Z Wojtyłami naprawdę związałam część życia. Najpierw była wieloletnia praca: biografia Emilii i Karola Wojtyłów, potem Edmunda, brata Papieża, godziny spędzone nad źródłami, rozmowy, porównywanie relacji, mozolne odtwarzanie losów ludzi, o których świat zwykle pamięta tylko dlatego, że wydali na świat świętego. Z czasem jednak przestała to być wyłącznie praca. Coraz mocniej czułam, że obcuję nie tylko z historią, ale z tajemnicą domu, z którego wyrósł człowiek zdolny poruszyć sumienie świata. Dlatego 18 maja nigdy nie jest dla mnie tylko rocznicą urodzin Jana Pawła II. Ten dzień zawsze prowadzi mnie do Wadowic. Do skromnego mieszkania. Do matki, która kochała małego Lolusia bez granic i powtarzała, że „to dziecko będzie kimś wielkim”. Do ojca, który więcej mówił klęcząc, niż inni potrafią powiedzieć słowami. Do starszego brata Edmunda, który poświęcił swe młode życie, gdy jako lekarz ofiarnie służył chorej (zaraził się od niej szkarlatyną). Im dłużej zajmuję się tą rodziną, tym mocniej widzę, że świętość Jana Pawła II nie zaczęła się ani w seminarium, ani na Stolicy Piotrowej. Zaczęła się w domu.
Archiwum Mileny Kindziuk
Milena Kindziuk, autorka książki pt. Edmund Wojtyła. Biografia brata św. Jana Pawła II, badaczka dziejów rodziny Wojtyłów.
Reklama
Narodziny Karola Wojtyły od początku noszą w sobie coś przejmującego. Przyszedł na świat w maju 1920 roku, przy śpiewie nabożeństwa majowego, które jego matka słyszała podczas porodu przez okno mieszkania. Jakby już pierwsze chwile tego życia zostały zanurzone w modlitwie. Bo przecież ciąża Emilii Wojtyłowej była zagrożona, istniała obawa o życie matki i dziecka. A jednak Opatrzność zdecydowała inaczej. Z tej ciszy, z tego niewielkiego wadowickiego domu, miał wyjść człowiek, który odmieni historię Kościoła, Polski i świata.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
I właśnie tutaj wraca pytanie, które nie daje mi spokoju od lat: z jakiego domu wyrósł ten święty? Jacy byli rodzice, którzy wychowali syna na człowieka tak głębokiej wiary, tak wielkiego ducha, tak niezwykłej wrażliwości? I nie jest to pytanie jedynie historyczne. Ono pozostaje aktualne. Bo przecież wciąż pytamy o to samo: czy dom rodzinny naprawdę może ukształtować człowieka na całe życie? Czy może nauczyć go nie tylko modlitwy, ale także wolności, odpowiedzialności, odwagi i służby?
Jan Paweł II sam dał na to najpiękniejszą odpowiedź. W Wadowicach mówił: „Tutaj, w tym mieście, w Wadowicach, wszystko się zaczęło”. Wszystko rzeczywiście zaczęło się tam: wiara, nauka, teatr, dojrzewanie, otwarcie na drugiego człowieka, a w końcu droga kapłańska. A w „Darze i Tajemnicy” napisał jeszcze mocniej: „Mogę powiedzieć, że poniekąd kapłaństwo dojrzewało we mnie od najmłodszych lat, przede wszystkim dzięki atmosferze domu rodzinnego”. Trudno o bardziej przejmujące świadectwo. Papież i święty sam wskazał źródło.
Jaki więc świat pokazali swoim synom Emilia i Karol Wojtyłowie?
Reklama
Przede wszystkim świat, w którym Bóg nie był dodatkiem do życia, ale stanowił jego centrum. Świat pełen wiary nie tylko wyznawanej, lecz przeżywanej. Świat modlitwy nie od święta, lecz na co dzień. Rodzice uczyli nie tyle słowami, ile sposobem życia. W tym domu pobożność nie miała nic wspólnego z pozą. Była prostotą, ładem, zaufaniem i zgodą na wolę Bożą także wtedy, gdy przychodziło cierpienie. „Kiedy przez 40 lat chodziłem w Wadowicach po kolędzie – opowiadał mi ks. infułat Jakub Gil – to starsi mieszkańcy miasta wspominali niezwykłą pobożność Wojtyłów, pamiętali, jak ojciec z synem codziennie rano przychodzili na łacińską mszę do parafii, jak na klęczkach modlili się przed cudownym obrazem Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Ta pobożność zadziwiała ludzi wokoło, imponowała sąsiadom Wojtyłów”.
O matce Emilii Jan Paweł II napisał krótko i boleśnie: „Matkę straciłem jeszcze przed Pierwszą Komunią świętą”. To jedno zdanie mówi więcej niż wiele stron. Jest w nim ból dziecka, ale jest też ślad niezwykłej więzi. Jestem przekonana, że to właśnie Emilia pozostawiła w nim delikatność sumienia, wrażliwość na człowieka, wewnętrzną kulturę serca. Czasem największy wpływ mają ci, którzy odchodzą za wcześnie, ale zostawiają po sobie światło.
Ojciec – Karol senior – to z kolei jedna z najbardziej fascynujących postaci tej historii. Wojskowy, patriota, biegle mówiący po niemiecku (uczył syna tego języka, stąd papież mówił po niemiecku z ojcowskim, austriackim akcentem!). Jan Paweł II napisał o nim słowa, które zawsze brzmią jak duchowy testament: „Mój ojciec był człowiekiem wielkiego życia wewnętrznego. Dniami i nocami mogłem go widywać na klęczkach”. To właśnie taki obraz zostaje w synu na całe życie. Nie wykład. Nie pouczenie. Nie moralizowanie. Obraz ojca na kolanach. Ojca, który swoim życiem uczy, skąd bierze się prawdziwa siła.
Reklama
Po śmierci żony Karol Wojtyła senior stał się dla młodszego syna przewodnikiem. Pokazywał, że męskość nie polega na twardości pozbawionej serca, ale na odpowiedzialności, wierności, modlitwie i zdolności niesienia bólu – ale bez rozpaczy, tylko w duchu wiary. Myślę, że właśnie z tej szkoły wyrósł późniejszy papież, który umiał mówić o cierpieniu nie jak teoretyk, lecz jak świadek.
A potem jest jeszcze Edmund. Postać może mniej obecna w powszechnej pamięci, ale absolutnie fundamentalna dla zrozumienia domu Wojtyłów. Lekarz. Człowiek służby. Starszy brat, który oddał życie za swą pacjentkę. Ta historia wstrząsa mną za każdym razem tak samo. Bo skupia w sobie cały etos tej rodziny: obowiązek, ofiarność, bezinteresowność, przekonanie, że drugiego człowieka nie zostawia się samego, nawet za cenę własnego bezpieczeństwa.
Młody Karol patrzył na brata, który nie odszedł od umierającej pacjentki, mimo zagrożenia swego życia. Takich lekcji się nie zapomina. Jestem przekonana, że właśnie stąd brała się później ta niezwykła czułość Jana Pawła II wobec chorych, słabych, cierpiących. On nie uczył się tego z książek. On to wyniósł z domu. Z przykładu. Z bólu. Z ofiary.
Im dłużej wnikam w historię tej rodziny, tym wyraźniej widzę, że świętość nie rodzi się w próżni. Ona dojrzewa pośród codzienności. W rytmie obowiązków. W cichym mieszkaniu. W modlitwie, która nie szuka poklasku. W cierpieniu, które nie zamienia się w bunt przeciw Bogu. W miłości, która nie potrzebuje wielkich słów, bo potwierdza ją życie. Dom Wojtyłów właśnie taki był. Prosty, ale duchowo mocny. Cichy, ale formujący. Zwyczajny, a przecież zdolny wychować świętego.
Reklama
Dlatego 18 maja nie jest dla mnie jedynie wspomnieniem daty urodzin wielkiego Polaka. To dzień, który każe wracać do źródeł. Do pytania o dom. O rodziców. O rodzinę. O to wszystko, co niewidoczne dla świata, a decydujące dla losu człowieka.
Wspominając narodziny małego Lolka, myślę z wdzięcznością nie tylko o św. Janie Pawle II, ale także o Emilii, Karolu seniorze i Edmundzie. O rodzinie Wojtyłów. I może właśnie dlatego słowa kard. Dziwisza wracają do mnie z taką siłą. „Należy pani do rodziny papieskiej”. Dziś odczytuję je już nie tylko jako życzliwy komplement. Także jako zobowiązanie. Aby wciąż wracać do tej rodziny. Opowiadać ją. Odsłaniać jej duchową głębię. Przypominać, że zanim świat usłyszał Jana Pawła II, był najpierw dom w Wadowicach, który nauczył go być człowiekiem Boga.
Warto też pamiętać, że Emilia i Karol Wojtyłowie są kandydatami na ołtarze, toczy się ich proces beatyfikacyjny. Patrząc na życie ich synów, coraz lepiej można zrozumieć, dlaczego.
