Nagroda „Superbohaterki” dla osoby kojarzonej z aborcją dziecka w zaawansowanej fazie ciąży nie jest po prostu decyzją „kontrowersyjną”. Kontrowersji w mediach nie brakuje. Tym razem chodzi o coś więcej: o publiczne, uroczyste i symboliczne odwrócenie pojęć. O moment, w którym śmierć zaczyna być opowiadana językiem odwagi, a moralny wstrząs - językiem postępu.
Trzeba nazwać rzecz po imieniu: nie jest cywilizacją życia wspólnota, która nagradza śmierć słownikiem heroizmu. Nie jest postępem sytuacja, w której czyn budzący głęboki sprzeciw sumienia przedstawia się jako znak nadziei, odwagi i bezkompromisowości. To nie jest zwykła zmiana akcentów. To przebudowa słownika moralnego - nie po to, by lepiej opisać rzeczywistość, lecz po to, by odebrać człowiekowi zdolność odróżniania dobra od zła.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Św. Jan Paweł II pisał w Evangelium vitae: „Tak więc sumienie, jakby zaćmione przez uwarunkowania społeczne i kulturowe, z coraz większą trudnością rozróżnia między dobrem i złem w sprawach dotyczących fundamentalnej wartości ludzkiego życia”. Te słowa brzmią dziś z uderzającą aktualnością. Bo właśnie o zaćmienie sumienia toczy się gra. Nie o jednorazowy medialny skandal, ale o długofalową pedagogikę przyzwyczajania: najpierw zmienia się słowa, potem emocje, a na końcu same kryteria moralne.
Reklama
Mechanizm jest aż nazbyt czytelny. Najpierw zabicie dziecka nazywa się „zabiegiem”. Potem sprawcę ogłasza się „superbohaterką”. Następnie dopisuje się opowieść o „trosce”, „odwadze”, „pomocy” i „prawach”. A na końcu oczekuje się od opinii publicznej nie tylko milczenia, ale jeszcze oklasków. W tej opowieści nie ma już dziecka - jest tylko „przypadek”. Nie ma ofiary - jest „decyzja”. Nie ma dramatu sumienia - jest „walka o prawa”. A kto próbuje przywrócić właściwe znaczenie słowom, ten natychmiast zostaje oskarżony o fanatyzm, radykalizm albo brak empatii.
Właśnie dlatego tak porażający jest nie tylko sam tytuł „Superbohaterki”, ale również cała symboliczna oprawa tego wydarzenia: nagroda pieniężna, publiczne brawa, a nawet wręczenie narzędzia służącego do aborcji próżniowej. To już nie jest zwykły gest poparcia. To rodzaj świeckiego rytuału, w którym przemoc ubiera się w kostium troski, a śmierć otrzymuje estetykę postępu. Nie mamy tu do czynienia z obroną konkretnego czynu, lecz z jego afirmacją.
Nagroda zawsze jest aktem pedagogicznym. Mówi wspólnocie, co należy podziwiać, komu bić brawo, jaki typ postawy uznać za wzorcowy. Jeśli więc nagradza się osobę łączoną z działaniem prowadzącym do śmierci dziecka zdolnego do życia poza organizmem matki, to nie jest to już jedynie relatywizm moralny. To próba ustanowienia nowej normy: normy, w której nie bohaterem jest ten, kto chroni życie, lecz ten, kto potrafi je unicestwić, a potem opowiedzieć o tym językiem troski i praw.
Reklama
Zbigniew Herbert w Przesłaniu Pana Cogito zostawił wezwanie, które w takich chwilach brzmi jak moralny dzwon: „Idź wyprostowany wśród tych co na kolanach”. To wezwanie nie do pychy, ale do wierności sumieniu. Do zachowania pionu wtedy, gdy świat próbuje wmówić człowiekowi, że pion jest fanatyzmem, a kapitulacja - dojrzałością. Herbert wiedział, że największa próba przychodzi nie wtedy, gdy zło pokazuje swoją brutalną twarz, lecz wtedy, gdy przebiera się za dobro, postęp i wrażliwość.
Chrześcijanin nie może wobec tego pozostać obojętny. W biblijnej perspektywie jednym z najcięższych oskarżeń wobec społeczeństwa jest właśnie zamiana porządków: nazywanie zła dobrem, a dobra złem; ciemności światłem, a światła ciemnością. Dlatego pęknięcie języka jest zawsze czymś więcej niż problemem semantycznym. Jest pęknięciem duchowym. Gdy słowa tracą związek z prawdą, sumienie zaczyna błądzić po omacku.
Jan Paweł II przypominał też z mocą: „Naród, który zabija własne dzieci, jest narodem bez przyszłości”. To zdanie przez lata budziło sprzeciw tych, którzy chcieli je uznać za zbyt ostre. A jednak dziś widać wyraźnie, że nie było w nim przesady, lecz trzeźwa diagnoza. Społeczeństwo, które nie tylko godzi się na eliminację najsłabszych, ale jeszcze uczy się ją podziwiać, uderza w same fundamenty własnej przyszłości.
Sprawa wyróżnienia Gizeli Jagielskiej jest więc nie tyle skandalem obyczajowym, ile znakiem epoki. Epoki, która chce wychować ludzi do zachwytu nad tym, co powinno budzić sprzeciw. Epoki, która każe bić brawo tam, gdzie człowiek przyzwoity powinien raczej zamilknąć z bólu i przerażenia. Epoki, która nie tyle walczy z sumieniem, ile usiłuje je uśpić.
Dlatego dziś nie wystarczy samo oburzenie. Potrzeba odzyskiwania słów. Potrzeba odwagi nazywania rzeczy po imieniu. Potrzeba obrony sumienia przed presją języka, emocji i medialnych rytuałów. Bo jeśli zgodzimy się, by świat stanął na głowie, to wkrótce może się okazać, że także nasze sumienia nauczono chodzić w dół, a nie ku górze.
