Reklama

Kościół

Prokurator Witkowski: Ks. Popiełuszko umarł w bunkrze w Kazuniu [część II]

Z prokuratorem Andrzejem Witkowskim, o kazuńskiej wersji śmierci ks. Popiełuszki, rozmawia Milena Kindziuk (część II).

2026-01-19 16:43

[ TEMATY ]

Milena Kindziuk

bł. ks. Jerzy Popiełuszko

commons.wikimedia.org

Bł. ks. Jerzy Popiełuszko

Bł. ks. Jerzy Popiełuszko

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

- W najnowszej książce pt. „Bolesne tajemnice księdza Popiełuszki. Śladami prawdy” rozwija Pan Prokurator tezę, że ks. Popiełuszko nie został zamordowany 19 października i że po uprowadzeniu w okolicach Górska został przewieziony do bunkrów w Kazuniu Polskim. Czy są na dowody?

- Jest pewne, że bunkry te zostały wybrane na uwięzienie ks. Popiełuszki. Już 10 października 1984 r. zostały one w tym celu przygotowane przez poruczników: Leszka Pękalę i Waldemara Chmielewskiego. Oni sami o tym otwarcie mówili w czasie śledztwa. Po uprowadzeniu ksiądz miał zostać tam poddany szantażowi na podstawie spreparowanych fałszywek. Jeżeli to by nie pomogło i wciąż by odmawiał podpisania zobowiązania do współpracy, oprawcy mieli zastosować wobec niego tortury fizyczne.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

- Czy wiadomo, skąd wziął się pomysł przesłuchiwania księdza właśnie w bunkrze w Kazuniu?

Reklama

- Z akt procesu toruńskiego wynika, że rozeznanie co do tego miejsca miał mieć jeden z porywaczy, Waldemar Chmielewski, który latem 1984 roku przebywał na tym terenie jako instruktor na obozie harcerskim. To on miał wpaść na pomysł, by tam właśnie umieścić ks. Jerzego po uprowadzeniu. Nawet jeśli tak było, to pomysł taki musiała zaaprobować, a nawet określić tzw. „góra”. O wyborze przez sztab operacji specjalnej („górę”) bunkra na terenie leśnym w okolicach Kazunia zdecydował bowiem wzgląd na to, że był on usytuowany na terenie wojskowym, a więc był dobrze strzeżony, niedostępny dla osób postronnych, dogodny dla dojazdu środkami transportu. Wydawał się idealnym miejscem na tego rodzaju tajne operacje, które prowadziły służby wojskowe.

Milena Kindziuk

Prokurator Andrzej Witkowski

Prokurator Andrzej Witkowski

- Byłam w bunkrze w Kazuniu, wygląda przerażająco. Gdy jednak rozmawiałam z mieszkańcami okolicznych miejscowości, nikt nie potwierdził, że widział w tej okolicy ks. Jerzego. Ludzie mówili tylko, że w październiku 1984 r. widywali w tej okolicy samochody wojskowe, często nyski, które czyniły jakieś przygotowania, miały dowozić żywność, panował tam wzmożony ruch. Nikt jednak nie widział wtedy w tej okolicy samego księdza Popiełuszki. Czy to nie znaczy, że owszem, bunkier przygotowano, ale ksiądz nigdy do niego nie trafił?

- A czy wyobraża sobie pani taki scenariusz, że wojskowi wyciągają księdza z Fiata czy Nyski w środku dnia i przechadzają się z nim po lesie, kłaniając się napotkanym ludziom? Przecież przewiezienie go tam musiało się odbyć pod osłoną nocy, w ścisłej tajemnicy. Służby musiały zadbać, by w okolicy nie było żadnych świadków, by zatrzeć wszelkie ślady bytności księdza w tamtym miejscu. Tak działa cała machina, operacje specjalne prowadzi się w warunkach najdalej posuniętej tajności i dyskrecji. Nikt z zewnątrz nie mógł tego widzieć. Ani słyszeć o tym, kiedy i jak księdza tam dowieziono, w jaki sposób później z nim postępowano. Poczyniono wszelkie działania, by o to zadbać.

Reklama

Natomiast świadectwa ludzi, o których pani wspomniała, dotyczące wzmożonego ruchu w tamtej okolicy w krytycznym czasie, mają w kontekście całokształtu okoliczności miejsca i sytuacji, ogromną wartość. W mojej ocenie należy je bezzwłocznie przetworzyć na dowody o charakterze procesowym.

- Doświadczyłam także tego, że niektórzy ludzie bali się mówić, co jeszcze widzieli wtedy w okolicy kazuńskiego bunkra. „Bo mam rodzinę, dzieci, wnuki…., bo chcę żyć” – słyszałam niekiedy.

- Znam to zjawisko. Podobnie wyrażało się wielu świadków, których przesłuchiwałem w śledztwie. Wielu do dziś jest przekonanych, że po ulicach jeżdżą jeszcze ciężarówki, które – jak w czasach PRL – wjeżdżają prosto na samochody osobowe, prowokując śmiertelne wypadki kierowców lub pasażerów. W ten sposób ginęli przecież ludzie, którzy za dużo wiedzieli lub mówili na temat zbrodni na ks. Jerzym. Coś zresztą pani opowiem w tym kontekście. Kiedy prowadziłem śledztwo w sprawie ks. Popiełuszki, odebrałem niespodziewany telefon od Leszka Pękali, czyli jednego z porywaczy księdza:

- Dzień dobry, tu Leszek Pękala, czy to pan prokurator Witkowski?

- Tak, to ja, słucham pana.

- Wie pan, telefonuję po godzinach, nie wiedząc czy jeszcze pana zastanę. Ale nie mogłem z tym czekać do jutra.

- Co się stało? - pytam. – Proszę mówić!

- Panie prokuratorze, nie będę owijał w bawełnę. Proszę mi powiedzieć, czy to pana policjanci zginęli wczoraj w wypadku drogowym? Jeszcze parę dni temu z nimi rozmawiałem – słyszę w słuchawce.

Po tych słowach pan Leszek zamilkł. Jakby coś ciężkiego zawisło w atmosferze po obu stronach telefonicznego połączenia.

Reklama

- Nie, proszę pana. Moi policjanci są cali i zdrowi - odparłem. - W wypadku, o którym pan mówi, ponieśli śmierć, niestety, trzej funkcjonariusze Centralnego Biura Śledczego pełniący służbę w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Lublinie. Do tragedii doszło nad ranem pod Zamościem, gdzie jechali samochodem służbowym w celu realizacji czynności służbowych. Wtedy wszyscy trzej pasażerowie Forda zginęli na miejscu.

Czy Pękala chciał mnie wtedy ostrzec? – zastanawiałem się później.

Nie wiem tego do dziś.

- Wróćmy do Kazunia, Pan Prokurator także odwiedzał bunkier.

- Tak, to prawda. Jest tam sześć bunkrów, jeden z nich jest wskazywany jako najbardziej odpowiedni dla celów owej „operacji specjalnej” ze względów logistycznych. Wygląd i „oprawa” ścian jego głównego pomieszczenia, dopełniają reszty. Póki co, spostrzeżenia te muszą zostać procesowo zweryfikowane. Uważam, że wnętrze i bezpośrednie otoczenie bunkrów amunicyjnych w Kazuniu Polskim powinno zostać poddane stosownym czynnościom procesowym. Dziś istnieją bardzo wysublimowane metody identyfikacji śladów kryminalistycznych, także tych powstałych przed laty. Dopiero ewentualne wyniki szczegółowych badań dostarczyłyby podstaw do formułowania dalszych, jeszcze bardziej kategorycznych wniosków. Z inicjatywą w tym zakresie wystąpiłem zresztą do prokuratury IPN; poinformowano mnie, że moje pismo w tej sprawie zostało włączone w poczet toczącego się śledztwa, dlatego jedynie do tej informacji muszę ograniczyć moją wypowiedź w tym zakresie, z uwagi na tajemnice postępowania przygotowawczego.

Karol Porwich/Niedziela

KAZUŃSKA WERSJA ŚMIERCI

Panie Prokuratorze, na jakiej jeszcze podstawie twierdzi Pan, że wersja Kazunia jako miejsca śmierci ks. Jerzego jest bardziej prawdopodobna niż tzw. wersja oficjalna z datą śmierci 19 października?

Reklama

- By to wyjaśnić, potrzeba byłoby parogodzinnego wykładu. Spróbuję ująć to w skrócie.

Po pierwsze, ponad wszelką wątpliwość ustalono w śledztwie (ustalił to także red. Litka, od wielu lat rzetelny badacz tej zbrodni), że po uprowadzeniu 19 października 1984 roku około godziny 21.40, księdza Popiełuszkę umieszczono w nieustalonym dotychczas samochodzie. Nie był to pojazd służbowy departamentu IV, którym poruszali się porywacze.

Po drugie, na odcinku Bydgoszcz – Górsk obserwację za pojazdem grupy Piotrowskiego prowadzili funkcjonariusze WSW, poruszając się swoim służbowym Fiatem. Samochód wojskowych pojawił się w miejscu uprowadzenia księdza w Górsku jako trzeci pojazd, tuż za Fiatem sprawców uprowadzenia i Golfem, prowadzonym przez kierowcę księdza Waldemara Chrostowskiego. Jadący nim funkcjonariusze WSW dysponowali przepustką „W”, zwalniającą od kontroli drogowej, tego samego typu jak ta, którą posiadał kapitan Grzegorz Piotrowski.

W pojeździe wojskowych (tym trzecim) umieszczono księdza „na tyle”. Gdzie go przewieziono? Wspominałem już o przygotowaniach do uwięzienia księdza w bunkrze w Kazuniu, które trwały od 10 października 1984 roku. To w nim, na terenie wojskowym odizolowanym od otoczenia, upatrzono lokum do sfinalizowania operacji „zneutralizowania” ks. Popiełuszki. Jestem pewien, że tak właśnie się stało.

- Zagadnienie to omawia Pan Prokurator w detalach w najnowszej książce pt. „Bolesne tajemnice ks. Popiełuszki. Śladami prawdy”.

Reklama

Tak, ale są też inne publikacje potwierdzające te okoliczności.

Na przykład?

W książce pt. „Księżobójcy” wydanej w 2016 roku przez dziennikarza śledczego Leszka Szymowskiego jest zamieszczona jego rozmowa z Leszkiem Pękalą przeprowadzona w 2008 roku. Pękala mówił: ”Księdza zabrali ci wojskowi nyską. Pojechali do Kazunia. Tam go zatłukli po sześciu dniach tortur…”.

Ponadto, w jednym z wywiadów udzielonym Magdalenie T. Kot, Pękala mówił: „Nie jestem zabójcą. Nigdy nikogo nie zabiłem. (…). Nie byłem przy jego śmierci i wiem też, że nie dokonał tego Piotrowski... Myśmy zostawili księdza żywego, nawet nie pobitego. Miał owszem, związane ręce, ale nie był przez nas bity (…). Założenia były takie, by go nastraszyć, może nakłonić do współpracy”.

Pękala mówił prawdę. Później wyszło na jaw, że trzech porywaczy sprowadzono do roli tak zwanych słupów.

Wiele na ten temat pisze i mówi na swoim kanale na You Tube również znany historyk dr Leszek Pietrzak, który w latach 1991–2000 był funkcjonariuszem Urzędu Ochrony Państwa, a w latach 2006–2008 członkiem Komisji Weryfikacyjnej Wojskowych Służb Informacyjnych.

Reklama

W tej chwili materiałów na ten temat jest już bardzo dużo, nie tak, jak było w latach 80. czy nawet 90., kiedy nie istniał jeszcze IPN w obecnym kształcie. Dlatego jesteśmy w innym miejscu, jeśli chodzi o możliwość ujawniania prawdy, znamy fakty, które do tej pory były niedostępne. Z pewnością, pojawią się kolejne.

- Co jeszcze przemawia za „wersją kazuńską”?

- W śledztwie prowadzonym przeze mnie w departamencie prokuratury Ministerstwa Sprawiedliwości, już w 1991 roku wykluczono, aby bieg zdarzeń po uprowadzeniu księdza przebiegał w taki sposób, jak przyjął sąd w Toruniu w wersji oficjalnej, jakoby jego zwłoki wrzucono do Wisły na tamie we Włocławku już po upływie dwóch godzin od momentu uprowadzenia. Ten stan rzeczy został dowodowo uzupełniony i ugruntowany w 2004 roku w toku postępowania, które prowadziłem w strukturach IPN. Zebraliśmy wówczas dowody niezbicie świadczące o tym, że zwłoki księdza wrzucono do wody 25 października 1984 roku, około północy.

Jak mogły wyglądać „przesłuchania” księdza w bunkrach w Kazuniu?

Reklama

Przez kilka dni stosowano wobec niego naciski psychiczne i zapewne fizyczne, usiłując wymusić zgodę na współpracę ze służbami. W kolejnych godzinach uwięzienia ksiądz podupadał na zdrowiu. Kiedy porywano go 19 października wieczorem, już wtedy miał gorączkę i nie czuł się dobrze. Nie miał ze sobą leku, który przyjmował codziennie. Był przetrzymywany w nieludzkich warunkach, w lochu, w zimnie i dużej wilgotności, w wyczuwanej w powietrzu stęchliźnie. Funkcjonariusze państwa komunistycznego nie chcieli, by przedwcześnie z ich - rzecz jasna - punktu widzenia, „nie zabrał się”, jak mawiali w branży. Wciąż liczyli na to, że nakładające się uciążliwości, naciski, w końcu wyszukane bicie, szantaż i wymyślne groźby spowodują, że ich ofiara w końcu ulegnie. Nie „pracowali” nigdy wcześniej nad kimś, kogo prędzej czy później nie przekonali do swoich racji. Dysponowali arsenałem metod i środków z górnej półki. Ginące w oczach zdrowie księdza musieli podtrzymywać jeszcze przez jakiś czas. Ten wzgląd zdecydował, że 21 października 1984 r. do lekarki księdza, czyli do mieszkania doktor Barbary Jarmużyńskiej – Janiszewskiej w Warszawie przyszli w mundurach funkcjonariusze MO. Żądali sporządzenia listy leków, które przyjmował ksiądz.

- Pamiętam, jak pani doktor szczegółowo mi o tym opowiadała. Chciała nawet jechać z nimi i podać księdzu te leki, ale nie wyrazili na to zgody i skończyło się tylko na wskazaniu nazwy leków. Dr Jarmużyńska-Janiszewska była wtedy przekonana, że ks. Jerzy jeszcze żył.

- Niestety z przesłuchaniem świadka Barbary Jarmużyńskiej – Janiszewskiej spóźniłem się kilka miesięcy. Duża to strata dla ustaleń sprawy. Zeznawał przede mną na ten temat jedynie mąż pani doktor. Potwierdzał, że oboje z żoną mieli wtedy nadzieję, że ks. Jerzy przeżyje.

Znamienne jest, że trzy dni później, 24 października 1984 r. funkcjonariusze SB pojawili się w Szpitalu Kolejowym przy ulicy Brzeskiej. Pracowała tam lekarz med. Krystyna Pobieżyńska, która sprawowała opiekę ambulatoryjną i szpitalną nad księdzem Jerzym. Esbecy żądali od niej informacji o schorzeniach księdza i terapii leczniczej, jakiej był poddawany. Ich żądanie zostało spełnione.

- Nie mogła to być „ustawka” dla zmylenia tropów?

Ale w jakim celu? Po co bezwzględnym mordercom, zmierzającym tylko do zabójstwa uprowadzonej ofiary, potrzebny byłby instruktaż jej leczenia, by pozostawić ją przy życiu? Tu wyraźnie oprawcom zależało na podtrzymaniu księdza przy życiu, dokąd liczyli, że poddawany torturom ulegnie ich presji.

Reklama

Te moje wypowiedzi stanowią jedynie fragment, pewną część argumentacji dowodzącej, że 19 października 1984 roku był początkiem kilkudniowego męczeństwa księdza Jerzego, które doprowadziło do jego śmierci w czwartek, 25 października 1984 roku. Z najwyższym prawdopodobieństwem – było to wczesnym popołudniem. Znamienne, że później, po zamordowaniu księdza, gen. Kiszczak nakazał przeprowadzenie dezynfekcji bunkra w Kazuniu. Wyraźnie chodziło o zatarcie wszelkich śladów obecności ks. Popiełuszki w tym miejscu.

- Pan dowodzi, że ks. Popiełuszki miał trafić do tych bunkrów już rano 19 października 1984 roku.

- Taki był pierwotny plan połączony z założeniem, że w tym dniu księdza do Bydgoszczy będzie wiózł sam Chrostowski. Już wtedy, po wyjeździe z Warszawy, ksiądz miał trafić bezpośrednio do jednego z bunkrów w Kazuniu, który był przygotowany dziewięć dni wcześniej. Wiadomo także, że już przed 19 października sprawcy uprowadzenia Piotrowski, Pękala i Chmielewski spotkali się na moście w Modlinie, zapewne po to, by wyznaczyć miejsce do wrzucenia zwłok księdza do Wisły, gdyby jego „przesłuchanie” w bunkrze nie dało zakładanych rezultatów. Wszystko było gotowe - piszę o tym dokładniej w najnowszej książce.

- Co wywróciło ten plan?

- Sytuacja się zmieniła, gdy 19 października, rano, na plebanii św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu o godz. 9.00 pojawił się drugi kierowca, Marek Wilk, który przyjechał po księdza z Bydgoszczy. To on miał go zawieźć - według uzgodnień księdza Popiełuszki z księdzem Osińskim z Bydgoszczy, który zaprosił ks. Jerzego na Mszę 19 października.

Reklama

Ksiądz Jerzy, jak się okazało, zachował w tajemnicy przyjazd Marka Wilka przed żoliborskim otoczeniem. Również przed Waldemarem Chrostowskim, który miał zawieźć księdza do bydgoskiej parafii na Wyżynach jako jedyny kierowca. Nie dowiedziały się o tym także służby operacyjne SB.

Znamienne, że po wyjeździe z Warszawy, Chrostowski, jak sam stwierdził, pojechał z księdzem najpierw do Kazunia, potem wrócił do Łomianek, gdzie według uzgodnień poczynionych wcześniej na plebanii, czekał na niego Marek Wilk. O godz. 11.00 w dwa samochody jeden za drugim wyruszyły z Łomianek do Bydgoszczy.

Archiwum Muzeum bł. ks. Jerzego Popiełuszki w Warszawie

Bł. ks. Jerzy Popiełuszko

Bł. ks. Jerzy Popiełuszko

- Rozmawiałam na ten temat z Markiem Wilkiem, potwierdził, że gdy przyjechał 19 października rano do księdza Jerzego, dla jego otoczenia, jak też dla Waldemara Chrostowskiego była to niespodzianka. Ale przecież to niczego nie przesądza.

- Nie zgodzę się z panią, właśnie przesądza! W rezultacie, pojawienie się osoby z zewnątrz, radykalnie zmieniło pierwotnie przyjęte założenia operacji specjalnej. Dla służb Kiszczaka nie stanowiłoby, rzecz jasna, żadnego problemu „zneutralizowanie” (używając języka SB) osoby Wilka, droga na północ była wtedy i długa, i kręta, i wszystko było możliwe… Ale zdecydowano inaczej.

- Dlaczego inaczej?

Według moich ustaleń, z powodu ryzyka dekonspiracji szeroko zakrojonych zamierzeń kombinacji operacyjnej. Pozwolono zatem, by Chrostowski z księdzem pojechał do Bydgoszczy dlatego, że Marek Wilk był ważnym świadkiem wyjazdu.

- Zatem powstał inny plan?

Reklama

- Tak, Piotrowski z kompanami musiał w trybie nagłym jechać za księdzem do Bydgoszczy. Szybko, w dużym rozgardiaszu i chaosie, zaczęli oni organizować porwanie księdza. Jako miejsce wybrano drogę powrotną z Bydgoszczy, gdy ksiądz był jedynie ze swym kierowcą. Wiadomo, że po wyjeździe sprzed kościoła pw. Świętych Polskich Braci Męczenników w Bydgoszczy około godziny 21.20 samochód Marka Wilka odprowadził księdza do granic miasta i zawrócił. Odtąd funkcjonariusze WSW i departamentu IV MSW mogli już działać swobodnie.

- Mówiliśmy o tym w pierwszym wywiadzie, także o tym, że porywaczom, po uprowadzeniu księdza, de facto „podziękowano”

- Tak, ksiądz został przejęty przez innych funkcjonariuszy – ze służb wojskowych. Ci nigdy nie zawodzili swych wszechwładnych pryncypałów. Przewieźli księdza do Kazunia i uwięzili na dłużej w przygotowanym zawczasu bunkrze. Po upływie sześciu dni zamordowali. Poprzez uduszenie. Nieustaleni sprawcy zarzucili pętlę na szyję księdza i zaczęli go dusić.

- Jakie są dowody na uduszenie ks. Popiełuszki?

- Przede wszystkim wyniki sekcji zwłok, czyli wnioski ostatecznej opinii biegłych z Zakładu Medycyny Sądowej w Białymstoku z 30.11.1984 r. Brzmią następująco: „Wyrazem duszenia były wybroczyny podnasierdziowe (…) zmiany w obrębie oczu, a więc zasinienie powiek oraz podminowanie spojówek shemolizowanym płynem (…) a także wylewy krwawe podspojówkowe w obrębie wiotkiej tkanki okołogałkowej”.

Biegli medycy nie mieli żadnej podstawy do przyjęcia, żeby śmierć ks. J. Popiełuszki nastąpiła z powodu utopienia. Zresztą, inaczej wyglądały płuca w czasie sekcji i byłyby inne oznaki, gdy chodziło o utopienie związanego, ale jeszcze żywego człowieka.

Śmierć księdza nastąpiła w wyniku duszenia.

- Pana zdaniem zatem, „proces toruński” był starannie wyreżyserowanym spektaklem?

Reklama

Oczywiście, że tak. Podkreślali to już w 1985 roku mec. Jan Olszewski czy ks. Antoni Poniński, który z ramienia Kościoła był uczestnikiem procesu. Zresztą, nieprawidłowości były widoczne gołym okiem, np. prezes Artur Kujawa, który przewodniczył rozprawom przed toruńskim sądem wojewódzkim, stronił od szczegółów, odrzucał wnioski pełnomocników oskarżycieli posiłkowych zmierzające do ich wyjaśnienia. Ucinał wywody oskarżonych i zarządzał przerwy w rozprawach, kiedy ci nazbyt odbiegali w swych relacjach od wyuczonej wersji; gdy zagrażali owej sztucznej konstrukcji nagłą spontanicznością wypowiedzi, itd.

To dla potrzeb scenariusza owego „procesu” opracowano w Biurze Śledczym MSW tak zwaną wersję oficjalną uprowadzenia i zabójstwa księdza. Zakładała ona, iż sprawcy uprowadzenia księdza zamordowali go po dwóch godzinach od porwania, a w międzyczasie ciężko pobili na kliku postojach. Pasowało w tych okolicznościach, by zwłoki wrzucić do rzeki na tamie we Włocławku. Była najbliżej Górska. Dlatego, o czym już rozmawialiśmy, w dniu 25 października 1984 r. zwłoki księdza przywieziono z Kazunia na tamę we Włocławku i z niej wrzucono je do Wisły.

Proces toruński był nie tylko starannie wyreżyserowanym spektaklem, ale też wielkim oszustwem. Jednoznacznie określił to prof. Andrzej Gaberle, autorytet w zakresie prawa karnego, który przez lata sprawował funkcję kierownika Katedry Kryminologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. W nad wyraz profesjonalnym i rzeczowym artykule pt. „Wielki proces czy wielkie oszustwo?”, który po procesie toruńskim opublikował w prasie podziemnej pod pseudonimem Hubert Wroński, nie pozostawiał wątpliwości, że proces toruński był wielkim oszustwem.

- Pan przywołuje w swej książce także świadectwo ks. Teofila Boguckiego, proboszcza parafii św. Stanisława Kostki w Warszawie w 1984 roku.

Reklama

- Tak, on od samego początku odrzucił jako nieprawdziwą, ogłoszoną przez peerelowską propagandę, oficjalną wersję daty i przebiegu zbrodni dokonanej na księdzu Jerzym. Nie zgodził się, by tę rzekomą datę śmierci księdza Jerzego wpisano na tabliczce umieszczonej na trumnie z jego zwłokami. Zdjęcia z pogrzebu w dniu 3.11.1984 r. są powszechnie dostępne. Na tabliczce przyczepionej do trumny pominięto dzienną datę śmierci księdza, wskazując „październik 1984 roku”. Dodajmy, że świadectwo bezkompromisowej i niezłomnej postawy ks. prałata Boguckiego od lat prezentuje opinii publicznej s. Krystyna Włodarska ze Zgromadzenia Sióstr Służebniczek NMP.

O tym, co działo się z ciałem księdza Popiełuszki między 25 a 31 października 1984, w III części wywiadu.

Z prokuratorem Andrzejem Witkowskim rozmawiała Milena Kindziuk.

Oceń: +41 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Herbertowie już nie na zdjęciu zbiorowym

[ TEMATY ]

Milena Kindziuk

Red

Co chcesz nam dziś powiedzieć Drogi Panie Zbigniewie w dniu, w którym spotkałeś się już ze swą żoną Katarzyną?

Doskonale pamiętam Katarzynę Herbert, jeszcze z czasów, gdy opiekowała się bardzo chorym już mężem w domu na warszawskim Mokotowie. To tam usłyszała od niego słowa zapisane w wierszu: „Chrystusa potrzebowałem bezustannie, bo On rozumiał moje cierpienie”. Dzielnie towarzyszyła mu przez ostatnie lata życia w zmaganiach z ciężką chorobą, która na koniec pozbawiła go nawet głosu. Patrzyła, jak przykuty do łóżka, pisał jeszcze wiersze: ”Panie, dzięki Ci składam za strzykawki z igłą grubą i cienką jak włos, bandaże, wszelki przylepiec, pokorny kompres, dzięki za kroplówkę, sole mineralne…”.
CZYTAJ DALEJ

W obecności Pana człowiek odzyskuje właściwą miarę pracy i odpoczynku

2026-01-09 19:23

[ TEMATY ]

Ks. Krzysztof Młotek

Glossa Marginalia

Adobe Stock

Samuel nosi w sobie ból po odrzuceniu Saula, a Bóg kieruje go ku przyszłości. Posyła go do Betlejem, do domu Jessego, z rogiem napełnionym oliwą. Droga proroka biegnie przez napięcie polityczne, bo Saul pozostaje na tronie. W Betlejem starsi pytają o „pokój”, ponieważ przyjście Samuela oznacza sąd i słowo Pana. Samuel zaprasza Jessego i jego synów na ofiarę. W tle widać prostą prawdę, że Bóg prowadzi historię przez konkretne gesty i przez posłuszeństwo.
CZYTAJ DALEJ

Dewastacja kapliczki w Kielcach. To nie pierwszy taki przypadek w ostatnim czasie

2026-01-19 14:26

[ TEMATY ]

skandal

Kielce

dewastacja kapliczki

piła mechaniczna

Diecezja Kielecka

Dewastacja kapliczki w Kielcach

Dewastacja kapliczki w Kielcach

Bulwersujące sceny w Kielcach. Nieznani sprawcy zdewastowali kapliczkę Matki Bożej. Drewniany obiekt został najprawdopodobniej ścięty piłą mechaniczną.

Jak informuje ks. Łukasz Zygmunt, rzecznik diecezji kieleckiej w wypowiedzi dla Radia eM Kielce, o sprawie w poniedziałek, 19 stycznia zaalarmował proboszcza parafii bł. Wincentego Kadłubka w Domaszowicach, jeden z mieszkańców.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję