To jedna z tych książek, przy czytaniu których trudno nie uronić łzy. Wspomnienia dr. Johna Bruchalskiego wywołują bowiem głębokie wzruszenie. To zarazem jedna z tych książek, które niosą wielką nadzieję w obecny, jakże niespokojny czas.
Autor pochodzi z polskiej, katolickiej rodziny o głęboko zakorzenionej pobożności. Jednak studia medyczne oraz utytułowani profesorowie, na uznaniu których mu zależało, dość szybko zmienili jego światopogląd. „Minęły czasy, kiedy chrześcijanie potrafili żyć swoją wiarą na oczach świata” – usłyszał kiedyś od rozgoryczonego ojca. Zignorował te słowa, dał się przekonać argumentacji, że musi oferować swym pacjentkom kompletny „pakiet” usług, łącznie z aborcją, i postępować zgodnie z obowiązującymi w klinikach procedurami. „Tłumaczyłem sobie, że pewnie i tak nie będę miał wyboru – jeśli naprawdę chciałem zająć się w przyszłości ginekologią i położnictwem, musiałem nauczyć się wykonywać tego rodzaju zabiegi – zwierza się dr Bruchalski. – Miałem poczucie, że zmieniam życie tych kobiet na lepsze, dając im dostęp do antykoncepcji i pozwalając świadomie kontrolować własną płodność”. Autor tej książki traktował przerywanie ciąży jako „akt współczucia wobec kobiet żyjących w ubóstwie, w trudnych związkach czy po prostu przytłoczonych myślą o macierzyństwie”.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
Wiele dramatycznych przeżyć nałożyło się na siebie – w tym najpierw zagłuszony w sumieniu głos Matki Bożej z Guadalupe: „Dlaczego Mnie ranisz?” – zanim dr John Bruchalski zmienił swoje postępowanie. Nie był bowiem nigdy cynicznym lekarzem, słynął z pełnego dobroci i profesjonalizmu traktowania swoich pacjentek. Kluczowym momentem stało się zrozumienie przez niego, że opiekując się kobietą w ciąży, ma walczyć także o dziecko w jej łonie, że jego obowiązkiem jest każdorazowe dbanie o zdrowie de facto dwojga pacjentów.
„Moje nawrócenie z aborcji na medycynę chroniącą życie” to zapis wstrząsającego, ale też pełnego otuchy świadectwa. Książka oświetla okoliczności, w jakich aborcja stała się akceptowana na światową skalę, a jednocześnie przedstawia możliwości działania Pana Boga w świecie poprzez każdego z nas.
Fragment książki Moje nawrócenie z aborcji na medycynę chroniącą życie. Do kupienia w naszej księgarni!: ksiegarnia.niedziela.pl.

CZŁOWIEK WAŻĄCY PÓŁ KILOGRAMA
1989 – NORFOLK, WIRGINIA
To kolejna pracowita noc w Szpitalu Ogólnym w Norfolk (Norfolk General Hospital). Spieszę przez oddział położniczy, gdzie roi się od pielęgniarek oraz rodzących kobiet i gdzie nieustannie dochodzą mnie rytmiczne dźwięki wydawane przez monitory rejestrujące tętno płodów. Zatrzymuję się przed salą porodową, przy wiszącej na ścianie karcie pacjentki, do której mnie wezwano. Zdejmuję zegarek, przypinam go do troczka od spodni chirurgicznych i przygotowuję się na ciężką noc odbierania porodów.
Reklama
W środku, na łóżku porodowym leży drżąca kobieta, łzy spływają jej po policzkach, gdy pielęgniarka naciska przycisk, by odchylić ją do tyłu. Jej stopy uniesione są wyżej niż głowa, by zapobiec temu, co zwykle dzieje się w takich salach. Zastaję ją w aktywnej akcji porodowej, jest w szóstym miesiącu ciąży. To 22. tydzień, więc jej syn nie ma jeszcze rozwiniętych płuc, by przeżyć poza łonem matki, nawet przy całej dostępnej nam w 1989 roku aparaturze ratującej życie. Po przejrzeniu stron historii choroby pacjentki nakreślam jej realne możliwości dalszego postępowania. Moglibyśmy spróbować powstrzymać skurcze, aby dać dziecku większą szansę na przeżycie, ale wiązałoby się to z ryzykiem wystąpienia infekcji wewnątrzmacicznej w nadchodzących tygodniach, aż do momentu, gdy dziecko będzie gotowe, by przeżyć poza jej ciałem. Możemy też pozwolić, by poród postępował naturalnie, co prawdopodobnie oznaczałoby narodziny dziecka 18 tygodni przed terminem. Choć wielu lekarzy i wiele matek wolałoby w takiej sytuacji dopuścić samą naturę do działania, ta pacjentka jasno daje do zrozumienia, że tego nie chce. A ja, jako jej lekarz, pragnę tego samego, co ona. Razem zrobimy wszystko, co tylko możliwe, aby zatrzymać akcję porodową i dać jej największą szansę na pomyślne zakończenie ciąży.
Mówię więc pacjentce, że przez wenflon na grzbiecie dłoni podam jej lek spowolniający skurcze. Ma już pięciocentymetrowe rozwarcie, ale jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, skurcze powinny ustąpić w ciągu godziny. Nasze spojrzenia spotykają się ponownie. Widzę w jej oczach strach i troskę o życie dziecka. Kiwa głową, a następnie spogląda na papier z czerwonymi liniami, powoli wysuwający się z monitora obok łóżka. Wewnątrz maszyny igła kreśli czarną linię w górnej części strony – to szybkie, cichutkie bicie serca jej dziecka. Bum bum, bum bum, bum bum. Kobieta nie może się już doczekać dnia, w którym wreszcie przytuli swoje maleństwo, ale tej nocy oboje jesteśmy zdeterminowani, by zachować je bezpiecznie w jej łonie.
Pod linią pokazującą rytm pracy serca jej dziecka zaczyna się wznosić inny wykres – to nagła fala nowego skurczu narasta i przybiera na sile. Kobieta wykonuje głęboki wydech i mocno chwyta poręcze łóżka. Wyczuwam, że jej reakcja wynika nie tylko z fizycznego bólu porodowego, ale także z lęku przed możliwym rozczarowaniem, jaki mogą przynieść kolejne chwile. Gdy skurcz ustępuje, zwracam się do niej z uśmiechem i delikatnie kładę dłoń na jej ramieniu.
– Proszę wytrzymać – mówię cicho. – Leki niedługo zaczną działać.
Na jej twarzy rysuje się ulga, napięcie powoli ustępuje. Cofam się o krok, przekonany, że obraliśmy właściwy sposób, by zatrzymać akcję porodową. Do pokoju zagląda pielęgniarka.
– Panie doktorze, jest pan potrzebny w sąsiedniej sali.
– Proszę spróbować się rozluźnić – przypominam matce. – Wrócę za chwilę, żeby sprawdzić, jak się pani czuje.
Reklama
W sąsiednim pokoju witam kobietę, która również wydaje się być w piątym lub szóstym miesiącu ciąży. Spoglądam na jej kartę przyjęcia: pacjentka zgłosiła się sama, nie korzystając wcześniej z opieki prenatalnej. Mówi, że rano zaczęły odchodzić jej wody, ale skurczy jeszcze nie ma. Zadaję standardowe pytania: kiedy miała ostatnią miesiączkę, czy to jej pierwsza ciąża, czy cierpi na jakieś alergie. Patrzy w podłogę i odpowiada półgłosem. Jest w 21. albo 22. tygodniu, sama nie wie tego do końca, a ja nie drążę tematu.
– Chcę, żeby to się skończyło – mówi stanowczo, po raz pierwszy patrząc mi w oczy.
Zapisałem w dokumentacji, że pacjentka chce przerwać ciążę i dość szybko przeprowadziłem resztę wywiadu medycznego. Gdyby była otwarta na poznanie wszystkich możliwości dalszych działań, to oczywiście postarałbym się je przedstawić. W praktyce miała przed sobą dwie drogi. Mogła zostać w szpitalu kilka dni i czekać, aż poród rozpocznie się samoistnie, co niemal na pewno zakończyłoby się poronieniem. Jeśli jednak do tego by nie doszło, mogła wrócić do domu i cierpliwie czekać, aż płód osiągnie wiek umożliwiający przeżycie – około 26. tygodnia. W międzyczasie możliwe byłoby nagromadzenie się wystarczającej ilości płynu owodniowego i po dłuższej hospitalizacji, kilka tygodni później, mogłaby urodzić zdrowe dziecko. Jeśli jednak płyn by się nie odtworzył, wpłynęłoby to na jego rozwój i groziłoby niepełnosprawnością. Oba rozwiązania dawały nadzieję na szczęśliwe zakończenie, ale niosły też ryzyko infekcji i wymagały długiego pobytu w szpitalu. Uznałem jednak, że pacjentka nie będzie chciała o tym wszystkim słuchać, więc zrezygnowałem zarówno z wyjaśnień, jak i z dokładnego badania położniczego.
Reklama
Istniała też trzecia możliwość – rozwiązanie, które stosowałem już wielokrotnie u innych pacjentek. Nie wiązało się ono ani z ryzykiem infekcji wewnątrzmacicznej, ani z urodzeniem niepełnosprawnego dziecka, ani z wysokimi kosztami hospitalizacji. Była to opcja, którą – jak przypuszczałem – pacjentka mogła wybrać: doprowadzenie do porodu od razu. Sztuczne wywołanie porodu w przypadku płodu zbyt niedojrzałego, by mógł przeżyć poza łonem matki, przy jednoczesnych oznakach zagrożenia infekcją u kobiety, jest legalną i mało inwazyjną metodą zakończenia ciąży. Nie lubiłem myśleć o takim postępowaniu jako o aborcji, lecz jako o rozwiązaniu najlepiej chroniącym zdrowie kobiety.
– Powiedziałam, że po prostu chcę to z siebie wyrzucić – powtarza, tym razem wyraźnie zirytowana.
Siadam na stołku obok łóżka pacjentki, by lepiej zrozumieć jej sytuację. Widzę, że nieobecnym wzrokiem wpatruje się w ścianę naprzeciwko, mówiąc, że ta ciąża była nieplanowana. Początkowo chciała dziecka, ale teraz, gdy zaangażowanie jej partnera słabnie, nie potrafi wyobrazić sobie samotnego macierzyństwa. Poza tym długa hospitalizacja i leżenie w łóżku, by utrzymać ciążę do momentu bezpiecznego porodu, również nie wchodzą w grę – nie stać jej ani na nieprzewidziane wydatki, ani na przerwę w pracy. Tym samym adopcja także nie jest możliwa. Miała już dwie aborcje i sądzi, że w obecnej sytuacji czeka ją kolejna. Mówi, że nigdy nie chciała, by sprawy potoczyły się w ten sposób, i że pragnie tylko zakończyć ten koszmar i zacząć wszystko od nowa. Ma dość. Patrząc teraz na swoje dłonie, stanowczo domaga się, bym zakończył ciążę i wywołał poród – na co jestem gotów się zgodzić.
Reklama
Spotykałem już wiele kobiet w podobnej sytuacji – pozbawionych wsparcia emocjonalnego i finansowego, potrzebnego, by wychować dziecko – i za każdym razem pęka mi serce na ten widok. Moja pacjentka jest w położeniu, w którym żadna kobieta nie chciałaby się znaleźć. Według mojej oceny, jeśli teraz wywołamy poród, płuca płodu nie będą wystarczająco rozwinięte, aby oddychać, nawet przy wspomaganiu tlenem. Choć zawsze jestem gotów zrobić wszystko, co w mojej mocy, by ratować życie nienarodzonych dzieci, to dziś nie chce tego moja pacjentka. Szanuję jej decyzję i – biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności, na które nie ma wpływu – rozumiem, dlaczego uważa przerwanie ciąży za jedyne możliwe wyjście.
Skinieniem głowy przywołuję pielęgniarkę dyżurną, a ta podchodzi do aparatu przy łóżku mojej pacjentki i naciska przycisk, by go wyłączyć. Podczas specjalizacji uczono nas, by w takich sytuacjach oszczędzić kobiecie dźwięku bicia serca płodu. Upiorna cisza zastępuje równomierny rytm pracy monitora. Przerywam milczenie, mówiąc pacjentce, że podajemy jej w kroplówce oksytocynę, aby pobudzić skurcze.
– Dobrze – odpowiada – muszę być dziś wieczorem gdzie indziej.
Prosi o znieczulenie zewnątrzoponowe. Mówię jej, że zorganizuję dla niej anestezjologa i że przykro mi, iż sprawy potoczyły się w ten sposób...
