Reklama

Klasztorne perypetie

2016-07-05 11:24

Adrianna Sierocińska
Edycja wrocławska 28/2016, str. 6-7

Adrianna Sierocińska
Przyklasztorny ogród to duma sióstr benedyktynek. Od lewej: s. Janina, s. Agnieszka,s. Brygida i s. Maria

Żyją w klasztorze kontemplacyjnym, który znajduje się przy ruchliwej, głośnej ulicy. Jednak nawet w zgiełku codzienności potrafią usłyszeć głos Tego, który przychodzi w ciszy. Ten sam głos, który kilkanaście lat wcześniej zaprosił je do przygody, która trwa całe życie

Dzień dla sióstr benedyktynek z Wołowa rozpoczyna się bardzo wcześnie, już przed godz. 5. O 5.30 mniszki odmawiają jutrznię, następnie uczestniczą we Mszy św., po której przychodzi czas na rozmyślanie. Kolejny punkt dnia to śniadanie, a tuż po nim – praca. 11.30 to pora na spotkanie w kaplicy i indywidualną lekturę Pisma Świętego, pół godziny później odmawiany jest Anioł Pański i modlitwa w ciągu dnia. Dalej w planie znajduje się obiad i chwila odpoczynku. O 14.30 siostry modlą się Godziną czytań, później znów wracają do swoich obowiązków. O 17.00 przychodzi czas na adorację Pana Jezusa i nieszpory, następnie odbywa się kolacja, rekreacja i ostatnia modlitwa – kompleta (godz. 19.00). Po niej siostry mogą dokończyć swoje zadania lub odpocząć. Dzień kończy się ok. godz. 21.30.

Mniszki z Wołowa to jeden z trzech zakonów klauzurowych funkcjonujących na terenie archidiecezji wrocławskiej. Sióstr nie obowiązuje jednak klauzura ścisła, nie są odcięte od świata. – Kaplica jest otwarta, na Msze św. i nabożeństwa mogą przychodzić mieszkańcy – wyjaśnia s. Maria, przełożona klasztoru. – Milczenie między sobą zachowujemy po komplecie, wtedy nie rozmawiamy, zaś w ciągu dnia są takie momenty, kiedy staramy się ograniczyć rozmowy – dodaje s. Maria.

Kiedy rozmawiamy, z ulicy dobiega hałas samochodów. Siostry twierdzą jednak, że już im nie przeszkadza, przyzwyczaiły się do niego. – Mamy podwórko, tam trochę ciszej. To, co dzieje się na zewnątrz, nie przykuwa naszej uwagi – mówi s. Janina. Dodaje, że zewnętrzny zgiełk bywa uciążliwy, gdy w kaplicy odbywa się konferencja lub gdy ksiądz mówi homilię – trudno wtedy dobrze usłyszeć, co ma do przekazania.

Reklama

Siostry żyją wg reguły św. Benedykta, ich życie skupia się więc wokół znanej dewizy „ora et labora”, czyli „módl się i pracuj”. – Teraz siostry nie pracują już wśród osób świeckich, ale dawniej tak było – prowadziły szkołę, uczyły religii. Obecnie zajmujemy się szyciem strojów do I Komunii Św., ornatów, przygotowujemy też krzyżma do chrztu św. – opowiada s. Agnieszka.

Ja, taka grzeszna, do klasztoru!

S. Janina nie myślała o tym, by zostać zakonnicą. – Urodziłam się na wsi, tam wychowywałam, a o zakonnicach trochę słyszałam od mamy, która mieszkała u sióstr w internacie. Dopiero, gdy skończyłam 27 lat, myśl o wstąpieniu do klasztoru zaczęła mi intensywnie towarzyszyć. Nie wiedziałam, skąd się to bierze, zastanawiałam się, jaki klasztor mnie przyjmie, bo nie byłam już bardzo młoda. Cały czas zadawałam sobie pytanie: „Boże, ja, taka grzeszna, do klasztoru?!”, a wewnątrz słyszałam głos – ni to męski, ni kobiecy – który mnie do tego zapraszał i powracał, a nawet się śnił. Powiedziałam więc: „dobrze, Panie Jezu, jeśli przez 3 lata nic się nie zmieni, pójdę do klasztoru”. W głębi duszy czułam, że nie zmieni się nic i kiedy skończyłam 30 lat, nadszedł czas, by dotrzymać danego Jezusowi słowa. Zastanawiałam się jednak, który klasztor wybrać, nieraz widziałam ulotki zgromadzeń, ale gdy miałam napisać do sióstr, uciekałam od tego. Miałam jednak książkę o świętych, postanowiłam otworzyć ją na chybił trafił i wypadło na 11 lipca – wspomnienie św. Benedykta. Adres do sióstr znalazłam w jednej z katolickich gazet, postanowiłam więc napisać właśnie do benedyktynek. Nie byłam zadowolona z tego wyboru, bo jeszcze w czasach szkoły podstawowej jeden chłopiec – Benedykt – boleśnie mnie uderzył, ten uraz długo mi towarzyszył. Ale Pan Bóg ma poczucie humoru! Moja pierwsza wizyta w klasztorze była dość szczególna. S. Agnieszka, ówczesna przełożona, napisała, że czeka na mnie, więc po wielu godzinach wyczerpującej podróży dotarłam do Wołowa. Gdy weszłam na furtę, zobaczyłam kartkę z napisem „do godz. 15.30 nikogo nie przyjmujemy”. Pomyślałam sobie: „kim jestem, żeby siostry miały na mnie czekać?”. Byłam bardzo głodna, poszłam więc do miasta, zjadłam i wróciłam po dwóch godzinach. Towarzyszyło mi już ogromne zmęczenie – był sierpień, upał, nie miałam siły. Miałam sporo obaw związanych z klasztorem, ale powiedziałam: „niech tam będą nawet czarownice, byleby mi pozwoliły odpocząć!” (śmiech). Tymczasem otworzyła mi s. Agnieszka – uśmiechnięta, zupełnie odbiegająca od tego wyobrażenia. I wszystkie moje lęki zniknęły!

Mamo, a ja kim będę?

– A ja byłam zła, bo czekałam na s. Janinę z obiadem, tymczasem siostra, która pełniła dyżur na furcie, nic mi o tym nie mówiąc, po prostu ją zamknęła na jakiś czas, tak jak to zwykle robimy w niedzielę – wspomina s. Agnieszka. Historia powołania s. Agnieszki jest wyjątkowa i… nietypowa. – Można powiedzieć, że moje powołanie objawiło się tuż po moich narodzinach. Kiedy poszłam do szkoły w wieku 7 lat, dzieci często mówiły, kim chciałyby zostać: nauczycielką, lekarzem itd. Pewnego dnia wróciłam do domu i zapytałam: „Mamo, a ja kim będę?”. Odpowiedź mamy bardzo mnie zaskoczyła: „ty będziesz siostrą zakonną, bo kiedy się urodziłaś, ofiarowałam ciebie Panu Bogu”. Mnie ta perspektywa się nie podobała, ale z tą myślą dorastałam i wiedziałam, że co się Panu Bogu obiecuje, to trzeba spełnić. W Lubawie, skąd pochodzę, były siostry szarytki. Poszłam do przełożonej i powiedziałam o swoich planach wstąpienia do klasztoru, jednak poleciła mi nie przerywać szkoły i wrócić dopiero po maturze. Siostry prowadziły dom dziecka, chodziłam do klasy z dziewczętami, które się tam wychowywały. Kiedy dowiedziały się, że chcę zostać siostrą zakonną, zaczęły opowiadać mi straszne historie na ten temat, by mnie zniechęcić. Później poszłam do pracy, o klasztorze myślałam coraz rzadziej. Jednak pewnego roku, tuż przed uroczystością Chrystusa Króla poszłam do spowiedzi i na Mszę św. – wtedy podczas przeistoczenia usłyszałam wewnętrzny głos, który mówił: „zostaw wszystko i pójdź za Mną”. Bałam się, ale powiedziałam Bogu, że jeśli taka jest Jego wola, zrobię to. Pojawił się jednak problem: dokąd mam pójść? Do szarytek nie chciałam już wracać, poprosiłam Pana Jezusa, by wskazał mi klasztor. Tydzień później w jednej z gazet ukazał się adres sióstr benedyktynek i byłam pewna, że to moje miejsce. Kiedy pierwszy raz weszłam na furtę, wiedziałam, że chcę tu zostać!

Czasem trzeba poczekać

S. Maria pochodzi z Makowa Podhalańskiego. O klasztorze pomyślała wcześnie – o swojej decyzji poinformowała rodziców, gdy miała zaledwie 16 lat. – W domu była prawdziwa awantura! – wspomina s. Maria. Uciekłam z domu i wstąpiłam do zgromadzenia czynnego. Po czterech latach przyszłam do benedyktynek. Adres sióstr również znalazłam w gazecie! Nie wiedziałam, jaki jest charyzmat sióstr benedyktynek, wtedy nie miało to dla mnie znaczenia. Chciałam być w zakonie kontemplacyjnym.

Na realizację powołania poczekać musiała także s. Brygida. – Podczas nieszporów w dzień mojej I Komunii św. z wielką miłością powiedziałam do Pana Jezusa: „chcę być tylko Twoja!”. Już wtedy wiedziałam, że chcę wstąpić do klasztoru. Wychowywali mnie dziadkowie, im ta wizja się nie spodobała. Dopiero, kiedy zmarli – najpierw babcia, potem po 10 latach dziadek – w pełni odpowiedziałam na Boże wezwanie. Miałam wtedy 36 lat. I po 34 latach życia w klasztorze jestem przekonana, że dobrze wybrałam!

Ty też nie zwlekaj!

Każda z historii sióstr jest inna, ale łączy je jedno – Boży impuls, iskra, która rozpaliła ich serca, dała pewność, że klasztor to dobre dla nich miejsce, że właśnie tu odnajdą szczęście i spełnienie. Dziś wiele osób boryka się z pytaniem o swoje powołanie. Jak je rozeznać? – Teraz młodzież później dojrzewa, ludzie nastawieni są na tymczasowość. Myślą: „pójdę do klasztoru, a kiedy okaże się, że coś nie wyjdzie, odejdę”, jest w nich dużo lęku – wyjaśnia s. Maria. – Kiedy składałyśmy śluby czasowe, robiłyśmy to z intencją pozostania w klasztorze do końca życia, nie myślałyśmy o tym, żeby go opuścić. Miałam 20 lat, kiedy wstąpiłam do zakonu i chociaż były trudne chwile, nigdy nie pomyślałam, żeby stąd odejść. Powołanie realizuje się i sprawdza całe życie. Ale kiedy słyszysz wewnętrzny głos, który zaprasza cię do pójścia za Nim, warto na niego odpowiedzieć.

Kontakt z siostrami: ul. Poznańska 13, 56-100 Wołów; tel. 071 389-13-53; e-mail: benedyktynki.wolow@gmail.com

Tagi:
zakon

Na dyżurze przed Panem Bogiem

2019-11-13 08:09

Anna Janowska
Niedziela Ogólnopolska 46/2019, str. 23

– Co my właściwie robimy za klauzurą? Mówimy Panu Bogu o ludziach – tych, którzy tu przychodzą, by się modlić, tych, którzy tu nie przychodzą, i tych, którzy nic o Panu Bogu nie wiedzą – zdradza s. Zdzisława, dominikanka ze Świętej Anny k. Przyrowa

Anna Wyszyńska
Siostry dominikanki opuszczają klasztorną klauzurę tylko w wyjątkowych sytuacjach, jak np. jubileusz 150-lecia ich obecności w Świętej Annie

Piękny budynek klasztoru to dziś zabytek, wybudowali go ojcowie bernardyni na początku XVII wieku. Kiedy w ramach represji po powstaniu styczniowym ojców wyeksmitowano, osiedliły się tutaj – również pod przymusem – siostry dominikanki klauzurowe, którym zaborca odebrał klasztor w Piotrkowie Trybunalskim. Chociaż długo miały zakaz przyjmowania kandydatek, a w czasach komunizmu także doświadczyły wielu szykan, przetrwały. – Dziś jesteśmy jedną z większych wspólnot naszego zakonu w Europie – mówi s. Zdzisława.

Dominikanki są zakonem kontemplacyjnym, żyją i modlą się w przestrzeni klauzury, którą opuszczają jedynie w wyjątkowych sytuacjach. 21 listopada przypada Światowy Dzień Życia Kontemplacyjnego – to święto zakonów klauzurowych. W tym dniu warto zapytać, co pociąga kandydatki do wyboru takiego życia. I czy czują się w nim spełnione.

– Każdy człowiek czuje się spełniony wtedy, kiedy znajdzie swoje miejsce w życiu – wyjaśnia s. Zdzisława. – To jest tak samo jak z wyborem osoby, z którą połączy się życie w małżeństwie, ze znalezieniem życiowej pasji czy zawodu, któremu się odda wszystkie swoje zdolności. To Pan Bóg wpisuje powołanie w życie człowieka, a gdy się je odkryje – idzie się za nim. Wybór życia w klasztornej klauzurze nie jest wyborem czegoś strasznego, niezrozumiałego, co ma być dla mnie dotkliwą pokutą – przeciwnie, to odnalezienie sensu i radości życia w całkowitym oddaniu go Panu Bogu.

Życie sióstr w przestrzeni klauzury sprawia, że rzadko możemy je oglądać, a jeszcze rzadziej z nimi rozmawiać. Tym cenniejsza jest opowieść s. Zdzisławy o drodze jej powołania, zwłaszcza że do Świętej Anny w diecezji częstochowskiej przyjechała z odległego Poznania.

– Od dzieciństwa interesowałam się nauką i sztuką, rodzice uczyli mnie dostrzegania piękna przyrody, słuchania muzyki. To wszystko uwrażliwiało mnie na wartości duchowe, chociaż nie byliśmy rodziną gorliwie praktykującą. Moja szkoła była na tej samej ulicy, przy której znajdował się kościół Ojców Dominikanów. Tam się czasem wchodziło, zwłaszcza w niebezpieczeństwie klasówki. Dopiero w szkole średniej, pod wpływem mojej przyjaciółki, zaczęłam uważniej słuchać tego, o czym w kościele się mówi, czytać, odkryłam, czym jest Różaniec. Na studiach mocno się zaangażowałam w duszpasterstwo akademickie, tam poznałam wspaniałych ludzi.

Siostra Zdzisława podkreśla, że te odkrycia przychodziły stopniowo, całymi latami, a z perspektywy czasu uważa, że bardzo ważne było świadectwo życia osób z otoczenia, które o swojej wierze zaświadczały postawą, mądrością i dobrocią.

– Przyszedł czas, kiedy zrozumiałam, że Boga trzeba traktować poważnie, że On nie jest dodatkiem do życia, że On naprawdę jest. Pewnego dnia na drzwiach kościoła Dominikanów zobaczyłam plakat z napisem: „Bracia dominikanie mówią ludziom o Bogu, siostry dominikanki mówią Bogu o ludziach”. To było jak impuls, chociaż wtedy jeszcze nie dojrzałam do decyzji, musiałam ją w sobie jeszcze przepracować. Miałam dobrą pracę, wielu przyjaciół, kochającą rodzinę. Ale uznałam, że to wszystko jest mniejsze niż sam Pan Bóg, i postanowiłam to zostawić. Przyjechałam do Świętej Anny i zapukałam do furty klasztoru. To był rok 1975. Nigdy tego nie żałowałam. Ten czas minął mi szybko. Tutaj ciągle na nowo odkrywam Pana Boga, bo poznanie Go i kontakt z Nim nie jest sprawą jednorazową i zamkniętą. To jest wciąż nowe i wspaniałe doświadczenie. Jestem ciekawa, co będzie dalej.

Młodym ludziom, którzy pytają o wybór drogi życiowej, s. Zdzisława radzi: – Warto patrzeć w siebie, by odkryć, co mnie najbardziej porusza. Warto myśleć, by nie być powierzchownym, nie uciekać się tylko do szukania przyjemności. Każdy człowiek ma ukrytą w sobie tajemnicę Pana Boga. Trzeba ją tylko odkryć.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Święty Mikołaj - „patron daru człowieka dla człowieka”

Ks. Paweł Staniszewski
Edycja łowicka 49/2004

6 grudnia cały Kościół wspomina św. Mikołaja - biskupa. Dla większości z nas był to pierwszy święty, z którym zawarliśmy bliższą znajomość. Od wczesnego dzieciństwa darzyliśmy go wielką sympatią, bo przecież przynosił nam prezenty. Tak naprawdę zupełnie go wtedy jeszcze nie znaliśmy. A czy dziś wiemy, kim był Święty Mikołaj? Być może trochę usprawiedliwia nas fakt, że zachowało się niewiele pewnych informacji na jego temat.

pl.wikipedia.org

Wyproszony u Boga

Około roku 270 w Licji, w miejscowości Patras, żyło zamożne chrześcijańskie małżeństwo, które bardzo cierpiało z powodu braku potomka. Oboje małżonkowie prosili w modlitwach Boga o tę łaskę i zostali wysłuchani. Święty Mikołaj okazał się wielkim dobroczyńcą ludzi i człowiekiem głębokiej wiary, gorliwie wypełniającym powinności wobec Boga.
Rodzice osierocili Mikołaja, gdy był jeszcze młodzieńcem. Zmarli podczas zarazy, zostawiając synowi pokaźny majątek. Mikołaj mógł więc do końca swoich dni wieść dostatnie, beztroskie życie. Wrażliwy na ludzką biedę, chciał dzielić się bogactwem z osobami cierpiącymi niedostatek. Za swoją hojność nie oczekiwał podziękowań, nie pragnął rozgłosu. Przeciwnie, starał się, aby jego miłosierne uczynki pozostawały otoczone tajemnicą. Często po kryjomu podrzucał biednym rodzinom podarki i cieszył się, patrząc na radość obdarowywanych ludzi.
Mikołaj chciał jeszcze bardziej zbliżyć się do Boga. Doszedł do wniosku, że najlepiej służyć Mu będzie za klasztornym murem. Po pielgrzymce do Ziemi Świętej dołączył do zakonników w Patras. Wkrótce wewnętrzny głos nakazał mu wrócić między ludzi. Opuścił klasztor i swe rodzinne strony, by trafić do dużego miasta licyjskiego - Myry.

Biskup Myry

Był to czas, gdy chrześcijanie w Myrze przeżywali żałobę po stracie biskupa. Niełatwo było wybrać godnego następcę. Pewnej nocy jednemu z obradujących dostojników kościelnych Bóg polecił we śnie obrać na wakujący urząd człowieka, który jako pierwszy przyjdzie rano do kościoła. Człowiekiem tym okazał się nieznany nikomu Mikołaj. Niektórzy bardzo się zdziwili, ale uszanowano wolę Bożą. Sam Mikołaj, gdy mu o wszystkim powiedziano, wzbraniał się przed objęciem wysokiej funkcji, nie czuł się na siłach przyjąć biskupich obowiązków. Po długich namowach wyraził jednak zgodę uznając, że dzieje się to z Bożego wyroku.
Biskupią posługę pełnił Mikołaj ofiarnie i z całkowitym oddaniem. Niósł Słowo Boże nie tylko członkom wspólnoty chrześcijańskiej. Starał się krzewić Je wśród pogan.
Tę owocną pracę przerwały na pewien czas edykty cesarza rzymskiego Dioklecjana wymierzone przeciw chrześcijanom. Wyznawców Jezusa uczyniono obywatelami drugiej kategorii i zabroniono im sprawowania obrzędów religijnych. Rozpoczęły się prześladowania chrześcijan. Po latach spędzonych w lochu Mikołaj wyszedł na wolność.
Biskup Mikołaj dożył sędziwego wieku. W chwili śmierci miał ponad 70 lat (większość ludzi umierała wtedy przed 30. rokiem życia). Nie wiemy dokładnie, kiedy zmarł: zgon nastąpił między 345 a 352 r. Tradycja dokładnie przechowała tylko dzień i miesiąc tego zdarzenia - szósty grudnia. Podobno w chwili śmierci Świętego ukazały się anioły i rozbrzmiały chóry anielskie.
Mikołaj został uroczyście pochowany w Myrze.

Z Myry do Bari

Wiele lat później miasto uległo zagładzie, gdy w 1087 r. opanowali je Turcy. Relikwie Świętego zdołano jednak w porę wywieźć do włoskiego miasta Bari, które jest dzisiaj światowym ośrodkiem kultu św. Mikołaja. Do tego portowego miasta w południowo-wschodniej części Włoch przybywają tysiące turystów i pielgrzymów. Dla wielu największym przeżyciem jest modlitwa przy relikwiach św. Mikołaja.

Międzynarodowy patron

Biskup z Myry jest patronem Grecji i Rusi. Pod jego opiekę oddały się Moskwa i Nowogród, ale także Antwerpia i Berlin. Za swego patrona wybrali go: bednarze, cukiernicy, kupcy, młynarze, piekarze, piwowarzy, a także notariusze i sędziowie. Jako biskup miasta portowego, stał się też patronem marynarzy, rybaków i flisaków. Wzywano św. Mikołaja na pomoc w czasie burz na morzu, jak również w czasie chorób i do obrony przed złodziejami. Opieki u niego szukali jeńcy i więźniowie, a szczególnie ofiary niesprawiedliwych wyroków sądowych. Uznawano go wreszcie za patrona dzieci, studentów, panien, pielgrzymów i podróżnych. Zaliczany był do grona Czternastu Świętych Wspomożycieli.

Święty zawsze aktualny

Od epoki, w której żył św. Mikołaj, dzieli nas siedemnaście stuleci. To wystarczająco długi czas, by wiele wydarzeń z życia Świętego uległo zapomnieniu. Dziś wiedza o nim jest mieszaniną faktów historycznych i legend. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że nawet w fantastycznie brzmiących opowieściach o św. Mikołaju tkwi ziarno prawdy.
Święty Mikołaj nieustannie przekazuje nam jedną, zawsze aktualną ideę. Przypomina o potrzebie ofiarności wobec bliźniego. Pięknie ujął to papież Jan Paweł II mówiąc, że św. Mikołaj jest „patronem daru człowieka dla człowieka”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Papież na wystawie „100 żłóbków”

2019-12-09 21:45

pb / Rzym (KAI)

Papież Franciszek obejrzał dziś po południu wystawę „100 żłóbków”, otwartą 8 grudnia w Sali Piusa X w pobliżu Watykanu. Po podpisaniu 1 grudnia w Greccio listu apostolskiego „Admirabile signum” dał w ten sposób kolejny znak swej dbałości o tę tradycję wiary.

BOŻENA SZTAJNER

Papieżowi towarzyszył przewodniczący Papieskiej Rady ds. Krzewienia Nowej Ewangelizacji abp Rino Fisichella, który przedstawiał Ojcu Świętemu kolejne dzieła. Franciszek indywidualnie witał się z twórcami żłóbków, towarzyszącymi im artystami i ich rodzinami. Na koniec wspólnie z nimi odmówił modlitwę i udzielił im błogosławieństwa.

W czasie trwającej 45 minut papieskiej wizyty chór kameralny Kodály z Budapesztu śpiewał pieśni bożonarodzeniowe.

Wystawa powstała z inicjatywy Papieskiej Rady ds. Krzewienia Nowej Ewangelizacji. Jest na niej ponad 130 szopek z 30 krajów. Współorganizatorem ekspozycji, którą można zwiedzać za darmo do 12 stycznia, jest ambasada Węgier przy Stolicy Apostolskiej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem