Ez 34,1-11 <- KLIKNIJ
Na starożytnym Wschodzie „pasterz” był tytułem królewskim - nosili go władcy Mezopotamii i faraonowie, a Izrael odnosił go do swoich królów i do samego Boga. Wyrocznia Ezechiela przeciw „pasterzom Izraela” jest więc rozliczeniem władzy: królów, przywódców, wszystkich odpowiedzialnych za lud. Ich grzech został nazwany precyzyjnie: „paśli samych siebie” - żyli z owiec, zamiast żyć dla owiec. Spożywali mleko, odziewali się wełną, zarzynali tłuste, a katalog zaniedbań brzmi jak rachunek sumienia każdego urzędu pasterskiego: słabej nie wzmacnialiście, chorej nie leczyliście, skaleczonej nie opatrywaliście, zabłąkanej nie sprowadzaliście, zagubionej nie szukaliście - „rządziliście nimi z przemocą i surowością”.
Skutek jest opisany językiem klęski roku 587: owce rozproszyły się „po całej powierzchni ziemi” i stały się łupem dzikich zwierząt - w tym obrazie mieści się i polityczna katastrofa Judy, i duchowa bieda wspólnoty pozbawionej troski. Diagnoza kończy się uroczystym zwrotem sądu przeciw pasterzom: Bóg zażąda swoich owiec z ich ręki i „położy kres ich pasterzowaniu”.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
Punkt zwrotny przynosi werset 11, otwarty emfatycznym hinnēh: „Oto Ja sam będę szukał moich owiec i będę miał o nie pieczę”. Gdy zawodzą ludzcy pasterze, Bóg nie opuszcza stada - sam przejmuje urząd, a dalsza część rozdziału zapowie jednego pasterza, „sługę mego, Dawida”. Ewangelia rozpozna w tym zapowiedź Dobrego Pasterza (J 10) i Jezusowego wzruszenia nad tłumami „jak owce niemające pasterza” (Mt 9,36). Grzegorz Wielki, który z Ez 34 uczynił zwierciadło dla duchownych swojej epoki, wyciągał z niego wniosek wciąż aktualny: urząd bez służby staje się krzywdą powierzonych - a miarą pasterza jest los owcy najsłabszej.
Mt 20,1-16 <- KLIKNIJ
Przypowieść o robotnikach w winnicy jest oprawiona z obu stron tym samym zdaniem o pierwszych i ostatnich (19,30; 20,16) - Mateusz sygnalizuje, że opowiada ją jako wykład owej odwróconej arytmetyki królestwa. Gospodarz wychodzi po robotników o świcie, potem o dziewiątej, dwunastej, piętnastej, wreszcie o siedemnastej - Jego wychodzenie jest pierwszą niespodzianką: nie czeka, aż przyjdą, sam szuka ludzi stojących bez zajęcia. Najemnicy dniówkowi byli najsłabszą grupą na rynku pracy; ich „nikt nas nie najął” to zdanie o upokorzeniu bezczynności, nie o lenistwie.
Denar był zwyczajową zapłatą za dzień pracy - tyle, ile trzeba, by rodzina przeżyła do jutra. Gospodarz płaci wieczorem, jak nakazywała Tora chroniąca najemnika (Pwt 24,14-15), lecz każe zacząć od ostatnich: pierwsi muszą zobaczyć jego hojność, aby ich serce mogło się ujawnić. I ujawnia się - szemraniem. Zarzut nie brzmi „daliście nam za mało”, lecz „zrównałeś ich z nami”: pierwsi zaczynają liczyć cudzy dar zamiast cieszyć się własnym. Gospodarz odpowiada pytaniem, które sięga dna: „czy oko twoje jest złe, że ja jestem dobry?” - „złe oko” oznacza w Biblii zawiść i wyrachowanie (por. Pwt 15,9; Prz 28,22). Nikt nie został skrzywdzony; ktoś został obdarowany - i to boli.
Forma zwrotu „przyjacielu” (hetaire) powraca u Mateusza jeszcze dwa razy: wobec człowieka bez szaty weselnej i wobec Judasza (22,12; 26,50) - jest to słowo pełne powagi, kierowane do kogoś, kto stoi na granicy. Królestwo nie jest systemem punktowym, lecz udziałem w dobroci Boga; Grzegorz Wielki w homilii o tej przypowieści odnosił kolejne godziny najmu do wieków ludzkiego życia, od dzieciństwa po starość - nawet powołany o zmierzchu wchodzi w pełnię daru. Przypowieść nie odbiera pierwszym niczego prócz jednego: prawa do mierzenia Bożej hojności własną miarą.
