Reklama

Odgrodzeni ekranami

2016-08-03 09:26

Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 32/2016, str. 40-41

Grzegorz Boguszewski
Manfred Spitzer, „Cyberchoroby. Jak cyfrowe życie rujnuje nasze zdrowie”, Wydawnictwo Dobra Literatura, 2016

Bez wątpienia cyfrowa technologia informacyjna silniej niż jakakolwiek innowacja w historii cywilizacji zmienia życie całych społeczności i każdego konkretnego człowieka. Za pośrednictwem kolejnych, coraz doskonalszych cyfrowych narzędzi – które często są zwykłymi uprzyjemniającymi życie gadżetami – ich producenci przekonują nas, że bez nich będziemy skazani na niebyt, zostaniemy wypchnięci poza obręb dobrobytu, że tylko one dają szansę na życiowy sukces

Jedni rzucają się na te zdobycze cywilizacji z wielką nadzieją i euforią, drudzy, bardziej sceptyczni, przyjmują je jako fatum, od którego nie da się uciec. I jedni, i drudzy traktują te cyfrowe oferty niczym mannę z nieba. Konsumują cyberdobra równie bezrefleksyjnie jak chipsy lub kolorowe napoje.

Cyberlobby wywołuje cyberstres – pisze w swej książce „Cyberchoroby. Jak cyfrowe życie rujnuje nasze zdrowie” prof. Manfred Spitzer, niemiecki psychiatra i neurobiolog, autor wielu prac naukowych i publikacji popularyzujących prawdziwą wiedzę na temat skutków nieokiełznanej cyfryzacji wszystkich i wszystkiego.

Najbardziej niepokojące, zdaniem Spitzera, jest to, że potężne cyberlobby, powołując się na jakąś bliżej nieokreśloną wiedzę naukową, prowadzi wciąż wzmagającą się kampanię – niestety, bardzo skuteczną – że tylko coraz bardziej wymyślne media cyfrowe mogą ustrzec człowieka przed lękiem, samotnością, głodem, depresją, biedą, dosłownie przed wszystkim. Brakuje ci pieniędzy? – kredyty on-line są szybsze niż jakikolwiek bank; jesteś za gruby? – istnieją aplikacje z dietą; nie masz na nic ochoty? – są aplikacje motywujące! Na samotność – Facebook. I tak dalej – w nieskończoność. Do wszystkiego, o czym jeszcze nawet nie pomyśleliśmy, są odpowiednie aplikacje, wystarczy dotknąć palcem. A to przecież umie każde dziecko.

Reklama

Tajemnica cyberboomu, który nastąpił w drugiej dekadzie XXI wieku, polega na tym, że im bardziej nasze życie toczy się on-line, tym więcej zarabiają producenci „niezbędnych każdemu człowiekowi” cybergadżetów. Nasze nieszczęście – którego jeszcze nie dostrzegamy i przed którym nie jesteśmy ostrzegani – polega natomiast na tym, że wszystkie obiecane korzyści z pójścia na całość w cyberprzestrzeń wkrótce okażą się, lub już się okazują, szkodami. Nieustanne czuwanie on-line wywołuje stres, lęk przed tym, że coś nas ominie, że gdzieś nas nie ma – tzw. FoMO, czyli fear of missing out – a ograniczające ruch warowanie przy ekranie prowadzi do otyłości; rezygnacja z normalnych międzyludzkich relacji na rzecz portali społecznościowych prowadzi do depresji, długotrwałe obcowanie z ekranami zaburza sen, wywołuje zmęczenie i apatię. Wydaje się, że lista naukowo uzasadnionych zagrożeń wynikających z nadmiernego i najzupełniej niekoniecznego korzystania – dzięki cynicznym sprzedawcom – z coraz to nowszych cyberurządzeń już dziś przewyższa rzekome cyberkorzyści. Trudno zrozumieć, dlaczego jest ignorowana.

Cyber od kołyski

Dzieci powinny być oswajane z komputerem jak najwcześniej – to wyjątkowo podłe zalecenie lobby producentów, ubrane w pseudonaukowe teorie. Produkuje się już nawet specjalne uchwyty na ekrany dla niemowlaków, aby mogły się w nie spokojnie wpatrywać. Niektórzy rodzice tego rodzaju udogodnienia przyjmują z wielkim zadowoleniem po prostu dlatego, że dziecko zostaje „wyłączone” i mogą się zająć innymi sprawami.

Zadziwiająco gładko i bezrefleksyjnie ludzie przyjmują przekonanie, że od opanowania nowych technologii cyfrowych zależy dobra przyszłość, a przede wszystkim życiowy sukces. Dlatego z dumą rozsyłają – oczywiście drogą cyfrową – zdjęcia swych kilkumiesięcznych pociech przed ekranem laptopa lub z tabletem w rączce. Z dumą opowiadają, jak to ich dwuletnie szkraby już „znają się” na obsłudze dotykowego ekranu.

Neurobiolog prof. Spitzer ostrzega, że wykorzystywanie tabletu do „uczenia” małego dziecka prowadzi wprost do ograniczenia jego rozwoju; tablet nie dostarcza całościowych doświadczeń angażujących wszystkie zmysły, nie uczy rozumienia przedmiotów, wyobraźni przestrzennej, twórczości, ponieważ nie jest ani wyzwaniem, ani wsparciem w sferze czuciowej i ruchowej – jak np. zwykłe klocki – nie wykształca w mózgu dziecka odpowiednich powiązań, skojarzeń. A więc po prostu upośledza rozwój młodego mózgu!

Jednak producenci cybergadżetów nie odpuszczają. Przekonują, że media cyfrowe są jak najbardziej odpowiednie dla małych dzieci, ponieważ ich obsługa jest prosta. A przecież to znaczy, że dziecko nie musi się wysilać, uruchamiać i wykształcać w mózgu zbyt wielu połączeń nerwowych – rzekomo ma mu wystarczyć tylko dotyk chłodnego ekranu, by poznawać świat... Niestety, ten tok rozumowania przyjęli w wielu krajach także pedagodzy wczesnorozwojowi, którzy użalają się, że wciąż zbyt mało rodzin posiada tablety i ten niedostatek trzeba jak najszybciej nadrobić.

Ten pęd do nadrabiania cyberzaległości nie dotyczy tylko krajów cywilizacyjnie zapóźnionych. Prym wiodą tu kraje tak rozsądne, jak choćby Austria, gdzie ministerstwo kultury wspólnie z Unią Europejską dofinansowało podręcznik dla pedagogów przedszkolnych, w którym czytamy: „To już nie wyjątek: roczne dzieci, które właśnie uczą się chodzić, zadziwiająco dobrze odnajdują się w zabawie z iPadem rodziców – może nawet lepiej niż we własnym mieszkaniu (...)”.

Jak więc rozumieć promowane w mediach – i przyjmowane jako wyrocznia w wielu systemach oświatowych – stwierdzenia różnego rodzaju pedagogów, że maluchy korzystające z tabletu mogą dokładniej spostrzegać swoje otoczenie? Już widzimy, jak rośnie pokolenie dosłownie przyklejone do ekranów, zupełnie ignorujące nawet najbliższe otoczenie.

Deficyt uwagi

Zrzeszenie niemieckich pedagogów medialnych swym autorytetem wspiera pochodzące nie wiadomo skąd przekonanie, że „umiejętność czytania i pisania nie jest już konieczna do korzystania z internetowych treści, bo odpowiednie menu umożliwia dostęp do nich już dzieciom przedszkolnym”.

Wiele też wskazuje na to, że także potrzeba mówienia – zwłaszcza rozmawiania twarzą w twarz z drugim człowiekiem – staje się zbędna, a przecież umiejętność prowadzenia dialogu ciągle jeszcze jest biletem wstępu do życia intelektualnego człowieka. Tymczasem ekrany zaaplikowane niemowlakom wyraźnie hamują rozwój mowy; aby dziecko nauczyło się mówić, musi być stale z ludźmi, a nie z ekranem, który mechanicznie i zawsze tak samo reaguje na dotyk – szybko zmieniającym się obrazkiem, hałasem.

Badacze udowodnili, że tzw. kreskówki w katastrofalny sposób oddziałują na mózg dziecka; są powodem coraz częstszego występowania nadpobudliwości psychoruchowej z deficytem uwagi (ADHD), a to odbija się w oczywisty sposób na zdolności do przyswajania wiedzy. Liczne już badania potwierdzają, że bombardowanie dzieci niedorzecznymi bzdurami w nazbyt udziwnionych, pełnych niepokoju i szybkiej akcji bajkach prowadzi do swoistego wyłączenia mózgu, do notorycznej nieuwagi i niezdolności do koncentracji. Ze względu na bardzo widoczne nasilenie tego zjawiska należy je już dziś rozpatrywać w kategoriach zdrowia całej przyszłej populacji.

Serfowanie po Internecie, gry komputerowe, a przede wszystkim od kilku lat wszędobylskie smartfony są dziś bardzo poważnym zagrożeniem dla rozwoju umysłowego dzieci i młodzieży, a więc jakości życia przyszłych pokoleń. Co ciekawe, z ogromnym niepokojem zauważyli to także spece od kreowania rynku cyberkonsumentów. Microsoft Kanada bije na alarm: „Ponieważ coraz więcej sfer życia Kanadyjczyków ulega cyfryzacji, uznaliśmy, że ważne jest zrozumienie skutków dzisiejszego scyfryzowanego stylu życia dla konsumentów i ich uwagi oraz znaczenia tychże skutków dla rynku. (...) Prawdę mówiąc, wyniki badania potwierdzają, że nie zawsze dostajemy wszystko, czego się spodziewamy...”. Nic dodać, nic ująć. Czyżby zbyt natarczywa i ślepa cyfryzacja wszystkiego niczym bumerang boleśnie wracała do swego źródła?

Cyfryzacja a edukacja

Usilnie promujące i przyspieszające cyfryzację trendy edukacyjne w wielu rozwiniętych krajach wydają się dowodem na to, że rynek jest ważniejszy od nauki. W wielu szkołach podstawowych naukę rozpoczyna się od zajęć z iPada. W Korei Południowej, w Holandii powstają „klasy Steve’a Jobsa”... Tu warto wtrącić, że sam twórca iPada Steve Jobs utrzymywał swoje dzieci z dala od tego rodzaju edukacyjnych udogodnień. W Dolinie Krzemowej istnieje szkoła, która szczyci się tym, że nie posiada ani jednego komputera, a uczą się w niej dzieci pracowników Google, Apple, Yahoo i Hewlett-Packard.

Na Uniwersytecie Princeton i w Dolinie Krzemowej powstała nawet praca naukowa pt. „Pióro jest potężniejsze od klawiatury; zalety pisma odręcznego w porównaniu z pisaniem na laptopie”. Okazuje się, że pisanie na klawiaturze nie sprzyja kodowaniu wiedzy w pamięci długotrwałej. W Chinach natomiast – czyli w zagłębiu produkcyjnym cybergadżetów – przeprowadzono badania na 6 tys. uczniów, które pokazały katastrofalny wpływ pisania na klawiaturze na umiejętność czytania.

Skąd w takim razie bierze się przekonanie zarządzających systemami edukacji, że jedynie całkowite wyposażenie szkół w cyfrową technologię informatyczną może zapewnić społeczeństwu dobre wykształcenie kolejnego pokolenia?! Wyposażenie szkół w elektroniczne podręczniki staje się obsesją wszystkich niemal rządów. Politycy, chcąc się przypodobać wyborcom, wieszczą „koniec epoki kredy”, wbrew ostrzeżeniom naukowców i wbrew prostej prawdzie, że ewolucja człowieka nie nadąży za natrętnym rozwojem popularnych urządzeń cyfrowych, a zwłaszcza za pobudzaniem apetytu na nie.

W 2012 r. na łamach czasopisma „Science” opublikowano wyniki badań, które wskazują, że „sukces edukacyjny jest tym mniejszy, im bardziej podręczniki wykorzystują możliwości, jakie daje cyfryzacja – filmiki i linki po prostu odwracają uwagę i pogarszają efekty uczenia się, tym bardziej, im lepiej są zrobione”. Jeszcze jeden dowód na to, że cyfryzacja prowadzi do rozpraszania uwagi i zakłóca przyswajanie wiedzy.

Nauczanie bywa też zakłócane w sposób jak najbardziej bezpośredni – przez uczniów korzystających w czasie lekcji ze smartfonów. Coraz rzadziej stosowane są zakazy w tej mierze, gdyż byłoby to niepoprawne politycznie ograniczenie wolności dzieci.

Złowróżbny zanik empatii

Cyberrewolucja nabrała tempa kilka lat temu, po pojawianiu się smartfonów, które stały się „przedłużeniem ręki” niemal każdego młodego człowieka. Nauczyciele z niepokojem obserwują, jak uczniowie na przerwach zamiast biegać po boisku siedzą na krzesłach wpatrzeni w niebiesko świecące ekrany. Czego szukają? O czym myślą? Nie wiadomo. Są oderwani od rzeczywistości, nie rozmawiają ze sobą. Zapewne w przyszłości będą nie lada wyzwaniem dla służby zdrowia – choroby kręgosłupa, otyłość, depresja już teraz stają się charakterystyczne dla cyberpokolenia.

Samotni, odgrodzeni ekranami od świata, zamknięci w sobie, choć przecież mają na Facebooku setki znajomych. Uzależnienie od Internetu, Facebooka czy smartfona przypomina uzależnienie od substancji odurzających, a nawet idzie z nimi w parze. Cyberuzależnieniu w dorosłym życiu mogą towarzyszyć np. alkoholizm, chorobliwa skłonność do hazardu, a jego leczenie jest równie trudne jak w przypadku klasycznych uzależnień.

Naukowcy z niepokojem odnotowują bardzo już widoczny deficyt tak podstawowego uczucia ludzkiego, jakim jest empatia. Udowodniono, że dzisiejsze nastolatki cierpią na zanik empatii, tym poważniejszy, im więcej czasu spędzają przed ekranami; na uczenie się zachowań społecznych potrzebny jest czas, tymczasem jest on przeznaczany już od najwcześniejszego dzieciństwa na obserwowanie ekranów, a nie na kontakty z czującymi ludźmi. Gdy w styczniu 2015 r. w kawiarence internetowej na Tajwanie zmarł mężczyzna – zagrał się na śmierć – obecni tam gracze komputerowi nawet nie przerwali gry...

Zasadne wydaje się pytanie, jacy będą ludzie za 20 lat – czy może nauczą się mądrze korzystać z cybernetycznych narzędzi, co dziś zdarza się chyba jedynie w przypadku katastrof i kataklizmów, w których Internet niejednokrotnie bywał istotną pomocą.

Obserwacje i poważne badania naukowe skłaniają raczej do pesymizmu. Najbardziej nieroztropne wydaje się tu hamowanie pełnego rozwoju człowieka poprzez odgradzanie go ekranami od świata niemal od początku życia. To zapowiada raczej ślepą uliczkę ludzkiej cywilizacji niż świetlaną przyszłość.

W pędzącej dziś bez opamiętania cyfrowej cywilizacji – uważa Manfred Spitzer – z pewnością wygrają te społeczeństwa, które we właściwym momencie się opamiętają i poważnie potraktują ryzyko oraz powstrzymają się od działań nieroztropnych. Kto to będzie? Prof. Spitzer ma nadzieję, że Niemcy. My w Polsce powinniśmy uczynić atut z naszego cyfrowego zapóźnienia.

Tagi:
książka

Reklama

Spotkanie autorskie z prof. UKSW Grzegorzem Łęcickim

2019-11-14 10:35

M.W.

Jaka jest recepta na szczęśliwe małżeństwo? Jaką rolę odgrywa Pan Bóg w życiu rodzinnym? Po co małżonkom wspólna modlitwa? Jak przetrwać kryzys? Dlaczego młodzi decydują się na narzeczeństwo często po trzydziestce? Na te i inne pytania odpowiedzą 14 listopada o godz. 18.00 zaproszeni goście wraz z autorem książki „Miłość i szczęście w nietrwałym świecie”

mat. prasowe
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Aborcyjny prezent na Święto Niepodległości

2019-11-10 21:31

Artur Stelmasiak /Niedziela

Kiedy 11 listopada 2019 obchodzimy Święto Niepodległości, nie wszyscy Polacy będą mieli powód do radości. Dokładnie tego dnia traci ważność skarga ws. aborcji do Trybunału Konstytucyjnego. Oznacza to, że w prezencie dla Najjaśniejszej Rzeczypospolitej z okazji 101. rocznicy odzyskania Niepodległości dokładnie 11 listopada umiera kolejna próba ochrony życia. Mimo wielu zapowiedzi i rozbudzanych nadziei będzie tak jak jest, czyli życie straci około trzech maleńkich Polaków dziennie. Kto jest temu winny?

Artur Stelmasiak

Bezpośrednią odpowiedzialność za taki stan rzeczy ponosi prezes Trybunału Julia Przyłębska, a pośrednią jej polityczni mocodawcy. Wszyscy bowiem nie mają złudzeń, że aborcyjne prawo w Polsce jest niekonstytucyjne, bo dyskryminuje osoby podejrzane o niepełnosprawność. Niestety pani prezes przez ponad 2 lata skutecznie obroniła niekonstytucyjne prawo zezwalające na zabijanie najmniejszych i najbardziej bezbronnych Polaków.

Sprawa aborcji ma jednak dłuższą historię polityczną i bardzo dużą odpowiedzialność ponoszą liderzy partii rządzącej. Pani prezes Przyłębska blokowała rozpatrzenie sprawy aborcji eugenicznej w Trybunale, a partia rządząca równolegle blokowała ustawę obywatelską w Sejmie.

Gdy Prawo i Sprawiedliwość przez osiem lat było w opozycji popierało wszystkie projekty ochrony życia. Kiedy w 2013 roku do sejmu trafił identyczny projekt jak Zatrzymaj Aborcję posłowie Prawa i Sprawiedliwości poparli go jednogłośnie. To wtedy posłowie w sejmie na czele z Jarosławem Kaczyńskim witali Kaję Godek owacją na stojąco.

PiS w swoim programie wyborczym z 2014 r. miał jasno wpisaną ochronę życia. Po przejęciu władzy w 2015 roku liderzy PiS obiecywali, że poprą Stop Aborcji, który chroniłby życie wszystkich dzieci poczętych. Niestety prorządowe media, ani media publiczne nie informowały o projekcie, co doprowadziło do manipulacji i histerii na ulicach.

Po czarnych protestach w 2016 roku liderzy PiS na czele z prezesem Jarosławem Kaczyńskim obiecali zakaz aborcji eugenicznej. Środowiska pro-life oraz Konferencja Episkopatu Polski pomogli partii rządzącej wywiązać się z tej obietnicy i przy pełnym poparciu Kościoła przyniesiono do sejmu prawie milion podpisów ws. aborcji eugenicznej. To jest historyczny rekord w tego typu akcjach. Podczas pierwszego czytania w sejmie projekt uzyskał rekordową liczbę popierających go posłów. Większość za życiem była tak miażdżąca, że ocierała się prawie o większość konstytucyjną.

Po pierwszym czytaniu projekt Zatrzymaj Aborcję trafił do Komisji Rodziny i Polityki Społecznej, a w miedzy czasie uzyskał także pozytywną opinię sejmowej komisji sprawiedliwości i praw człowieka. Na tym dobre wieści z sejmu się skończyły, bo ówczesna szefowa komisji Rodziny poseł Bożena Borys-Szopa przez wiele tygodni skutecznie blokowała rozpatrywanie projektu. Nawet, gdy dochodziło do głosowania na komisji to większość polityków PiS głosowało w koalicji z posłami PO i Nowoczesnej skutecznie torpedując dalsze prace nad ochroną życia. W lipcu 2018 roku powołano specjalną podkomisję, do której weszli starannie wyselekcjonowani posłowie PiS. Okazało się, że to najgorsza podkomisja chyba w historii sejmu, bo nie zebrała się ani razu. Osobiście za obronę aborcji eugenicznej odpowiedzialni są posłowie PiS: Grzegorz Matusiak (przewodniczący), Anita Czerwińska, Ewa Kozanecka, Urszula Rusecka, Teresa Wargocka. Na szczęście projekty obywatelskie takie jak Zatrzymaj Aborcję przechodzą na następną kadencję sejmu i nic nie szkodzi, by politycy wreszcie się zajęli sie tym wielkim apelem pro-life prawie miliona Polaków.

Kilka tygodni przed złożeniem projektu Zatrzymaj Aborcję 107. posłów głównie z PiS złożyło wniosek do Trybunału Konstytucyjnego ws. aborcji eugenicznej. Ta droga wydawała się łagodniejsza, bo mniej polityczna i omijająca sejmowe waśnie oraz społeczne emocje. Trybunał Konstytucyjny już kiedyś stanął na wysokości, gdy lewica w 1996 roku wprowadziła aborcje ze względów społecznych. Prezes TK prof. Andrzej Zoll uporał się wówczas z aborcją w pięć miesięcy. Przeszedł do historii jako wybitny prawnik i mąż stanu ws. konstytucyjnej ochrony życia. Natomiast Julia Przyłębska zapisze się w historii, jako prezes TK, która przez ponad 2 lata blokuje sędziów przed orzekaniem i jest skuteczną obrończynią niekonstytucyjnego prawa do zabijania nienarodzonych dzieci.

Kilka dni temu ogrodzenie Trybunału Konstytucyjnego zostało udekorowane wstążeczkami. Niestety nie były to wstążki biało-czerwone, ale tylko czerwone, bo symbolizowały ofiary aborcji. Kokardek było ponad sto, a powinno być ok. 2100, bo tyle dzieci zostało "legalnie" zabitych w polskich szpitalach od 27 października 2016 roku, gdy wniosek posłów został złożony w Trybunale Konstytucyjnym. Wniosek do TK ws. aborcji eugenicznej traci ważność dokładnie 11 listopada 2019 roku z okazji 101. rocznicy odzyskania niepodległości. To bardzo "brzydki prezent" dla Polaków i trochę smutne jest tegoroczne święto.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Zmarł abp Juliusz Paetz

2019-11-15 11:04

dg / Poznań (KAI)

Zmarł emerytowany metropolita poznański abp Juliusz Paetz.

wikipedia.org

Ur. 2 lutego 1935 w Poznaniu. Święcenia kapłańskie przyjął 28 czerwca 1959 r. 20 grudnia 1982 został prekonizowany biskupem diecezjalnym diecezji łomżyńskiej. Sakrę biskupią otrzymał 6 stycznia 1983 w Bazylice św. Piotra w Rzymie. 11 kwietnia 1996 został przeniesiony na urząd arcybiskupa metropolity poznańskiego. 23 kwietnia 1996 kanonicznie objął diecezję. Złożył rezygnację z obowiązków arcybiskupa metropolity poznańskiego, którą Jan Paweł II przyjął 28 marca 2002.

Miejsce pochówku, jak również forma pogrzebu, zgodne z normami Kodeksu Prawa Kanonicznego (kan. 1178, kan. 1242), zostały ustalone w wyniku konsultacji ze Stolicą Apostolską i Nuncjaturą Apostolską w Polsce oraz Rodziną Zmarłego.

Abp Senior Juliusz Paetz urodził się 2 lutego 1935 w Poznaniu.

Studiował w Arcybiskupim Seminarium Duchownym w Poznaniu, na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim i Papieskim Uniwersytecie św. Tomasza "Angelicum" w Rzymie, które ukończył doktoratem teologii. Święcenia kapłańskie przyjął z rąk abp. Antoniego Baraniaka w katedrze poznańskiej 28 czerwca 1959 r.

Po święceniach kapłańskich był wikariuszem w Poznaniu i Ostrowie Wielkopolskim. W latach 1967-1976 pracował u boku biskupa, późniejszego kardynała Władysława Rubina w Sekretariacie Synodu Biskupów w Rzymie. Był współpracownikiem Sekretariatu Stanu i Rady ds. Publicznych Kościoła oraz delegacji Stolicy Apostolskiej ds. stałych kontaktów roboczych z rządem PRL. W latach 1976-1982 był prałatem antykamery papieskiej.

20 grudnia 1982 r. został mianowany biskupem łomżyńskim; sakrę biskupią otrzymał 6 stycznia 1983 r. w Rzymie z rąk Ojca Świętego Jana Pawła II. Dnia 11 kwietnia 1996 roku Ojciec Święty Jan Paweł II mianował go arcybiskupem poznańskim. Kanoniczne objęcie Archidiecezji Poznańskiej miało miejsce w dniu 23 kwietnia 1996 r.

28 marca 2002 r. Ojciec Święty Jan Paweł II przyjął rezygnację abp. Juliusza Paetza z urzędu metropolity poznańskiego.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem