Reklama

Wiadomości

Ucieczka do oazy spokoju

O przyczynach i możliwych skutkach napływu do Europy wielkiej liczby uchodźców z Bliskiego Wschodu z dr. Janem Burym rozmawia Wiesława Lewandowska

2015-09-22 11:22

Niedziela Ogólnopolska 39/2015, str. 36-37

[ TEMATY ]

uchodźcy

polityka

Grzegorz Boguszewski

Dr Jan Bury

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Imigracja z krajów Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej do Europy – przede wszystkim do Niemiec i Francji – trwa od ponad dwudziestu lat. Dziś nadciąga fala uchodźców z Syrii, Iraku, Afganistanu, Libii, Somalii, tak wielka, że poszczególne kraje europejskie nie są w stanie ich przyjąć, buntują się, wręcz odmawiają pomocy...

DR JAN BURY: – Można powiedzieć, że Europa ma za swoje, gdyż od czternastu lat patrzyła obojętnie lub nawet bezpośrednio wspierała rozmaite wojenne ekscesy USA na Bliskim Wschodzie i w Afryce. Trzeba by to dziś wreszcie jasno powiedzieć, że interwencje zbrojne Stanów Zjednoczonych zamiast obiecywanej demokracji wprowadziły totalny chaos w wielu krajach arabskich i muzułmańskich; zostały tam zniszczone instytucje państwowe oraz infrastruktura, która nie jest odbudowywana. Można zatem powiedzieć, że zrujnowano perspektywy życiowe znacznej części tamtejszego młodego społeczeństwa. Trudno się więc dziwić, że od pewnego czasu zaczęło się nasilać zjawisko desperackich ucieczek, czy to w obliczu otwartej wojny, czy za chlebem.

– Dlaczego właśnie teraz nadeszła ta „kulminacyjna fala” wędrówki ludów?

– Dlatego, że dzisiejsza wojna syryjska – będąca pokłosiem wspierania przez Zachód rozmaitych bojówek w okresie arabskiej wiosny w 2011 r. i przerzucenia ich potem z Libii do Syrii – trwa już za długo i jest bardziej krwawa nawet od wojny w Iraku. Większość dzisiejszych uciekinierów pochodzi właśnie z Syrii, w której dziś wprost nie sposób doliczyć się liczby ofiar – szacuje się ją na ok. 200 tys. Walczącym tam dziś bojówkarzom – których nawet trudno nazwać opozycją przeciwko reżimowi prezydenta Al-Asada – nie udało się obalić wspieranych przez Rosję władz w Damaszku. Zachód tym razem nie interweniuje wprost, z uwagi na polityczno-militarny sojusz Syrii z Iranem, będącym już poważnym mocarstwem regionalnym. Pod pozorem wewnętrznego konfliktu syryjskich bojówkarzy z syryjskim reżimem mamy tam wciąż podsycany najprawdziwszy konflikt mocarstw, który dla samych Syryjczyków jest naprawdę wyniszczający.

– Można mówić o codziennym zagrożeniu życia?

– Niestety, tak. Mieszkająca w stosunkowo spokojnej, środkowej części Syrii rodzina żony mojego kolegi ze studiów informuje, że na Damaszek spada codziennie po kilkanaście pocisków moździerzowych. Nie ma tam wprawdzie regularnego frontu walki, ale jest strach i codzienna niepewność. Szczególnie w północno-wschodniej części kraju, kontrolowanej przez wyjątkowo bezwzględnych, radykalnych bojówkarzy islamskich, którzy mordują członków innych grup etnicznych i religijnych, prowadzą najzwyklejszą czystkę etniczną.

– Pozostaje jedynie ucieczka?

– Tak. Ci uciekinierzy, którzy teraz trafiają do Europy – nieważne, czy z Syrii, czy z Iraku – nie uciekają przed „przebrzydłym panem Asadem”, lecz przed bojówkami fanatycznego Państwa Islamskiego, które wsławiają się coraz to bardziej okrutnymi zbrodniami. Pewnie chętnie uciekliby właśnie do Al-Asada, ale na południe Syrii trudno im się przedostać właśnie z powodu owych mordujących bojówek. Pozostaje w miarę bezpieczna droga lądowa na północny zachód, czyli do Europy.

– Mające potężnych sojuszników państwo syryjskie nie może jednak wygrać wojny z bojówkami, ale czy naprawdę w żaden sposób nie może się dziś zatroszczyć o swych obywateli?

– Nie ma takich możliwości, bo syryjska armia jest w ruinie; oficjalnie liczy 360 tys. żołnierzy, ale co najmniej 100 tys. już zdezerterowało, a nie wiadomo, ilu zostało skorumpowanych i nie przejawia chęci niszczenia bojówek. Tak naprawdę, ostrożnie licząc, prezydent Al-Asad może dziś dysponować 25-30 tys. oddanych mu doborowych żołnierzy. Może też liczyć na wsparcie kilku tysięcy żołnierzy irańskich oraz bojówkarzy Hezbollahu, którzy mają religijny obowiązek wspierać swych syryjskich braci szyitów. Niedawno też ujawniono, że Rosjanie zaczęli budować pod Damaszkiem swoją drugą bazę w Syrii (mają już bazę morską w Tartusie), do której ściągają samoloty i śmigłowce... Co dalej, nie wiadomo.

– Jak na razie chyba nie ma mocnych na islamskich bojówkarzy... Dlaczego tak trudno skończyć tę wyniszczającą wojnę?

– Dlatego, że bojówkarze islamscy skądś wciąż otrzymują wsparcie, są nieustannie szkoleni i dozbrajani. Trzeba przyznać, że dżihadyści w Syrii są znakomicie uzbrojeni w nowy sprzęt. Na pewno nie kupują go na Allegro...

– Uciekinierzy często mówią, że najchętniej pozostaliby w swoim kraju. Dlaczego więc uciekają do odległej Europy, a nie do sąsiednich bogatych krajów arabskich?

– Po pierwsze dlatego, że Europę postrzegają jako oazę dobrobytu i spokoju. Nie mogą się udać do swoich braci Arabów znad Zatoki Perskiej, bo tam buduje się mury. Arabia Saudyjska postawiła elektroniczne ogrodzenie wzdłuż granicy z Jemenem... Te bogate kraje żyją sobie wygodnie i nie chcą problemów, a przybyszów akceptują jedynie jako odpowiednio limitowaną tanią siłę roboczą, której już zresztą mają pod dostatkiem. W Kuwejcie mieszka ok. 2,5 mln ludzi, z czego nie więcej niż pół miliona to prawdziwi Kuwejtczycy, pozostali to tania siła robocza, głównie z Indii, Filipin, Bangladeszu i Pakistanu.

– Dzisiejszą falę uciekinierów Europejczycy postrzegają właśnie głównie jako imigrację zarobkową. Niesłusznie?

– Kim są ci uciekinierzy i dlaczego uciekają – to powinny dobrze rozeznać służby policyjne krajów, do których przybywają. Wstępnie można zakładać, że są to przybysze z Syrii, z Iraku czy też z państw Afryki, z rejonów ogarniętych konfliktami. Postrzegamy ich jako nieszczęśników, którzy nie mają już nic do stracenia, których domy zostały zburzone, którzy potracili swoje rodziny, a w najlepszym razie tylko warunki do godnego życia.

– Już na pierwszy rzut oka można oszacować, że wśród uciekinierów przeważają młodzi mężczyźni. Jeden z polskich polityków niedawno wyraził zgorszenie, że nie zostali w swoim kraju, by go bronić...

– Zapytam: jak, po której stronie mieliby to robić? Europejscy politycy chyba nie zdają sobie sprawy z sytuacji panującej na Bliskim Wschodzie, do której, notabene, w swoim czasie sami się przyczynili!

– Faktem jest, że dzisiejszą Europą miotają sprzeczne uczucia: z jednej strony chciałaby być wspaniała i przygarnąć wszystkich, bez względu na ich pochodzenie i religię, z drugiej – panicznie boi się islamskiego terroryzmu, który być może właśnie teraz ma najlepszą sposobność, by przeniknąć do krajów europejskich. Nie ma się czego bać?

– Powiedziałbym, że Europa ma się czego bać, ale nie tylko terroryzmu. Europejskie elity chyba najbardziej boją się tego, że promowany przez nie system neoliberalnej dyktatury zostanie w pewnym momencie stłamszony właśnie przez muzułmańskich przybyszów.

– Skoro nie chcą kościołów, to będą meczety?

– Prawdziwe zagrożenie dla obecnej formy europejskiej cywilizacji nastąpi dopiero wtedy, gdy muzułmanie zaczną się politycznie organizować i będą mieli silne reprezentacje w europejskich parlamentach. To jednak, przynajmniej na razie, mało prawdopodobny scenariusz, może najszybciej realny w Niemczech i we Francji.

– Dlaczego to akurat Niemcy i Francja są do dziś krajami najbardziej otwartymi wobec arabskich przybyszów?

– Te kraje mają już odpowiednie historyczne doświadczenia; Francja z racji swych związków kolonialnych przyjmowała od dawna imigrantów z krajów arabskich, a w Niemczech dziś już przebywa ok. 2 mln Turków i przybywa też coraz więcej imigrantów z krajów islamskich. Władze niemieckie od dawna prowadzą dialog z muzułmanami, co – jak wynika z ich doświadczeń – dość skutecznie ogranicza możliwość rozwijania się islamskiego terroryzmu.

– Generalnie wśród krajów europejskich – również w Polsce – panuje obawa, wręcz niechęć do tych przybyszów z obcego kręgu cywilizacyjnego, zwłaszcza w tak wielkiej, jak nigdy dotąd, liczbie. Europa się po prostu boi!

– I – powtórzę raz jeszcze – ma za swoje! Teraz ponosi konsekwencje swojej obojętności lub wręcz udziału w rozniecaniu konfliktów na Bliskim Wschodzie. Dopiero dziś słyszy się nieśmiałe komentarze, że błędem było likwidowanie bliskowschodnich reżimów, które jednak stabilizowały sytuację w tym regionie.

– Polska premier oraz szef MON stwierdzili niedawno, że przede wszystkim trzeba umieć rozwiązywać problemy tam, na miejscu, czyli w Syrii, Libii, Iraku, Afganistanie, by naprawdę pomóc tamtejszej ludności. Co to miałoby znaczyć, Pana zdaniem?

– Naprawdę nie wiem! Zażartuję sobie, że może to przyznanie się do winy, że biorąc udział we wcześniejszym rozwiązywaniu tamtejszych problemów, ponieśliśmy jednak klęskę, czego dowodem są dzisiejsze kłopoty z uchodźcami...

– A przede wszystkim kłopot z możliwym teraz wielkim „importem” terroryzmu, któremu wcześniej chciano zapobiec właśnie poprzez interwencje zbrojne na Bliskim Wschodzie. Jak można skutecznie zminimalizować to obecne zagrożenie?

– To zadanie dla europejskich, głównie niemieckich, służb bezpieczeństwa, które muszą w miarę możliwości dokładnie prześwietlić każdego przybysza, co, oczywiście, nie będzie proste, ponieważ trudno będzie zweryfikować wiarygodność zeznań ludzi bez odpowiednich dokumentów. Na pewno trzeba wychwytywać wszelkie nieścisłości i luki w informacjach na temat losów poszczególnych osób. Moim zdaniem, pewne gwarancje dałby tu choćby przejściowy pobyt grup uchodźców właśnie w niemieckich, dobrze już wyspecjalizowanych obozach, w celu rzetelnej weryfikacji i wykluczenia osób podejrzanych o działalność terrorystyczną.

– Nie można się kierować żywiołowym odruchem serca i przyjmować ludzi do swych społeczności bez tego rodzaju weryfikacji?

– Jednak nie. Mimo że papież Franciszek namawia nas, chrześcijan, do tego odruchu serca, podobnie polski Episkopat, pomimo że niektóre polskie parafie i gminy już dziś zgłaszają gotowość do przyjmowania uchodźców, warto tę operację przeprowadzić spokojnie i metodycznie. I to przede wszystkim przed państwem stoi zadanie zorganizowania naprawdę skutecznej pomocy dla uchodźców, zapewnienie im dachu nad głową być może na wiele lat, zapewnienie pracy, nauki języka. Do tego potrzebne są profesjonalne służby.

– Polski problem polega dziś na tym, że w związku z wysokim bezrobociem zwykłych gastarbeiterów raczej nie potrzebujemy. Może co najwyżej mile widziani byliby imigranci odpowiednio wykształceni, którzy zastąpiliby tych Polaków, którzy wyjechali do Anglii, Irlandii, Niemiec.

– Obawiam się, że wśród uchodźców są przede wszystkim ludzie słabo wykształceni. Ci lepiej wykształceni przeważnie mają rodziny w innych krajach arabskich i nie muszą daleko uciekać ani wyjeżdżać za chlebem do Europy. Rodziny arabskie są zazwyczaj bardzo liczne – przeciętnie składają się z ok. 2 tys. osób! – i tradycyjnie bardzo się wspierają.

– W Polsce pojawiają się głosy, że powinniśmy przyjąć przede wszystkim syryjskich chrześcijan. Nawet wydawało się, że z Syrii uciekają tylko prześladowani chrześcijanie...

– Oczywiście, wśród uchodźców jest wielu chrześcijan, którzy uciekając przed fanatycznymi islamskimi bojówkami, przedostali się do Turcji, potem do Grecji i dalej na północ. Nie wiadomo jednak, jaki procent uchodźców stanowią właśnie syryjscy chrześcijanie. Z pewnością przeważają muzułmanie, a wśród nich syryjscy szyici oraz Kurdowie. Oczywiście, trudno zaprzeczyć, że chrześcijanie są nam, Polakom, kulturowo bliżsi niż muzułmanie, ale właśnie jako chrześcijanie i obrońcy praw człowieka powinniśmy przyjąć także muzułmanów.

– Było nie było, stoimy w Europie przed zderzeniem cywilizacji. Można zakładać, że ten proces będzie się szybko pogłębiał?

– Będzie się pogłębiał tak długo, jak długo będą trwały i będą podsycane konflikty na Bliskim Wschodzie. Najistotniejsze jest więc to, żeby ustabilizować ten region, ale tego z pewnością nie da się szybko osiągnąć.

– Dlaczego?

– O to trzeba by pytać światowe mocarstwa. Ale i tak nie będzie jednoznacznej odpowiedzi.

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Sejm: Magdalena Biejat odwołana z przewodniczenia komisji polityki społ. i rodziny

2020-01-16 13:10

[ TEMATY ]

polityka

Robert Sobkowicz / Nasz Dziennik

Biejat Magdalena

Posłanka Lewicy Magdalena Biejat została w czwartek odwołana z funkcji przewodniczącej sejmowej komisji polityki społecznej i rodziny. Na nową przewodniczącą wybrano Urszulę Rusecką (PiS). Głosowanie poprzedziła burzliwa debata i polemiki między parlamentarzystami PiS i Lewicy.

Magdalena Biejat została wybrana na przewodniczącą sejmowej komisji polityki społecznej i rodziny 14 listopada, na pierwszym posiedzeniu. Zagłosowało za nią 25 posłów, w tym członkowie Prawa i Sprawiedliwości.

Po wyborze Biejat przekonywała, że dla wszystkich członków komisji "w centrum jest człowiek, od prawa do lewa". - Możemy w różny sposób definiować najważniejsze potrzeby i sposób ich rozwiązywania, ale jestem przekonana, że będziemy potrafili ze sobą konstruktywnie współpracować, a rozwiązania, które będą wychodziły z tej komisji będą jak najlepsze dla Polek i Polaków - dodała.

Wkrótce po głosowaniu posłanka PiS Anna Siarkowska poinformowała, że tylko trzy członkinie tego ugrupowania były przeciwne wyborowi Biejat, inni albo zagłosowali "za", albo byli na posiedzeniu nieobecni. Nie przeszkodziło to PiS w złożeniu w grudniu wniosku o odwołanie lewicowej przewodniczącej.

Według Jana Kanthaka (PiS), Biejat nie może sprawować funkcji przewodniczącej komisji polityki społecznej i rodziny, bo jest osobą, która "niszczy polskie rodziny, chce zabijać poczęte dzieci, która zagraża naszej przyszłości". Odwołania Magdaleny Biejat domagała się również Konfederacja.

Sprawozdawczyni wniosku o odwołanie, posłanka Teresa Wargocka (PiS) argumentowała, że Magdalena Biejat jest jedynym przewodniczącym spośród 29 przewodniczących sejmowych komisji bez doświadczenia parlamentarnego, jest bowiem posłanką pierwszą kadencję. Biejat wytknięto też "absolutny brak aktywności" w czterech tygodniach, które nastąpiły po jej wyborze.

Zdaniem posłów PiS, przewodniczenie tej komisji powinno natomiast przypaść bardziej doświadczonej osobie. Nie bez znaczenia miał być przy tym także fakt, że jest to jedna z najbardziej obciążonych pracami komisji w Sejmie.

Jednak powodem odwołania stały się jednak także poglądy Magdaleny Biejat, które w uzasadnieniu uznano za kontrowersyjne. - Poglądy polityczne, jakie pani poseł reprezentuje w licznych wywiadach, m.in. w sprawie modelu rodziny, nie są podzielane przez większość naszego społeczeństwa. Wypowiedzi te rezonują w opinii społecznej i wywołują niezadowolenie wielu obywateli, że głosi je przewodnicząca komisji, w której zapadają decyzje o polityce państwa wobec rodzin - mówiła Wargocka.

Poseł Wargocka złożyła następnie trzy wnioski; o odwołanie Biejat z funkcji przewodniczącej komisji, o powołanie na przewodniczącą poseł Urszuli Ruseckiej (PiS) oraz o powołanie Roberta Warwasa (PiS) na zwolnione przez Rusecką stanowisko wiceprzewodniczącego.

W obronie Magdaleny Biejat stanęli posłowie Lewicy i Koalicji Obywatelskiej.

Marzena Okła-Drewnowicz (KO) poinformowała, że wytykanie braku doświadczenia parlamentarnego jest hipokryzją, gdyż przewodniczącą komisji rodziny w poprzedniej kadencji była Bożena Borys-Szopa, także po raz pierwszy zasiadająca w parlamencie. - Wtedy to państwu nie przeszkadzało? - pytała posłów PiS.

Inni parlamentarzyści argumentowali, że partia rządząca nie ma monopolu na sprawy społeczne w parlamencie. Sprzeciwiali się też temu, aby sprawy światopoglądowe czy polityczne decydowały o tym, kto ma być przewodniczącym komisji.

Sławomir Piechota (KO), przewodniczący komisji rodziny przez dwie kadencje, ubolewał, że łamany jest parlamentarny obyczaj przyznawania parytetu przewodniczenia komisjom według liczebności klubów parlamentarnych. - To bardzo niebezpieczny precedens. Sami kiedyś możecie paść ofiarą łamania tego obyczaju - mówił.

Głos zabrał też Grzegorz Braun z Konfederacji, ale zamiast uzasadniać swoją przychylność wobec wniosku PiS, skupił się głównie na krytyce postępowania tej partii. - Jedzcie tę żabę, koleżanki i koledzy, skoro umówiliście się na taki parytet - mówił, odnosząc się do podziału stanowisk w komisji.

Debata nie zmieniła jednak decyzji PiS, które mając większość w komisji, przy wsparciu Konfederacji, odwołało Magdalenę Biejat z funkcji przewodniczącej. Głosowało za tym 19 członków komisji, 12 było przeciw, nikt się nie wstrzymał.

Za wyborem Urszuli Ruseckiej opowiedziało się 18 posłów, wstrzymał się Grzegorz Braun. Na wiceprzewodniczącego wybrano też Roberta Warwasa. Po odwołaniu Biejat kluby opozycyjne KO i Lewicy opuściły posiedzenie, nie biorąc tym samym udziału w głosowaniu.

Do sejmowej komisji polityki społecznej i rodziny trafił w poprzedniej kadencji obywatelski projekt "Zatrzymaj aborcję", jednak prace nad nim nigdy się nie odbyły. Powołana w celu jego rozpatrzenia specjalna podkomisja nie zebrała się ani razu.

Projekt "Zatrzymaj aborcję" jest inicjatywą ustawodawczą zgłoszoną przez komitet inicjatywy ustawodawczej o tej samej nazwie. Został złożony w Sejmie 30 listopada 2017 przez działaczy pro-life z Fundacji Życie i Rodzina. Jego celem jest wykreślenie z ustawy o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży tzw. przesłanki eugenicznej, pozwalającej na aborcję dzieci, u których stwierdzono podejrzenie nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu. Pod projektem podpisało się 850 tys. Polaków.

CZYTAJ DALEJ

W Niepokalanowie trwa wielka ekspiacja za grzechy przeciwko życiu

2020-01-23 16:54

[ TEMATY ]

życie

aborcja

Niepokalanów

ekspiacja

Ivan Kmit/Fotolia

Życie jest największym darem Boga. Szacuje się, że w Polsce po II wojnie światowej dokonano około 40 mln aborcji.

Życie jest największym darem Boga. Szacuje się, że w Polsce po II wojnie światowej dokonano około 40 mln aborcji. Wiele rodzin, w których była aborcja cierpi z tego powodu. Cierpią matki, ojcowie ich dzieci a nawet wnuki. Aborcja to ogromna rana zadana rodzinie, rana, która ciężko się goi. Tylko Bóg, który jest Miłością może nas uleczyć. On jest większy niż wszelkie zło.

Aborcja i inne grzechy przeciwko życiu, niosą za sobą ogromne spustoszenie w postaci rozbicia rodziny, nałogów, lęków, depresji i wielu innych tragedii życiowych.

Krew niewinnie zabitych dzieci, to współczesna krew Abla, która woła o pomstę do nieba. Msza św. jako uobecnienie ofiary Jezusa na Krzyżu, gładzi nasze grzechy.
Stając w pokorze przed Bogiem bijemy się w piersi za grzechy przez nas popełnione, za grzechy w naszych rodzinach, sąsiedztwie i całej ojczyźnie.

Od marca 2019 r. codziennie o godz. 7:00 w kaplicy św. Maksymiliana w Niepokalanowie sprawowana jest Msza św. w intencji wynagrodzenia za grzechy przeciwko życiu. Wierzymy, że miłość Boża, wyrażona w dobrowolnej śmierci Jezusa Chrystusa za grzechy całego świata, jest zdolna uwolnić nas od wszelkich konsekwencji popełnionych czynów i przywrócić nam wolność. Spadła Nań chłosta zbawienna dla nas, a w Jego ranach jest nasze zdrowie (Iz 53,5).

Każdy, niezależnie czy w rodzinie były przypadki aborcji czy nie, może się dołożyć do tych codziennych Mszy św., aby wynagrodzić za popełnione zło i tym sposobem wyprosić błogosławieństwo Boże dla swoich rodzin.

Więcej:

Zobacz także: Ekspjacja w Niepokalanowie
CZYTAJ DALEJ

Poczta Polska upamiętnia wyzwolenie niemieckiego obozu KL Auschwitz

2020-01-24 10:13

[ TEMATY ]

Auschwitz

znaczek

poczta polska

Poczta Polska SA

27 stycznia trafi do obiegu emisja filatelistyczna upamiętniająca ofiary niemieckiego obozu KL Auschwitz. Znaczek „75. rocznica wyzwolenia niemieckiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego i zagłady Auschwitz” ukaże się w wielomilionowym nakładzie.

Najnowsza emisja Poczty Polskiej ma na celu upamiętnienie ofiar jednej z największych zbrodni w dziejach ludzkości. Konzentrationslager Auschwitz był miejscem masowego mordu dokonanego przez niemieckich nazistów. Szacuje się, że w wyniku ich działań zginęło ponad milion osób różnych narodowości.

– Wydany przez nas walor ma na celu przypominanie o prawdzie. W dzisiejszych czasach często jesteśmy atakowani absurdalnymi zarzutami. Poczta Polska czuje się w obowiązku, aby wykorzystując swoje wydawnictwo filatelistyczne, upamiętnić ofiary nazistowskiej zbrodni oraz przeciwstawić się działaniom zakłamującym historię katów i ich ofiar – mówi Przemysław Sypniewski, prezes zarządu Poczty Polskiej.

Autor projektu Roch Stefaniak ukazał na znaczku grafikę przedstawiającą symbol obozu Auschwitz - otwartą bramę obozową, a w nią wpisaną datę 27/I/1945 oraz napis: Niemiecki Nazistowski Obóz Koncentracyjny i Zagłady Auschwitz. Oprócz znaczka, Poczta Polska wydała kopertę FDC (Pierwszego Dnia Obiegu), na której została przedstawiona fotografia ukazująca widok z lotu ptaka na bramę byłego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau.

KL Auschwitz został przez Niemców utworzony w połowie 1940 r. na przedmieściach Oświęcimia, miasta wcielonego do III Rzeszy. Na początku przywożono tu głównie Polaków, od 1942 r. obóz stał się miejscem masowej zagłady Żydów – więzionych i mordowanych przede wszystkim w rozbudowanej na te potrzeby filii KL Auschwitz-Birkenau. To tu zginęło ok. 90 proc. ofiar całego kompleksu KL Auschwitz.

W styczniu 1945 r. wraz z ofensywą Armii Czerwonej, Niemcy ewakuowali się w pośpiechu i nie zdążyli zniszczyć obozu. Pozostały baraki, krematorium, ogrodzenia z drutów kolczastych i brama. Auschwitz stał się dla świata symbolem terroru, ludobójstwa i Szoa. Obóz wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO pod nazwą „Auschwitz Birkenau German Nazi Concentration and Extermination Camp (1940–1945)”.

Wprowadzana do obiegu emisja to już kolejne tego typu wydawnictwo Poczty Polskiej. W styczniu 2018 roku Spółka wprowadziła do obiegu znaczek okolicznościowy „Nigdy więcej! Never again!”, poświęcony ofiarom niemieckich, nazistowskich obozów koncentracyjnych zlokalizowanych na ziemiach polskich.

Wydawnictwa filatelistyczne Poczty Polskiej można kupić w placówkach pocztowych i sklepie internetowym: Zobacz

O znaczku:

autor projektu: Roch Stefaniak

liczba znaczków: 1

wartość: 3,30 zł

nakład: wielomilionowy, powtarzalny

technika druku: rotograwiura

format znaczka: 31,25 x 25,5 mm

papier: fluorescencyjny

arkusz sprzedażny: 100 znaczków

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję