Reklama

Polska

Faustyna

W jaki sposób ta niepozorna kobieta, zamknięta w klasztorze, mogła odcisnąć tak silne piętno na obliczu współczesnego Kościoła?

Wpatruję się w te zdjęcia, jakbym mogła dzięki temu odkryć tajemnicę jej świętości. Pierwsze – to fotografia młodej dziewczyny, zrobiona w jakiś słoneczny dzień, drugie to już zdjęcie zakonnicy – św. Siostry Faustyny. Te zdjęcia dzieli kilka lat, ale duchowo są to lata świetlne. To wiemy dziś, tajemnicą pozostaje, co zdarzyło się między tymi dwoma ujęciami. W jaki sposób ta niepozorna kobieta, zamknięta w klasztorze, mogła odcisnąć tak silne piętno na obliczu współczesnego Kościoła? W jaki sposób modlitwa, którą zapisała w swoim „Dzienniczku”, stała się jedną z najchętniej odmawianych? Jakim cudem? No właśnie...

Tajemnica Faustyny staje się tajemnicą świętości i odkrywa przed nami odrobinę Bożej metody działania. Jak mawia papież Franciszek: Bóg lubi to, co małe, niepozorne, skromne, zwyczajne. Jak Faustyna – kucharka, ogrodniczka, sprzedawczyni chleba w prowincjonalnej piekarni, furtianka, zakonnica drugiego chóru. Nikt ważny. Musiał minąć czas, by świat jej uwierzył, by drzewo w niej zasadzone przyniosło owoc.

Dwie fotografie

Trudno opisać tę twarz, pomijając fakt fatalnej jakości przedwojennej fotografii. Helena, jeszcze nie Faustyna, ma jasne niebieskie oczy i gęste włosy koloru miedzianego. Jest 1923 r. i jakaś beztroska sytuacja. Widać modną w latach przedwojennych fryzurę na hollywoodzką gwiazdę i żakiecik w kratkę. Zapamiętano, że nie zwracała szczególnej uwagi na strój, z wyjątkiem okresu, gdy chcąc zagłuszyć myśl o życiu zakonnym, ubierała się modnie i po miejsku.

Reklama

Na tych niewielu zdjęciach uderza jeszcze jedna rzecz – uśmiech. Szeroki, szczery, przy takim każda twarz z miejsca robi się ładna. Podobno lubiła się śmiać i śpiewać na cały głos. To dla nas, współczesnych, ważne, żeby uzmysłowić sobie, iż święci mieli nasze cechy – skłonność do żartu, zabawy, śmiechu. Siostra Beata Piekut, świadek życia Faustyny, wspomina, że zapamiętała ją jako osobę promienną i rozradowaną. Tak zresztą zapamiętało Helenę, a potem Faustynę, wiele osób.

Na późniejszych zdjęciach zakonnych ma już rys pewnej powagi. Surowości dodaje jej welon ściśle okalający twarz. Ale na ustach błąka się lekki uśmiech, jakby przepraszający. Wydaje się szczęśliwa i promienna. Jednocześnie to spojrzenie – bardzo skupione, skoncentrowane na widzu, badawcze.

Codzienność

Helena – Faustyna znała trudy życia od dziecka. W domu rodzinnym opiekowała się rodzeństwem i zajmowała domem. Była trzecim z dziesięciorga dzieci. Zdołała ukończyć tylko 3 klasy szkoły powszechnej – ledwie pisała, i to z błędami. Potem jako nastolatka służyła w domach w Aleksandrowie Łódzkim, Łodzi i Ostrówku pod Warszawą.

Zatrudniające ją rodziny, a później i współsiostry chwaliły jej pracowitość i sumienność. Niczego nie trzeba było jej dwa razy powtarzać – zapisała jedna z zakonnic. – Mogłam zostawić cały dom pod jej opieką i być spokojna – wspomina jedna z pracodawczyń. Miała rękę do dzieci, np. u rodziny Lipszyców spod Warszawy niańczyła piątkę malców. Nie dziwi, że widziano w niej idealny materiał na żonę i matkę, że namawiano Helenę do zamążpójścia.

Archiwum/www.zyciezakonne.pl

Helena Kowalska, rok 1923/Nieznane zdjęcie św. Faustyny z bratem Stanisławem od lat spoczywało w archiwum parafii księży marianów pw. Matki Bożej Królowej Polski w Warszawie

Lubiła się modlić. Matka wspominała o niej, że codziennie chciała chodzić do kościoła. Gdy podpisywała kiedyś umowę o pracę, Helena zażądała klauzuli, że wolno jej będzie chodzić codziennie na Mszę św., odwiedzać chorych i konających. To dość asertywne zachowanie jak na pannę służącą, która w tamtych czasach nie miała praktycznie żadnych praw. Nie ma się co dziwić, skoro Helenka jeszcze jako dziecko potrafiła udawać żebraczkę, prosić ludzi o datek, a potem zanosić wszystko proboszczowi z prośbą, by rozdał pieniądze biednym. Już jako panna dokarmiała starego chorego człowieka, mieszkającego pod schodami łódzkiej kamienicy. Były w niej jakaś nadwrażliwość, nieobojętność na biedy tego świata. O taką nadwrażliwość apeluje dziś Ojciec Święty, widząc w niej ratunek dla świata.

Mizerotka

Marzył jej się klasztor. W „Dzienniczku” napisała: „W siódmym roku życia usłyszałam pierwszy raz głos Boży w duszy”.

Dwa razy prosiła rodziców o pozwolenie na pójście za furtę. I dwa razy usłyszała odmowę. Choć byli pobożnymi ludźmi, nie stać ich było na konieczne wówczas zakonne wiano. Po drugie – nie chcieli oddawać klasztorowi swojego – jak sami mówili – „najlepszego dziecka”. Mama, strofując młodsze, wołała: „Do Heli toście nie warci stanąć!”. Może widzieli w córce opiekunkę na starość? – Mnie i bez pieniędzy Pan Jezus przyjmie! – ripostowała Helenka, rozczarowana nieustępliwością rodziców.

Trzeci raz nie zapytała. Spakowała walizkę i pojechała w ciemno do Warszawy. Nie znała miasta, nie znała ludzi. Przypadkowo spotkany ks. Jakub Dąbrowski, proboszcz stołecznego kościoła pw. św. Jakuba, pomógł nieznajomej i polecił ją zaprzyjaźnionej rodzinie Aldony i Samuela Lipszyców. Helena w każdej wolnej chwili szukała dla siebie zakonu. Praktycznie wszędzie odsyłano ją z kwitkiem. Niemal tak samo skończyłaby się wizyta w klasztorze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia przy ul. Żytniej. – Niepozorna, wiek troszkę spóźniony, dosyć wątłej kompleksji, służąca, z zawodu kucharka, a przy tym nieposiadająca nie tylko posagu, ale nawet najmniejszej wyprawki. Nic nadzwyczajnego, ot, zgłosiła się taka mizerotka, wątła, biedna, bez wyrazu, nic obiecującego – relacjonowała m. Małgorzata Gimbutt. Gdyby nie m. Michaela Moraczewska – przełożona warszawskiego domu, która zdecydowała się jednak porozmawiać z „mizerotką”, Helena szukałaby zapewne dalej.

Wejście za mur klasztorny było dla Heleny momentem przełomowym. Otrzymała imię Maria Faustyna i rozpoczęła nowe życie. „Zdawało mi się, że wstąpiłam w życie rajskie” – napisała. Jej zakonna droga to głównie Warszawa, Kraków, Wilno, Płock i, oczywiście, Łagiewniki. Wykonywała najprostsze prace, głównie fizyczne. Otoczenie nie miało pojęcia, co działo się w duszy skromnej zakonnicy, nie wiedziało o bogactwie jej życia mistycznego. Jak zwykle pracowita, posłuszna, zdyscyplinowana, rozmodlona – nie sprawiała kłopotów. Aż do zimnej lutowej nocy 1931 r.

Sfera mistyczna

Faustyna nosiła ukryte stygmaty i dar rozmaitych widzeń. Widziała cierpienia dusz czyśćcowych, oglądała niebo i piekło. Widziała cierpienia Jezusa podczas Drogi Krzyżowej. Ale nade wszystko otrzymała dar rozmawiania z Jezusem.

Miała jakieś 7 lat, gdy pierwszy raz „tego” doświadczyła. „Byłam na Nieszporach – wspominała po latach – a Pan Jezus był wystawiony w monstrancji, wtenczas po raz pierwszy udzieliła mi się miłość Boża”.

Czy próbowała mówić o tym zdarzeniu najbliższym? Matka już wcześniej dostrzegła nieustającą chęć córki do modlitwy i nawet łajała ją za zrywanie się po nocach do pacierza. Bała się, że dziecko postrada zmysły.

Gdy zdarzyło się to po raz drugi, dziewczyna była niemal dorosła, ale postawiła na nogi cały dom, krzycząc, że się pali – taka jasność biła z jej izdebki. Potem zdarzenie z Łodzi – gdy jednej z sióstr udało się wyciągnąć Helenkę na tańce. Nagle w tłumie roześmianych ludzi Helena dostrzegła obnażonego i poranionego Jezusa. Ten widok zrobił na niej piorunujące wrażenie. Udała ból głowy i uciekła. Pobiegła do łódzkiej katedry. Nie zważając na modlących się wokół ludzi, położyła się krzyżem i błagała o wskazówki, co ma dalej robić. W „Dzienniczku” zapisała, że usłyszała wtedy głos nakazujący jej jechać do Warszawy i wstąpić do zakonu.

Grażyna Kołek/Niedziela

Łagiewniki – furta klasztorna

Życie zakonne sprawia, że jej doznania duchowe intensyfikują się. Kolejne klasztory stają się słupami milowymi na tej drodze. W Płocku rozpoczyna się jej wielka misja. W niedzielny zimowy wieczór 22 lutego 1931 r. wraca do swojej celi i widzi w niej Jezusa w białej szacie. Doznanie jest wstrząsające. Opowiada o tym spowiednikowi i przełożonej, która żąda dowodu objawień. Na klasztornych korytarzach już szepcze się o objawieniach siostry z kuchni. Niektóre nazywają Faustynę histeryczką i fanatyczką, inne mają sceptyczny stosunek, ale są i takie, które dostrzegają w tym palec Boży. Faustynę odsyła się do kapłanów, a kapłani odsyłają ją do przełożonych. Nikt nie rozstrzyga sprawy ostatecznie, co powoduje, że sama nie wie, co o tym myśleć. Podczas jednej ze spowiedzi – u jezuity o. Edmunda Eltera słyszy wreszcie to, na co czeka. Kapłan wyjaśnia, że jest na dobrej drodze, a jej obcowanie z Jezusem nie jest ani histerią, ani złudzeniem, ani marzycielstwem. Zaleca prosić Boga o kierownika duchowego. Dopiero w Wilnie spotka odpowiedniego kapłana – ks. Michała Sopoćkę. Ta znajomość ma przełomowe znaczenie. Gdy kapłan przekonuje się, że młoda zakonnica nie jest chora psychicznie, a stwierdza to lekarz specjalista, staje się dla niej – jak go sama nazwała – „kierownikiem duszy”. Zresztą Wilno to ważne miejsce: tutaj Faustyna zaczyna pisać „Dzienniczek”, tutaj powstaje – dokładnie według wskazówek zakonnicy – pierwszy obraz Jezusa Miłosiernego z napisem: „Jezu, ufam Tobie”. Wreszcie w Wilnie przyszła święta słyszy słowa, które napełniają ją lękiem: „Przygotujesz świat na ostateczne przyjście moje. (...) Będziesz wypraszać z towarzyszkami swymi miłosierdzie dla siebie i świata”. Podczas jednej z wizji Jezus dyktuje zakonnicy słowa Koronki do Miłosierdzia Bożego. Więcej nawet – uczy, jak ją prawidłowo odmawiać.

Doznania mistyczne nabierają siły. Są coraz częstsze. Ksiądz Sopoćko zanotował, że czasem wyglądała, jakby wpatrywała się w jakąś jasność – „nieprzystępną, uszczęśliwiającą światłość; w tej niepojęcie uszczęśliwiającej światłości trzymała przez czas jakiś wzrok utkwiony”.

W Krakowie, dokąd została wysłana ze względu na pogarszający się stan zdrowia, kończy się przekazywanie Siostrze Faustynie prorockiej misji. Zakonnica nadal jednak pisze „Dzienniczek”, pełen już jej własnych rozważań. Motywem przewodnim są słowa Jezusa, by głosić światu Jego miłosierdzie. Wielokrotnie słyszała: „Pisz... mów światu o moim miłosierdziu, o mojej miłości”.

Powraca pytanie: jak s. Faustyna w warunkach, jakie zostały jej dane, mogła rozsławić Boże Miłosierdzie na cały świat? Nie była kaznodzieją ani misjonarzem, ani nikim znacznym. Jednych irytowała, innych szokowała, a dziś miliony ludzi codziennie odmawiają Koronkę przed obrazem „Jezu, ufam Tobie”. Siostra Elżbieta Siepak, rzecznik prasowy Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia, mówi o tajemnicy i nieustającej tęsknocie człowieka za miłością. – Siostra Faustyna pokazuje światu oblicze Boga sprawiedliwego i miłosiernego. Odkrywa przed ludźmi, na czym polega miłość, i to miłość miłosierna. Pokazuje to, czego człowiek najbardziej potrzebuje – podkreśla s. Siepak.

2016-09-28 08:34

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Będzie orędować za chorymi

2020-02-25 12:00

Niedziela kielecka 9/2020, str. VI

[ TEMATY ]

relikwie

św. Faustyna

Światowy Dzień Chorego

TER

Przekazanie relikwii św. Faustyny

Relikwie św. siostry Faustyny Kowalskiej, głosicielki Miłosierdzia Bożego przekazane zostały do kaplicy Świętokrzyskiego Centrum Onkologii. Zgromadzenie Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia z Łagiewnik ofiarowało je jako dar za uratowanie życia siostry Rafaeli, która leczona była w Świętokrzyskim Centrum.

Uroczystość przekazania relikwii poprzedziła Koronka do Bożego Miłosierdzia, którą poprowadziły siostry ze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia z Łagiewnik, dyrektor szpitala oraz pracownicy. Następnie przełożona generalna Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia m. Petra Kowalczyk oficjalnie przekazała relikwie dyrektorowi szpitala Stanisławowi Góździowi. Dziękowała dyrekcji i personelowi za opiekę nad chorą siostrą Rafaelą, która właśnie w Świętokrzyskim Centrum Onkologii odzyskała zdrowie. – Od dziś Apostołka Bożego Miłosierdzia św. siostra Faustyna, do której Jezus powiedział „Dla ciebie, błogosławię tej ziemi, krajowi, całemu światu” – zamieszka w tym miejscu, by wypraszać potrzebne łaski dla wszystkich, którzy będą prosić o nie Jezusa, którzy się będą przez nią zwracać do Miłosiernego Boga o pomoc – mówiła s. Petra Kowalczyk.

CZYTAJ DALEJ

Posty nakazane zachowywać

Niedziela warszawska 46/2003

Iwona Sztajner

Przykazania kościelne są zaproszeniem do współodpowiedzialności za Kościół
Zachęcają do przemyśleń, czy wiara ma wynikać z tradycji, czy z przekonania

Rozmowa z ks. Krzysztofem Koskiem, doktorem prawa kanonicznego, rzecznikiem archidiecezji warszawskiej

Milena Kindziuk: - Ostatnio media obwieściły, że Kościół zniósł post w bożonarodzeniową Wigilię. Czy rzeczywiście?

Ks. dr Krzysztof Kosek: - Przez to wprowadziły one sporo zamieszania, szczególnie u osób niezbyt dokładnie zorientowanych w tej kwestii. Przecież post w Wigilię należy jedynie do tradycji polskiej. Nigdy nie był nakazany w całym Kościele. I nadal zaproszeni jesteśmy, aby tej tradycji przestrzegać. Na marginesie dodam, że statuty zakończonego niedawno IV Synodu naszej archidiecezji stwierdzają, że w Wigilię Bożego Narodzenia należy zachować wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych.

- Ale list biskupów na temat nowej wersji przykazań kościelnych, który ma być czytany w Adwencie w kościołach, nie mówi, by zachowywać tradycję i nie spożywać pokarmów mięsnych w Wigilię.

- Bo to jest oczywiste. Wigilia z języka łacińskiego oznacza „czuwanie, oczekiwanie”. Pan Jezus często zapraszał swoich uczniów do zajęcia takiej właśnie postawy, ponieważ nie znają dnia ani godziny Jego przyjścia. Post religijny jest bowiem wyrazem panowania ducha nad ciałem, oczekiwania, pragnienia spotkania z Chrystusem, jedności z Nim. Przez to pomaga on przygotować się do danej uroczystości, głębiej ją przeżywać. Podobnie zresztą jest z postem w Wielką Sobotę. W niektórych domach spożywa się mięso już po poświęceniu pokarmów, w innych dopiero po Wigilii Paschalnej w Wielką Noc. Też jest to kwestia tradycji. Myślę jednak, że warto tu uświadomić sobie, czym jest post, jakie prawdy pomaga przeżywać. Każdemu, kto zastanowi się, jakie chwile z życia Jezusa przeżywamy w Wielką Sobotę, na pewno łatwiej będzie zachować wstrzemięźliwość w spożywaniu pokarmów.

- Jedno z przykazań w nowej wersji mówi, że należy zachowywać nakazane posty i wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych, a w okresach pokuty powstrzymywać się od zabaw. Jakie są okresy „nakazane” w ciągu roku?

- Chodzi o piątki całego roku i o czas Wielkiego Postu. Wiele kontrowersji budzi czas Adwentu - nie ma on charakteru pokutnego - jest czasem radosnego oczekiwania. Ale oczekiwania, które ma być wypełnione prostowaniem ścieżek życia, przygotowaniem miejsca dla Pana w sercu - by mógł się tam narodzić. A ten proces nawrócenia wymaga ciszy, refleksji, skupienia. Już po Bożym Narodzeniu rozpoczyna się czas szczególnych zabaw - karnawał.

- Grzechem jest więc spożywanie mięsa w piątki?

- Tak, pod warunkiem, że czyni się to z wyboru. Jeśli ktoś stołuje się poza domem i w stołówce nie ma wyboru menu, może skorzystać z dyspensy od zachowania wstrzemięźliwości. Zaproszony jest do odmówienia modlitwy w intencji Ojca Świętego, złożenia jałmużny postnej.
Generalnie, powstrzymanie się od pokarmów mięsnych w piątki obowiązuje katolików, którzy ukończyli 14. rok życia. Ścisły post w Środę Popielcową i Wielki Piątek, czyli jeden posiłek do syta w ciągu dnia, obowiązuje katolików pomiędzy 18. a 60. rokiem życia.

- Można jednak nie jeść mięsa, ale w to miejsce kupić sobie inne przysmaki. Jaki sens ma wtedy taki post?

- Ważne jest właściwe rozumienie terminu: post. Nie chodzi tylko o to, aby nie jeść potraw mięsnych. Potrawy mięsne z reguły są droższe, dlatego odmawiając ich sobie jesteśmy zachęcani, aby zaoszczędzone środki przeznaczyć na potrzeby ludzi najuboższych. W wielu kościołach można spotkać puszki z napisem „Jałmużna postna”. Jeżeli na przykład ktoś jest wegetarianinem i normalnie nie je mięsa, jest zaproszony do tego, by w inny sposób narzucić sobie wstrzemięźliwość w jedzeniu i okazać swą łączność z Chrystusem, bo piątek to przecież dzień Jego męki i śmierci.

- Biskupi sugerują, że we wszystkie piątki w ciągu całego roku należy uszanować charakter pokuty, dlatego katolicy nie powinni w tym dniu uczestniczyć w zabawach. Znaczy, że nie powinno się iść na przykład na dyskotekę w piątek?

- Zdecydowanie nie powinno! Jeżeli piątek jest dniem solidarności z Chrystusem cierpiącym dla mojego zbawienia, to oczywiste jest, że nie mogę się w tym dniu bawić. Podobnie, jeśli obchodzę rocznicę śmierci bliskiej mi osoby, nie będę w tym dniu urządzał balu ani brał udziału w zabawie, to po prostu nie wypada.

- Nowością jest piąte przykazanie kościelne, zobowiązujące wiernych do troski o materialne potrzeby wspólnoty Kościoła. Nie występowało ono w poprzednich sformułowaniach. Co to znaczy w praktyce?

- Jest to odwołanie do coraz szerszego udziału wiernych świeckich w życiu Kościoła. Minęły czasy, kiedy Kościół posiadał wielkie dobra i w szerszym stopniu był mecenasem sztuki i kultury. Minęły czasy kolatorów, którzy troszczyli się o potrzeby materialne Kościoła. Z pewnym wzruszeniem można czytać opisy pierwszych Eucharystii, gdy wierni przynosili na nie dary. Po zakończeniu zanoszono chorym Komunię św., starano się także o zaspokojenie ich potrzeb materialnych.
Dziś wierni świeccy zaproszeni są do troski o potrzeby materialne Kościoła - by miał środki na sprawowanie kultu, prowadzenie działalności apostolskiej czy charytatywnej. Przecież tak prozaiczne sprawy jak oświetlenie świątyni, ogrzanie, utrzymanie w czystości czy wynagrodzenie świeckich pracowników wymaga pewnych środków. Pomijam tu sprawy związane z inwestycjami, konserwacją dzieł sztuki. W wielu parafiach działają już także - obok rad duszpasterskich - rady ekonomiczne; świeccy w bardzo konkretny sposób wspomagają swych duszpasterzy w sprawach związanych z zabezpieczeniem materialnych potrzeb parafii.
Przykazanie to mobilizuje do refleksji nad rozumieniem własności prywatnej - za pomocą dobrego użytku z pieniądza mamy zapewnić sobie wieczne szczęście. Pan Jezus mówił o niebezpieczeństwie bogactw, a Łazarz został odrzucony nie z powodu swego bogactwa, ale dlatego, że nie dostrzegał ludzi będących w potrzebie. Bardzo popularne jest obecnie słowo „sponsor” - wiele działań Kościoła nie byłoby możliwych, gdyby właśnie nie zaangażowanie materialne określonych osób, które bardzo konkretnie wypełniają normę V przykazania kościelnego.

- A po co w ogóle są przykazania kościelne, skoro jest 10 przykazań Bożych?

- Przykazania kościelne są próbą interpretacji, uszczegółowienia, przybliżenia powinności, które spoczywają na każdym wierzącym. Kościół posiada własne, przyrodzone prawo stanowienia prawa, na przykład kanonicznego, liturgicznego. Całe nauczanie Kościoła jest głoszeniem Dobrej Nowiny objawionej w Jezusie Chrystusie. W tym świetle należy odczytywać przykazania kościelne. Są one służbą temu najważniejszemu przykazaniu miłości Boga i bliźniego.

- Mogłoby ich więc na dobrą sprawę nie być?

- Oczywiście, mógłby istnieć sam Dekalog, bo on jest najważniejszy. Ale przykazania kościelne wyjaśniają pewne normy. Ważne jest, by pamiętać, że Kościół nie ma władzy nad Dekalogiem, bo pochodzi on od samego Boga. Stąd Dekalog jest niezmienny. Natomiast prawo kościelne ma charakter dynamiczny, podlega zmianom, stąd zmiana przykazań kościelnych. Najwyższym prawem w Kościele jest zbawienie dusz i temu celowi służą także zmiany w przykazaniach kościelnych.

- Czy nieprzestrzeganie przykazań kościelnych zatem jest grzechem?

- Jeżeli przykazanie kościelne mówi, żeby uczestniczyć we Mszy św. w niedziele i święta, to dotyka normy ustanowionej przez przykazania Boże. A ich nieprzestrzeganie zawsze pozostaje grzechem.

- A jeżeli nie dotyka Dekalogu?

- To jest radą, ma służyć dobru duchowemu człowieka a odrzucenie tych rad jest przynajmniej grzechem zaniedbania dobra, które mogłem uczynić.

- Czyli nie trzeba się z tego spowiadać...

- Dla przykładu: pierwsze i drugie przykazanie wyrażają minimalne oczekiwania Kościoła wobec człowieka wierzącego. Weźmy na przykład drugie przykazanie kościelne: „Przynajmniej raz w roku przystąpić do sakramentu pokuty”. Czym jest sakrament pokuty? Na spowiedzi mamy obowiązek wyznania grzechów ciężkich. Codziennie jednak doświadczamy ludzkich słabości, które są przyczyną grzechów określanych mianem powszednich. Zbyt długi odstęp między korzystaniem z sakramentu pokuty może prowadzić do pewnego zobojętnienia, znieczulenia sumienia na grzech, a więc do rozluźnienia relacji z Chrystusem. Kwestia częstotliwości w korzystaniu ze spowiedzi to sprawa osobistej wrażliwości, dobrze uformowanego sumienia. Życie przynosi tyle sytuacji, które chcemy przeżyć w sposób szczególny: święta, rocznice ślubu, śmierci, imieniny i urodziny własne czy bliskich - wszystkie one są także okazją do spotkania z Chrystusem w sakramencie pokuty.

- Podobnie w odniesieniu do sakramentu Eucharystii?

- Trudno chyba nazwać człowiekiem gorliwym w wierze kogoś, kto do Komunii Świętej przystąpi - jak wymaga tego Kościół w III przykazaniu - raz w roku w okresie wielkanocnym. Jest to minimum związku z Chrystusem, który ofiaruje się za nas w każdej Eucharystii i zaprasza nas na swoją ucztę.

- A dlaczego w przykazaniu zostały rozdzielone spowiedź od pokuty?

- Myślę, że chodzi o uzmysłowienie roli sakramentu pokuty i Eucharystii. Ludzie często spowiadają się: „Ostatni raz byłem u spowiedzi i Komunii św. wtedy i wtedy”. Panuje taki pogląd, że do Komunii przystępujemy tylko raz po spowiedzi. A jest to błędem.

- Jak długo zatem można przyjmować Komunię po ostatniej spowiedzi, jeżeli nie ma się grzechu ciężkiego?

- Nie ma tu wyznaczonej granicy. Każdy ocenia to według własnego sumienia.
Uczestnicząc w każdej Mszy św. słyszymy słowa: „Bierzcie i jedzcie”. Jesteśmy zatem zaproszeni, aby w sposób pełny brać udział w każdej Mszy. A pełny udział w niej polega także na przyjęciu Komunii. Oczywiście, był czas w historii Kościoła, gdy do Komunii przystępowano raz na kilka lat, i czynili tak nawet ludzie święci. Na fali posoborowej odnowy Kościoła jesteśmy zaproszeni do pełniejszego uczestniczenia i przeżywania Eucharystii. A że często nie czujemy się godni przyjmować Komunii? Pamiętajmy, że Msza św. rozpoczyna się aktem skruchy, pokuty. Stajemy przed Chrystusem w prawdzie o naszej słabości. Podobnie przed Komunią wyrażamy swoją niegodność słowami setnika: „Panie, nie jestem godzien...”. Św. Franciszek Salezy mówił, że potrzebują Komunii chorzy, aby wyzdrowieć, i silni, aby nie upaść. Bardzo głębokie wskazania na temat przystępowania do Komunii św. możemy znaleźć w Naśladowaniu Chrystusa Tomasza á Kempis. Jest to zresztą temat na osobną rozmowę.

- Pozostało jeszcze pierwsze przykazanie kościelne. W drugiej części mówi ono o powstrzymaniu się od prac niekoniecznych. Katechizm wyjaśnia: Są to „prace i zajęcia, które utrudniają oddawanie czci Bogu, przeżywanie radości właściwej dniowi Pańskiemu oraz korzystanie z należnego odpoczynku duchowego i fizycznego”. Co to znaczy w praktyce?

- W chrześcijaństwie niedziela jest „małą Wielkanocą”, pierwszym dniem tygodnia, w którym Kościół w szczególny sposób celebruje tajemnicę zmartwychwstania Chrystusa. Jest niedziela i Msza św. zadatkiem, antycypacją odpoczynku zbawionych w niebie, obrazem uczty, na którą Chrystus zaprasza w niebie. Dlatego Kościół przypomina, by powstrzymać się w tym dniu od prac niekoniecznych - od tego wszystkiego, co przeszkadza w pełnym bliskości obcowaniu z Bogiem. A więc takich, które z powodzeniem można wykonać przez sześć pozostałych dni. Mam na myśli: pranie, sprzątanie, robienie zakupów itp. Wydaje mi się, że w kontekście tego przykazania trzeba nam przeprowadzić namysł nad zdolnością świętowania - czy nie sprowadza się ono tylko do oglądania telewizji, mocno zakrapianego alkoholem biesiadowania przy stole, bez głębszej refleksji nad treścią przeżywanego święta. Czy chrześcijańskie świętowanie nie zakłada spotkania rodziny (na które w tygodniu nie zawsze jest czas), wspólnego posiłku, rozmowy - a nie wymiany informacji, jak dzieje się w codziennym zabieganiu - dzielenia się swoimi radościami i trudnościami, a wszystko to w atmosferze nadziei, jaką przynosi spotkanie z Bogiem przeżyte na modlitwie czy Eucharystii.

- Jesteśmy zwolnieni z obowiązku udziału w świętach, które są w Polsce dniami pracy: Niepokalane Poczęcie Najświętszej Maryi Panny - 8 grudnia, św. Józefa, świętych Piotra i Pawła. Nie jest to pójście na łatwiznę?

- Jest to wzięcie pod uwagę rzeczywistości. Zniesienie obowiązku udziału we Mszy św. w te święta jest realizacją uprawnień, które kodeks prawa kanonicznego przyznaje Konferencji Episkopatu. Ona, za zgodą Stolicy Apostolskiej, może znieść obowiązek udziału we Mszy św. w niektóre święta lub przenieść je na niedzielę. Mimo tego w dalszym ciągu katolicy zaproszeni są do udziału we Mszy św. w te dni. Np. wiele grup dziewczęcych szczególnie czci Maryję w tajemnicy Niepokalanego Poczęcia - one z pewnością będą tego dnia uczestniczyły we Mszy św.

- List pasterski o nowych przykazaniach mówi też o tzw. „świętach nakazanych”. Jakie to święta?

- Przesłanie biskupów ma ułatwić wiernym rozstrzyganie dylematów związanych z wymogiem uczestnictwa w liturgii w dni świąteczne, które nie są wolne od pracy. Biskupi poprosili Stolicę Apostolską o zgodę na przeniesienie uroczystości Wniebowstąpienia Pańskiego z czwartku na siódmą niedzielę wielkanocną. Świętem nakazanym pozostaje uroczystość Objawienia Pańskiego (Trzech Króli) i w tym wypadku biskupi wyrażają nadzieję, że „nadejdzie taki czas, kiedy to ważne święto stanie się dniem wolnym od pracy”. Nie ma natomiast obowiązku udziału we Mszy św. w uroczystość Niepokalanego Poczęcia, św. Józefa, świętych Piotra i Pawła - choć biskupi zachęcają, by zgodnie z tradycją uczestniczyć w liturgii w tych dniach.

- Przykazania kościelne wyrażają więc istotne treści dla wierzących.

- W sumie są one zaproszeniem do pogłębienia osobistej relacji z Bogiem, do wyrażenia jej w życiu codziennym, do podjęcia odpowiedzialności za dzieła prowadzone przez Kościół, ale zachęcają też do przemyślenia, czy wiara ma wynikać z tradycji, czy jest owocem osobistego wyboru, pochodzi z przekonania, doświadczenia w życiu miłości Bożej.

- Dziękuję za rozmowę.

CZYTAJ DALEJ

Droga Krzyżowa z kard. Wyszyńskim

2020-02-29 01:13

[ TEMATY ]

kard. Stefan Wyszyński

Droga Krzyżowa

archikatedra warszawska

Cudowny Krucyfiks Baryczków

Łukasz Krzysztofka/Niedziela

Cudowny Krucyfiks Baryczków po ponad półrocznej renowacji powrócił do archikatedry

Ponad 1,5 tys. warszawiaków uczestniczyło w Drodze Krzyżowej, która w pierwszy piątek Wielkiego Postu przeszła ulicami Starego Miasta do archikatedry św. Jana Chrzciciela. W czasie nabożeństwa odtwarzano nagrania rozważań Czcigodnego Sługi Bożego kard. Stefana Wyszyńskiego.

Był to również dzień modlitwy i pokuty za grzech wykorzystywania seksualnego małoletnich. Droga Krzyżowa rozpoczęła się w kościele Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny na Nowym Mieście. Poprowadził ją bp Piotr Jarecki, biskup pomocniczy archidiecezji warszawskiej. Wstęp i rozważanie przy pierwszej stacji odczytał aktor Michał Chorosiński. Następnie uczestnicy nabożeństwa wyruszyli ulicami Nowego i Starego Miasta do archikatedry, niosąc duży, drewniany krzyż. Przy XI stacji, która znajdowała się już w murach matki kościołów archidiecezji, na ramionach przedstawicieli Akcji Katolickiej spoczął odrestaurowany Cudowny Krucyfiks z Kaplicy Baryczków. Krzyż powrócił do archikatedry po ponad półrocznej renowacji. Przy ostatniej stacji symbolicznie niosła go także 96-letnia Barbara Gancarczyk-Piotrowska. 16 sierpnia 1944, jako sanitariuszka, wraz z koleżanką z oddziału Teresą Potulicką-Łatyńską pomogła wynieść z płonącej katedry Krucyfiks Baryczkowski. Pozostała z rannymi żołnierzami na Starym Mieście do upadku tej dzielnicy i wkroczenia Niemców.

Mszy św. o błogosławione owoce beatyfikacji kard. Stefana Wyszyńskiego przewodniczył bp Rafał Markowski, sufragan warszawski. W homilii hierarcha nawiązał do Ślubów Jasnogórskich, których tekst 16 maja 1956 r. napisał uwięziony w Komańczy kard. Wyszyński. Przekonały go do tego słowa Marii Okońskiej, która podsunęła Prymasowi myśl, że św. Paweł najpiękniejsze listy pisał z więzienia. Bp Markowski zwrócił uwagę, że prawdopodobnie kard. Wyszyński nie do końca zdawał sobie sprawę, jak wielkie owoce przyniosą Śluby Jasnogórskie. - Milion osób powtarzało tekst ślubowania, artykułując zwłaszcza jedno słowo: przyrzekam - przypomniał biskup pomocniczy archidiecezji warszawskiej. Śluby miały zatrzymać ateizację społeczeństwa. Władze komunistyczne chciały zapanować nad duszami Polaków.

Kard. Wyszyński - jak podkreślił bp Markowski - wiedział, że “nie załatwi tego jednorazowe ślubowanie, które było nie tylko uroczystością, ponieważ trzeba jeszcze zrealizować to, co się ślubowało”. Dlatego zrodziła się idea 9-letniej Wielkiej Nowenny, prowadzącej do duchowego odrodzenia narodu polskiego. - To miał być proces, rzeczywista praca nad sobą. Kard. Wyszyński wiedział, że nie chodziło o słowa, ale o życie i o czyny – dodał bp Markowski. Prymas wierzył, że to Maryja jest w stanie dotrzeć do dusz Polaków i przemienić ludzkie serca. Sam doświadczył Jej opieki. Zdecydował, że to dzięki Maryi uratuje naród i dokona odrodzenia.

- Wielka Nowenna przyczyniła się do pogłębienia duchowości Polaków. Polska była wspólnotą. Tylko wtedy, kiedy jest się jednością, można uzyskać wolność – mówił bp Markowski. Dodał, że kard. Wyszyński “dokonywał wielkich rzeczy tylko dlatego, że bezgranicznie ufał Bogu i jemu zawierzył całe swoje życie i całą swoją posługę”. - To jest wiara, w której człowiek nic nie pozostawia dla siebie, wszystko składa i opiera na Bogu. To wiara, która rodzi świętych, to wiara wielkich świętych minionych pokoleń, to również wiara, która zrodziła świętość kard. Wyszyńskiego – podkreślił hierarcha.

Po zakończeniu Mszy św. celebransi udali się do grobu Prymasa Tysiąclecia, gdzie odśpiewano Apel Jasnogórski. Następnie dr Ewa Czaczkowska wygłosiła prelekcję na temat programu milenijnego Prymasa Wyszyńskiego. Skupiła się na czterech elementach: odnowie człowieka, oddaniu w niewolę miłości jako wyrazie duchowej wolności oraz masowości i odbudowie wspólnotowości.

Do północy przy Cudownym Krucyfiksie Baryczków czuwali i modlili się warszawiacy oraz wierni z wielu stron archidiecezji, zawierzając Jezusowi zbliżającą się beatyfikację Prymasa Tysiąclecia i prosząc o jej jak najlepsze owoce.

CZYTAJ DALEJ
Projekt Niedzieli na Wielki Post
#ODKUPIENI

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję