Nie zakaz, lecz dar
Zacznijmy od tego, czym miesiąc trzeźwości nie jest. Katechizm potępia pijaństwo i nadużywanie, a nie kieliszek wina do obiadu. Sierpniowa abstynencja nie jest więc żadnym zakazem, którego trzeba przestrzegać pod grzechem — sam Chrystus przemienił przecież wodę w wino na weselu w Kanie Galilejskiej.
Jest czymś dużo ciekawszym — darem. A dar z definicji jest dobrowolny. Rezygnuję z czegoś, co wolno mi mieć, właśnie po to, żeby ta rezygnacja miała wartość. Gdyby alkohol był zakazany, powstrzymanie się od niego nie byłoby żadną zasługą. Cała siła sierpniowego postu bierze się stąd, że podejmuję go z własnej woli — i mogę ofiarować w konkretnej intencji.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Najgłębszy sens tej praktyki oddaje zasada zapisana przez sługę Bożego księdza Franciszka Blachnickiego, twórcy Krucjaty Wyzwolenia Człowieka: przez abstynencję niewielu do trzeźwości wielu. To zdanie odwraca całą naszą intuicję.
Zwykle myślimy tak: nie piję, bo mam problem. Blachnicki mówił inaczej: nie piję właśnie dlatego, że problem ma ktoś obok mnie. Człowiek uzależniony nie wyjdzie z nałogu w samotności, w otoczeniu, które przy każdej okazji podsuwa mu kieliszek i wyśmiewa odmowę. Potrzebuje wokół siebie „środowiska wolnego" — ludzi, którzy dobrowolnie odstawili alkohol, żeby jemu było łatwiej.
Reklama
I tu abstynencja przestaje być prywatną ascezą, a staje się aktem solidarności. Moje powstrzymanie się mówi choremu bratu, siostrze, sąsiadowi: nie jesteś sam, ktoś idzie tę drogę razem z tobą. To jest miłość bliźniego w najbardziej dosłownym, codziennym wydaniu.
Patron, który dał życie za drugiego
Nie przypadkiem patronem Krucjaty jest święty Maksymilian Maria Kolbe — franciszkanin, który w Auschwitz dobrowolnie poszedł na śmierć głodową za współwięźnia. Jego duchowość to jedno zdanie: dać coś ze swojej wolności, żeby wyzwolić drugiego. Sierpniowa abstynencja jest małym echem tamtego wielkiego gestu. Nikt nie żąda od nas życia — proszą nas tylko o kilka tygodni bez kieliszka. W zestawieniu z ofiarą Kolbego to naprawdę niewiele.
Warto pamiętać, że sierpień nie został wybrany na miesiąc trzeźwości przypadkiem. To czas świąt maryjnych i wielkich pielgrzymek na Jasną Górę, a korzenie tej tradycji sięgają Jasnogórskich Ślubów Narodu z 1956 roku, w których kardynał Stefan Wyszyński kazał Polakom przyrzec walkę z pijaństwem. To Prymas Tysiąclecia zostawił nam też twarde zdanie, które do dziś powtarzają biskupi: „Bez kapłanów abstynentów nie będzie trzeźwej Polski".
Dlaczego to wciąż jest potrzebne
Można wzruszyć ramionami — po czterdziestu latach obchodów statystyki wciąż są złe. Ale to nie argument przeciw, lecz argument za. Trzeźwości nie osiąga się raz na zawsze, jak dyplomu. To cnota, którą każde pokolenie musi zdobyć od nowa, bo w każde nowe pokolenie uderza ta sama fala reklam, promocji i towarzyskiego przymusu.
Reklama
Gdyby sierpniowy apel zniknął, nie zniknąłby problem. Zniknęłaby tylko ta jedna chwila w roku, gdy cały naród zatrzymuje się i pyta sam siebie o swój stosunek do alkoholu. Dlatego ten miesiąc musi wracać — nie jako rytuał, ale jako coroczny rachunek sumienia.
Sprawa Polski rozstrzyga się przy rodzinnym stole
Sierpniowe wezwanie nie jest pobożnym gestem oderwanym od rzeczywistości. Trzeźwość narodu nie zaczyna się w Sejmie ani w ministerialnych programach, lecz przy stole konkretnej rodziny — tam, gdzie ktoś każdego dnia podejmuje albo porzuca decyzję o kieliszku. I to jest chyba najważniejsza myśl całego sierpnia: wielka sprawa Ojczyzny rozstrzyga się w bardzo małych, powszednich wyborach.
Dlatego dobrowolna abstynencja jednego człowieka nigdy nie jest wyłącznie jego prywatną sprawą. Odbija się echem w rodzinie, w sąsiedztwie, we wspólnocie parafialnej. Ktoś, kto odstawia alkohol na sierpień, staje się dla najbliższych cichym znakiem, że wolność jest możliwa.
Jeśli więc w tym roku ktoś znów zapyta cię, czy naprawdę wytrzymasz cały sierpień bez alkoholu — możesz odpowiedzieć spokojnie. Że to nie kwestia wytrzymałości. Że to dar. I że robisz to nie dla siebie, lecz dla kogoś, kto tego bardziej potrzebuje.
A prawda jest taka, że sierpień to dopiero początek. Miesiąc trzeźwości nie jest metą, lecz drogowskazem — symbolem, który ma nam przypomnieć, że wolność od nałogu to zadanie na cały rok, a nie na trzydzieści jeden dni. Wytrzymać sam sierpień potrafi wielu; prawdziwą sztuką jest przenieść ducha tego miesiąca na pozostałych jedenaście. Bo jeśli sierpniowa abstynencja ma głębszy sens, to właśnie taki: ma być wyznacznikiem całego życia, punktem odniesienia, do którego wracamy przez okrągły rok — a nie odświętnym wyjątkiem, po którym wszystko wraca do dawnych przyzwyczajeń.
