Reklama

Wiara

Godzina prawdy. Dlaczego tak trudno jest nam myśleć o końcu życia?

Gorszą stroną opowieści o wizycie u lekarza jest ta, że wydarzyła się wiele lat temu. W międzyczasie pozakładano mi do tętnic kilka stentów, aby moje serce nadal mogło otrzymywać wystarczającą ilość krwi. Lekarz, który mnie operował, twierdził, że moje życie wisiało na włosku. Lekarz opiekujący się mną w szpitalu wetknął mi do ręki listę leków. Rano sześć tabletek, wieczorem cztery i wydobrzeje Pan – tak mówiąc, dodawał mi otuchy.

2026-05-14 21:36

[ TEMATY ]

śmierć

pixabay.com

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Fragment książki "Odkrywanie wieczności". Zobacz więcej: rafael.pl.

Reklama

Jakie to dziwne – dopiero co brałem udział w demonstracjach przeciwko wojnie w Wietnamie, wprowadziłem się z przyjaciółką do pierwszego wspólnego mieszkania, zawoziłem dzieci do szkoły, świętowałem pojawienie się mojej pierwszej książki – i teraz nagle miałby nadejść koniec? Właśnie teraz, kiedy człowiek ma wreszcie trochę czasu dla siebie? Zegar życia nakręcany jest tylko raz i nikt nie ma takiej mocy, by jego wskazówki popchnąć do przodu lub je cofnąć. Kiedy przestaje tykać, człowiek zamyka oczy i nigdy już ich nie otworzy. W lekarskich biuletynach pisze się, że „nastąpiła śmierć” i to określenie należy przyjmować dosłownie. Rzeczywiście nikt nie może zamknąć drzwi przed The Silent Highwayman – jak w pewnej starej, angielskiej karykaturze nazwano śmierć szalejącą podczas epidemii cholery. Nie uniknie jej ani miliarder, ani żebrak, ani mężczyzna, ani kobieta, ani nawet ten, o którym się mówi, że jest w kwiecie wieku. Śmierć, muerte, la mort, death – cóż to za ponure słowo! Ma tak wiele odcieni, zna tak wiele rytuałów, inspirowało tak wielu poetów, myślicieli, kompozytorów i malarzy. Śmierci można nienawidzić, jak czynił to zadeklarowany ateista Elias Canetti, pisząc z samozaparciem książkę Księga przeciwko śmierci i dopiero w wieku 87 lat pogodził się z jej nieuchronnością. „Powoli dociera do mnie – napisał dwa lata przed swoim odejściem – że nie ma nic bardziej głupiego, banalnego, trywialnego, demagogicznego niż moja walka ze śmiercią”. Można tęsknić do śmierci, jak czynił to Herman Hesse – „Siostro śmierci, (...) także i do mnie kiedyś przyjdziesz – pisał w wierszu Hesse – Nie zapomnisz o mnie i udręka dobiegnie końca. I rozerwą się łańcuchy”. Śmierć można także wysławiać, jak czynił to Franciszek z Asyżu w swojej Pieśni słonecznej: „Pochwalony bądź, mój Panie, przez siostrę naszą, Śmierć cielesną”.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Reklama

Siostra śmierć jest ciągle obecna. Może „dopaść” nas z każdej strony, co zauważył francuski pisarz i filozof Michel de Montaigne, gdy miał zaledwie 39 lat. Według niego „śmierć wisi nad nami niczym skalny blok nad głową Tantala”. Wszystko się zgadza. Zawał serca. Nieszczęśliwy wypadek. Demencja. I raptem cię nie ma. Jak to jest w psalmach? Życie jest „podmuchem wiatru”. „Czas naszych dni – to lat siedemdziesiąt lub, gdy jesteśmy mocni, osiemdziesiąt; a większość z nich – to trud i marność, bo szybko mijają, my zaś odlatujemy” (Ps 90,10). W samolocie odsunąłem oparcie do tyłu i rozsiadłem się wygodnie na tyle, na ile to jest możliwe w klasie ekonomicznej. Zamknąłem oczy, by się zatopić w myślach. W październiku 2024 roku Europejska Agencja Kosmiczna ESA zaprezentowała pierwszą część atlasu nieba. Ukazywał on 14 milionów galaktyk oraz tuziny milionów gwiazd w naszej rodzimej galaktyce, Mlecznej Drodze. To tylko niewielki wycinek wszechświata z miliardami galaktyk w zasięgu dziesięciu milionów lat świetlnych. Nauka mówi o potężnej kolizji meteorytów, która przed miliardami lat zmieniła oś Ziemi i ustawiła ją pod innym kątem wobec Słońca. I raptem, jakby za jednym ciosem powstało na tej planecie życie. Wielkość tej planety, kształt, długość, oś, odległość od słońca (149,6 milionów kilometrów), odległość do następnej gwiazdy (Alpha Centauri, 40 milionów kilometrów), obwód (40 045 kilometrów), prędkość obrotowa (1 666 km/godz.) – wszystkie te wymiary w najmniejszym detalu pasują do siebie. Niewielkie choćby odchylenie mogłyby doprowadzić do zniszczenia życia. I jakby rozlegle nie badać przestrzeni za pomocą nowoczesnych teleskopów, to nigdzie nie dostrzeżono czegoś, co choćby w przybliżeniu było podobne do naszej małej niebieskiej planety z przepięknymi górami i lasami, zielonymi rzekami i lazurowymi morzami. I jeszcze nigdy dotąd nie pojawiła się istota taka jak my. Ludzie. Ani śladu człowieka. Nigdzie. Nawiasem mówiąc, nigdzie też nie widać śladu Boga na niebieskim tronie. Brzmi to cokolwiek groteskowo. Nie wiemy, skąd pochodzimy. Nie wiemy, dlaczego jesteśmy na ziemi. Nie wiemy nawet tego, dokąd zmierzamy. Wiemy tylko to, że nie będziemy tutaj żyć wiecznie. Przy czym – jak zauważył Zygmund Freud – każdy uważa tylko innych za istoty śmiertelne – nigdy siebie samego.

Czymże zatem jest śmierć? Co stanie się z nami, kiedy – jak się to mawia – skończymy życie?

Każdego roku na naszej planecie umiera 50-60 milionów ludzi, to około 160 tysięcy dziennie. Z tej liczby trzy do pięciu osób doczeka się wzmianki w „New York Times”. A potem? Czy coś się potem wydarzy? Co czeka mieszkańców wszechświata po ich ziemskim finale? W cywilizacji pośmiertnej, w wieczności, która zaczęła się już przed wieloma milionami lat? A może wszystko kończy się z ostatnim oddechem? Koniec, kropka, a gdzie sens?

Reklama

Nie rozmawiamy o tym. Więcej nawet: wyprowadziliśmy śmierć do szpitali, hospicjów i zakładów pogrzebowych; owo wydarzenie, które na wskroś egzystencjalnie dotyczy każdego z nas i we wcześniejszych epokach było ważnym doświadczeniem celebrowanym w rytuałach i w tkance społecznej. Nieostygłe jeszcze ciała osób dopiero co zmarłych usuwane są pospiesznie z pola widzenia, jakby były powodem do wstydu. W Niemczech umiera co roku milion osób, ale obecnie mało kto widział twarzą w twarz człowieka zmarłego. Reakcją na śmierć człowieka, zwłaszcza kogoś ważnego, jest „szok”, „wstrząs”, „głębokie poruszenie”, nawet jeśli po cichu niektórzy się dziwią, że ten zmarły jeszcze żył. La hora de la verdad, „godzina prawdy” – tak brzmi w języku hiszpańskim wyrażenie określające moment pomiędzy istnieniem a nieistnieniem, przedstawienie tej jednej, jedynej godziny, w której wszystko się rozstrzyga. Przeszłość, teraźniejszość, przyszłość. Cóż może być ważniejsze niż ta chwila? „Kim ktoś jest, kim ktoś był, okaże się w chwili odejścia” – zanotował poeta Hans Carossa. I nie tylko – kim ktoś był, ale także – kim ktoś będzie. Tak przynajmniej to wygląda z perspektywy chrześcijańskiej, według której przyszłość człowieka nie stanowi zagadki, tylko jest dokładnie przewidywalna. Siedząc przy oknie w samolocie, rozmyślałem, czy ogarnęła nas zbiorowa amnezja, jeśli kwestię, która jest „pewna jak śmierć”, traktujemy dzisiaj jak najbardziej nieprawdopodobną przyszłość? Teoria zarządzania strachem (Terror-Management- -Teorie) – tak nazwana jest koncepcja opisująca wszystkie nieświadome strategie, które rozwijają ludzie, aby uporać się z myślą o własnej śmiertelności. Kiedy chodzi o własną śmierć, odruchowo włączamy strategię obronną. Przez wypieranie, przez zaprzeczanie, przez żarty, przez...

Dopiero później zaczynamy się mierzyć z tym tematem. Bo dlaczego by nie?

„Tylko jeden oddech oddziela nas od tego, co jest poza czasem” – zauważył niemiecki pisarz Ernst Jünger. Być może brzmi to pocieszająco dla osób, które znalazły się w obliczu śmierci – dla skazanych na śmierć, dla rannych na wojnie w okopach, dla pacjentów z rakiem w końcowej fazie choroby, ale jak inaczej można znieść myśl, że gilotyna wisi nad nami i w zasadzie w każdej chwili może spaść na nasze głowy, niż po prostu nie zwracać na to uwagi? Terry Jacks w światowym przeboju z 1974 roku zatytułowanym Seasons in the Sun śpiewał: Goodbye, my friend, it’s hard to die. But the wine and the song, like the seasons, have all gone. [„Żegnaj, przyjacielu, ciężko jest umierać. Ale wino i śpiew przemijają podobnie jak pory roku” – M.M.].

Kawa już całkiem wystygła i niebo pociemniało. Miejsce przepływających chmur zajęło morze szarej mgły, w którą zanurzył się samolot. Umieranie, śmierć, życie wieczne – wszystkie te tematy pojawiały się już w mojej dziennikarskiej pracy. A mimo wszystko doświadczam szoku, zwłaszcza teraz, w wieku senioralnym, kiedy po raz pierwszy naprawdę doświadczam i – jak to się mówi – czuję do szpiku kości, że czas niczym piasek przepływa mi przez palce.

„Wszystko ma swój czas, i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem” (Koh 3,1) mówi Salomon z brutalną oczywistością.

Reklama

„Jest czas rodzenia i czas umierania” (Koh 3,2). Gdy tak zatopiony w myślach spoglądałem na szare niebo, mimowolnie stawiałem sobie pytania, które są trudne do zniesienia. Jak często jeszcze dane mi będzie cieszyć się w maju świeżą zielenią i kwitnącymi drzewami czereśni? Ile razy zdążę odwiedzić w Paryżu przyjaciół, którzy również nie są najmłodsi? I pytanie najbardziej bolesne: ile jeszcze razy dane mi będzie wraz z rodziną ubierać choinkę? Własne dzieci postarzyły nas, a teraz wnuki nas odmładzają. Ale ile razy pojedziemy wszyscy razem w lecie nad morze? Pięć razy? Dziesięć razy? A może mniej? I czy nie będzie tak, że przy trwającym przyspieszeniu te lata, które mamy jeszcze przed sobą, upłyną jeszcze szybciej niż te, które są już za nami? „Jesteśmy samotni, tak, to prawda – podsumował w jednym z wywiadów pisarz Ferdinand von Schirach. – Wszyscy jesteśmy tacy, bo wszyscy jesteśmy śmiertelni”. Podczas jednego z teatralnych przedstawień Schirach, wyraźnie poruszony, wyszedł na skraj sceny, jak najbliżej publiczności, i zawołał: „Czy rozumiecie to? To znaczy, czy jesteście tego naprawdę świadomi? Umrzecie. Wkrótce będziecie nieżywi”.

Gdy byłem ministrantem, widziałem wielu umarłych. Leżeli na sarkofagach, w otwartych trumnach w kaplicy pogrzebowej. Umieranie było sprawą publiczną.

Kiedy w naszej wiosce wyły syreny, to wszyscy wiedzieli, że gdzieś się pali. A kiedy słychać było dzwony o nietypowej porze, to było wiadomo, że znowu ktoś umarł. Zgodnie z ówczesnym zwyczajem jako ministranci mogliśmy po pogrzebie iść na „pogrzebową zupę” do wiejskiej gospody. Siedzieliśmy cicho w kącie, jedliśmy ze smakiem po dwie kiełbaski z musztardą i chlebem i czekaliśmy, że może ktoś da nam jakiś mały napiwek. Próbowaliśmy zgadywać, czy żałoba wśród uczestników ceremonii jest prawdziwa czy udawana.

Reklama

Według Pisma Świętego osoba po śmierci nie staje się tylko rzeczą, której należy się pozbyć możliwie jak najtaniej, tego nauczyliśmy się szybko. Podczas lekcji religii dowiedzieliśmy się, że rytuał, który odbywa się na łożu śmierci, nie służy niczemu innemu jak tylko przygotowaniu do spotkania z Bogiem. Brzmi to trochę jak science fiction, ale chrześcijanie wierzą w pozaziemską Inteligencję, która towarzyszy ludzkości częściowo niewidzialnie, częściowo widzialnie. Gdy zbliżał się koniec, ludziom pomagały specjalne modlitwy, namaszczenia, modlitwa różańcowa, błogosławieństwo i Msza żałobna. Miały one służyć temu, aby jak najlepiej przejść do życia wiecznego. Kiedy ksiądz rzucał trzykrotnie grudki ziemi na trumnę zmarłego, to nie był to symbol unicestwienia, tylko symbol „odwołania do wieczności”. „Z prochu powstałeś – brzmiał liturgiczny tekst, który odmawiał duchowny – i w proch się obrócisz. Ale Pan Cię przywróci do życia”. Prawie każdego tygodnia odbywał się pogrzeb. Na początku niesiono krzyż, potem powiewały chorągwie, weterani wojenni salutowali. Nigdzie nie dopadają mnie tak melancholijne myśli jak wtedy, kiedy w ciszy wiejskiego przedpołudnia szedłem w równym tempie żałobników, przy towarzyszącej litanii prowadzącego modlitwę, przy dźwiękach dzwonów i przy zmarłym w trumnie niesionej do (przejściowego) miejsca spoczynku. Najpóźniej wtedy, kiedy ksiądz na zakończenie pogrzebu odmawiał modlitwę za nieznaną jeszcze osobę, która pierwsza podąży za zmarłym, to czułem, że nie ma ucieczki, że i mnie dotyczy to graniczne doświadczenie, do którego nieuchronnie zmierzamy.

Dlaczego tak trudno myśleć nam o końcu naszego życia?

O tym, co jest najbardziej przecież decydującym wydarzeniem, największą zagadką ludzkości? Chrześcijanie i dzisiaj potwierdzają w dużym [konstantynopolitańskim – M.M.] Credo: „Oczekuję wskrzeszenia umarłych i życia wiecznego w przyszłym świecie”. W każdym domu Bożym dzień i noc płonie „wieczne światło”, aby przypominać w każdej godzinie o tej prawdzie wiary. Komunia Święta jest „pokarmem na drogę”, na „pielgrzymowanie” ze świata doczesnego do świata wiecznego. Kościoły są ozdobione pięknymi, wielowymiarowymi, kolorowymi freskami i niebiańskimi sceneriami na sklepieniu w tym celu, aby wierni patrzący w górę mieli przedsmak życia wiecznego. Chór występujący w partii wieńczącej wspaniałą dziewiątą symfonię L. Beethovena śpiewa: „Na gwiaździstym firmamencie musi mieszkać wieczny Ojciec”. W gruncie rzeczy cała liturgia z jej symboliką, tekstami, serafińskimi brzmieniami i medytacyjnymi modlitwami jest po to, aby choć odrobinę przybliżyć szczęśliwość nieba ku ziemi. Zarówno katolicy, jak i ewangelicy modlą się podczas Mszy „Wierzę w Ducha Świętego, (...) grzechów odpuszczenie, ciała zmartwychwstanie i życie wieczne. Amen”.

Zmartwychwstanie Jezusa i zapowiedź życia wiecznego tworzą sedno chrześcijaństwa.

Papież Benedykt XVI nazwał tę naukę „największą rewolucją w historii świata i najmocniejszą erupcją życia”. Można mówić o decydującym „przeskoku do czegoś zupełnie nowego” – z bezgranicznego mroku wyłonił się „najjaśniejszy znak bezgranicznej nadziei”. Każda linijka Ewangelii jest nią przesiąknięta. „Nie gromadźcie sobie skarbów na ziemi, gdzie mól i rdza niszczą (...) – przestrzegał Jezus. – Gromadźcie sobie skarby w niebie” (Mt 6,19-20). Wielkanoc, główne święto chrześcijaństwa, nie jest „świętem króliczka”, tylko świętowaniem zwycięstwa nad śmiercią. „A jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał – to słowa Pawła – daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara” (1 Kor 15,14). „Nasza bowiem ojczyzna jest w niebie” (Flp 3,20) – przypomina Paweł usilnie w liście do Filipian. Benedykt XVI wyraźnie mówił: „Jeśli przynależność do Kościoła ma sens, to tylko taki, że oferuje nam życie wieczne, a tym samym właściwe, prawdziwe życie. Wszystko inne jest drugorzędne”.

W judaizmie oczekiwano, że z końcem epoki mesjańskiej nastanie przemieniony, oczyszczony, przyszły świat dla nowej ludzkości. Świat, w którym nie będzie już niewidomych, sparaliżowanych, głuchych, chorych na trąd (zob. Iz 35,5-6). Chrystus oczywiście powtórzył wszystko, co przed nim myślano i nauczano. Jego przesłanie brzmiało: Ja jestem tym, którego przyjście zapowiadano w pismach świętych. Jestem bramą, przez którą dojdziecie do miejsca, za którym tęsknicie. Jestem przewoźnikiem na tej drodze przejścia. Daję wam bilet i sam go wykupuję. Dosłownie: „Ja przyszedłem po to, aby [owce] miały życie, i miały je w obfitości” (J 10,10). Ojciec w niebie „przykazał” Mu, co ma mówić i czego nauczać. I wie, że Jego misją jest życie wieczne (por. J 12,44- 50). Po tych słowach nigdy więcej nie można było obiecać nic większego. Nieśmiertelność. Pokonanie śmierci. Życie wieczne. Niesłychane posłannictwo Jezusa miało taką siłę przemieniania świata jak jeszcze nigdy dotąd. Bez zmartwychwstania nie byłoby misji apostołów, którzy po ukrzyżowaniu Chrystusa rozpierzchli się wystraszeni. Bez zmartwychwstania nie byłoby katedr, nie byłoby sztuki Dürera, Mozarta, Michała Anioła, nie byłoby Pasji według św. Mateusza Jana Sebastiana Bacha i nie byłoby II Symfonii c-moll Zmartwychwstania Gustawa Mahlera. Nie byłoby nowoczesnej Europy, która czerpiąc z osiągnięć antyku i judaizmu, zbudowana została na wartościach chrześcijańskich. Bez zmartwychwstania nie byłoby chrześcijańskich świąt choćby takich jak wniebowstąpienie Pana Jezusa i zesłania Ducha Świętego, z których obecnie wiele osób korzysta, aby podczas wydłużonego weekendu godzinami tkwić w korkach.

Oceń: +34 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Nie żyje Artur Piotrowski, twórca Misterium Męki Pańskiej

[ TEMATY ]

śmierć

Facebook/Artur Piotrowski)

W wieku 46 lat zmarł Artur Piotrowski, twórca Misterium Męki Pańskiej na Cytadeli w Poznaniu, dokumentalista, producent filmowy. Był pomysłodawcą komiksu o błogosławionej Poznańskiej Piątce. W najbliższym czasie chciał też nagrać film o męczennikach z czasu II wojny światowej. – Był dobrym, zawsze uśmiechniętym człowiekiem, prawdziwym chrześcijaninem – powiedział portalowi tvp.info jeden z aktorów Misterium, Piotr Mańka.

Przyjaciele i rodzina Artura Piotrowskiego żegnają i wspominają zmarłego. Na Facebooku pojawiają się komentarze. „Razem byliśmy ministrantami, lektorami, później zabrał się za misterium i stworzył coś wielkiego, wielkie dzieło wszystkim znane jako Misterium Męki Pańskiej na Cytadeli. Żal. Olbrzymi żal” – napisał kolega zmarłego.
CZYTAJ DALEJ

Ordo Iuris: czy chłopcy będą musieli opuścić DPS w Broniszewicach?

2026-05-21 13:49

[ TEMATY ]

Ordo Iuris

Broniszewice

Dom Chłopaków

Archiwum Domu Chłopaków

Dom Chłopaków w Broniszewicach to DPS prowadzony przez siostry dominikanki. Na zdjęciu s. Tymoteusza z jednym z 67 niepełnosprawnych podopiecznych

Dom Chłopaków w Broniszewicach to DPS prowadzony przez siostry dominikanki. Na zdjęciu s. Tymoteusza z jednym z 67 niepełnosprawnych podopiecznych

W ostatnim czasie toczą się dyskusje na temat przyszłości dzieci przebywających w domach pomocy społecznej, a to za sprawą projektu nowelizującego ustawę o pomocy społecznej, w którym przewidziano istotne zmiany w funkcjonowaniu DPS-ów. W przypadku uchwalenia projektowanych przepisów, zmiany te szczególnie odczują placówki, w których przebywają dzieci, takie jak DPS Dom Chłopaków w Broniszewicach, prowadzony przez siostry dominikanki. Instytut Ordo Iuris przygotował analizę projektowanych zmian dotyczących małoletnich podopiecznych DPS-ów, w której wskazał na potrzebę modyfikacji proponowanego modelu deinstytucjonalizacji opieki społecznej.

Na stronie Rządowego Centrum Legislacji opublikowano 26 marca projekt ustawy o zmianie ustawy pomocy społecznej oraz niektórych innych ustaw autorstwa Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej (MRPPS). Projekt wzbudził niemałe kontrowersje, a wśród krytykujących przyjęte w nim rozwiązania znaleźli się przedstawiciele środowiska domów pomocy społecznej, w tym siostry dominikanki prowadzące DPS o nazwie „Dom Chłopaków w Broniszewicach”.
CZYTAJ DALEJ

Premiera filmu „Posłani”. To niezwykła historia chłopaka, który przemierza Polskę z 15-kilogramowym krzyżem

2026-05-21 21:18

[ TEMATY ]

film

Posłani

Mat.prasowy

Po sukcesie produkcji „Triumf Serca”, „Najświętsze Serce” oraz „Maryja. Matka Papieża” do kin trafia nowy dokument Dariusza Walusiaka — „Posłani”. Premiera filmu odbędzie się 22 maja 2026 roku w niemal 90 kinach w całej Polsce. „Posłani” to opowieść o Bogu działającym tu i teraz — w życiu zwykłych ludzi, w ich kryzysach, decyzjach i duchowych przełomach. Produkcja ukazuje modlitwę jako realną siłę oraz wspólnotę, która pomaga człowiekowi odnaleźć sens i nadzieję.

Osią filmu jest niezwykła droga Michała Ulewińskiego, który przemierza Polskę z 15-kilogramowym krzyżem. Trasa od Zalewu Wiślanego po Giewont, a następnie przez Gniezno aż do Sokółki, układa się w symboliczny znak krzyża na mapie Polski. To opowieść o wierze, duchowej walce i przemianie serca.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję