Po biografiach św. Józefa, św. Piotra i Najświętszej Maryi Panny, ks. prof. Andrzej Zwoliński, kierownik katedry Katolickiej Nauki Społecznej, pochylił się nad biografią Zbawiciela. Sięgnął po apokryfy, wielkie objawienia, a także obficie korzystał ze źródeł i książek historycznych. Ksiądz profesor tłumaczy nam zarówno znaczenie teologiczne jak i tło historyczne wydarzeń, naświetla żydowskie obyczaje religijne i społeczne. Narracji towarzyszą liczne dzieła sztuki, dokumentujące ziemską biografię Zbawiciela.
O Autorze:
Andrzej Zwoliński (ur. 18 marca 1957 r. w Radwanowicach) – polski duchowny rzymskokatolicki, profesor nauk teologicznych, kapłan diecezji krakowskiej, socjolog, teolog i sektolog. Kierownik Katedry Katolickiej Nauki Społecznej w Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II w Krakowie. Doktorat z socjologii uzyskał w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Habilitował się w Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie (obecny UPJPII) z nauk teologicznych. Jest profesorem zwyczajnym Wydziału Nauk Społecznych UPJPII. Jeden z polskich teologów zajmujących się współczesnymi zjawiskami społecznymi, popularyzator nauczania społecznego Kościoła katolickiego. Autor ponad 100 dzieł z zakresu teologii i socjologii, sektologii, historii idei, katolickiej nauki społecznej, etyki życia gospodarczego, manipulacji społecznych i religioznawstwa.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Fragment książki „Jezus. Ilustrowana biografia Zbawiciela”
Reklama
ZOBACZ WIĘCEJ: ksiegarnia.niedziela.pl.

W OGRODZIE OLIWNYM
Ogród Getsemani znajdował się na zboczu Góry Oliwnej. Od Wieczernika oddzielało go około tysiąca dwustu metrów. Po odśpiewaniu podczas Paschy ostatniego przepisanego tradycją hymnu (Hallel – Ps 113–118) Jezus udał się z uczniami z Miasta Górnego do Tyropeonu, schodami (ostatnio odkrytymi) biegnącymi dzielnicą Siloe, przez Bramę Źródła i Cedron do Góry Oliwnej, a na niej do Getsemani (Gat semani = „prasa olejków”) – folwarku, który prawdopodobnie był własnością kogoś z bliskich przyjaciół Jezusa (może rodziców św. Marka?). Ogród był prawdopodobnie zamkniętą plantacją oliwek.
Potok Cedron, którego nazwa oznacza „czarny”, „zmącony”, a wywodzi się od zabrudzonej wody, jaka często nim płynie, oddziela miasto od Góry Oliwnej.
Po przybyciu na miejsce Jezus podzielił uczniów na dwie grupy: część miała usiąść we wskazanym przez Niego miejscu, a ze sobą zabrał w głąb ogrodu św. Piotra, św. Jana i św. Jakuba – świadków wskrzeszenia córki Jaira i Przemienienia na górze Tabor. Zachęcił ich do modlitwy i czuwania wraz z Nim.
Reklama
Święty Mateusz zapisał: „Począł się smucić i odczuwać trwogę. Wtedy rzekł do nich: «Smutna jest moja dusza aż do śmierci [słowa z Psalmu 43, 5]; zostańcie tu i czuwajcie ze Mną»” (Mt 26, 37 n). Jednak i to błaganie Jezusa nie było w stanie sprawić, by czuwali z Nim razem – zasypiali, a On sam musiał zmagać się z Ojcem. Jezus modlił się w pewnej odległości od wybranej trójki uczniów, „oddalił się od nich”, na „odległość około rzutu kamieniem”, a więc około trzydziestu metrów.
Cała scena była widoczna w świetle pełni księżyca, a głośna modlitwa Jezusa była dobrze przez nich słyszana. Łukasz pisze, że Jezus padł na kolana – chociaż Żydzi modlili się przeważnie na stojąco. Marek odnotował, że „padł na ziemię”, a Marek, że „padł na twarz”. Ewangeliści tylko w tym wypadku opisują pozycję Jezusa przy modlitwie – to pozycja człowieka, który utraciwszy odwagę, pada na twardą ziemię, nie mogąc się utrzymać na nogach.
Syn Boży modlił się do Ojca Niebieskiego, by Go uwolnił od „godziny”, którą Mu wyznaczył (Mk 14, 35). Prośba Jezusa nie była próbą ucieczki przed podjęciem cierpienia, ani wyrazem żalu do Ojca za Jego stanowczość, Syn Boży odwoływał się jedynie do woli Ojca, który w ostatniej chwili mógł zmienić sposób odkupienia. Nie będzie jednak rozgoryczony, gdy przyjdzie Mu być posłusznym aż do śmierci krzyżowej. Posłuszeństwo stanie się najważniejszym słowem kluczowym całej Męki Jezusa.
Reklama
Jezus prosi, by Mu zaoszczędzono „piątego kielicha”, który był przewidziany w uczcie paschalnej (wszyscy wypijali cztery rytualne kielichy: uwolnienia, wyzwolenia, odkupienia i wybrania), lecz kwestionowany. Z jego spełnieniem czeka się bowiem „aż do powrotu Eliasza”. Nazywano go popularnie „kielichem Eliasza”, jako „herolda Mesjasza”, który pojedna ludzi i przyniesie „nowy Dzień”. Jezus już wie, że ten ostatni kielich to kielich goryczy. Ojciec przeznaczył Mu kielich cierpienia. Prosi więc Ojca, aby oddalił od Niego ten kielich, „lecz nie to, co Ja chcę, ale to, co Ty niech się stanie!”.
Decyzja podjęcia męki była trudna – św. Łukasz pisze: „Pogrążony w udręce (agonii) jeszcze usilniej się modlił, a Jego pot był jak gęste krople krwi, sączące się na ziemię” (Łk 22, 44). Zjawisko krwawego potu może zaistnieć jedynie w wypadkach skrajnego napięcia. W medycynie jest znane pod nazwą „hematohydrozy” i najczęściej występuje tuż przed śmiercią. Polega na intensywnym rozszerzeniu się podskórnych naczyń włosowatych, które pękają przy zetknięciu się z rozsianymi w całej skórze gruczołami potowymi. Krew i pot mieszają się, a po przedostaniu się na powierzchnię krew krzepnie, padając na ziemię razem z obfitym potem. Łukasz, jako lekarz, dobrze opisał to zjawisko.
Słowo agonia u Greków oznaczało to, co wymagało wielkiego wysiłku duchowego i fizycznego. Odnosiło się pierwotnie do agonu – czyli współzawodnictwa woźniców lub atletów walczących o zwycięstwo aż do ostatecznego wycieńczenia. Z czasem „agonia” zyskała znaczenie ostatecznego zmagania się ze śmiercią. Późniejsze znaczenie tego słowa to strach i niepokój, a szczególnie ten niepokój, który towarzyszy ostatniej walce ze śmiercią. Jezus osłabł tak bardzo, że Bóg Ojciec uznał za konieczne posłać anioła, by Go pokrzepił. Aniołowie teraz wspierają Go w chwilach agonii.
Reklama
W ogrodzie Getsemani w Jezusie spełniają się słowa zapowiedziane przez proroka Izajasza: „zdruzgotany za nasze winy. Spadła Nań chłosta zbawienna dla nas” (Iz 53, 5); oraz tajemnicze słowa wielu psalmów, w tym te: „Ciąży nade mną Twoje oburzenie. Sprawiłeś, że wszystkie twe fale mnie dosięgły. (...) Nade mną przeszły Twe gniewy i zgubiły mnie Twoje groźby” (Ps 88). 323
Ostateczna decyzja Jezusa jest świadoma i całkowicie dobrowolna. Mówi do uczniów: „Oto nadeszła godzina i Syn Człowieczy będzie wydany w ręce grzeszników. Wstańcie, chodźmy! Oto blisko jest mój zdrajca” (Mt 26, 45–46).
Reklama
Stromym zboczem Góry Oliwnej nadchodziła już uzbrojona grupa prowadzona przez Judasza, który „znał to miejsce” (J 18, 2). Było to około drugiej w nocy. Marek pisze o tej grupie jako „zgrai z mieczami i kijami” (Mk 14, 43), a Jan wspomina też o niesionych przez nich latarniach i pochodniach. Była to zapewne grupa mieszana, złożona ze straży świątynnej, stróżów pałacowych i kilku legionistów z rzymskim oficerem (J 18, 12), dzięki któremu zatrzymanie miało charakter w pełni prawny. Judasz podszedł do Jezusa i pozdrowił Go tradycyjną formułą: Szalom, aleicha Rabbi u-Mori (Pokój Tobie, mój Rabbi i Mistrzu). Następnie Go ucałował, co było wcześniej umówionym znakiem: „Ten, którego pocałuję, to właśnie On”. W mroku nocy, nawet przy pochodniach, w zagajniku, łatwo było o pomyłkę. Pocałunek był rodzajem przypieczętowania losu Jezusa. Według tradycji Żydów do umierającego przychodzi sam Bóg – Ojciec, który zniża się do swego syna i w pocałunku odbiera mu daną kiedyś duszę. Sprawiedliwy umiera w momencie pocałunku otrzymanego od Boga. Bóg posługuje się złym uczniem, aby przeznaczonemu na śmierć posłać pocałunek. To znak dla zgrai z mieczami („Jego pochwyćcie!”), ale i dla samego Jezusa.
Pojmany się nie bronił. Zapytał ich: „Kogo szukacie?”. Wołają, że szukają Jezusa z Nazaretu. Więc nierozpoznany jeszcze przez nich mówi: „To ja jestem!” – przypominają słowa Boga, będące odpowiedzią na pytanie Mojżesza, kim jest: „Jestem, który jestem” (Wj 3, 14). I wtedy, w tej właśnie chwili Piotr, odważny i impulsywny Szymon-Piotr, wyciągnął z pochwy miecz i począł nim zadawać razy. Obciął ucho jakiemuś pachołkowi arcykapłana. Usłyszał od Jezusa słowa:
„Schowaj miecz swój do pochwy, bo wszyscy, którzy za miecz chwytają, od miecza giną” (Mt 26, 52). I dotykając owego człowieka, Jezus go uzdrowił. Święty Jan, piszący po upływie dość długiego czasu od tych wydarzeń, mógł powiedzieć, że ów ranny nazywał się Malchus. Synoptycy imię to przemilczeli zapewne dlatego, że – jak chce tradycja – Malchus nawrócił się po tym cudzie i za jego życia byłoby niebezpieczne dla niego przypominać ten wypadek. Jezus zakazał przemocy swoim uczniom: nie mogło więc być mowy o rozpoczynaniu bitwy. „Wyszliście z mieczami i kijami jak na zabójcę? Gdy codziennie bywałem u was w świątyni, nie podnieśliście rąk na Mnie, lecz to jest wasza godzina i panowanie ciemności” (Łk 22, 52–53). Ale już Go pojmali i uprowadzili.
Jezus pomyślał też o praktycznym szczególe, pytając: dlaczego Go nie pojmali na stopniach świątyni, gdy nauczał? Ale tego właśnie oni chcieli uniknąć – nie chciano skandalu. Pojmany w osamotnieniu, potajemnie, będzie bez swoich zwolenników. Cała akcja pojmania miała miejsce pośród wielu pielgrzymów, którzy pokotem spali na zboczu Góry Oliwnej, pod gołym niebem, jak to mieli w zwyczaju. Trzeba było ostrożności, by ich nie pobudzić. Głęboki sen uczniów był całkowicie „normalny” – spali, jak wszyscy o tej godzinie nocy.
Jednym z elementów Męki Jezusa było Jego absolutne osamotnienie, opuszczenie przez wszystkich. W swojej męce cierpiał katusze, które zadali Mu ludzie, lecz w godzinie agonii dodatkowo cierpi przez osamotnienie, poczucie niezrozumienia, nieobecność bliskich Mu uczniów, pozostawienie Go samego przed tym wszystkim, co niósł ze sobą krzyż. Jezus szukał trochę pociechy, przynajmniej u trzech najbliższych sercu przyjaciół, ale oni usnęli zmorzeni trudami Wielkiego Czwartku. I tak Jezus został osamotniony, zupełnie opuszczony. (…)
