Reklama

Niedziela Zamojsko - Lubaczowska

Lubaczów na milenijnym szlaku (7)

Przedziwna więź łączy nas do dziś

2016-11-03 09:50

Niedziela zamojsko-lubaczowska 45/2016, str. 2-3

[ TEMATY ]

historia

Archiwum IPN Oddział w Rzeszowie

Abp Karol Wojtyła podczas lubaczowskich uroczystości

W Lubaczowie nadal trwają uroczystości milenijne. O godz. 8 bp Karol Pękala, sufragan z Tarnowa, celebrował Mszę św. dla matek i wygłosił kazanie na temat „Obowiązki matek i kobiet polskich w wychowaniu młodego pokolenia”. O godz. 9 przy ołtarzu milenijnym Mszę św. dla młodzieży odprawił bp Wincenty Urban, sufragan z Wrocławia. Celebrans wygłosił podniosłe kazanie. O godz. 10.30 asysta udała się na plebanię po księży biskupów, przedstawicieli Kapituł KUL, ATK, duchowieństwa. Skąd wyruszył orszak do prokatedry, gdzie uformowała się procesja z relikwiami bł. Jakuba Strzemię do ołtarza polowego. Słowo wstępne wygłosił ks. inf. Jan Nowicki.

Pontyfikalna Eucharystia

O godz. 11 abp Karol Wojtyła, metropolita krakowski, rozpoczął Sumę pontyfikalną. Księdzu Arcybiskupowi asystowali kanonicy kapitulni: Tadeusz Fedorowicz, Marian Kumala i Wawrzyniec Mazur. W czasie Mszy św. po Ewangelii kazanie na temat „Religia w życiu człowieka” wygłosił ordynariusz przemyski bp Ignacy Tokarczuk. Po skończonej Mszy św. od ołtarza przemówił abp Karol Wojtyła. – Moje słowa są podyktowane głębokimi więzami historycznymi, jakie nas łączą. W dniu dzisiejszym, kiedy obchodzimy Milenium, uświadamiamy sobie tę zasadniczą prawdę, którą przypomniał nam Sobór Watykański II, że Kościół wciąż jest w stanie łaski i posłannictwa, które swój początek ma w Bogu w Trójcy Świętej Jedynym. I do nas niegdyś Bóg Ojciec posłał swego Syna i Ducha Świętego. I to posłannictwo Kościół pełni nadal i dlatego ma charakter misyjny. Dziś, kiedy obchodzimy dwudziestą pierwszą z rzędu diecezjalną uroczystość milenijną, uświadamiamy sobie fakt, że przed tysiącem lat naród nasz, przyjmując chrzest, stał się przedmiotem tej wielkiej misji Kościoła – mówił abp Wojtyła. Przypomniał wielkiego misjonarza, jakim był św. Wojciech, męczeńską śmierć w Krakowie św. Stanisława, biskupa, przybycie do Krakowa dominikanów i franciszkanów, którzy od grobu św. Stanisława wyruszyli na misje na ziemie wschodnie.

Pasterskie wzruszenie

– Jestem bardzo wzruszony, że mogę dziś uczestniczyć w waszych uroczystościach milenijnych i odprawiać Mszę św. przy relikwiach arcybiskupa halickiego bł. Jakuba Strzemię. Wiem, że są one dla was tak cenne, jak dla naszego narodu relikwie św. Stanisława na Wawelu. Wiem, że jest to szczególne świadectwo sześciu stuleci Kościoła na waszych ziemiach, gdzie bł. Jakub Strzemię spełnił swoją misję – mówił dalej abp Karol Wojtyła. Wspomniał także jednego z największych biskupów polskich. Podziękował za wielkich pasterzy Kościoła Krakowskiego: kard. Jana Puzynę i kard. Adama Stefana Sapiehę. „Ta przedziwna więź łączy nas do dziś. Przed ośmiu laty uczestniczyłem tu w uroczystościach 25-lecia sakry biskupiej ostatniego waszego arcybiskupa metropolity – Eugeniusza Baziaka. Spoczywa on, za zgodą Kapituły Metropolitarnej w Lubaczowie, w katedrze na Wawelu, w kaplicy Zebrzydowskich – jako znak tej właśnie więzi, która nas łączyła na przestrzeni stuleci. Był on ostatnim następcą bł. Jakuba Strzemię i zarazem świadkiem wielkich zmagań waszej archidiecezji i metropolii, i tego posłannictwa, które na tych ziemiach było przez wiele wieków spełnione, a które dziś, w Tysiąclecie Chrztu Polski, uroczyście tutaj wspominamy. Niech zatem Najświętsza Ofiara, którą składałem, będzie darem wdzięczności Bogu w Trójcy Świętej Jedynemu za wasze posłannictwo, które w minionym tysiącleciu wydało dojrzałe owoce. Proszę zarazem Boga o to, byście tę waszą misję mogli nadal owocnie spełniać – w drugim tysiącleciu chrześcijaństwa” – tymi słowami zakończył swoje wystąpienie abp K. Wojtyła w Lubaczowie na uroczystościach milenijnych.

Reklama

Modlitwa Tysiąclecia

Następnie ks. inf. Jan Nowicki jako ordynariusz odmówił Modlitwę Tysiąclecia oraz dokonał aktu oddania się archidiecezji w niewolę Matki Bożej za wolność Kościoła w Polsce i w świecie. Po tym akcie zebrany lud odśpiewał hymn dziękczynny „Ciebie Boga wysławiamy” oraz „Boże, coś Polskę”.

Jeszcze raz zabrał głos ordynariusz archidiecezji. Najpierw zwrócił się do księży biskupów, którym w gorących słowach wyraził wdzięczność za ich przybycie do Lubaczowa oraz diecezjanom za liczny i pobożny udział w uroczystościach milenijnych. Wg niego, były one „aktem publicznej manifestacji naszej wielkiej wdzięczności Bogu w Trójcy Świętej Jedynemu za łaskę chrztu św., jaką obdarzyć raczył nasz naród polski równo tysiąc lat temu”. Przypomniał, że jeśli chodzi o chrzest Polski, dużą rolę odegrał Mieszko I i czeska księżniczka Dobrawa. Polska wówczas weszła w krąg kultury zachodnioeuropejskiej. Przyjęcie chrztu to również Milenium naszego państwa. Ordynariusz proponował, byśmy weszli w drugie tysiąclecie umocnieni uczuciem do Stolicy Apostolskiej i Papieża, pamiętali o wielkiej roli wiary i Kościoła w czasach długiej niewoli naszego narodu.

Pójść za Chrystusem

– Wiara była na przestrzeni tysiąca lat dla milionów Polaków źródłem niewymownej pociechy, tarczą obrony, światłem w ciemnościach, podporą i ostoją życia w chwilach załamania i słabości, z niej rodziła się nadzieja lepszego jutra wczoraj i zawsze – mówił ks. inf. J. Nowicki. Apelował, byśmy poszli za Chrystusem, byśmy cenili sobie „to światło żywej wiary, jakie zapalił w nas Chrystus w chwili chrztu św., światło miłości Boga i bliźniego. Strzeżcie tego światła przed wszelką winą i grzechem, oto wskazanie na rozpoczęte drugie Milenium, wskazanie dla nas wszystkich” – tymi słowami zakończył swoje przemówienie gospodarz uroczystości milenijnych w Lubaczowie.

Uroczyste błogosławieństwo biskupów udzielone zebranym tłumom zakończyło przedpołudniowe uroczystości milenijne.

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Pamiętniki z Powstania Styczniowego, Ludomira Grzybowskiego

2020-01-22 14:52

[ TEMATY ]

historia

Powstanie Styczniowe

Archiwum rodzinne

Ludomir Grzybowski

…”Kiedy w roku 1861 rozpoczęły się manifestacje, byłem aplikantem sądowym w sądzie poprawczym. Podmuch do wspomnianych manifestacji, a w następstwie i zaburzeń w Polsce, przyszedł z zagranicy, o ile wiem, z Anglii.

Nie bawiłem się nigdy dyplomacją, więc nie znam powodów, jakie skłoniły Anglię do podniecenia umysłów, wzbudzenia nadziei, słowem do obudzenia patriotyzmu w narodzie (któren co prawda był uśpiony), a tym samym do wywołania zaburzeń wewnątrz państwa rosyjskiego; to tylko pewne, że tak było.

Na prowincji rozpoczęły się manifestacje śpiewaniem pieśni patriotycznych, jak: „Boże coś Polskę”, „Z dymem pożaru” itp., po kościołach, pod figurami, krzyżami etc. Następnie sprawieniem chorągwi do kościołów z godłami: Orła Białego w czerwonym polu, Pogoni w niebieskim. Dalej ubiorami polskimi, mianowicie czamarkami, konfederatkami, żupanami, a niekiedy i kontuszami. W końcu urządzano procesje na odpusta, z chorągwiami, obrazami pod przewodnictwem księży i z pieniem pieśni patriotycznych, do których to procesji należała tak zwana wyższa sfera. Było w tych pielgrzymkach odrobinę nabożeństwa a dużo profanacji, bo szli tacy, którzy w zwykłych warunkach nie byliby się chcieli pokazać, wobec zaś prądu patriotycznego wychodzili pierwsi, aby byli widziani, śpiewali najgłośniej aby byli słyszani, grozili najbardziej aby ich miano z najodważniejszych. Każden chciał się odznaczyć bo była pora ku temu, bo nikt za to nic nie mówił bo nikogo do żadnej odpowiedzialności nie pociągano.

W Warszawie zaś, zgromadzał się naród przed figurami świętych, statuami Matki Boskiej, na ulicach: Leszno, krakowskie Przedmieście, Stare Miasto i tam śpiewy i modły odprawiał…

Był naówczas namiestnikiem w Królestwie Polskim

z rezydencją w Warszawie książe Gorczakow i czy te obawy uważał za nic nieznaczące, czy traktował to jako zabawkę dziecinną, czy wreszcie z rozmysłem działając patrzał przez szpary aby późniejsze następstwa jakie zarządził były usprawiedliwione, dość że policja przeszkód żądnych nie czyniła. To pobłażanie władzy poczytał lud za obawę i dowód jej słabości, a podżegacze zapewniali zwycięstwo nad wojskiem niedostatecznym do zwalczenia ludności Warszawy. Jawnie więc zapowiedziano, że w dniu 25 lutego obchodzić będą rocznicę bitwy pod Grochowem. Władza zamiast zapobiec temu zbiegowisku, Rynek Starego Miasta, gdzie zapowiedziany był obchód, poleciła uprzątnąć ze wszystkich na nich będących straganów, zamieść i oczyścić. W oznaczonym dniu tj. 25 lutego z rana kilkaset osób wyszło na Pola Grochowskie i odśpiewawszy kilka pieśni narodowych spokojnie wrócili do miasta. Następnie przed wieczorem zebrały się tłumy naprzód na Rynek Starego Miasta a potem do kościoła Ducha Świętego. Po nabożeństwie wyszli procesjonalnie z pochodniami i chorągwiami o barwach narodowych, zamierzając przejść Krakowskie Przedmieście do kościoła Św. Aleksandra na placu Trzech Krzyży. Lecz pochód ten został wstrzymany przez wojsko, przy czym doszło do krwawego starcia, bo dużo osób było mniej lub więcej rannych. Jeszcze przed manifestacjami za zezwoleniem Rządu utworzone było Towarzystwo Rolnicze, w skład którego wchodzili obywatele ziemscy a prezesem tego Towarzystwa był hr. Andrzej Zamoyski. W skutkiem zatrważających pogłosek, jakie rozeszły się po mieście, Andrzej hr. Zamoyski na czele zebranej deputacji udał się do Księcia Gorczakowa z przedstawieniem względniejszego obchodzenia się z rozgoryczonym ludem. Księże Gorczakow zaręczał, że nikt życia w tym starciu nie stracił i że nie będzie mściwym ale żadnych ustępstw nie myśli robić zbuntowanemu ludowi. Lecz nie dotrzymał obietnicy, bo w dwa dni potem oddał władze bezbronnemu ludowi a stało się to w sposób następujący.

Dnia 27 lutego w kościele oo. Karmelitów na Lesznie

pod pozorem pomodlenia się za poległych w starciu, o jakim wyżej była mowa, zebrała się masa różnorodnego ludu. Po modlitwie wyszli z kościoła i uszykowawszy się w czwórki, bez księży i śpiewów, ruszyli z zamiarem przejścia ulicą Długą na Krakowskie Przedmieście do Pałacu Namiestnikowskiego gdzie Towarzystwo Rolnicze odbywało swe posiedzenia, aby się z obradującymi połączyć. Książe Gorczakow wydał rozkaz, aby wojsko tj. kozacy i piechota zaczaili się kolo zamku i uderzyli na tłum przy wejściu ze Starego Miasta. Wtedy to nastąpiło groźniejsze od pierwszego starcie, bo kozacy bili i kaleczyli naród, a piechota sobą zagrodziła przejście przed gmachem dobroczynności. Lud bronił się , czym kto mógł, laskami, parasolkami a w końcu kamieniami. Piechota dała ognia z karabinów i położyła trupem pięciu. Po tej krwawej scenie tłumy rozbiegły się na wszystkie strony a wojsko zajęło stanowisko przed pałacem namiestnikowskim, aby nie dopuścić połączenia się z ludem obradującym członkom Towarzystwa Rolniczego. Lud porwał ciała pięciu poległych, nosił po ulicach i przeklinał zabójców, poprzysięgając zemstę. Książe namiestnik widząc, że głupstwo się stało, nie wiadomo, czy ze strachu wobec oznajmienia delegacji, dość groźnego, że lud zbroi się w noże i siekiery, czy dla braku dostatecznej, jak utrzymywano, załogi wojskowej, czy jak głoszono wskutek telegraficznego rozkazu z Petersburga, dość że nazajutrz po dniu niewinna krwią naznaczonym książe Gorczakow wydał proklamację do mieszkańców Warszawy, że policmajster, który w dniu 25 lutego napadł na lud, otrzymał dymisję, a jenerał, który w dniu 27 lutego nakazał strzelać do ludu, oddany pod sąd. Przy tym udziela pozwolenia pogrzebu poległych z tym, aby utworzyć straż obywatelską i z uczni szkół publicznych dla utrzymania w mieście porządku, bo ani policja, ani wojsko do czasu ukończenia pogrzebu nie pokaże się na ulicach.

Takim sposobem książe Gorczakow zrzekł się władzy, a obywatele tak miejscy, jak wiejscy oraz studenci jako konstable utrzymywali porządek.

Kiedy Wielki Książe Konstanty

przybył wraz z żoną na mieszkanie do Warszawy, nie był ani witany, ani przyjmowany tak jak powinno było być, wobec przybywającego nadawcy czy wskrzesiciela praw i swobód narodowych, bo Polacy już marzyli o czym innym, bo pragnęli zmiany panującego, bo chcieli mieć na tronie nie Moskala ale Polaka, bo chcieli mieć Polskę i Litwę i wszystkie kraje, jak za czasów Jagiełły. A że tego od razu stosowanie do życzenia nie otrzymali, więc utworzył się Rząd Narodowy, który wydawał proklamacje, rozporządzenia itp. Między innymi polecał odbierać od wszystkich dobrze myślących polaków przysięgę, która była bardzo krepująca, bo wymagała ślepego posłuszeństwa Rządowi Narodowemu, bo nie wykonanie jakiego bądź rozkazu, choćby on w własnym przekonaniu był zbrodnią, stanowiło złamanie przysięgi. Takie stawał się już krzywoprzysięzcą i mógł być skazany na karę śmierci. Przysięgający obowiązany był na każde wezwane Rządu Narodowego stawić się w miejsce oznaczone i stosownie do okoliczności chwycić za bron i walczyć do ostatniej kropli krwi, aż się wroga wytępi, czy tez iść inną drogą, tj. podstępem, chytrością etc., etc. I wobec rozbudzonych, roznamiętnionych uczuć narodowych, ile wiem, młodzież przysięgę wykonywała i gotowa była na każde skinienie iść na ofiarę, bo tego Rząd Narodowy wymagał.

Kto był ten Rząd Narodowy, gdzie jego siedlisko, kto wchodził w skład jego, czy odbywały się jakie gremialne posiedzenia, wspólne narady, czy tylko członkowie tego Rządu Narodowego, każden na swoją rękę, wedle swego widzimisię wydawał rozkazy i rozporządzenia, nic i nikomu nie było wiadomym. Przyłożona pieczęć z wyobrażeniem Orła Białego w czerwonym polu i Pogoni w niebieskim, z napisem: ”Rząd Narodowy”, stanowiło wszystko. A kto odebrawszy jaki bądź rozkaz z takim godłem takowego co do litery nie wykonał, już był zakwalifikowany na karę śmierci. I byli tak zwani sztyletnicy, którzy takie wyroki Rządu Narodowego wykonywali. Były znów losowania i na kogo padł taki los, bez względu na to co go czeka, musiał spełnić rozkaz, bo inaczej byłby zasztyletowany. Taki właśnie los spadł na niejakiego Jaroszyńskiego, aby zabił Wielkiego Księcia Konstantego.

Wielcy Księstwo Konstantowie

byli względnie sympatycznie usposobieni do Polaków. Chcieli zdaje się nawzajem, aby i Polacy opłacali się sympatią. Aby dać dowód jednoczenia się z Polakami, kiedy narodził im się syn w Warszawie, nadano mu imię Wacław. Chodzili i jeździli bez konwoju i straży, dając dowód ufności do Polaków. Ale to wszystko nic nie znaczyło, bo Polacy nie chcieli widzieć Moskala panującym i postanowili wszystkich wytępić. Otóż pewnego dnia, kiedy Wielki Książe wyszedł wraz z żoną, aby wsiąść do pojazdu, ów wylosowany Jaroszyński strzelił do niego z rewolweru. Kula utkwiła w szlifie, nie czyniąc żadnego obrażenia ciała. Jaroszyński został pojmany i osądzony jako królobójca na powieszenie. Strzelano również i do margrabiego, lecz margrabia po pierwszym chybionym strzale laską kilka razy uderzył owego śmiałka i ten ze strachu czy z bólu stracił tak przytomność, że więcej nie strzelał i policja go ujęła.

Po tych faktach Margrabia Wielopolski zarządził pobór do wojska(rozumie się ruskiego) wszystkich młodych ludzi, w mniemaniu zapewnie, że tym sposobem przetnie wszystkie wybryki. Z obawy, aby i mnie nie wzięli, wyjechałem na wieś do znajomych. W parę dni przyszła wiadomość, że Rząd Narodowy, przeciwdziałając rządowi ruskiemu, wydał rozkaz, aby wszyscy młodzi ludzie chwycili za bron i stanęli do walki przeciw wrogom. Niestety, cóż to za broń, trochę dubeltówek i kos, a co za żołnierze? Trochę urzędników, trochę uczni ze szkół, trochę szlachty, którzy pozabierali za sobą ekonomów, lokai i stangretów. A tu armia ruska wyćwiczona, umontowana, z zapewnieniem przebywania wszędzie, gdzie się podobało, czy po miastach, czy po wsiach, opatrzeni w odzież, żywność etc, etc. A Polacy nigdzie punktu oparcia, nigdzie miejsca swobodnego do jakiegoś zorganizowania się, bo niby w swoim kraju ale gorzej wychodziło jakby na obczyźnie, bo tu każden chłop był wróg i nie rzadko chłopi łapali powstańców i oddawali w ręce Moskali, a ile namnożyło się szpiegów, donosicieli etc. Wszystko to bowiem szło do przewagi, do siły, słowem, do mocniejszego.

Więc tedy wybuchło powstanie i były dwa rządy: ruski i tzw. Rząd Narodowy Polski, i obydwa wydawały rozporządzenia, rozumie się wprost sobie sprzeczne. Urzędnicy odbierali rozkazy od Rządu Narodowego z poleceniem wykonania takowych pod karą śmierci. Od rządu zaś ruskiego przeciwnie, z zagrożeniem dymisji i odpowiedzialności osobistej. I tak na przykład Rząd Narodowy wydał i rozesłał do wszystkich naczelników powiatu rozporządzenie, aby nakazali młodym ludziom zdolnym do noszenia broni stawić się do wojska polskiego formującego się w danym miejscu. Więc niektórzy naczelnicy przed odebraniem przeciwnego polecenia rządu ruskiego wydali do wójtów gmin w myśl tego odpowiednie rozkazy. Czytałem taki w oryginale okólnik naczelnika powiatu stepnickiego, aby „wszyscy młodzi ludzie chwycili za broń i stawili się pod sztandary polskie”.

Małogoszcz, licha bardzo mieścina, starodawnego typu budynki, przeważnie drewniane, zamieszkane przez mieszczan-rolników, a częścią i Żydów. Otoczone ze wszystkich stron lasami i górami. Samo zaś miasteczko rozpołożone w dolinie. Przybyliśmy w sobotę witani uroczyście, bo wyszła naprzeciw nam procesja z chorągwiami, obrazami. Księża na czele i mnóstwo ludu. Wprowadzeni tak do miasteczka rozlokowaliśmy się po domach, a Langiewicz ze sztabem zajął kwaterę na plebanii… Tam staliśmy dni kilka, nikt nas nie niepokoił. Odbywaliśmy musztry i ćwiczenia. Było nas tedy w Małogoszczu około pięciu tysięcy, zresztą sądzę, że nikt tego dokładnie nie wiedział, bo nie było godziny, aby bądź mniejsze oddziały, bądź pojedynczo nie przybywali. Nareszcie po tygodniowym postoju oznajmiono nam, że nazajutrz będzie bitwa, bo Moskale się zbliżają. Jakoż z rana zaczęto nas rozprowadzać na pozycje, ale tylkośmy wyszli z miasta, dały się słyszeć za nami strzały karabinów… Cały batalion nasz był uzbrojony w dubeltówki, które w najlepszym razie mogły szkodzić przeciwnikowi na 150 do 200 kroków. Moskale stali od nas na jakie 1500 do 2000 kroków, bo widzieliśmy ich i przedstawiali się oczom naszym jak jakieś punkciki małe i z tych punkcików wylatywało trochę dymu, a potem huk. Kule zaś ich karabinów nie tylko dochodziły do nas, ale przenosiły poza nasze pozycje… Stałem frontem zwrócony do nieprzyjaciela czekając na sposobność wystrzelenia choćby z jednej z lufy, kiedy naraz tak silnie zostałem w piersi uderzony, że zachwiałem się i na wznak upadłem. Doznałem takiego w całym ciele wstrząśnienia, że byłem pewny, iż kula przeszyła mnie na wylot, bo jednocześnie doznałem bólu w piersiach i krzyżu; ponieważ mimo to przytomności nie straciłem, począłem ręką po krzyżu szukać, czy nie ma otworu, którym by kula wyszła, a nieznalazłszy żadnej skazy w surducie podniosłem się, a trakcie też tym rozpoczął się odwrót vel rejterada. Przeszliśmy przez las, przez rzeczkę koło młyna „Bocheniec” zwanego i wydostali się na łąki i pola. Tuz za nami, jak spod ziemi wyrośli, zjawili się dragoni ruscy i poczęli rozwijać front, sposobią się widocznie do szarży…

Siedziałem w tej Rudzie Promnickiej jak mysz w pudle, a chociaż jeszcze o ruchach wojsk ruskich wiadomość od dworu do dworu nadchodziła, więc jak tylko dano znać, wynosiłem się w las i tam czasami całe dnie, a niekiedy i noce, przebywałem. Nie zawsze jednak mogli zdążyć wysłać ostrzeżenie, a czasami posłańcy byli chwytani, wtedy znienacka Moskale nadchodzili...Prawdopodobnie w tym razie tak się też stało, że jednej nocy rozbudzony hałasem i niezwykłym ruchem koło dworu, zerwałem się, a wyjrzawszy oknem, zobaczyłem cały dom dookoła otoczony wojskiem... Otworzono drzwi i wszedł oficer od piechoty z kilkoma żołnierzami. Zrobili rewizje w pokoju, a mnie kazano wstać, ubrać się, mówiąc, że jestem aresztowany…

Ledwieśmy się rozejrzeli po tym niby odwachu, a właściwie kozie, gdzie złodziei i włóczęgów trzymali, przyszedł oficer dyżurny z dwoma żołnierzami i zapytał: „Któren to Pan Grzybowski?”, a gdym się odezwał, mówi: ”Proszę do jenerała”. Poszedłem pod eskortą na pierwsze piętro i tam mnie wprowadzili do gabinetu. Oficer żołnierzy zostawił ze mną, a sam wyszedł. Niezadługo słyszę ostrogi i wszedł pan jenerał. Usiadł na fotelu i zwyczajnym głosem zaczął wypytywać, gdzie byłem, w których oddziałach, w jakich bitwach, jaka była organizacja: „Wszystko tu jest zapisane i tyś dawno powinien być jeśli nie na szubienicy, to na Syberii”. Na wszystko odpowiadałem i na każde pytanie wymijająco. W końcu mówię: „jako Polak musiałem i powinienem był iść walczyć, inaczej wszyscy by mną pogardzali, tak jak ja sam sobą. Powinien ekscelencja uwzględnić, bo inaczej zrobić nie mogłem”…

Jednego razu przyjechał zwierzchnik jenerała Czengierego, jenerał Bellegarde, wieszatiel, drugi tom Murawiewa, tylko w mniejszym stopniu, ale także dużo ludzi wyprawił na tamten świat. Otóż ten wieszatiel wraz z Czengierym i ze świtą zwiedzał więzienie i do każdego numeru zachodził. Zjawili się i u mnie. Tego dnia na obiad przynieśli mi na misce kapuśniak, a w nim kawałek mięsa nadzianego na patyk. Nie mogłem jeść, więc nietknięte stało, kiedy weszli, pierwszy Bellegarde, za nim Czengiery itd. Bellegarde podszedł do miski, zaczął mieszać łyżką i pyta po niemiecku: „Was is das?”. Nie ma odpowiedzi. Zwrócił się do Czengierego z zapytaniem: „Szto, eto Niemiec?”. Tamten odpowiada: ”Niet, Polak”. „A za szto on siedit?”. Czengiery mu recytuje: „Był snaczała w bandie, posle zanimałsja unistom knig narodnonasilenia, a na koniec ostał kakim-to komisarom ichnaho rządu”. Po takiej rekomendacji struchlałem i nic nie mówiłem. Bellegarde wpatrzył się we mnie i mówi: „A wy szto na eto?”. Powiadam: „Byłem w powstaniu, ale żądnym komisarzem ani żadnym urzędnikiem nie byłem”. Bellegarde mówi: ”Ja by wam sowiet prawdu gawarit”. Odwrócił się i poszli wszyscy…

Po pięciu miesiącach siedzenia w „sekretnym” kazali mnie ponownie odstawić do komisji śledczej, w której rezydował pułkownik Sorniew, kilku innych oficerów, a jako asesor prowadzący badanie był porucznik Kuliczkowski…. cdn.

CZYTAJ DALEJ

Rzecznik Episkopatu: abp Lenga nie reprezentuje Kościoła w Polsce

2020-01-22 13:53

[ TEMATY ]

episkopat

Episkopat.pl

Ks. Paweł Rytel-Andrianik

Abp Jan Paweł Lenga nie reprezentuje Kościoła katolickiego w Polsce – poinformował rzecznik Episkopatu, ks. Paweł Rytel-Andrianik. Zaznaczył też, że abp Lenga nie jest członkiem Konferencji Episkopatu Polski.

Ks. Rytel-Andrianik w komunikacie wydanym w środę podkreślił: „W związku z dyskusją nt. wypowiedzi abp. Jana Pawła Lengi, przypominam, że abp Lenga nigdy nie był i nie jest członkiem Konferencji Episkopatu Polski. Informowałem o tym w kwartalniku "Więź" (Jesień 2019, 3 [677]). Wypowiedzi abp. Lengi nie można więc w żaden sposób utożsamiać z Konferencją Episkopatu Polski. Nie można ich też traktować jako stanowiska polskich biskupów”.

Rzecznik Episkopatu wyraził ubolewanie, że abp Lenga „występuje w środkach społecznego przekazu i wprowadza wiernych w błąd”.

Abp Lenga, biskup senior diecezji Karaganda wziął udział w programie TVP "Warto rozmawiać", w którym w rozmowie z Janem Pospieszalskim próbował odpowiedzieć na pytanie: gdzie szukać nadziei w czasach zamętu w Kościele?

Jego wypowiedzi wzbudziły bardzo dużo kontrowersji. Zobacz

CZYTAJ DALEJ

Abp Jędraszewski opublikuje list do społeczności muzułmańskiej

2020-01-22 20:09

[ TEMATY ]

islam

muzułmanie

abp Marek Jędraszewski

Dzień Islamu

Artur Stelmasiak/Niedziela

"Krakowscy katolicy i muzułmanie w służbie powszechnego braterstwa" - to tytuł listu abp Marka Jędraszewskiego do społeczności muzułmańskiej w Krakowie. Jak zapowiada Karol Wilczyński z Rady Dialogu Archidiecezji Krakowskiej, list opublikowany zostanie w piątek. W najbliższych dniach Rada Dialogu na swojej stronie internetowej zamieści też opis plakatu zapowiadającego obchody XX Dnia Islamu w Kościele katolickim. Plakat przygotowany przez Radę wzbudził kontrowersje m.in. ze względu na brak krzyża na wieżach przedstawionej na nim bazyliki mariackiej.

- Islam jest jednym z głównych lęków polskich katolików, tuż za osobami transpłciowymi i homoseksualnymi. Wydaje mi się, że takie inicjatywy jak Dzień Islamu w Kościele mają na celu również oswajanie tych lęków i pokazanie prawdziwej twarzy muzułmanów. Bo to są przecież tacy sami ludzie jak my, jak nauczał papież Polak św. Jan Paweł II, wierzą w tego samego Boga co my – wyjaśnia w rozmowie z KAI Karol Wilczyński z Rady Dialogu Archidiecezji Krakowskiej.

Odnosząc się do komentarzy o braku życzliwości dla chrześcijan w krajach muzułmańskich, powiedział: „W okresie przedświątecznym byłem w Jordanii. Zapewniam, że w większości państw, w których przeważa islam, większość muzułmanów świętuje Boże Narodzenie – ustawiają choinkę, stroją ulice, odwiedzają sąsiadów chrześcijan z życzeniami… Warto też zauważyć, że są w środowiskach islamskich inicjatywy dialogiczne, np. Liga Muzułmańska w Polsce regularnie organizuje spotkania z chrześcijanami”.

- Niestety, żyjemy w epoce, gdzie wielu Polaków wierzy fake newsom. Przyczyniają się do tego też księża, którzy straszą islamem. Cieszę się z takiej inicjatywy jak Dzień Islamu w Kościele – dodaje Wilczyński.

Zapowiedział także list metropolity krakowskiego abp. Marka Jędraszewskiego do społeczności muzułmańskiej w Krakowie, pod tytułem „Krakowscy katolicy i muzułmanie w służbie powszechnego braterstwa”. List opublikowany zostanie w piątek.

Kontrowersje wzbudził przygotowany przez Radę Dialogu Archidiecezji Krakowskiej plakat obchodów XX Dnia Islamu w Kościele katolickim.

Na pierwszym planie widnieje rząd kolorowych meczetów, w tle zaś wieże bazyliki mariackiej i zarysy kościołów. W wydarzeniu na Facebooku zamieszczono tyko fragment grafiki, na którym widnieje zarys wież bazyliki mariackiej. U niektórych odbiorców grafika ta wzbudziła niepokój ze względu na brak krzyża na bazylice. (Warto przypomnieć, że w rzeczywistości wieże Kościoła Mariackiego zwieńczone są iglicami, krzyż natomiast umieszczony jest na szczycie prezbiterium).

- Przygotowując plakat krakowskich obchodów XX Dnia Islamu w Kościele katolickim, nie przypuszczałem, że wzbudzi tak wiele negatywnych emocji. Ubolewam nad faktem, że niewielu – czy w ogóle ktoś? – komentujących użytkowników Facebooka, weszło na stronę Rady Dialogu, by zobaczyć pełną wersję plakatu. Brak krzyża na zwieńczeniu prezbiterium Kościoła Mariackiego to moje niedopatrzenie – absolutnie nie jest to celowy zabieg. Jednak mowa nienawiści na taką skalę, z którą spotykam się po raz pierwszy w życiu, skłania mnie do głębszej refleksji nad znakiem naszego zbawienia i jego obrony przez wypowiadających się w Internecie - stwierdza w rozmowie z KAI twórca plakatu, współpracujący z Radą Dialogu Archidiecezji Krakowskiej. Jak wyjaśnia, plakat jako forma artystyczna wykorzystuje całą paletę środków. Zwraca uwagę, że różnorodność kolorystyczna meczetów wskazywać ma min. na różnorodność samego islamu.

Autor zapowiada też, że w najbliższych dniach na stronie Rady Dialogu ukaże się opis plakatu.

Krakowskie obchody Dnia Islamu odbędą się w budynku Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie przy ul. Franciszkańskiej 1 (s. 040 – parter) o godz. 17.00. W punktach programu zaplanowano: Zawiązanie wspólnoty, Muzyka orientu, Orędzie Papieskiej Rady ds. Dialogu Międzyreligijnego, Wykład dra hab. Marcina Rzepki, Modlitwa, Lektura Biblii, Lektura Koranu, Spotkanie w Instytucie Teologii Fundamentalnej, Ekumenii i Dialogu UPJPII.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję