości, zakończyć sprawy. Wiadomo, że wskazany czas to pewien ideał i od obsady personalnej sądu, ilości spraw w konkretnym trybunale, miejsca przebywania stron i świadków zależy, czy da się w tym czasie przeprowadzić cały proces, ale znam sądy kościelne, które spokojnie radzą sobie z przeprowadzeniem instrukcji dowodowej i wydaniem wyroku w przeciągu roku od złożenia skargi powodowej. Zupełnie inny czas postępowania przewidziany jest na przeprowadzenie tzw. procesu skróconego, ale jest to proces rzadki, w którym nieważność małżeństwa wydaje się oczywista. Taka forma procesu zastrzeżona jest dla biskupa diecezjalnego (biskupa stojącego na czele kościoła partykularnego). Rozumiem, że czasami wierni porównują swój czas oczekiwania na wyrok czy dekret, ale proszę pamiętać, że przed wejściem w życiu dokumentu Mitis Iudex Dominus Iesus postępowanie w przypadku decyzji pozytywnej było dwuinstancyjne, a czasami sprawa trafiała do trybunału trzeciego stopnia postępowania, natomiast po reformie papieża Franciszka wyrok stwierdzający po raz pierwszy nieważność małżeństwa może stać się wykonalny (gdy strony i obrońca węzła małżeńskiego rezygnują ze złożenia apelacji) i taki sposób niewątpliwie przyczynił się do skrócenia całej procedury. Nie da się zatem jeden do jednego porównać i przełożyć procesów przed 2015 rokiem i po tym czasie.

Meritum procesu, czyli przyczyna nieważności

Tak naprawdę nie wiemy, jaka była przyczyna nieważności małżeństwa w przypadku Pana Jacka Kurskiego, a także jakie argumenty i okoliczności zostały wskazane i zebrane w instrukcji dowodowej. Fakt jest taki, że kolegium sędziowskie uznało z moralną pewnością, że wspomniane małżeństwo zostało zawarte w sposób nieważny. Nie będę wymieniał przyczyn nieważności małżeństwa, ale dotyczą one zarówno przeszkód do zawarcia małżeństwa, braku przepisanej prawem formy kanonicznej i wreszcie wad zgody małżeńskiej. Przyczyn jest sporo, ale nie oznacza to automatycznie, że dla każdego coś się trafi. Niektórzy, zaskarżając swoje małżeństwo, wskazują w skardze powodowej prawie wszystkie przyczyny wymienione w Kodeksie prawa kanonicznego, ale działa to bardziej według metody „na chybił trafił” i niekoniecznie ma przełożenie na pozytywny wyrok. Adwokaci kościelni, którzy pomagają stronom w redakcji skargi powodowej, wiedzą, że należy „dobrać” jeden lub kilka najbardziej prawdopodobnych tytułów ewentualnej nieważności, odpowiadających historii poznania się stron, kojarzenia się małżeństwa i przebiegu życia małżeńskiego. Czas trwania małżeństwa, posiadanie dzieci, błogosławieństwo papieskie nie mają aż tak wielkiego znaczenia (są to tylko okoliczności, które mogą, ale nie muszą potwierdzać domniemanie o ważności związku małżeńskiego). Należy pamiętać, że generalnie małżeństwo cieszy się przychylnością prawa i uznaje się je za ważne, dopóki nie udowodni się czegoś przeciwnego.

Zamiast zakończenia

Nie ma wątpliwości, że Pan Jacek Kurski jest osobą publiczną i w stosunku do niego łatwiej formułować zarzuty niż do wielu wiernych, którzy uzyskali pozytywny wyrok stwierdzający nieważność małżeństwa. Im nikt nie wypomina, w jakim kościele i z udziałem ilu gości brali ślub kościelny. Wydaje mi się, że nie ma co spekulować czy obligować Kościół do wypowiedzenia się w tej sprawie. Rokrocznie sądy kościelne w Polsce wydają kilka tysięcy decyzji i nie trzeba się tłumaczyć z poszczególnych wyroków. Sędziowie i współpracownicy trybunału są zobligowani do zachowania tajemnicy urzędowej i nie ma podstawy, aby formułować wnioski w stosunku do określonego sądu kościelnego, aby publicznie wypowiadał się o przebiegu tego konkretnego postępowania. Natura spraw o nieważność małżeństwa dotyczy bardzo często delikatnych i intymnych spraw, których nie powinno się ujawniać na forum publicznym.

CZYTAJ DALEJ

Biskupi z Japonii i USA wezwali do modlitwy z okazji 75. rocznicy ataków atomowych

2020-08-05 20:51

[ TEMATY ]

Nagasaki

Hiroszima

Adobe Stock

Biskupi w Japonii i Stanów Zjednoczonych wezwali do wspólnej modlitwy w związku z 75. rocznicą zrzucenia przez lotnictwo amerykańskie bomb atomowych na japońskie miasta Hiroszimę i Nagasaki.

We wspólnym apelu arcybiskup Joseph Mitsuaki Takami z Nagasaki i biskup David Malloy z Rockfordu w amerykańskim stanie Illinois ostrzegli przed nowym wyścigiem zbrojeń.

„Dopóty, dopóki będzie obowiązywał pogląd, że broń może budować pokój, trudno będzie zmniejszyć zasoby broni jądrowej, nie mówiąc już o jej likwidacji” – stwierdził 4 sierpnia w wideoprzesłaniu przewodniczący Konferencji Biskupów Japonii, abp Takami, który sam urodził się w marcu 1946 w Nagasaki. Zrzucenie bomby atomowej na swe rodzinne miasto przeżył w łonie matki. W jego rodzinie było wiele ofiar śmiertelnych.

A biskup Malloy w tym samym orędziu dodał, że wszystkie narody muszą znaleźć środki do całkowitego rozbrojenia. Podkreślił, że potrzebne jest tu wspólne zaangażowanie i zaufanie. Obaj hierarchowie wyrazili zaniepokojenie, że dotychczas niedostateczną uwagę zwraca się na niszczycielską moc broni jądrowej.

Już wcześniej o swojej solidarności z narodem japońskim zapewniła Konferencja Biskupów Katolickich USA. Wspólnie bolejemy nad losem niewinnych ludzi, którzy stracili życie na skutek zrzucenia bomb i później wskutek promieniowania, stwierdził przewodniczący episkopatu arcybiskup Los Angeles José Horacio Gómez. Jednocześnie zaapelował do przywódców państw o likwidację wszelkiego rodzaju broni masowego rażenia.

W lipcu br. episkopat Japonii ogłosił dokument w sprawie zniesienia energii nuklearnej. Obok obu miast wspomniano w nim też o skutkach stopienia reaktora w elektrowni jądrowej w Fukushimie w marcu 2011.

W dniach 6 i 9 sierpnia 1945 dwa amerykańskie samoloty wojskowe zrzuciły dwie bomby atomowe na Hiroszimę i Nagasaki. Zginęło wówczas ponad 250 tys. osób, z których część zmarła później w wyniku poparzeń i promieniowania.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję