Kilkanaście lat temu otrzymałam propozycję od jednego z wydawnictw, bym napisała biografię Alicji Lenczewskiej. Odmówiłam. Bałam się, i mówię to bez wstydu, że nie mam kompetencji, żeby pisać o kimś, kto rozmawia z Jezusem. Historię potrafię zweryfikować w archiwum, relację świadka mogę nagrać i opisać, medialne studium przypadku mogę przygotować, ale mistyka? Ona nie zostawia po sobie akt. Zostawia tylko zeszyty, w których ktoś zapisuje zasłyszane z Góry słowa. Gdy odmówiłam wydawcy, miałam poczucie, że w ten sposób zamknęłam ten temat na zawsze.
Red
Ale jednak nie zamknęłam. Po latach, choć wcale tego nie planowałam, zostałam współautorką książki o innej mistyczce- kobiecie z Włoch, pani Francesce, której, jak twierdzi, objawia się błogosławiony Jerzy Popiełuszko. Zupełnie inny kontekst, inny kraj, inna epoka, a jednak, kiedy oglądałam „Mistyczkę” w reżyserii Jana Sobierajskiego, miałam wrażenie, że oglądam tę samą historię, tylko z innym imieniem w tytule. Tę samą postawę kobiet, które to spotkało: cichość, pokorę, dyskrecję. Tę samą codzienność, zwyczajność spraw ludzkich. I ten sam, uparcie powracający motyw: nie wielkie sprawy, tylko te najmniejsze, wierność obowiązkom i codzienna miłość jako dowód, że coś w życiu w ogóle ma sens.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
Wracam do tej scysji, o której wspomniałam na wstępie, bo im dłużej o niej myślę, tym mocniej we mnie działa. Alicja zamawia Mszę świętą. „Chcę ofiarować swoje życie za życie mojego brata” - mówi (czule zwracała się do niego: „bratku”). Ksiądz, który przyjmuje intencję, odpowiada krótko: „Wykluczone”. A jednak, wbrew tym słowom, ta ofiara z miłości została przyjęta. Dla mnie, jeszcze raz to podkreślam, to jedna z najbardziej przejmujących scen tego filmu i chyba nie ma w nim niczego, co lepiej tłumaczyłoby, kim właściwie była Alicja Lenczewska. Bo cała ta historia, gdy się ją oczyści z mistyki, z „głosów” i „natchnień”, sprowadza się w gruncie rzeczy do jednego pytania: czy jesteś gotowy oddać życie za drugiego człowieka?
Alicja odpowiada na nie heroicznie. Gdy jej ukochany brat Sławomir otrzymał diagnozę nowotworu, ona nie idzie do kościoła zamówić Mszy o jego uzdrowienie. Idzie zamówić Mszę o wzięcie na siebie jego cierpienia, wraz ze wszystkimi jego konsekwencjami. „Mój brat ma żonę, ma córeczkę. Nie chcę, żeby je zostawił” - tłumaczy. Ksiądz mówi, że będą się modlić, że „jeśli Jezus będzie chciał, to sam go uzdrowi”, ale ona i tak dyktuje swoją intencję. Stawia na swoim.
I tu reżyser czyni coś, czego się nie zapomina: nie mówi wprost, czy to się „opłaciło”, nie ocenia tej „transakcji”. Po latach Lenczewska po prostu otrzymuje taką samą diagnozę: ma raka, już z przerzutami do kości, lekarze proponują ostatecznie leczenie paliatywne. „Dziękuję. Jestem przygotowana” - odpowiada. Tylko te trzy słowa. Żadnego dramatyzmu, żadnej pretensji. Jakby to wszystko od dawna działo się na jej życzenie.
Reklama
Drugi wątek, który mnie w tym filmie poruszył, jest znacznie skromniejszy w skali - „waży” mniej niż oddanie życia za bliźniego swego. To mistyka w codzienności. W bloku na dziewiątym piętrze, w szkole, w pokoju nauczycielskim, na wycieczkach, w spotkaniach z ludźmi. W realnym życiu. To przekonanie przewija się przez cały film i zdaje się wołać, że największa świętość dokonuje się właśnie w codzienności. „Nie oczekuj na czas, na sytuację, kiedy będziesz mogła dokonywać czynów wielkich. Nie dokonasz nic, jeśli nie dokonujesz ich teraz. Jeśli nie stać cię na heroizm miłości i świętości, w szarości życia i zdarzeń codziennych” - słyszy Alicja od Jezusa.
„Twoja mała codzienność i banalne czynności też mogą być święte i mogą uświęcać teraźniejszość”.
Głos, który do niej mówi, w ogóle nie brzmi jak głos kogoś, kto żąda heroizmu na pokaz. Częściej brzmi jak ktoś, kto uspokaja przestraszone dziecko: „Nie trwóż się i nie pytaj o nic. Zaufaj”. Kiedy ona sama się broni, mówiąc „ale ja jestem nieśmiała i łatwo się peszę”, słyszy w odpowiedzi: „Dam Ci moją moc. Dam Ci wszystko, co jest potrzebne”. A kiedy pyta, jak ma się zachowywać wobec tego wszystkiego, dostaje instrukcję zaskakująco skromną: „Bądź skromna i cicha, tak jak moja Matka”. Nie ma w tych słowach nic z patosu objawień, jakie znamy z niektórych świętych obrazków. Jest raczej czułość, powtarzana w kółko, jakby to było najważniejsze słowo tego filmu: „Kocham. Kocham. Bądź wśród ludzi promieniem mojej miłości, jaką wszystkich was obdarzam”.
Kiedy skończyłam oglądać film, wróciłam do tamtej rozmowy z wydawnictwem, którą odbyłam wiele lat temu. Zastanawiałam się, czego się właściwie tak bałam. Może tego, że mistyka, jeśli się w nią wejdzie na poważnie, nie pozwala już wyjść suchą nogą, nie pozwala pisać o niej z bezpiecznej, dziennikarskiej odległości?
Reklama
„Moja” włoska mistyczka Franceska i Polka Alicja Lenczewska nigdy się nie poznały, dzieli je pół Europy i inny język, a przecież obie usłyszały w gruncie rzeczy to samo przesłanie: że nie muszą być kimś więcej, żeby zostać wybrane, że mają być „skromne i ciche”, i że najważniejsza w ich życiu jest wiara i miłość. Obie w końcu okazały się świadkami czegoś, co przerosło ich własną biografię - jedna stała się głosem cierpiącego, ukrzyżowanego Chrystusa, druga - głosem ks. Popiełuszki - kapłana, który sam zginął, oddając życie za innych.
Nie napisałam wtedy książki o Alicji Lenczewskiej. Ale patrząc na ekran, miałam wrażenie, że w jakimś sensie i tak ją napisałam - tylko pod innym tytułem, z inną bohaterką, w innym kraju. Może właśnie o to w mistyce chodzi: że nie da się jej zamknąć w jednej biografii, bo powtarza tę samą historię tak długo, aż ktoś w końcu zechce jej uwierzyć.
Kiedy teraz o tym myślę, te dwa wątki - ofiara za brata i świętość w szarości dnia - wcale nie są osobne. To jedna i ta sama miłość, tylko odmierzana w innej skali.
Nie wiem, czy każdy wyjdzie z kina przekonany, że tytułowa „Mistyczka” słyszała głos Jezusa. Ale w to, że kochała swojego brata bardziej niż siebie, uwierzy każdy, kto choć raz w życiu kogoś naprawdę kochał.

