Reklama

Świat

Luizjana pod wodą

Położona na południu USA Luizjana zmaga się ze skutkami największej powodzi w historii stanu. Jest to również najpoważniejszy kataklizm naturalny, który nawiedził ten rejon Ameryki od czasów huraganu Katrina w 2005 r. Jak obecnie wygląda sytuacja? Dotarłem do naocznych świadków powodzi, by opowiedzieć ich przejmującą historię ludziom w odległej Polsce

Niedziela Ogólnopolska 37/2016, str. 40-41

East news/AP Photo/Scott Threlkeld

Autostradą międzystanową nr 10 dotrzemy w południowe rejony stanu, czyli w sam środek tragedii tysięcy mieszkańców Luizjany. Sama droga w wyniku powodzi została częściowo sparaliżowana, co spotęgowało i tak poważne już problemy, z którymi do dzisiaj borykać się muszą członkowie lokalnych społeczności. Jest to bowiem ważna arteria komunikacyjna, łącząca oba wybrzeża USA. Jej odcinkami, które w wyniku kataklizmu zostały zamknięte, codziennie jeździły dziesiątki tysięcy amerykańskich kierowców.

Na terenie stanu Luizjana znajdują się 64 tzw. parafie cywilne, czyli podstawowe jednostki administracyjne. Powódź dotknęła jedną trzecią z nich. To pozwala wyobrazić sobie skalę tego historycznego kataklizmu. Najbardziej ucierpiały rejony położone na południu stanu oraz na południowym wschodzie. Jak wyliczyło biuro gubernatora Luizjany, zniszczonych zostało ponad 60 tys. domów, a 30 tys. ludzi trzeba było ewakuować. Pozostali opuszczali swoje domostwa na własną rękę.

Zalane Lafayette

Nazwa tego miasta nie jest przypadkowa. Wpływ kultury francuskiej widać tu niemal na każdym kroku. W przeszłości kontrolę nad tym obszarem sprawował Paryż, Amerykanie kupili jednak od Napoleona wszystkie francuskie ziemie znajdujące się na terenie dzisiejszych Stanów Zjednoczonych. Był rok 1803.

Reklama

Docieram do jednej z wielu ofiar powodzi. Moim rozmówcą jest Doug Mitchell, mieszkaniec położonego na południu Luizjany Lafayette – czwartego co do wielkości miasta stanu.

– Straciłem wszystko, co znajdowało się wewnątrz domu, a ponadto swój samochód. Mój dom wymaga gruntownej odbudowy – opowiada.

Sytuację osób, które zostały dotknięte powodzią, nazywa katastrofą.

Reklama

– Obecnie mieszkam u rodziny oddalonej o 48 km od mojego zniszczonego domu. Codziennie muszę być dowożony do pracy prawie 50 km. Nie mam samochodu. Moje dwa psy są z moją mamą, która mieszka 30 mil w przeciwnym kierunku – wyjaśnia mój rozmówca z Lafayette. – Codziennie pracuję przez 8-10 godzin, a następnie wieczorem spędzam 3-4 godziny, odgruzowując dom, usuwając pleśń i inne skutki zalania przez wodę – dodaje.

Pytam o akcję ewakuacyjną. Doug Mitchell opowiada, że gdy fala powodziowa zalała jego dom, z pomocą przypłynął bratanek, który zabrał go łodzią. Głębokość wody wynosiła wtedy prawie 2 m. Na zalanych obszarach to właśnie łódki i pontony stały się podstawowym środkiem transportu.

Mitchell przewiduje, że przez najbliższych 6 miesięcy może jeszcze nie wrócić do swojego domu. Ma jednak to szczęście, że wcześniej ubezpieczył się na wypadek powodzi. – Wiele osób spośród poszkodowanych nie miało takiego ubezpieczenia – zauważa ze smutkiem.

Pomoc Czerwonego Krzyża

Amerykański Czerwony Krzyż to jedna z wielu organizacji charytatywnych, która przyszła z pomocą powodzianom. W chwili gdy rozmawiam z jej przedstawicielem, na obszarze dotkniętym kataklizmem działa 14 schronisk, które zapewniają dach nad głową 1,8 tys. poszkodowanym. Dzięki pomocy organizacji udało się przygotować noclegi dla ponad 50 tys. ludzi, a w ręce powodzian trafiło ponad 150 tys. różnych niezbędnych produktów. Po rejonach, które ucierpiały w wyniku powodzi, porusza się ponad 90 pojazdów dostarczających żywność i wodę oraz inne potrzebne rzeczy, m.in. środki higieny osobistej czy preparaty przeciw owadom. Od początku powodzi Czerwony Krzyż we współpracy ze swoimi partnerami wydał ponad 400 tys. posiłków i różnego typu przekąsek. Na miejscu cały czas działają specjalne kuchnie, które stale wydają coś ciepłego do jedzenia. Przewiduje się, że w nadchodzących tygodniach amerykański Czerwony Krzyż rozda jeszcze ok. miliona posiłków. Zapewnianie pomocy na tak ogromną skalę jest możliwe dzięki zaangażowaniu olbrzymiej rzeszy pracowników.

Z terenu całych Stanów Zjednoczonych na pomoc zalanej Luizjanie przybyło ponad 2,5 tys. członków amerykańskiego Czerwonego Krzyża, przygotowanych do niesienia pomocy na wypadek klęsk żywiołowych. Ponad 90 proc. z nich to osoby działające na zasadzie wolontariatu. Luizjanę zalały prawie 4 biliony litrów wody! Dokładnie tyle potrzebowaliby organizatorzy igrzysk w Rio, gdyby chcieli napełnić 10 mln basenów olimpijskich.

– W wyniku tej powodzi rodziny straciły swoje domy oraz cały dobytek. W najbliższych dniach, tygodniach i miesiącach amerykański Czerwony Krzyż będzie kontynuował swoją pracę, by pomóc mieszkańcom Luizjany ponownie stanąć na nogach – zapewnia Peter Wilson, przedstawiciel amerykańskiego Czerwonego Krzyża ds. komunikacji z mediami.

Jak podkreśla mój rozmówca, tak dużej liczby ludzi potrzebujących schronienia nie było w Ameryce od czasu huraganu Sandy, który uderzył w New Jersey w 2012 r.

– Obecnie tysiące ludzi w Luizjanie czekają na usunięcie strat spowodowanych powodzią – dodaje Wilson.

Powódź, która nawiedziła Luizjanę, to jednak nie tylko zniszczenia i smutek. Z tej tragedii wyłania się również obraz braterstwa i solidarności. Mieszkańcy tego terenu nieśli sobie nawzajem wszelkiego rodzaju pomoc – od akcji ratunkowych i ewakuacyjnych, przez zapewnienie schronienia i dystrybucję żywności, aż po pomoc przy usuwaniu ogromnych szkód, które spowodowała fala powodziowa. Bardzo pomocne okazały się lokalne wspólnoty kościelne, które koordynowały te działania, zanim na miejsce dotarły duże organizacje charytatywne. Przekazywano paczki żywnościowe, ubrania i inne potrzebne produkty na rzecz powodzian. – W pierwszym tygodniu po powodzi Luizjana sama o siebie zadbała – mówi Angelina Stanford, pisarka i nauczycielka, która od urodzenia mieszka w tym stanie, w Opelousas.

Kontrowersje

Działanie Czerwonego Krzyża wywołało jednak pewne kontrowersje. Niektórzy mieszkańcy, w tym moja rozmówczyni, skarżyli się, że pracownicy organizacji nie chcieli przyjmować darów i paczkowanego jedzenia przekazywanych przez ludzi dobrej woli. Czerwony Krzyż preferuje datki finansowe, za które samodzielnie organizuje produkty potrzebne powodzianom. Zdaniem krytyków, chodzi o możliwość pozyskiwania większych pieniędzy np. na pensje dla wyższych rangą pracowników tej organizacji.

– Ludzie przekazywali te produkty, by pomóc głodnym i potrzebującym rodzinom, ale ponieważ nie były to rzeczy zatwierdzone przez Czerwony Krzyż, zostały odrzucone – wyjaśnia Angelina.

Reakcją na te praktyki miały być apele w mediach społecznościowych, w których wzywano do tego, by zamiast wspierać Czerwony Krzyż kierować swoją pomoc bezpośrednio do lokalnych organizacji charytatywnych, które takie dary przyjmowały z otwartymi ramionami. W celu wyjaśnienia całej sprawy poprosiłem o komentarz przedstawiciela amerykańskiego Czerwonego Krzyża. Niestety, na to pytanie nie uzyskałem odpowiedzi.

Angelina Stanford krytykuje również niektóre działania rządu federalnego. Twierdzi, że niekiedy wchodził on w drogę lokalnym społecznościom, prowadzącym akcję ratunkową na własną rękę.

– Ludzie są podobnego zdania, gdy chodzi o Federalną Agencję Zarządzania Kryzysowego. Rząd po prostu tylko wchodzi w drogę – mówi moja rozmówczyni. – Było wiele przypadków, że rządowe agencje i biurokracja uniemożliwiały lokalnym ratownikom niesienie pomocy – dodaje.

Mieszkańcy Luizjany uważają, że Biały Dom oraz media głównego nurtu nie poświęciły wystarczającej uwagi ich tragedii.

A prezydent na wakacjach

Barack Obama ściągnął na siebie lawinę krytyki po tym, jak w obliczu historycznej powodzi w Luizjanie nie przerwał nawet swoich wakacji. Podczas gdy mieszkańcy stanu walczyli o życie i ratowali swoje majątki, ich prezydent... grał w golfa! Obama zbulwersował mieszkańców Luizjany również wezwaniem skierowanym do lokalnych społeczności przez Departament Sprawiedliwości Stanów Zjednoczonych, by przy świadczeniu pomocy nie kierowali się rasizmem.

– Ten apel oburzył mieszkańców stanu, którzy poczuli się głęboko urażeni. Jednym z wielu wspaniałych zjawisk, które dało się obserwować w trakcie tego kryzysu, była współpraca między białymi i czarnymi w zakresie niesienia sobie wzajemnej pomocy – opowiada Angelina. – To tylko pokazuje, jak bardzo oderwany od rzeczywistości jest prezydent i jak wykorzystuje katastrofę do celów politycznych – dodaje.

Ostatecznie Obama udał się na zalane tereny. Znacznie spóźniona wizyta nie mogła jednak poprawić prezydenckiego wizerunku w oczach mieszkańców stanu Luizjana. Jak to mówią – szansę na zrobienie pierwszego wrażenia ma się tylko raz.

Politykiem największego kalibru, który jako pierwszy odwiedził zalane tereny, był kandydat republikanów na prezydenta – Donald J. Trump. Ze swojego przyjazdu nie uczynił jednak wielkiego wydarzenia medialnego – zamiast tego zorganizował olbrzymią ciężarówkę z pomocą dla poszkodowanych, przyglądał się zniszczeniom i rozmawiał z ofiarami żywiołu. – Trump jest kandydatem kontrowersyjnym, ale zdobył u nas duże uznanie, bo widać było, że jest naprawdę pełen współczucia – mówi „Niedzieli” Angelina Stanford.

Wielkiego zaangażowania nie było też widać ze strony kandydatki demokratów – Hillary Clinton. Jej „wsparcie” ograniczyło się do odbycia rozmowy telefonicznej z gubernatorem Luizjany oraz wygłoszenia apelu o dotacje dla Czerwonego Krzyża i innych organizacji charytatywnych. Luizjana to tradycyjnie republikański stan i kandydat na prezydenta startujący z ramienia partii demokratycznej nie ma tutaj szans na poparcie, dlatego Clinton lekceważy ten rejon.

Kandydatka demokratów broniła się, twierdząc, że odwiedzi Luizjanę w późniejszym terminie, by swoją obecnością nie przeszkadzać w akcji niesienia pomocy. Takie wyjaśnienie nie było jednak zbyt przekonujące dla krytyków Clinton.

Kiedy piszę te słowa, od momentu powodzi upłynęły już dwa tygodnie. Nie oznacza to jednak, że zakończył się dramat mieszkańców zalanych terenów Luizjany. Problemy życia codziennego, które często spędzają nam sen z powiek, stały się dla nich odległym marzeniem – symbolem normalności, której jeszcze długo nie zaznają.

* * *

Tomasz Winiarski
Student dziennikarstwa, amerykanista zafascynowany kulturą, polityką i historią USA. Dziennikarz dla Polonii w Stanach Zjednoczonych. W życiu stara się kierować mottem: Nie ma rzeczy niemożliwych!
Autor może przekazać dodatkowe informacje dotyczące pomocy powodzianom w Luizjanie.
Więcej pod adresem: tomasz.winiarski@niedziela.pl

2016-09-07 08:38

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

W sprawie drugiego ślubu Jacka Kurskiego

2020-07-28 12:29

[ TEMATY ]

komentarz

ślub

opinie

PAP

Niedawno w mediach pojawiła się informacja o ślubie kościelnym Pana Jacka Kurskiego. Chciałbym choć ogólnie odnieść się do niektórych zarzutów, które pojawiły się po tym fakcie, a do napisania tego artykułu skłoniły mnie rozmowy z ludźmi, którzy wyrażali swój niepokój, a także pewne prasowe tytuły, między innymi takie jak: „Być jak Jacek Kurski. Jak unieważnić ślub kościelny”.

Oczywiście z różnych komentarzy możemy się dowiedzieć, jakie ekspresowe tempo przybrał sam proces, a także jakie znajomości i ile pieniędzy trzeba mieć, aby uzyskać stwierdzenie nieważności małżeństwa. Mam świadomość, że nie da się w krótkim tekście opisać całej procedury kanonicznej, ale kilka jej wątków może rozwiać niektóre wątpliwości, które rodzą się także w ludziach wierzących. Moim moralnym obowiązkiem jest trzymanie się faktów, a więc od początku…

Pierwszą sprawą jest terminologia. Świeccy dziennikarze zachowali pewną dozę przyzwoitości, ujmując w cudzysłów sformułowanie „rozwód kościelny”. Ostatecznie czytelnik dowie się, że w Kościele nie ma rozwodów, ale pojęcie „unieważnienia małżeństwa” jest nagminnie nadużywane.

Prawda jest taka, że biskupi nie „unieważniają małżeństwa”, a sam proces dotyczy ewentualnego stwierdzenia nieważności małżeństwa, czyli czy zaistniała ważna umowa małżeńska, czy też na skutek jakiejś przyczyny lub przyczyn małżeństwo od samego początku nie było ważnie zawarte.

Biskup diecezjalny jest oczywiście pierwszym sędzią, ale w praktyce rzadko korzysta z tego przywileju i to kolegium sędziowskie zwane składem czy turnusem, po przeprowadzeniu całego dochodzenia, wydaje decyzję w postaci wyroku.

Sprawy o stwierdzenie nieważności małżeństwa zastrzeżone są dla kolegium składającego się z trzech sędziów (czasami są wyjątki od tej zasady: jeżeli w diecezji lub sąsiednim trybunale nie ma możliwości ustanowienia trybunału kolegialnego może orzekać sędzia jednoosobowy, będący duchownym, który jednak winien sobie dobrać dwóch asesorów; w Rocie Rzymskiej zdarza się, że sądzenie spraw o nieważność małżeństwa powierzone jest kolegium składającemu się z pięciu sędziów). Rozwodów kościelnych więc nie ma, nie istnieje pojęcie „unieważnienia” małżeństwa, ale każdy z małżonków po rozpadzie związku ma prawo do procesu i do zbadania ewentualnej nieważności małżeństwa.

Czas postępowania, czyli ile trwa proces?

Nie wiem na ile fakty mieszały się z plotkami w przekazach medialnych dotyczących Pana Kurskiego, ale w jednej relacji pisano o 2-letnim procesie, w innych o trochę krótszym.

Okraszone było to czasami obraźliwymi komentarzami, ile i komu trzeba zapłacić za przyśpieszenie procesu. Nie wiem czy 2 lata procesu to jest ekspresowe tempo. Jak powinno być i ile powinien trwać proces? Prawodawca kościelny podpowiada, aby „sprawy w trybunale pierwszej instancji nie przeciągały się powyżej roku”, sędziowie i trybunały mają zatem starać się jak najszybciej, ale z zachowaniem sprawiedliwości, zakończyć sprawy. Wiadomo, że wskazany czas to pewien ideał i od obsady personalnej sądu, ilości spraw w konkretnym trybunale, miejsca przebywania stron i świadków zależy, czy da się w tym czasie przeprowadzić cały proces, ale znam sądy kościelne, które spokojnie radzą sobie z przeprowadzeniem instrukcji dowodowej i wydaniem wyroku w przeciągu roku od złożenia skargi powodowej. Zupełnie inny czas postępowania przewidziany jest na przeprowadzenie tzw. procesu skróconego, ale jest to proces rzadki, w którym nieważność małżeństwa wydaje się oczywista. Taka forma procesu zastrzeżona jest dla biskupa diecezjalnego (biskupa stojącego na czele kościoła partykularnego). Rozumiem, że czasami wierni porównują swój czas oczekiwania na wyrok czy dekret, ale proszę pamiętać, że przed wejściem w życiu dokumentu Mitis Iudex Dominus Iesus postępowanie w przypadku decyzji pozytywnej było dwuinstancyjne, a czasami sprawa trafiała do trybunału trzeciego stopnia postępowania, natomiast po reformie papieża Franciszka wyrok stwierdzający po raz pierwszy nieważność małżeństwa może stać się wykonalny (gdy strony i obrońca węzła małżeńskiego rezygnują ze złożenia apelacji) i taki sposób niewątpliwie przyczynił się do skrócenia całej procedury. Nie da się zatem jeden do jednego porównać i przełożyć procesów przed 2015 rokiem i po tym czasie.

Meritum procesu, czyli przyczyna nieważności

Tak naprawdę nie wiemy, jaka była przyczyna nieważności małżeństwa w przypadku Pana Jacka Kurskiego, a także jakie argumenty i okoliczności zostały wskazane i zebrane w instrukcji dowodowej. Fakt jest taki, że kolegium sędziowskie uznało z moralną pewnością, że wspomniane małżeństwo zostało zawarte w sposób nieważny. Nie będę wymieniał przyczyn nieważności małżeństwa, ale dotyczą one zarówno przeszkód do zawarcia małżeństwa, braku przepisanej prawem formy kanonicznej i wreszcie wad zgody małżeńskiej. Przyczyn jest sporo, ale nie oznacza to automatycznie, że dla każdego coś się trafi. Niektórzy, zaskarżając swoje małżeństwo, wskazują w skardze powodowej prawie wszystkie przyczyny wymienione w Kodeksie prawa kanonicznego, ale działa to bardziej według metody „na chybił trafił” i niekoniecznie ma przełożenie na pozytywny wyrok. Adwokaci kościelni, którzy pomagają stronom w redakcji skargi powodowej, wiedzą, że należy „dobrać” jeden lub kilka najbardziej prawdopodobnych tytułów ewentualnej nieważności, odpowiadających historii poznania się stron, kojarzenia się małżeństwa i przebiegu życia małżeńskiego. Czas trwania małżeństwa, posiadanie dzieci, błogosławieństwo papieskie nie mają aż tak wielkiego znaczenia (są to tylko okoliczności, które mogą, ale nie muszą potwierdzać domniemanie o ważności związku małżeńskiego). Należy pamiętać, że generalnie małżeństwo cieszy się przychylnością prawa i uznaje się je za ważne, dopóki nie udowodni się czegoś przeciwnego.

Zamiast zakończenia

Nie ma wątpliwości, że Pan Jacek Kurski jest osobą publiczną i w stosunku do niego łatwiej formułować zarzuty niż do wielu wiernych, którzy uzyskali pozytywny wyrok stwierdzający nieważność małżeństwa. Im nikt nie wypomina, w jakim kościele i z udziałem ilu gości brali ślub kościelny. Wydaje mi się, że nie ma co spekulować czy obligować Kościół do wypowiedzenia się w tej sprawie. Rokrocznie sądy kościelne w Polsce wydają kilka tysięcy decyzji i nie trzeba się tłumaczyć z poszczególnych wyroków. Sędziowie i współpracownicy trybunału są zobligowani do zachowania tajemnicy urzędowej i nie ma podstawy, aby formułować wnioski w stosunku do określonego sądu kościelnego, aby publicznie wypowiadał się o przebiegu tego konkretnego postępowania. Natura spraw o nieważność małżeństwa dotyczy bardzo często delikatnych i intymnych spraw, których nie powinno się ujawniać na forum publicznym.

CZYTAJ DALEJ

Szumowski: będą wzmożone kontrole w miejscowościach turystycznych

2020-08-07 11:01

[ TEMATY ]

koronawirus

Szumowski

Youtube.com

Poprosiłem MSWiA oraz GIS o wzmożone kontrole w miejscowościach turystycznych oraz powiatach "żółtych" i "czerwonych", w których wprowadzono dodatkowe obostrzenia - powiedział w piątek minister zdrowia Łukasz Szumowski.

Resort zdrowia w czwartek poinformował o planowanym wprowadzeniu od soboty dodatkowych obostrzeń w 19 powiatach z największym przyrostem zakażeń.

W piątek w programie "Tłit" Wirtualnej Polski minister Łukasz Szumowski zapowiedział wzmożone kontrole przestrzegania zasad bezpieczeństwa w miejscowościach turystycznych oraz w tych 19 powiatach, w których zostają wprowadzane dodatkowe obostrzenia. Poinformował, że rozmawiał już na ten temat z szefem MSWiA Mariuszem Kamińskim, wiceministrem Maciejem Wąsikiem.

"Również poprosiłem pana ministra (Jarosława) Pinkasa, Głównego Inspektora Sanitarnego o wzmożone kontrole zarówno w tych powiatach +żółtych+ i +czerwonych+, jak również w pasie nadbrzeżnym i miejscowościach turystycznych, choćby takich rzeczy, jak zachowanie się w restauracjach, w sklepach" - dodał minister.

"To, że jesteśmy na wakacjach, nie zwalnia nas z tego, że jak wchodzimy do sklepu to zakładamy maskę, a jak wchodzimy do restauracji, to trzymamy dystans. I nie zwalnia to restauratorów z tego, że stoliki mają być w odpowiedniej odległości" - przypomniał szef MZ.

Szumowski zwrócił uwagę, że w pasie przybrzeżnym nie ma tak dużej liczby zachorowań, jak można było się spodziewać. W tym kontekście minister zwrócił uwagę, że plażowicze często korzystają z parawanów i w efekcie zachowują dystans 1,5 m. "Poza tym polskie wybrzeże jest zwykle wybrzeżem wietrznym" - dodał.

Od soboty MZ w powiatach z największym przyrostem zakażeń wprowadzi dwa rodzaje obostrzeń – czerwone i żółte.

Większe, czerwone obostrzenia, będą obowiązywały w powiatach: ostrzeszowskim, nowosądeckim, wieluńskim, pszczyńskim, rybnickim, i wodzisławskim, a także w miastach na prawach powiatu: w Nowym Sączu, Rudzie Śląskiej i w Rybniku. Tam wprowadzane są najbardziej rygorystyczne obostrzenia zakazujące funkcjonowania m.in. siłowniom, kinom, sanatoriom i ograniczające liczbę osób na weselach i pogrzebach do 50, a w kościołach do osoby na cztery metry kwadratowe. Ponadto wprowadzony zostanie nakaz noszenia maseczki wszędzie w przestrzeni publicznej.

Łagodniejsze, "żółte" rygory, będą w powiatach: wieruszowskim, jarosławskim, kępińskim, przemyskim, cieszyńskim, pińczowskim i oświęcimskim, a także w miastach na prawach powiatu: Jastrzębiu–Zdroju, Przemyślu i w Żorach. Tam, według zapowiedzi MZ, możliwe będą m.in. imprezy sportowe, wydarzenia kulturalne, seanse w kinach z udziałem 25 proc. uczestników, a na weselach i pogrzebach dopuszczalne będzie maksymalnie 100 osób. W powiatach oznaczonych kolorem żółtym nie zmieniają się zasady dotyczące ograniczenia w kościołach, noszenia maseczek czy też związane z transportem zbiorowym.(PAP)

autorka: Olga Zakolska

ozk/ dki/

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję