Reklama

Głębia gestu

2015-05-26 13:34

Z bp. Adamem Bałabuchem rozmawia Agnieszka Bugała
Niedziela Ogólnopolska 22/2015, str. 14-15

Agnieszka Bugała
Zewnętrzne gesty i postawy ciała przyjęte przez świeckich podczas liturgii nie są bez znaczenia – podkreśla bp Adam Bałabuch

O „liturgicznym gorsecie”, urzeczeniu liturgią i zadaniach dla celebransów z bp. Adamem Bałabuchem – przewodniczącym Komisji Konferencji Episkopatu Polski ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów – rozmawia Agnieszka Bugała

AGNIESZKA BUGAŁA: – Liturgia to świat znaków, pod ich osłoną działa sam Bóg. Zwolennicy reform w Kościele zarzucają liturgistom, że swoimi zaleceniami krępują spontaniczność modlitwy. Czy ten „liturgiczny gorset” rzeczywiście jest bardzo ciasny?

BP ADAM BAŁABUCH: – Odkąd pamiętam, liturgia dawała mi poczucie ładu w modlitwie. Spontaniczność jest bardzo ważna, trzeba wciąż otwierać się na działanie Ducha Świętego, ale istotne jest rozumienie, że liturgiczny porządek nie jest w konflikcie z działaniem Ducha. Akceptowanie porządku liturgicznego wypływa z rozumienia jego teologicznej głębi, nie jest przypadkowym zbiorem zachowań, który ma nas krępować. Gdy tylko staramy się zrozumieć, dlaczego w taki, a nie inny sposób powinniśmy się zachowywać w czasie Mszy św., to wszystko się wyjaśnia i nie tylko przestaje nas krępować, ale też zaczyna zachwycać.

– Ale prawda jest taka, że duża część wiernych jest bierna w czasie liturgii. Tu trzeba klęknąć, tu wstać, a w tym momencie usiąść. Wtedy i wtedy wypowiedzieć określoną formułę – na pamięć, bez refleksji. Obserwując ludzi w kościołach, można odnieść wrażenie, że nie rozumieją tego, co robią, że działają jak automaty…

– Jeśli tak jest, to może jest to w jakimś stopniu nasze, duchownych, zaniedbanie, że nie dość pogłębiamy u naszych wiernych świadomość uczestniczenia w liturgii. Homilia powinna zawierać również element mistagogiczny, czyli powinna wprowadzać słuchaczy także w pogłębione uczestnictwo w liturgii, tak, by nie była ona siedmiopiętrową górą, na którą nie mogą się wspiąć, ale żeby powoli odsłaniało się piękno i głębia znaków i gestów liturgicznych. Dlatego gdybyśmy w każdej homilii przybliżyli słuchaczom choć jeden drobny szczegół dotyczący znaków czy modlitw liturgicznych, to myślę, że liturgia byłaby głębiej przeżywana przez wiernych.

– Księże Biskupie, trudno w jednej rozmowie wyjaśnić znaczenie znaków liturgii eucharystycznej, dlatego spróbujmy odnieść się tylko do tych, które budzą najwięcej niejasności.

– Zacznijmy zatem od gestu przekazywania znaku pokoju, bo jeden z ostatnich dokumentów Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów o tym właśnie traktuje.

– Przybliżając zatem treść dokumentu: na znak pokoju ściskamy rękę sąsiada czy nie?

– Uczestnicy Mszy św. przekazują sobie znak pokoju przed śpiewem „Baranku Boży” przez ukłon w stronę najbliżej stojących lub podanie im ręki.
List okólny Kongregacji „Znaczenie rytualne daru pokoju podczas Mszy św.” jasno precyzuje, że podczas przekazywania sobie znaku pokoju należy unikać przemieszczania się wiernych z ich miejsc, oddalania się kapłana od ołtarza, aby przekazać znak pokoju niektórym wiernym, czy wyrażania sobie gratulacji lub życzeń w niektórych okolicznościach (np. ślub czy święcenia).
Dobrze by się stało, gdyby udało się w sposób jasny przybliżyć wiernym znaczenie znaku pokoju w liturgii – to zadanie dla duszpasterzy.

– Dlaczego ten znak jest tak różnie wyrażany w różnych wspólnotach?

– Obowiązkiem duszpasterzy jest zadbanie o to, by znak pokoju był wyrażany w sposób właściwy, wskazany przez normy liturgiczne. Wówczas nie będzie zamieszania co do sposobu przekazywania sobie znaku pokoju.

– A w mniejszych wspólnotach?

– W małych grupach też powinniśmy zachować wyżej podane zasady.

– Pocałunku pokoju nie stosujemy?

– Nie, w Polsce nie ma takiej formy przekazywania sobie znaku pokoju.

– Czy równie jasne wskazania dotyczą czasu po przyjęciu Komunii św., a więc dziękczynienia?

– Dziękczynienie po Komunii św. to czas, który powinniśmy otoczyć szczególną troską. To naprawdę wyjątkowa chwila, żywy Bóg jest obecny w sercach tych, którzy Go przyjęli. Można wtedy śpiewać stosowne pieśni, ale też wskazane jest, by zachować chwilę ciszy. W praktyce to, jak zagospodarowany będzie czas dziękczynienia, zależy od wrażliwości celebransa.

– W „Urzeczeniu liturgią” wielki Hans Urs von Balthasar pisał, że „duchowni, w przekonaniu, że jest zbędna cisza i adoracja, albo że lud Boży zgromadzony w świątyni jeszcze do niej nie dorósł, wysilają swą fantazję, by do ostatniej sekundy wypełnić czas w sposób możliwie najbardziej pożyteczny i urozmaicony”...

– Nie tylko warto, ale trzeba dawać czas na ciszę. Trwanie w ciszy, zwłaszcza po Komunii św., jest szansą na trwanie w jedności z Tym, który zagościł w moim sercu. Nie tylko my mamy szansę wyrazić nasze osobiste uwielbienie i dziękczynienie, ale Jezus mocą Ducha Świętego ma także szansę działać w nas i mówić do naszego serca. Dziękczynienia ciągle musimy się uczyć.

– Zróbmy jeszcze krok do tyłu. W modlitwie „Ojcze nasz” stajemy przed Tatą. Czy to kwestia otwarta, jak modli się każde z dzieci?

– W czasie modlitwy „Ojcze nasz” z rozłożonymi rękoma modli się tylko główny celebrans i koncelebransi. Wierni świeccy nie rozkładają w tym czasie rąk. Wyjątek stanowi Msza św. w małej grupie, podczas której także wierni świeccy mogą modlić się z rozłożonymi rękoma. Zewnętrzne gesty i postawy ciała przyjęte przez świeckich podczas liturgii nie są bez znaczenia. Zewnętrzne przyjmowanie jednolitej postawy jest znakiem wewnętrznej jedności wspólnoty zgromadzonej wokół swojego Pana.

– Ale w kwestii Komunii św. już nie ma jedności. Wciąż istnieje rozbieżność postaw, jeśli chodzi o przyjmowanie jej?

– Konferencja Episkopatu Polski postanowiła, że wierni przyjmują Komunię św. w postawie klęczącej lub stojącej. Postawę stojącą należy zachować wtedy, gdy udziela się jej pod obiema postaciami. Często zapomina się jednak o tym, że wierni przyjmujący Ciało Pańskie w postawie stojącej powinni wcześniej wykonać skłon ciała lub przyklęknąć na jedno kolano. Komunii św. udziela się zasadniczo przez podanie Hostii wprost do ust. Jeżeli jednak ktoś prosi o Komunię św. na rękę przez gest wyciągniętych dłoni, należy mu jej udzielić w taki sposób. Trzeba wówczas zwrócić uwagę, by wierny przyjmujący Komunię św. w ten sposób spożył Ciało Pańskie wobec szafarza.

– Byłam kiedyś świadkiem takiej sytuacji w jednym z wrocławskich kościołów. We Mszy św. uczestniczyła rodzina obcokrajowców. Gdy kobieta podeszła w procesji do Komunii św. i wyciągnęła rękę, ksiądz nie udzielił jej Komunii. Napięcie rosło, wreszcie wymusił to, że otworzyła usta. Czy może tak się zdarzyć?

– Kościół w Polsce zezwolił na przyjmowanie Komunii św. na rękę i to stanowisko Episkopatu obowiązuje wszystkich szafarzy. Dlatego nie można odmówić udzielenia Komunii św. na rękę, choćby szafarz sam nie był do tego przekonany.

– A co, z obserwacji Księdza Biskupa, należy do największych naruszeń, nieporządków w liturgii?

– Trudno wskazać jedną, konkretną rzecz. Ważną sprawą jest to, aby wierni, ale także celebransi, pamiętali o tym, że liturgia jest naszym stawaniem wobec Pana Boga. To najświętsza czynność, jaką tu, na ziemi, wykonujemy. Kiedy się modlimy, istotne jest skupienie się na tym, co robimy teraz, w tym momencie. Niepokoją mnie sytuacje, kiedy zakłóca się modlitwę wspólnoty, np. trwa modlitwa wiernych, podczas której zanosimy prośby zgromadzonej wspólnoty do Boga, a tu nagle organizuje się procesję z darami i zakłóca się modlitwę Kościoła. Dla mnie zawsze dużym naruszeniem ładu liturgicznego jest rozpraszanie wiernych i zakłócanie modlitwy. Powinniśmy robić wszystko, aby pomagać uczestnikom liturgii w skupieniu oraz głębokim przeżywaniu misterium naszego zbawienia i komunii z Jezusem.

– Istnieje pokusa zagospodarowywania Mszy św. – uatrakcyjniania jej, bo przecież sama w sobie jest „nudna”... Czy trzeba coś robić, aby uatrakcyjniać Eucharystię?

– Żywe uczestnictwo we Mszy św. jest niewątpliwie dla wielu dużym problemem. Eucharystia jest źródłem i szczytem życia Kościoła. Celebrowana spokojnie i z wiarą jest sama w sobie czymś bardzo wzniosłym i pięknym. Niech świętość celebransa i wspólnoty będzie największym „uatrakcyjnieniem” Eucharystii. W ten sposób niech staje się też magnesem przyciągającym innych do uczestnictwa w Eucharystii. Nie oznacza to jednak, że nie warto zatroszczyć się też o ładnie przygotowane śpiewy, dobrze wykonującą swe zadania asystę czy wypełnione ciszą oraz uwielbieniem dziękczynienie. Dlatego ogromnie ważna jest nie tylko formacja wiernych, ale też formacja celebransów.

– Gdy św. Ojciec Pio sprawował Eucharystię, nie trzeba było niczego uatrakcyjniać ani tłumaczyć. Wszyscy widzieli pełnię, wszyscy doświadczali misterium...

– Rzeczywiście, Msze św. sprawowane przez św. Ojca Pio nie były niczym „uatrakcyjniane”, a przychodziły na nie tłumy ludzi. Przyciągał ich sposób celebrowania Eucharystii przez Ojca Pio, jego głębokie zjednoczenie z Jezusem i przeżywanie razem z Chrystusem Jego zbawczej ofiary. My, kapłani, musimy wciąż nawracać swoje serca na takie sprawowanie Eucharystii. Nie można sobie pozwolić na rutynę. To powinien być pierwszy punkt w naszym kapłańskim rachunku sumienia. Gdy biorę Hostię – czy widzę Jezusa? Czy dotykam jej w taki sposób, w jaki dotyka się Boga? Gdy celebrans pociąga swoją postawą, to może się okazać, że niewiele trzeba tłumaczyć, bo sacrum przynosi doświadczenie obecności Boga.

– A co z zaangażowaniem świeckich w liturgię?

– Tam, gdzie tylko jest to możliwe, księża powinni angażować w liturgię osoby świeckie. Źle się dzieje, gdy od początku do końca Mszy św. kapłan robi wszystko sam. Jest dużo miejsca na zaangażowanie wiernych świeckich w liturgię i powierzenie im niektórych funkcji. Są np. czytania liturgiczne, jest śpiewanie psalmu czy zanoszenie modlitwy wiernych. Myślę, że duszpasterze orientują się, kto z ich parafian może podjąć się tych zadań, po odpowiednim przygotowaniu. Zachęcam, aby angażować naszych wiernych w wypełnianie właściwych dla nich funkcji w ramach liturgii.
Musimy dobrze formować liturgicznie siebie i naszych wiernych, żebyśmy byli otwarci na łaskę Bożą, by nie pozostały nam puste ławki. Wręcz przeciwnie – niech przez naszą wiarę i zaangażowanie łaska Boża potężnie działa i odnawia nasze serca.

– Znam księży, którzy uważają, że świeccy przeszkadzają w kościele, plączą się i wtrącają...

– To na pewno nie jest właściwa postawa. Trzeba podejmować z naszymi wiernymi współpracę także na polu zaangażowania w liturgię. Doświadczenie pokazuje, że człowiek, który może wziąć za coś odpowiedzialność w Kościele, czuje się potrzebny, mocniejszy w wierze. Gwoli prawdy muszę też podkreślić, że znam wielu wspaniałych księży, którzy pięknie współpracują ze świeckimi, również włączając ich w wypełnianie właściwych dla nich funkcji w liturgii.
Zachęcam też kapłanów do zapraszania chłopców w szeregi ministrantów. Zachęcam do zapraszania dziewcząt do żeńskiej służby liturgicznej (nie są to ministrantki). Musimy mieć świadomość, że angażowanie dziewcząt i chłopców w liturgię to także działanie na rzecz powołań kapłańskich i zakonnych. Wiele powołań rodzi się w szeregach służby liturgicznej.
Troska o liturgiczną formację wiernych świeckich, począwszy od tych najmłodszych, jest naszym ważnym zadaniem.

Tagi:
Eucharystia liturgia

Zabawa w Kościół

2019-03-20 09:25

Bp Andrzej Przybylski
Niedziela Ogólnopolska 12/2019, str. 30

Eliza Bartkiewicz/episkopat.pl

Wstyd się przyznać, ale w młodości nie byłem ministrantem. Kiedy wstąpiłem do seminarium, musiałem więc szybko nadrobić tę lukę. Na szczęście wykłady z liturgiki czy asysty seminaryjne bardzo mi w tym pomogły. Jednak nie tylko one nauczyły mnie, czym tak naprawdę jest święta liturgia. Dobrze zapamiętałem jedną z pierwszych posług, w której byłem odpowiedzialny za przygotowanie okadzeń. Niestety, nie zdążyłem rozpalić węgielków na czas i kiedy zbliżała się chwila wyjścia z kadzielnicą, pomyślałem sobie naiwnie i przewrotnie, że wyjdę z nierozpalonymi węgielkami, celebrans zasypie je kadzidłem, a nikt specjalnie nie zauważy, że i tak nie ma z tego dymu. Jak pomyślałem, tak zrobiłem, żeby tylko ratować swoją głowę. Pobożny ksiądz nabierał już na małą łyżeczkę kadzidła, ale nagle zobaczył zupełnie czarne węgle w kadzielnicy. Spojrzał na mnie z uśmiechem i bez złości, życzliwie powiedział: „Idź z tym do zakrystii, nie będziemy oszukiwać Pana Boga, bo Kościół to nie zabawa!”.

Oj, zapamiętałem na całe życie te słowa. Do dziś jestem za nie wdzięczny temu kapłanowi. Zapamiętałem na zawsze, że wszystko, co Kościół czyni w liturgii, podczas Mszy św. i innych nabożeństw to nie jest tylko zabawa w jakieś poruszające znaki, to nie jest ludzki wymysł, żeby ciekawsze były kościelne obrzędy. Każdy znak w liturgii jest urzeczywistnieniem jakichś boskich rzeczywistości. Niedobrze, jeśli my, kapłani, nie podchodzimy do tych znaków i gestów z odpowiednią wiarą i pobożnością, jeśli sumiennie nie wykonujemy wszelkich gestów i czynności danych nam przez Kościół. Podobnie jest z ludźmi świeckimi. To smutne, jeśli nam zobojętniały liturgiczne znaki, postawy i gesty, jeśli bez czci odnosimy się do rzeczy poświęconych i związanych z Panem Bogiem.

Spróbujmy się temu przyjrzeć z uwagą i ożywić na nowo swoją świadomość i wrażliwość wobec rzeczy świętych w Kościele. Brak takiego szacunku nie tylko obraża Pana Boga, ale też sprawia, że coraz częściej obojętnie patrzymy na profanacje świętych znaków naszej wiary, na ich niszczenie i wyśmiewanie. A przecież my, chrześcijanie, nie bawimy się w Kościół i nie udajemy wiary, ale wierzymy głęboko i jesteśmy Kościołem Jezusa Chrystusa.

Bp Andrzej Przybylski
Biskup pomocniczy archidiecezji częstochowskiej

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Bł. ks. Michał Sopoćko
Wierzę, że on do mnie mówi

2019-04-10 10:24

Z aktorem Maciejem Małysą rozmawia Maria Fortuna-Sudor
Niedziela Ogólnopolska 15/2019, str. 20-21

Mogę powiedzieć, że błogosławiony, którego zagrałem, w pewnym sensie stanął na mojej drodze życia i od tego czasu go poznaję – mówi „Niedzieli” Maciej Małysa aktor filmowy i teatralny – odtwórca roli bł. ks. Michała Sopoćki w filmie „Miłość i Miłosierdzie”

Kadr z filmu „Miłość i Miłosierdzie”
Maciej Małys, Janusz Chabior i Kamila Kamińska – odtwórcy postaci ks. Michała Sopoćki, malarza Eugeniusza Kazimirowskiego i s. Faustyny Kowalskiej

MARIA FORTUNA-SUDOR: – Proszę powiedzieć, w jaki sposób został Pan zaangażowany do roli ks. Sopoćki w filmie „Miłość i Miłosierdzie”?

MACIEJ MAŁYSA: – Mojego bohatera miał zagrać inny aktor, ale z jakiegoś powodu zrezygnował. Okazało się, że trzeba dosyć szybko znaleźć odtwórcę ks. Sopoćki. To zadanie otrzymała moja koleżanka, która zastanawiała się, kogo do tej roli polecić. Przyznała, że szukała aktora, jak to nazwała, z wnętrzem. I jakoś tak się stało, że pomyślała o mnie. Późnym wieczorem napisała na messengerze, że ma dla mnie propozycję. Oddzwoniłem. Gdy przeczytałem scenariusz, stwierdziłem, że jestem zainteresowany rolą. Pojechałem na spotkanie z reżyserem. To był dzień imienin Michała – a więc i ks. Sopoćki, i reżysera Michała Kondrata. A na dodatek w tym dniu mijała 10. rocznica ogłoszenia spowiednika s. Faustyny błogosławionym...

– Znał Pan wcześniej historię jego życia?

– Na początku wiedziałem, że był spowiednikiem s. Faustyny. Zresztą odnoszę wrażenie, że większość osób wie na temat ks. Sopoćki niewiele. Znają św. Faustynę, św. Jana Pawła II, ale o bł. ks. Michale Sopoćce wiedzą mniej. Tymczasem to postać niesamowita. Dużo tracimy, nie znając jego życia, w które zostało wpisanych wiele niezwykłych, wręcz cudownych wydarzeń...

– Z Pana słów i gestów łatwo odczytać, że teraz może Pan długo i barwnie mówić o swym bohaterze. Jak się Pan przygotowywał do zagrania tej roli?

– Gdy już wiedziałem, że zagram spowiednika s. Faustyny, to kupiłem „Dziennik” ks. Michała Sopoćki. Zresztą nadal do niego wracam. Tam są takie myśli, których nie sposób przeczytać na raz. Sięgnąłem także po „Dzienniczek” św. Faustyny. Oczywiście, wcześniej o nim wiedziałem, ale znałem tylko fragmenty, zwłaszcza te zasłyszane przy różnych okazjach. W „Dzienniczku” odszukałem wszystkie zapiski odnoszące się do ks. Sopoćki. Poznałem, co pisała o nim św. Faustyna i co mówił jej na temat spowiednika Pan Jezus. Czytałem to wszystko z wypiekami na twarzy. Myślałem: – To o mnie! (śmiech). Wracałem do tych fragmentów i krok po kroku poznawałem niezwykłego człowieka. I powoli budowałem rolę. Pomogły także rozmowy z reżyserem, ale też z moim bratem, dla którego bł. ks. Sopoćko jest osobą bliską. Dziś mogę powiedzieć, że błogosławiony, którego zagrałem, w pewnym sensie stanął na mojej drodze życia i od tego czasu go poznaję.

– Jaki obraz człowieka, kapłana wyłania się z „Dziennika” ks. Sopoćki?

– To poważny kapłan – chociaż osoba pracująca przy filmie przekonywała mnie, że był człowiekiem pogodnym, radosnym. Z moich spostrzeżeń wynika, że miał dystans do siebie, że dużo od siebie wymagał. Przykładem mogą być uwagi zapisane, gdy skończył 79 lat i stwierdził: „...drżę na myśl, że mogę stanąć przed sądem Bożym z pustymi rękami...”. A przecież tyle zrobił! Proszę zobaczyć, jaka pokora. My z reguły jesteśmy surowi, ale dla innych, a sobie raczej pobłażamy. U niego było na odwrót – siebie widział w bardzo krytycznym świetle. Poza tym, aby zrealizować zamierzenie, nie ustawał w działaniu. Był niezwykle pracowity. Z notatek wynika, że bardzo mu zależało na ludziach. W tym, co robił, był bardzo uczciwy. Nigdy nie stwarzał wokół siebie jakiejś otoczki niezwykłości, jakiegoś szczególnego powołania. Wiemy np., że s. Faustyna pisała „Dzienniczek” na polecenie ks. Sopoćki. Już po jej śmierci ks. Michał przyznał, że polecił jej robić notatki, ponieważ był bardzo zajęty i nie zawsze miał czas, aby jej słuchać. Łatwiej mu było w wolnej chwili czytać to, co napisała. Ale ks. Sopoćko nigdy nie przypisał sobie szczególnej roli w powstaniu „Dzienniczka”. Warto przypomnieć, że wiedział, iż kult nie od razu zostanie wprowadzony, ale konsekwentnie realizował powierzone mu dzieło. Nie zrażał się przeciwnościami. Miał świadomość, że im jest trudniej, tym bardziej jego misja ma sens. Myślę, że mieć zaprzyjaźnionego takiego świętego – to supersprawa. Zresztą Jan Paweł II mówił, że warto się przyjaźnić ze świętymi, bo to jest przyjaźń na zawsze. Dlatego cieszę się, że się zaprzyjaźniłem z bł. Michałem Sopoćką. Wierzę, że on do mnie mówi.

– Jak?

– Dam przykład. Ks. Sopoćko pyta Faustynę o pewną sprawę i ona zapewnia go, że zapyta o to Pana Jezusa. Ale podczas Eucharystii, którą ks. Sopoćko odprawia, przychodzi odpowiedź. Jednak ks. Michał nie odbiera tego jako słów Jezusa, wraca do tematu w rozmowie z Faustyną, która stwierdza, że przecież Pan Jezus już mu na to pytanie odpowiedział... I stąd refleksja, że my jesteśmy tak blisko Pana Jezusa, przyjmujemy Go w czasie Eucharystii, a wciąż o Nim zapominamy. On jest, a my Go nie widzimy, nie uświadamiamy sobie Jego obecności.

– Uczestniczył Pan w watykańskiej premierze filmu. Jakie wrażenia?

– Była ekscytacja. W Watykanie widziałem film po raz pierwszy. To była wersja angielska z włoskimi napisami. Pokaz zorganizowano w sali kinowej Filmoteki Watykańskiej w Palazzo San Carlo za Spiżową Bramą. Myślałem, że to będzie większa sala, ale siedzący obok mnie dziennikarz wyjaśnił, iż od pewnego czasu premiery odbywają się właśnie w tym miejscu, które jest bardziej kameralne. Zauważyłem tam wizerunek Matki Bożej Częstochowskiej i od razu pomyślałem, że to zapewne ślad po Janie Pawle II. A w premierze uczestniczyli m.in. dostojnicy Kurii Rzymskiej, a także wikariusz generalny Zgromadzenia Księży Marianów Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny Joseph G. Roesch i były arcybiskup Palermo kard. Salvatore De Giorgi, który bardzo starannie przygotował wprowadzenie do filmu – widać było, że włożył w to wystąpienie wiele energii. Niesamowite było to, że watykańska premiera filmu odbyła się w przeddzień 60. rocznicy wprowadzenia przez Stolicę Apostolską zakazu szerzenia kultu Bożego Miłosierdzia według wizji s. Faustyny. Był to więc symboliczny moment, takie domknięcie tematu. W każdym razie dla nas, twórców filmu, ta premiera to wielkie szczęście i radość, że odbyła się właśnie w Watykanie. Bardzo chciałem tam być.

– A reakcje?

– Było dużo emocji. Zapamiętałem m.in. reakcję siedzącego obok mnie dziennikarza, który zaśmiał się głośno, gdy zobaczył, jak malarz reaguje na ciągłe uwagi Faustyny na temat powstającego obrazu. Dla mnie to było potwierdzenie, że film pokazuje w sposób naturalny to, co się wydarzyło, że nie ma w nim patosu, że wyeksponowano w nim ludzką naturę.

– Komu poleciłby Pan prawdziwą historię Miłości i Miłosierdzia?

– Jako pierwsze przychodzą mi do głowy osoby, które tej historii nie znają. Marzeniem by było, żeby ten film stał się przyczynkiem do nawrócenia. By Miłosierdzie „zadziałało” w taki sposób, że po obejrzeniu filmu jego poruszony odbiorca zaczyna na własną rękę szukać kolejnych informacji o Miłosierdziu i jego apostołach. Kolejną grupę mogą stanowić osoby, o których wspominaliśmy na początku rozmowy. To ludzie, którzy wiedzą, że ks. Sopoćko był spowiednikiem Faustyny. Być może po obejrzeniu filmu tacy widzowie zechcą bliżej poznać ks. Michała. Myślę, że na pewno ich ubogaci, jeśli wejdą w duchowość błogosławionego kapłana. Film ukazuje wiele wątków, wydarzeń, faktów, które warto poznać. Przykładem może być historia powstania pierwszego obrazu, jego niezwykłe losy. Ale warto pamiętać, co Pan Jezus powiedział na ten temat Faustynie: „Nie w piękności farby ani pędzla jest wielkość tego obrazu, ale w łasce mojej” (Dz. 313). Myślę, że o tym trzeba pamiętać, kiedy modlimy się przed obrazem Jezusa Miłosiernego czy to w Wilnie, czy w Łagiewnikach, czy w wielu innych zakątkach świata. Upowszechnieniu tej prawdy o Bożej łasce służy ten film.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Sejm przyjął ustawę maturalną!

2019-04-25 18:34

wpolityce.pl

Sejm przyjął rządowy projekt nowelizacji ustawy o systemie oświaty i ustawy Prawo oświatowe. Projekt poparło 235 posłów, przeciw było 168. Zmiany mają pozwolić na spokojne przeprowadzenie matur.

Kancelaria Sejmu/Rafał Zambrzycki
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem