Zacznijmy od rzeczy, która brzmi niemal jak metafora, a przecież jest bardzo konkretna. Ojciec jest „kierowcą Matki Bożej”. Kim właściwie jest kierowca Maryi?
Nazywam się ojciec Karol Bilicz. Jestem paulinem. I rzeczywiście, tak o sobie mówimy, choć to określenie jest bardziej obrazowe niż urzędowe. W rzeczywistości, w dekrecie od naszego przełożonego, jesteśmy referentami do spraw nawiedzenia Matki Bożej. Ale to drugie określenie niewiele mówi. „Kierowca Maryi” jest proste, konkretne i od razu zrozumiałe. Pokazuje, że to jest droga, że to jest konkretna posługa. A my jesteśmy tymi, którzy mają pomóc tę drogę przeprowadzić.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Ilu jest takich kierowców w Polsce?
Dwóch. Oprócz mnie jest jeszcze ojciec Józef Stępień. Zmieniamy się w tej posłudze, bo peregrynacja nie zatrzymuje się w jednym miejscu. Maryja jedzie dalej, z parafii do parafii, z jednej wspólnoty do drugiej. A my mamy tylko pomóc, żeby ta droga mogła się toczyć spokojnie i bezpiecznie.
Jak prowadzi się samochód, w którym jedzie Maryja?
Reklama
To jest przede wszystkim większa świadomość odpowiedzialności. Pierwsza odpowiedź wydaje się prosta: nie można przekraczać prędkości, trzeba przestrzegać wszystkich zasad ruchu drogowego. Jak zawsze. Ale tutaj to „jak zawsze” nabiera zupełnie innego ciężaru. Bo to nie jest zwykła jazda. To jest konkretna posługa. Oczywiście są sytuacje, w których nie wszystko jest łatwe. Nie wszędzie da się dobrze wjechać, czasem droga jest wąska, czasem przestrzeń trudna. Ale cały czas towarzyszy temu myśl, że to nie jest tylko techniczne zadanie. Z jednej strony jest w tym pewien automatyzm i on jest konieczny. Trzeba dojechać na czas. Zadbać o bezpieczeństwo. Tak ustawić samochód, żeby ludzie naprawdę mogli zobaczyć Maryję. Tego nie da się ominąć – to jest wpisane w tę drogę. Ta posługa jest dla mnie czymś nowym. Jeżdżę od 26 sierpnia 2025 roku. Wcześniej nie miałem doświadczenia z tak dużym samochodem.Dlatego samo to, że się zgodziłem, było dla mnie krokiem w nieznane. Jak dziś patrzę na tę posługę to wiem, że to, co najważniejsze, wcale nie zaczyna się na drodze.
Zatem co jest pod powierzchnią tej drogi?
Spotkanie. Nie droga, nie kilometry, nie plan. Tylko to, co dzieje się między Maryją a ludźmi.
Co w tych spotkaniach najbardziej Ojca porusza?
Jest taki moment, na który zawsze czekam. Kiedy ktoś mówi: „proszę się nie spodziewać tłumów”, „nie będzie pełnego kościoła”. A potem przyjeżdżamy i okazuje się, że kościół jest pełny. Albo prawie pełny. I jeszcze ludzie stoją. Ale najbardziej porusza mnie moment wprowadzenia obrazu albo jego wyprowadzenia. Zapada cisza, zaczyna się śpiew i nagle ludzie – bez żadnego sygnału – zaczynają klękać. Kiedy rozbrzmiewa „Bogurodzica” albo „Z dawna Polski Tyś Królową”. To jest moment, który za każdym razem mnie zatrzymuje. Bo oni nie klękają przed wydarzeniem, nie przed organizacją, nie przed tradycją. Klękają przed Matką.
To było dla ojca najmocniejsze doświadczenie?
Najbardziej dotknęło mnie to pierwszego dnia w waszej diecezji, kiedy obraz wyjeżdżał z katedry sosnowieckiej. Przyjechałem wtedy zobaczyć, jak wygląda przekazanie obrazu z parafii do parafii. I kiedy obraz był wynoszony, ludzie po prostu uklękli. To było bardzo mocne doświadczenie. Bo jesteśmy przyzwyczajeni, że klękamy przed Najświętszym Sakramentem, kiedy chcemy się skupić, kiedy chcemy wejść w modlitwę. A tutaj klękamy przed Nią.
A co zostaje, kiedy Maryja odjeżdża?
Reklama
Najważniejsze rzeczy dzieją się po cichu. My często nastawiamy się na to, że zobaczymy jakieś wyraźne, spektakularne owoce. A tymczasem największe cuda są bardzo dyskretne. Ktoś wchodzi do kościoła „przypadkiem”. Zostaje. Idzie do spowiedzi po 10 czy 15 latach. I to są owoce nawiedzenia. Bo owoc to nie jest jedno wydarzenie. To jest coś, co zaczyna się w spotkaniu i dojrzewa dalej.
Jak to spotkanie w sobie zachować?
My się nie żegnamy z Maryją. Ona jedzie dalej, do kolejnej parafii, kolejnej wspólnoty. Ale zostaje spojrzenie. Czasem bardzo krótkie, minuta albo nawet mniej. A jednak w tym spojrzeniu jest coś, co zostaje w człowieku i zaczyna pracować.
Czy ta droga coś zmieniła w ojca relacji z Maryją?
Trudno powiedzieć, że bardziej się z Nią zżyłem, bo ta relacja była już wcześniej głęboka. Ale na pewno patrzę inaczej. Bardziej widzę Jej macierzyństwo, Jej towarzyszenie, Jej opiekę. Bo to nie jest tylko tak, że my do Niej idziemy – do sanktuarium, na Jasną Górę, do miejsca kultu. To Ona robi krok w naszym kierunku. I to jest coś naprawdę niezwykłego.
Co to daje człowiekowi?
Daje poczucie bezpieczeństwa. Spotkanie z Maryją nie rozwiązuje wszystkich problemów, nie usuwa trudności. Ale daje świadomość, że nie jesteśmy sami. Że ktoś nam towarzyszy, prowadzi, że ktoś trzyma nas za rękę.
Peregrynacja. Obraz. Czasem pojawiają się opinie, że to „jakieś średniowiecze” Ojciec też się z nimi mierzy?
Myślę, że nasza przyszłość będzie bezwartościowa bez naszej przeszłości. Nie chodzi o to, żeby się cofać, ani o rozliczanie tego, co było. Chodzi o to, żeby umieć z tego korzystać. Bo bez tego nie zrobimy nawet jednego kroku do przodu. Taka jest peregrynacja. A my wystarczy, że znajdziemy czas. Żeby się zatrzymać. Bo Maryja przyjeżdża. To się dzieje naprawdę. Tylko, że najważniejsze pytanie nie brzmi: czy Ona będzie. Tylko: czy my będziemy.
